Viktor wyciągnął dłoń w kierunku pokrytej ciemnością istoty - obca, owiewana przez zimno pochodzące z lodowiska ręka ciążyła niewidzialnymi kajdanami wyrzutów sumienia, wznosząc się ku nieuniknionemu. Już nic nie należało do niego i nic więcej nie posiądzie. Przyszłość, marzenia, zawody, każdy najzwyklejszy spacer i każdy niezwykły pocałunek. Wszystko. Ale na swój bolesny sposób pogodził się z tym. Jakąkolwiek dumę posiadał, oddał ją w momencie, kiedy w pamięci mignęła znajoma, uśmiechnięta twarz w okularach...
Wzrok mężczyzny mimowolnie padł na obrączkę. Błyszczała jak zawsze, może trochę ostrzegawczo, ganiąc właściciela za to, jaki błąd próbował właśnie popełnić. „Tylko co innego mi pozostało?" pomyślał przelotnie Viktor, zamykając oczy, by dodać sobie sił. „Po prostu wciąż chcę być przy tobie. Jako ja." Musiał się zgodzić na tę wymianę. Nie widział innej możliwości. Pragnął jedynie coś zrobić, coś zdziałać, coś... Coś...
Ale to wcale nie znaczyło, że to „coś" mu wyszło.
- Viktor. - Stanowczy, pełen wibrującego wdzięku głos przeciął nagle chłodne powietrze niczym nóż wbity między zawierające pakt dłonie. Rosjanin zamarł z wyciągniętą ręką i obrócił się natychmiast, gdy tylko usłyszał swoje imię. - Wystarczy na ciebie spojrzeć, żeby wiedzieć, że właśnie chcesz poświęcić ostatni rok możliwego życia. Nawet nie dotrwasz do narodowych.
Z cienia drugiego krańca hali nieoczekiwanie wyłonił się drugi człowiek... A może to mrok wypuścił ze swych objęć ciemną postać? Czarne spodnie, czarna koszulka, czarne rękawiczki, czarna czupryna... Lśniące, głębokie, brązowe oczy. Najmniej spodziewane. Najbardziej upragnione.
Yuuri niemal bezgłośnie przemierzył lodowisko, roztaczając wokół siebie aurę niewzruszenia, która powstrzymywała ciemność przed ponownym pochłonięciem sunącego łyżwiarza. Choć jego strój był niezbyt wyszukany, zaczesane włosy oraz zmarszczone w skupieniu brwi sprawiały, że wyglądał jak najprawdziwszy Eros, stanowczy, groźny i piękny zarazem.
- Mówiłeś, że spełniasz życzenia, tak? Wszystkie? - upewnił się, zatrzymując tuż przed „tym". Katsuki zepchnął Viktora nieco do tyłu, powstrzymując go ramieniem przed ponownym wyciągnięciem dłoni.
- Dokładnie - przytaknęło, pochylając się w stronę przybyłego mężczyzny. Dwóch osobników mierzyło się wzrokiem niczym bóstwa walczące o przejęcie duszy. Co ciekawsze, żaden nie wyglądał jak uosobienie dobra. – Zrealizuję każdą prośbę, która nie ingeruje w zasady wszechświata. Magiczne moce odpadają, ale poza tym... Tak. Wszystkie.
Yuuri skinął głową, jakby uzyskał odpowiedź na trywialne pytanie o pogodę albo inny banał. Nie miał wątpliwości, nie szukał luk w rozumowaniu przeciwnika ani nie starał się go wyprowadzić z równowagi. Po prostu się z nim zgadzał, jakby... chciałz nim podpisać cyrograf.
Rosjanin oddychał ciężko przez nos, starając się nie dać po sobie poznać bólu, jaki mu doskwierał. Tak, cyrograf, i o tym Nikiforov doskonale wiedział. Z dotychczasowej rozmowy wyraźnie wyczuł, że o ile wygranych by nie poprosił i o jakim panowaniu nad światem by nie marzył, „to" miało zamiar odnaleźć kolejne pragnienie lub podrzucić kłodę pod nogi, byleby tylko zagarnąć wszystkie lata życia. Skoro niby już tyle razy Viktor zgadzał się na podobną wymianę, istota nie odmówi sobie przyjemności ponownego nawiedzania go, aż wreszcie pozbawi łyżwiarza jakiejkolwiek przyszłości. Jedyne, co łyżwiarz mógł osiągnąć, to zwycięstwo mistrza kosztem przegranego życia człowieka. Tylko że mimo świadomości bezsensu takiego rozwiązania nie mógł odstąpić od umowy. Musiał poddać się zimnej konieczności, żeby wciąż pozostać zaskakującym, wspaniałym, pełnym inspiracji mistrzem, być tym samym Viktorem Nikiforovem co zawsze. Żeby nie stać się dla Yuuriego ciężarem, przegranym, kimś godnym pożałowania, żeby nie zawieść jego oczekiwań, żeby nie myślał, że Rosjanin został pokonany przez to, że został trenerem albo... że się zakochał...
Znajome wilgotne uczucie pojawiło się na rzęsach, ale mężczyzna zupełnie się tym nie przejął. Tak czy inaczej, dla Viktora nie było już ratunku, jednak za żadne skarby nie chciał pozwolić, aby ktokolwiek poza nim miał z tym... „czymś" do czynienia. Nie Yuuri. Szczególnie nie Yuuri. I za to mógł poświęcić absolutnie całego siebie.
- Yuu...! – Viktor pragnął zawołać ukochanego, chwycić w objęcia, odciągnąć i zasłonić od zła, ale ciało wciąż się go nie słuchało. Tak samo jak nie słuchał Katsuki, który trochę zawadiacko uniósł podbródek, po czym przystąpił jeszcze pół kroku w stronę bandy.
- W takim razie... - Zanim „to" zdążyło coś zaproponować, złożyć ofertę nie do odrzucenia czy ponapawać się własnymi pokrętnymi regułami gry, Yuuri pochwycił utkaną z cienia dłoń na znak zawartej umowy. - ...chcę dożyć z Viktorem późnej starości.
Wydawało się, że cisza, jaka zapadła, była efektem dalszej ekspansji żarłocznej ciemności. Ale nie. Tak wyglądało najzwyklejsze w świecie osłupienie.
- ...co? – „To" po raz pierwszy nie wiedziało jak odpowiedzieć. A wraz z „tym" niczego nie rozumiał Viktor.
- Sto lat wystarczy – doprecyzował Yuuri, a potem uniósł wzrok i zastanowił się teatralnie, wzmacniając odrobinę uścisk. Palce „tego" jakby zbladły, a z nadgarstka zaczęły pełgać drobiny ciemności niczym tlące się płomienie. – Albo nie, sto dwadzieścia dwa, tyle, ile wynosi rekord świata. Jak szaleć to szaleć. Tylko skoro jestem młodszy od Viktora o cztery lata... To ja poproszę sto osiemnaście. - Japoński Eros uśmiechnął się uwodzicielsko. - Pasuje?
- Nie! - wrzasnęło, ale wraz z ostatnim pytaniem Katsukiego cień zza okien nagle wtargnął do budynku i zaczął pochłaniać wszystko, co stało na jego drodze: stalowe kolumny, szatnie, trybuny oraz bandę, powoli zmierzając ku znajdującym się na lodowisku mężczyznom. - Nie możesz! To niemożliwe!
- Niemożliwe? - Yuuri uniósł brew. - Wolałbym określenie „niezwykle rzadko spotykane". Ale realne.
„To" starało się wyrwać dłoń z uścisku, jednak bezskutecznie. Mimo zaciekłej negacji i zaklinania rzeczywistości, desperacja w głosie tajemniczego osobnika mówiła wszystko. Mógł. I Yuuri to zrobił.
Wrzask potoczył się po hali niczym zgrzyt zepsutego megafonu, a potem istota zniknęła w pojedynczym wybuchu czarnego płomienia, pozostawiając swego ostatniego klienta z wyciągniętą w pustą przestrzeń ręką.
Ciemność zaczęła rozlewać się szeroką falą po lodowisku, zmieniając znajomy chłodny błękit w bezkres nicości. Ubrany na czarno Katsuki wyglądał wśród tego wszystkiego jak prawowity władca nocy. Władca, który opuszczając wzniesioną rękę, właśnie kierował swoje zimne oczy w stronę Viktora... Czyjego usta miały wypowiedzieć najgorszą klątwę...
- Wybacz, że tak bez zapowiedzi. – Katsuki uśmiechnął się łagodnie, patrząc z dziwną przenikliwością na zdezorientowanego Rosjanina. Po chwili jednak, wciąż widząc nietęgą minę partnera, mężczyzna zaśmiał się przepraszająco i podrapał w tył głowy. I nagle cały ten boski czar prysł, a Viktor ujrzał przed sobą nie Erosa, ale normalnego, niewinnego Yuuriego. - Znaczy... Bo zupełnie nie chciałeś się ocknąć, więc... Przepraszam. Trochę dziwnie wyszło.
Viktor myślał, że zaraz kolana się pod nim ugną, gdyby i tak nie był sparaliżowany absurdem sytuacji oraz przejmującym bólem w kończynach. Yuuri przepraszał. Jego. On. Jego. Który chciał spieprzyć im obu życia. Jakimiś narodowymi. Yuuri. Yuuri...
Dlaczego on, do kroćset, zawsze przepraszał?!
- Yuuri! Co się dzieje? Co ty tutaj robisz? - Viktor nie mógł zdecydować, od którego pytania zacząć, więc zasypywał ukochanego wszystkim, co tylko przyszło mu do głowy. Nie wiedział w jaki ton powinien uderzyć ani czy nie walnąć jakiejś moralizatorskiej gadki o zaskakiwaniu. A może jednak powinien się pożegnać, szczególnie że ból w płucach nie ustępował, a nieprzebrana masa ciemności właśnie zmierzała, by ich pochłonąć? - Jak...?
- No wiesz... Prawo pierwokupu twojego serca. – Katsuki pokazał obrączkę, ale widząc szczere zdumienie na twarzy Viktora pomachał rękami i rozczochrał zaczesaną do tyłu grzywkę. - Ale spokojnie, wszystko pod kontrolą. W Japonii mamy doświadczenie w zawieraniu paktów. Istnieje na przykład taka historia o...
- Jesteś niemożliwy! - Viktor chciał płakać, śmiać się, wyć i paść na kolana. Nie mógł. Coś było nie tak. Nie mógł, nie mógł, nie mógł, nie... - Nie o to chodzi! Yuuri! Ja...!
Ale głos uwiązł mu w gardle. Rosjanin poczuł, że brakuje mu tlenu, a ręce stają się ciężkie jak z ołowiu. Czy to nadchodziła śmierć, czy jednak spełnione życzenie miało sprawić, że zaraz o wszystkim zapomni? Za chwilę wszystko mogło się skończyć, a on nawet nie powiedział, jak bardzo... Zanim...
Zaraz, zaraz. „Ocknąć"?
...otworzył oczy. I nie zapomniał.
Viktor przez chwilę oddychał głęboko, ale towarzyszący mu w trakcie całego snu ucisk w piersiach nie zniknął. A to oznaczało... Spojrzał nieco w przód, tam, gdzie znajdowało się źródło całego zamieszania - sennego i tego troszkę bardziej prawdziwego.
Ciężar. Leżące na nim słodkie, bliskie ciało, policzek przylegający do klatki piersiowej, czarne włosy przysłaniające niemal cały widok. Znajomy ciężar. Bezpieczny.
- Yuuri? Yuuri... – westchnął Viktor, kładąc głowę z powrotem na poduszkę.
Syknął, wyciągając spod Katsukiego ścierpniętą rękę i położył ją ostatkiem sił na plecach wciąż śpiącego mężczyzny. Mrówki zaczęły pełznąć po uwolnionych z ucisku żyłach, przywracając czucie w zdrętwiałych palcach. Więc ból w płucach i dłoniach był związany z przytulonym do niego Yuurim? To naprawdę okazało się aż takie proste? Łyżwiarz zaczął się cicho śmiać, aż leżący na jego klatce piersiowej Katsuki mruknął, dość mocno niezadowolony z drżenia ludzkiego materaca, i powoli rozchylił powieki.
- Viktor? - zapytał zaspanym głosem. - Co się stało...?
Rosjanin pokręcił z niedowierzaniem głową, a potem zadał pierwsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy:
- Yuuri, co z moimi narodowymi?
- Co? - nie zrozumiał Katsuki, marszcząc brwi na to nagłe pojawienie się łyżwiarskiego tematu.
- Co "co"? - Viktor sapnął, niezdecydowany, czy ma zrobić wykład z całej historii mistrzostw, czy jednak mówić zwięźle. - Jak mi poszło? Który byłem?
- Rany, a mówisz, że to ja po pobudce gadam od rzeczy... - Japończyk zamrugał niepewnie i przeczesał potargane w trakcie kanapowej drzemki włosy. - Masz sklerozę? Przecież nie minął nawet miesiąc. Zająłeś drugie miejsce.
Nie to, że Viktor nie pamiętał, ale powiedzenie tego na głos przez kogoś innego nadawało informacji jakiejś szczególnej mocy sprawczej. Stanowiło potwierdzenie, że nic się nie zmieniło, a ten mroczny świat istniał tylko w jego głowie.
- Przegrałem. Naprawdę. - Rosjanin zaczął się śmiać na głos. Do licha, przecież to był tylko sen! Ale jaki okropnie sugestywny!
- No, moje kondolencje - powiedział Katsuki, ale widząc wciąż zacieszającego partnera, nieco się zaniepokoił. - Viktor, wszystko w porządku?
- W najlepszym. Och, Yuuri, w najlepszym...
Viktor, któremu wróciło już czucie w dłoniach, ujął twarz ukochanego i zaczął obcałowywać go po policzkach i ustach. Katsuki, z początku wciąż w szoku, próbował cichym „Viktorowaniem" powstrzymać narzeczonego, ale w końcu dołączył się do chichotu i zaczął nieporadnie oddawać pocałunki. Po dobrej minucie niestrudzonej wymiany czułości mężczyźni wreszcie przerwali pieszczoty i zgodnie przeturlali się na bok, wpatrując w siebie nawzajem.
- Ja bym się tak nie cieszył na twoim miejscu. Yurio nadal ma ochotę oskalpować cię za ten nocny maraton. - Yuuri sięgnął dłonią do twarzy Viktora i odgarnął na bok jasnoszarą grzywkę. - Śniło ci się coś złego?
- Może troszeczkę. Ale to już zupełnie nieważne - stwierdził Rosjanin. Pogłaskał narzeczonego po głowie, a potem przyłożył ją do swojej klatki piersiowej niczym kompres na odległe widmo bólu, który towarzyszył mu w świecie z koszmaru.
- Ważne. Wystraszyłeś mnie - mruknął Katsuki. - Masz szlaban na oglądanie horrorów.
- Tak, mamo - zgodził się żartobliwie Viktor, za co zarobił kuksańca w brzuch. - A powiedz... Kochasz mnie mimo porażki?
- Co za głupie pytanie. - Yuuri uniósł się i jeszcze raz pocałował ukochanego. - Szczerze? Nawet bardziej niż wcześniej, bo mam wrażenie, że jesteś w moim zasięgu. Ale jak chcesz, to możesz wygrywać. I tak znajdę sobie dziedzinę, w której będę królował. Jak nie gotowanie to...
Zawiesił głos, a potem zachichotał i wtulił się z powrotem w rosyjską pierś. Viktor odwzajemnił uścisk. Ciężar Yuuriego był najcudowniejszym ciężarem, o jaki mógł kiedykolwiek prosić. Niebiosa, nie... tę drugą część.
- Wiesz, że poświęciłbym dla ciebie życie? - zdradził Viktor w nagłym przypływie tkliwości. Yuuri jednak prychnął na to, jakby nieco rozczarowany mało oryginalnym wyznaniem.
- Jesteś idiotą - ofukał go. - Jedyne poświęcenie, jakie od ciebie wymagam, to to związane ze słuchaniem moich pełnych niewiary jęków aż do późnej starości.
- Niekończące się cierpienia - westchnął Viktor, na co Yuuri ponowił chichot.
- No raczej. Nikt nie mówił, że ma być łatwo i bezboleśnie.
Viktor zaśmiał się. Faktycznie, nie musiało. Mogło boleć, mogli kłócić się i trwać obok siebie w chwilach słabości, ale wtedy miało to jakąś wartość. Jak medale, po które trzeba było sięgać, stając na czubkach palców zamiast wyciągać dłonie w stronę rozwiązań na skróty. Od spotkania Yuuriego w jego spojrzeniu na zawody trochę się zmieniło. Nie zamierzał być najlepszy. Chciał się nim stać. Raz za razem zaczynać od początku, szukać kolejnych, niebanalnych rozwiązań, pokonywać przeciwników... A w szczególności jego. Yuuriego. Walka stała się dla utytułowanego mistrza motorem napędowym, jego nową inspiracją, której zabrakło wraz z końcem poprzedniego sezonu. Dziś już to wiedział. Bez trudności zwycięstwo nie miało tego słodkiego smaku satysfakcji.
- Ale powyżej setki mogę się zrobić trochę przygłuchy - szepnął Viktor, wtulając policzek w ciemne włosy. Katsuki drgnął i trącił ukochanego palcem w pierś.
- Mówiłeś coś?
- Nie, nic. - Rosjanin pokręcił głową, ocierając się o miękką czuprynę. - Takie tam gadanie zaspanego człowieka. Będę z tobą ile tylko sobie życzysz.
- To dobrze - odpowiedział Yuuri, a potem uśmiechając się do siebie, bardzo cicho dorzucił: - W końcu zamierzam cię męczyć znacznie dłużej niż sto lat...
Przypisy-chan
Za betę i konsultację dziękuję zarówno DaryavonDayern, jak i an_nox.
Od czego by tu zacząć... Prima Aprilis? No właśnie nie. Ale może po kolei.
Najpierw kwestie techniczne, przez które musiałam zamilknąć w poprzedniej części, żeby nie spoilować.
Oba tytuły rozdziałów to tytuły piosenek z YOI. Do pierwszej jechał Georgi ze swoim programem krótkim, a do drugiej występował młody Viktor w błękitnym wianku w programie dowolnym.
"Carabosse" to imię wiedźmy ze... "Śpiącej królewny", baletu, do którego muzykę napisał Czajkowski. Choć tutaj akurat piękność była przystojniakiem, a czarownica istotą z cienia rodem. Kto by poszperał, ten już po pierwszym rozdziale mógłby rozgryźć, co się dzieje z Viktorem. To tak zachęcam na przyszłość.
"The Lilac Fairy" również pochodzi z baletu "Śpiąca królewna". Liliowa Wróżka symbolizuję stronę dobra, która walczy z Carabosse. W tym przypadku to Yuuri, mało subtelny i wdzięczny, ale za to piekielnie ponętny. XD
Sto dwadzieścia dwa lata to oficjalny rekord świata jeśli chodzi o długość życia. Chodzą ploty, że była osoba, co żyła sto czterdzieści pięć lat i taki był pierwotnie zamysł, aby tyle życzył sobie Yuuri, ale stwierdziłam, że bez łyżew to oni się pochlastają prędzej czy później. Więc niech już będzie prędzej.
Akcja wcale nie dzieje się w połowie grudnia, ale w połowie stycznia, kiedy Yuuri już przeprowadził się do Petersburga. Mam nadzieję, że wiecie, jak to jest ze snami - wydaje się w nich, że jest się w zupełnie innym miejscu i czasie, niż powinno to wynikać z logiki, ale i tak uznajecie to za całkowicie normalne, że goni was trójgłowy triceratops. Dlatego też Viktor tak łatwo dał się omamić słowom "tego". Chociaż... Czy te lęki nie są o wiele głębsze...?
No a noc horrorów... Czytelnicy "Małych, słodkich codzienności" chyba wiedzą, o którą chodzi. Tak, o tę. Wariatka ze mnie, wiem.
A teraz zaczynają się schody.
Jeśli myślicie, że to koniec tej historii, to chyba będę musiała was srodze zawieść. Ja też tak myślałam, przynajmniej dopóty, dopóki podczas jazdy autobusem miejskim nie strzelił mnie piorun weny. Co poradzić. Peszek. Tak to jest nie myśleć o niczym i kiwać się w takt mijanych dziur. Tak narodził się ciąg dalszy "Teorii bliskości" aka "Cierpienia Łysiejącego Viktora".
Ponieważ byłaby to kontynuacja tego, co tu czytaliście, chyba podejrzewacie, że to nie będzie wesoła historia. Będzie długa i często bolesna. Akcję mam rozpisaną na kilkanaście rozdziałów (nie, nie kilkadziesiąt, nie udźwignęłabym). Szykuje się istna masoneria i spiski gorsze niż w Gravity Falls (no dobra, nie, ale chcę was zachęcić). I stąd moje wątpliwości - mam pisać? Jesteście ciekawi, co będzie dalej, jeśli będzie? A może lepiej odpuścić, bo nie dość, że wpędzę czytelników w otchłań cierpienia, to jeszcze sama się poddam po drodze z powodu braku odbiorców?
...tak, za każdym razem wydaje mi się, że nie trafię z fanfikiem, że to głupie, że te mielone zdania nie mają sensu... Help...
Więc jakkolwiek źle to nie brzmi - chcę zrobić wywiad odnośnie zainteresowania fikiem. Nie, nie ustawiam żadnych poprzeczek typu "za tyle komciów kolejny rozdział". Ostatecznie sama o wszystkim zadecyduję. Po prostu napiszcie czy wydało wam się to ciekawe, czy durne albo po prostu czy lubicie smutnego Viktora (nie, Dar, ty masz zakaz wypowiadania się).
