Każda akcja wywołuje reakcję.
Prawo to wydawało się proste, a zarazem okrutne przez swoją uniwersalność. Niezmienna zasada dzielnie napędzała świat, powodując, że skomplikowane drzewko losu błyskało raz za razem, rozszczepiając się na kolejnych gałęziach możliwości. Piękna i przerażająca korona przyszłości rozrastała się z każdą sekundą, kryjąc w sobie tajemnicę wielu niewykorzystanych okazji, błędnych decyzji, heroicznych prób i szczęśliwych zakończeń. Korzenie zatopione w początku wszechrzeczy nadawały sens całej historii ludzkości. A wszystko to oplatała niezmienna prawda, kwintesencja wszelkiego życia, jedna moc, która mocą już nie była. Czas. Coś, co istniało za metafizycznym parawanem horyzontu zdarzeń, za który żaden człowiek nie mógł się dostać.
Żaden, gdyby za pewną "akcją" nie kryły się czyjeś niepowołane, nadprzyrodzone palce.
Tam, gdzie kończyły się wzniosłe metafory, zaczynała się chłodna fizyka. Każda ludzka decyzja prowadziła do narodzenia się wielu równoległych linii czasu, które istniały obok siebie, różniąc się przebiegiem wydarzeń. W sąsiadujących ze sobą pudełkach alternatywnych wymiarów kot Schrödingera żył i był martwy jednocześnie. Mnogość możliwości normalnie nie miała jednak dla ludzi żadnego znaczenia, bo ze swojej perspektywy mogli oni oglądać tylko jedną wybraną przez siebie ścieżkę przyszłości. Myśli wielu regularnie zatrzymywały się na zdaniu „a co by było, gdyby", nie będąc świadomym, że „gdyby" naprawdę istniało.
Źle działo się dopiero wtedy, kiedy to nie człowiek podejmował decyzję. Gdy nadnaturalne siły zaczynały ingerować w historię, zawsze prędzej czy później musiało dojść do rozłamu biegu wydarzeń na dwie diametralnie różne wersje: zwykłą, pozbawioną magiczności rzeczywistość oraz wymiar nie do końca poddany prawom natury. I taką właśnie małą katastrofą dla stabilności czasu stało się pewne zdarzenie, w które zaplątani zostali dwaj mężczyźni oraz jeden... byt. Istota. Cień.
Rozbłysk. Jedno życzenie, które podzieliło świat na dwoje. Świat, w którym w jednej linii czasowej Viktor i Yuuri żyli pozbawieni zmartwień, dzieląc się kocem, deklamując walentynkowe wiersze czy całując pod drzewem wiśni. W innej zmartwienia miały niebawem stać się ich przeklętą codziennością. A to wciąż nie był koniec tej farsy...
To był zaledwie jej początek.
- Viktor! – rozległ się sfrustrowany, pełen ukrytego gniewu głos.
To nie brzmiało dobrze. Zdecydowanie brzmiało jak...
- Viktor! - Ponownemu okrzykowi towarzyszyło pełne oskarżenia wyciągnięcie ręki, na której dyndała płócienna torba na zakupy.
...jak początek małżeńskich kłopotów.
Adresat zawołania zamknął książkę i z miną oznaczającą świętą niewinność zerknął do tyłu, spoglądając na swojego podirytowanego anioła stróża.
- Słucham cię, Yuuri, słońce ty moje - zaśpiewał, obserwując nietęgą minę ukochanego. Katsuki pochylił się na tyle, że teraz zerkał znad okularów, wbijając swój przenikliwy wzrok w śmieszkującego Rosjanina.
- Ja cię proszę, nie słońcuj mi tutaj - powiedział niczym żona do męża próbującego załagodzić sytuację. Tylko że w ich przypadku pożycie nawet dobrze się nie rozpoczęło; w końcu mieszkali ze sobą zaledwie od niecałego miesiąca. - Co ja ci mówiłem o zakupach? Przecież wiesz, że nie jestem w stanie odcyfrować waszych dziwnych literek, chociaż pewnie z twojej strony to japoński wydaje się dziwny, ale jeśli mogę zauważyć, to w Hasetsu zawsze znalazł się ktoś, kto pomagał ci z tłumaczeniem, więc może byłbyś dobrym człowiekiem i odpowiedzialnym trenerem, i nie głodził swojego podopiecznego, który prosił cię chyba już ze trzy razy, żeby pójść na jakieś porządne zakupy, bo pustki panujące w lodówce to jest jakaś kpina i chyba na samej Syberii nie ma takiej gołoledzi jak ta, która panuje na półkach... - Yuuri wziął oddech i potrząsnął ponaglająco trzymaną siatą. W tym momencie Viktor zdążył wydukać jedynie ciche "wow!", pełen podziwu dla pojemności japońskich płuc, wytrenowanych dzięki intensywności łyżwiarskich zajęć. - Wiesz, że moja ostatnia wyprawa zakończyła się fiaskiem, więc jeśli nie chcesz do końca życia jeść jedynie chleb z pomidorem, to radzę ci się poważnie zastanowić nad podziałem obowiązków, bo jak masz zamiar żywić się wyłącznie miłością do mnie, to chcę ci powiedzieć, że ja Viktorożerny mimo wszystko nie jestem, ale mogę być, jeśli doprowadzisz mnie na skraj kanibalizmu, bo z dwojga złego prędzej poświęcę ciebie niż Makkachina.
Mimo roztaczania naprawdę barwnych wizji oraz wypowiadania nieco groteskowych gróźb Viktor nie zdołał powstrzymać uśmiechu, kiedy mógł tak bezkarnie popatrzeć sobie na ciskającego gromy narzeczonego. Znał go już za dobrze - za każdym razem gdy Yuuri był wzburzony, przechylał głowę lekko na prawo i zachowywał się jak ludzki kałasznikow, wyrzucając z siebie potok słów niczym pociski. Jeszcze kilka miesięcy temu najczęściej dzielił się ten sposób swoimi obawami odnośnie nadchodzących zawodów, ale ostatnio zamiast siebie coraz chętniej ganił tak Nikiforova. Ale Viktor nie miał mu tego za złe. Wiedział, że jako lekkoduch z natury nieszczególnie dobrze radził sobie z trywialnymi obowiązkami, a poza tym możliwość obejrzenia Yuuriego w innej, nieco bardziej aktywnej roli była... Cóż, zwyczajnie go ekscytowała.
Na szczęście mimo nieogarnięcia w domowych sprawach Viktor doskonale radził sobie z innymi zagadnieniami pre-małżeńskiej codzienności.
Rosjanin odłożył książkę na bok, a potem jednym zwinnym susem podniósł się z kanapy. Na czas wstawania stracił Yuuriego z oczu, ale wciąż słyszał jego cichy, pełen zapału głos, który właśnie wchodził w ostatnią fazę niemal pozbawionego pauz monologu:
- ...więc bądź tak miły i ubierz się, bo zanim zdążę policzyć do dziesięciu, chcę cię widzieć gotowego przy drzwiach razem z Makkachinem, a potem zabieram was ze sobą na te nieszczęsne zakupy i nawet nie próbuj się wymigiwać, bo osobiście dopilnuję, żebyś mi nigdzie podczas zakupów nie...
Yuuri zniżył głos, kiedy zobaczył zbliżającego się do niego raźnym krokiem Viktora. Zanim jednak zdążył zakończyć tyradę, Rosjanin płynnym ruchem złapał go za trzymającą torbę dłoń, przyciągnął do siebie i zamknął usta pocałunkiem. Drugą rękę położył na talii Yuuriego i lekko na niego naparł, tak żeby mężczyzna stracił grunt pod nogami i całkowicie poddał się pieszczocie. Zadziałało - po kilku sekundach niezadowolonych pomruków Katsuki westchnął przez nos, po czym wsunął ręce za szyję Viktora, ufnie do niego przylegając.
- ...zwiał - dokończył drżącym z braku tchu głosem, kiedy chwila uniesienia minęła.
- Nie ucieknę - odpowiedział Viktor, całując Yuuriego w czoło. - Wybacz. Po prostu zapomniałem.
- Wiem. Niestety - westchnął, zwieszając bezsilnie ramiona. Głowa Japończyka wreszcie odnalazła pion, potwierdzając, że mężczyzna już się nie gniewał. - Dlaczego musisz mieć taką krótką pamięć?
Viktor uśmiechnął się i mrugnął przepraszająco.
- No wiesz co? O naprawdę ważnych rzeczach zawsze będę pamiętał - szepnął wymownie, mrużąc oczy i wpatrując się urzeczonym, pełnym uwielbienia wzrokiem w Yuuriego.
Katsuki wspiął się nieco na palce i tym razem to on pocałował Viktora w usta. Aluzja została zrozumiana, komplement przyjęty, a zawieszenie broni przypieczętowano jedynym w swoim rodzaju miłosnym stemplem. Zadowolony Rosjanin cofnął się o krok i chwytając Yuuriego za dłoń, poprowadził go w stronę wieszaka. Po drodze zacmokał na Makkachina, a psiak słysząc znajomą melodię zapowiadającą wyjście na spacer po chwili stawił się przy drzwiach wejściowych.
- Ale jeśli chcesz, to od jutra możemy zacząć przyspieszony kurs rosyjskiego - zaproponował pojednawczo Viktor, sięgając po swój brązowy płaszcz oraz białą kurtkę Yuuriego. Japończyk skinął w podziękowaniu głową, przyjmując okrycie.
- Wolałbym, żebyś zaproponował wspólne chodzenie za zakupy - odparł, rumieniąc się lekko, na co drugi z łyżwiarzy uniósł nieco brwi. Ach, ten Yuuri...
- Przecież jedno nie wyklucza drugiego - zauważył Viktor, otwierając drzwi. Przepuścił przed siebie obu towarzyszy swojego życia, a potem zamknął drzwi na klucz i odwrócił się w stronę Yuuriego. - Nie mam nic przeciwko temu, żebyś zatrudnił mnie na cały etat.
- Etat? - Katsuki pokręcił głową i wyciągnął dłoń, by wpleść ją między palce Viktora. - To mało. Strasznie mało.
Mężczyzna mruknął zaintrygowany.
- Więc co proponujesz? - zapytał, przybliżając się do ukochanego tak blisko, że mógł policzyć jego czarne jak węgiel rzęsy.
- To co zwykle. - Yuuri spojrzał na niego z dziwną powagą. Głębokie brązowe oczy zalśniły za wysokimi okularami w niebieskich oprawkach. - Bądź przy mnie. Zawsze.
Stuk tysięcy zdenerwowanych palców bębniących w tysiące drewnianych biurek rozległ się echem niby perfekcyjnie dostrojona orkiestra dęta lub maszerujący pluton żołnierzy.
Był zły. Och, jak cholernie, piekielnie, bezdennie był zły. Wściekłość... nie, furia buzowała w nim niczym adrenalina u rządnego mordu oprawcy. Zimna, mrożąca krew w żyłach furia, idealnie pasująca do lodowiska w Petersburgu, które od ostatniego zdarzenia stało się swoistą świątynią oraz więzieniem "tego".
Nazwijmy "to"... Pragmą.
Pragma prychnął nagle i odwołał jednym skinieniem tysiące ławek wraz z tysiącami rąk uderzających o nie miarowym, drewnianym taktem. Jego paskudnego humoru nie mógł zdusić ani złagodzić żaden magicznie zwielokrotniony huk, który z pewnością pomógłby tabunowi znerwicowanych sekretarek... Ale nie jemu. Nie pomogło ani to, ani odgłos strzelających knykci, ani nawet pospieszny stukot obutych w pierwszorzędne lakierki stóp. Pragmie humor poprawić mogła tylko jedna rzecz - słodka i powabna niczym skowyt odchodzącego o poranku człowieka, któremu wydarł ostatnią szansę na szczęście albo życie.
Zemsta.
Zeskoczył z bandy i zawisł kilka milimetrów nad lodową taflą niczym mgła nad moczarami. Pojęcie zemsty było mu do tej pory zupełnie obce, ponieważ nie istniał żaden człowiek, który byłby w stanie go przechytrzyć. Powód wydawał się prosty - bo nigdy nie wybierał takich, którzy mogliby to zrobić. Zaklął pod nosem, sunąc przez lodowisko ku przeciwległej stronie hali. Nawet siły nieczyste miały swoje słabości. Nie były wszechmocne ani niezniszczalne, bo gdyby były, świat już dawno leżałby u ich stop. Ale nie znaczyło to też, że nie lubiły bawić się emocjami. Pragma od zawsze żerował na ludzkich słabościach, pragnieniach oraz miłostkach, robiąc z tego pierwszorzędny biznes. Przynajmniej dla siebie, bo o znamienitości kontaktów ludzcy kontrahenci już nie mieli tak pochlebnego zdania. Gdyby mogli jakiekolwiek mieć.
Pragma pozwolił sobie na drobny uśmieszek. Miał możliwość, więc z niej korzystał, obserwując to płaszczących się przed nim nieudaczników, którzy popadali w obłęd od nadmiaru szczęścia, to wykrzykujących dumne frazesy awanturników, którzy ostatecznie miękli po dwóch miesiącach niepewności oraz bezsenności. Wszystkich ostatecznie pożerał mrok. Nie było mocnych na jego podszepty, oczywiście jeśli tylko przezornie dobierał swoich klientów. W końcu po co mu było nawiązywać kontakt z taką matką śmiertelnie chorego dziecka, która zrobiłaby dla niego wszystko i niczego nie żałowała? Albo czemu miałby wyciągać rękę do samobójcy? Nudy, wszystko to nudy.
O wiele ciekawszy wydawał mu się przypadek wielokrotnego mistrza w łyżwiarstwie figurowym, który niespodziewanie zaczął mieć problemy z karierą. Kiedy po paśmie sukcesów nagle zrobił w tył zwrot, aby gonić za obcym mężczyzną, a potem dla tej samej osoby dwa tygodnie przed mistrzostwami kraju wrócił do zawodów tylko po to, żeby zająć na nich niesatysfakcjonujące drugie miejsce, wydawało się, że frustracja zje go niczym stado piranii. Gdzieś tam, zakorzenione głęboko w sercu czaiły się niespełnione ambicje kogoś, kto nigdy nie zawiódł pokładanych nadziei. Presja otoczenia nałożyła na jego barki jarzmo sukcesów, a pośród nich największym ciężarem był strach przed zawiedzeniem oczekiwań najukochańszej osoby. Zresztą, największym dowodem na słuszność słabości cudownego mistrza okazało się wezwanie istoty. Czyż istniała osoba bardziej odpowiednia do tego, aby zwieść ją obietnicami o naprawieniu minionych błędów? Przecież taki człowiek sukcesu z pewnością nie umiał wyobrazić sobie porażki, bo jego gładkie podniebienie nie było przyzwyczajone do tak potężnej dawki goryczy. Po roztoczeniu przed nim sugestywnej wizji ponownego stania na szczycie powinien na klęczkach prosić o zmianę rzeczywistości... Ha, powinien.
Ten jeden raz Pragmie się nie udało. Nie, gorzej - tym razem coś poszło nie tak i zamiast ofiary pojawił się również jej obrońca. Najgorszy możliwy typ, największa zaraza świata nadnaturalnego, to przeklęte dopełnienie jestestwa... bratnie dusze.
Bezinteresowne istoty nie obchodziły Pragmy. Ciekawiły go tylko te interesowne, a im bardziej pazerne były, tym lepiej. Dlatego Viktor Nikiforov stanowił tak łakomy kąsek, a Katsuki Yuuri nie. Yuuri był jego naturalnym wrogiem - sam z siebie nie wierzył w możliwość poprawy swojej sytuacji, nie miał chwilowych pragnień, nie miał co stracić, bo uparcie wierzył, że jest nikim... A jednak po spotkaniu Viktora był gotów zawalczyć o wszystko, wybierając wspólne szczęście nad szczęście jednostki. Czy raczej jako Eros nie miał już skrupułów, żeby pożądać całą duszą. To dlatego rok wcześniej jego wiarę w siebie zniszczyło nie szóste miejsce na Grand Prix, ale brak uwagi ze strony ubóstwianego idola. To dlatego w trakcie finału w Barcelonie w pierwszej kolejności bolało go rozstanie z trenerem niż koniec kariery. I to dlatego teraz w pełni świadomy miłości Yuuri wpadał na swoje pokrętne pomysły w stylu stuletniego życia, gdy już raz udało mu się Viktora zdobyć.
Więź, jaka zrodziła się między tymi dwoma, już nie przypominała romantycznej czerwonej nici... Dla Pragmy była bardziej jak drut kolczasty albo przewód pod napięciem, na którym ktoś zawiesił wielki, ostrzegawczy, czerwony znak z trupią czaszką. Cień sarknął, kiedy przekroczył przerwę w bandzie i podążył w stronę szatni. Szkoda, że ten znak był odwrócony do niego tyłem.
Okazało się, że ci przeklęci mężczyźni chronili się nawzajem nawet podczas snu, co noc trzymając się w objęciach i dzieląc snami. Tak, to było możliwe - w końcu nie bez powodu hipnotyzerzy wprowadzali swoich pacjentów w stan uśpienia, a największe lęki odkrywano na odprężających sesjach terapeutycznych na kozetkach. Mimo to świadomością nie mogli się dzielić pierwsi lepsi ludzie, inaczej świat już dawno stanąłby w ogniu, gdyby nawet dzieciaki na byle kolonii wymieniały się myślami. Ktoś musiał tego bardzo pragnąć, ktoś, kto spędził ze sobą mnóstwo czasu i kogo połączyły naprawdę intensywne uczucia. Ktoś tak bliski, jak to tylko możliwe... Dokładnie tak jak Viktor, który podświadomie chciał zostać uratowany przez Yuuriego, przez co wezwał do swojego świata śpiącego wraz z nim narzeczonego.
Ale Pragma, który w głębokim poważaniu miał cokolwiek poza fobiami oraz niespełnionymi pragnieniami swojego klienta, zupełnie nie zwracał uwagi na takie rzeczy jak jakieś „życie osobiste", albo „miłostki". Uwielbiał niszczyć ludzi, nie przyglądać się z błogim uśmiechem rozwojowi ich relacji. To dlatego zignorował Erosa. Ale Eros nie zignorował jego.
Wreszcie istota dotarła do szatni, gdzie potoczyła wzrokiem po pomieszczeniu, szukając swojego dzisiejszego celu. Zwykle Pragma czekał, aż zdesperowany człowiek wezwie go, otwierając na oścież bramę serca, ale tym razem cień postanowił obejść swoje własne zasady i obniżyć standard zaproszenia. Musiał się zemścić, a do tego wystarczyła zaledwie uchylona furtka...
Podpłynął do szafki, na której widniało zapisane cyrylicą imię i nazwisko użytkownika: "Виктор Никифоров". Nie musiał kontaktować się bezpośrednio z Yuurim, żeby sprawić mu największy ból. O wiele lepszym pomysłem wydawało się upieczenie... czy raczej spalenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Pragma otworzył drzwiczki i wsunął rękę wgłąb schowka, sięgając po to, co ukryte.
Bądź przy mnie i nigdy nie odchodź, ta?
Rozbije to twierdzenie w drobny mak wraz z tym cholernym szklanym sercem łyżwiarza.
W opustoszałym od jakichś dwóch godzin mieszkaniu niespodziewanie rozległo się głuche, trudne w zidentyfikowaniu łupnięcie. Potem nastąpiła krótka, pełna napięcia, okraszona ledwie słyszalnym rosyjskim złorzeczeniem pauza, po której niepokojącą ciszę ponownie przerwał hałas, tym razem w postaci chaotycznego skrobania przy drzwiach. Po kilku sekundach zgrzyt nabrał mniej przerażającej tonacji, kiedy metal triumfalnie zachrobotał o metal, a żelazne sztaby gładko przesunęły się po swoim torze. Klik, klik. Klamka drgnęła dwa razy, nie mogąc osiągnąć właściwej głębokości, aż wreszcie za trzecim razem zamek szczęśliwie zaskoczył, a drzwi po wsunięciu w nie nogi i odepchnięciu skrzydła na zewnątrz w końcu stanęły otworem.
Viktor wtoczył się do mieszkania niczym pierwszorzędny objuczony osioł.
Poniekąd była to mała zemsta Yuuriego, który chciał w niebezpośredni sposób dokopać partnerowi za jego opieszałość, a z drugiej strony gabaryty zakupów stanowiły smutną konieczność uzupełnienia spiżarni wobec całkowicie przetrzebionych zapasów. A naprawdę było co tachać... Tylko swojej sportowej gracji Viktor zawdzięczał fakt, że po zrobieniu kilku chybotliwych kroków w kierunku kuchni nie zderzył się z rzeczywistością o kształcie metalowego kredensu, a stos pakunków, zasłaniających mu widok niemal absolutnie, skończył szczęśliwie na blacie zamiast na podłodze. Westchnął ciężko, kiedy wreszcie zobaczył na własne oczy rozmiar niesionej dotąd wieży. To cud, że w ogóle trafił do domu, kierowany bardziej rosyjską wolą przetrwania niż rzeczywistymi zmysłami. Viktor roztarł ramiona, które ścierpły mu pod wpływem targanych toreb z sałatą oraz makaronem, siatek wypchanych mlekiem i kefirem oraz reklamówek wypełnionych mięsem. Poprzysiągł sobie solennie, że już nigdy nie doprowadzi ich związku do takiej ostateczności... Inaczej ostatecznie to odmówią współpracy jego ręce.
Cofnął się do otwartego na resztę mieszkania przedpokoju, gdzie zamknął otwarte do tej pory drzwi. Przekręcił górny zamek, a potem sapnął i zdjął z siebie zbyteczny płaszcz. Tak, wrócił sam, obarczony odpowiedzialnością zaopiekowania się zapasami jedzenia na najbliższe - Viktor rzucił okiem na wielkość zakupów - cztery dni. "No dobra" skonstatował po zważeniu w dłoni importowanego pomidora, "przy naszym apetycie może trzy". Tymczasem Yuuri przyjął na siebie obowiązek pognania wraz z Makkachinem na nieodzowną rundkę wokół parceli, żeby psiak mógł się wyszaleć i dotrwać aż do poranka dnia następnego. Podział zadań wydawał się sprawiedliwy wedle wszelkich zaleceń narzeczeńskiego savoir-vivre. Tylko nawet jeśli wszystko zostało uzgodnione, wciąż nie rozwiązywało to problemu, że Viktor nie wiedział zupełnie, co zrobić ze sobą przez te nadchodzące pół godziny w oczekiwaniu na powrót ukochanej dwójki. W końcu rozpakowanie toreb nie stanowiło już takiego wyzwania jak samo ich przyniesienie i po dziesięciu minutach Rosjanin wsuwał już ostatni karton jajek na ostatnią wolną półkę. Zaktualizowana lodówka pyszniła się teraz garniturem wszelkiego lokalnego dobra, zapewniając Yuuriemu spokój o ich marny byt, a Viktorowi zapewniając przychylność Yuuriego.
Łyżwiarz zerknął tęsknym wzrokiem na kanapę, gdzie wciąż leżała porzucona książka. W sumie jeśli już musiał czekać, równie dobrze mógł zrobić to, co zwykle czynił, gdy trzeba było przetrwać pewien moment w czasie i przestrzeni - spać. Po prostu. Mózg niczym za pociągnięciem wajchy odcinał wtedy wszelkie bodźce i pozwalał organizmowi zregenerować się oraz przeczekać wszystkie napady stresu. Gdyby je miał, oczywiście. Viktor wyciągnął nogi na meblu, a głowę oparł o stertę błękitnych poduszek. Poza tym mógł mieć cichą nadzieję, że jeśli teraz odpocznie, to w nocy będzie miał siły na robienie z Yuurim o wiele pożyteczniejszych rzeczy.
Uśmiechnął się, na wpół pogrążony w błyskawicznej drzemce. Tak, taka zamiana wydawała się idealna: samotna półgodzina snu w zamian za pół godziny możliwości hołubienia ukochanego w swoich ramionach. W miękkiej, spokojnej ciemności, sam na sam, twarzą przy piersi, policzkiem obok włosów... Już chwilę później miarowe posapywanie zaczęło wydobywać się spomiędzy ust zadowolonego Viktora.
Jego Yuuri...
Pragma tylko na to czekał.
Sen zaczął rozwijać się przed oczami cienia niczym kunsztowny czerwony dywan, zapraszający do przejścia po nim... zdeptania, zabrudzenia... zniszczenia i obrócenia w popiół. Sięgnął głębiej, aż dotarł do sedna wizji - w jej centrum Viktor przechadzał się wraz z Makkachinem po bliżej nieokreślonych, nieustannie drżących niczym żywe krople rtęci uliczkach Petersburga. Budynki co chwila to rosły, to malały, dachy zmieniały barwy jak rozlany w kałuży olej, a drzwi wskakiwały na miejsce okien i na odwrót. Ale tego bohater snu zupełnie nie dostrzegał, zbyt skupiony na rozmawianiu ze swoim pupilem w ludzkim języku. Wyobraźnia zadziałała tu niczym naturalny bufor, wykorzystując tęskną myśli o spacerującym w rzeczywistości Yuurim jako bazę i podstawiając w jego miejsce śpiącego Rosjanina. Ale na tym sen dopiero się zaczynał.
Po kilku minutach (a może godzinach?) pogawędki o zaletach japońskich onsenów pudel niespodziewanie wyrwał się ze smyczy i pognał do przodu, wyszczekując radosnym barytonem coś na temat wyprzedaży mięsnych bułek w sklepie na rogu. Viktor natychmiast ruszył za nim, odpowiadając, że nie pamięta, aby taki sklep został ostatnio otwarty, bo przecież na pewno zabrałby tam Yuuriego. Nie wiadomo skąd na nogach mężczyzny pojawiły się łyżwy, dzięki którym mógł sunąć przed brukowane chodniki niczym po gładkiej tafli lodu. Jazda była dla niego bardziej naturalną czynnością niż chodzenie i na tyle trwale wyryła się w jego pamięci, że nawet we śnie nie mógł z niej zrezygnować.
Po kilkunastu metrach pościgu pudel zaszczekał ponaglająco, że jeśli jego pan się nie pospieszy, to połknie wszystkie bułki. Wystraszony Viktor wyraźnie przyspieszył.
- Makkachin! Tylko nie to! - zakrzyknął w odpowiedzi. - Nie jedz ich! Zadławisz się!
Zachęcająca fraza zabrzęczała w uszach. "Tylko nie to". Wystarczyło. Pragma wyciągnął dłoń i pełgającymi po palcach drobinami cienia rozsnuł nad dotychczasową wizją wyimaginowaną mgłę ciemności. Potem wślizgnął się do snu, kształtując, uplastyczniając i zmieniając scenerię z petersburskich ulic na znajome lodowisko.
Viktor zdążył przejechać jeszcze kilkanaście metrów, kiedy spostrzegł, że coś z otoczeniem było mocno nie tak. Myśli, do tej pory swobodnie szybujące po przygotowanej przez fantazję przestrzeni, nagle zaczęły nabierać ostrości, a zmysły się koncentrować. Łyżwiarz wyprostował się i z pewnym wahaniem dotarł aż do samej bandy, na której Pragma zdążył się już wygodnie rozsiąść. Istota kochała ten wyraz twarzy. Zabarwiona niepokojem cisza przed burzą.
- Dzień do... A, to znowu ty - westchnął Pragma, po czym ziewnął lekceważąco, starając się wzbudzić już na starcie jak największą dezorientację. Po dwóch sekundach drobiazgowo przygotowywana machina wreszcie ruszyła.
- To niemożliwe... - wyrwało się z gardła Viktora.
Zdążył już zapomnieć przez te dwa tygodnie o niepokojącym śnie. Wszystko zwalił na obejrzane po ciemku horrory, które zbyt mocno zadziałały na jego podatną na wszelkie inspiracje wyobraźnię. Poza tym przecież wszystko skończyło się dobrze... Ale teraz cała miniona sytuacja znów nabrała takiej wyrazistości, że Viktor mimowolnie złapał się za pierś. Nie bolała.
To zły znak. Znak, że nie było przy nim drugiej osoby.
- Niemożliwe? Mógłbym powiedzieć dokładnie to samo - mruknął z wyraźnym znudzeniem w głosie Pragma. - Ciągle czegoś ode mnie chcecie. Jak nie ty, to Yuuri...
- Przestań kłamać. - Niebieskie oczy zwęziły się, a zawsze pełne radości usta nieznacznie zacisnęły w grymasie źle skrywanej złości. Nie, nie było tak źle. Tym razem wiedział, z czym miał do czynienia. - Yuuri nic nie potrzebuje odkąd ostatnim razem cię przechytrzył.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby próbując w myślach zabić się nawzajem na dwadzieścia osiem różnych sposobów. Przy dwudziestym dziewiątym, w którym Pragma spychał mężczyznę w otchłań śpiączki po wypadku samochodowym, "to" wyprostowało się i wzruszyło łagodnie ramionami na znak, że się poddaje.
- No dobrze, dobrze, wystarczy już tej agresji. Było, minęło, a żyć trzeba. Właściwie nie mam wam absolutnie za złe ostatniej akcji - oznajmił, ukradkiem napawając się strachem i gniewem emanującymi z milczącego Viktora. - Wręcz przeciwnie, to był popisowy ruch.
Tak jak poprzednim razem po pstryknięciu palców z trybun odezwały się gromkie oklaski. Drobny pokaz przygotowany przez żądnego popisów Pragmę wciąż wydawał się być podszyty kpiną nawet mimo jego ugodowej wypowiedzi. Czy miał to być nieudany przyjacielski żarcik czy zawoalowana groźba?
- Sporo się dzięki wam nauczyłem. Macie moją wdzięczność. - "To" zakończyło występ, kiedy wiwaty ucichły. – Ale tym razem nie zamierzam cię do niczego przymuszać. Dziś zajrzałem tu jedynie w ramach przedstawienia oferty marketingowej. Czy raczej... Powiedzieć, że zawsze jestem do usług.
Spokojny, okraszony ekonomicznym dowcipem ton Pragmy nie uszedł uwagi Rosjanina. "Po tym wszystkim co się ostatnio stało jest zbyt spokojny i rzeczowy..." stwierdził, uciszając pośpiesznie bijące serce. "Musi być zły. I wciąż czegoś chce."
- W takim razie kontaktuj się z moim managerem, nie ze mną. Ja nie jestem ci do niczego potrzebny - rzucił Viktor, a potem odwrócił się i w manifestacyjny sposób odjechał ku przeciwnej, ukrytej w cieniu stronie lodowiska.
Mężczyzna przeczuwał, że ucieczka nie mogła być tak prosta, ale mimo wszystko coś ścisnęło go w żołądku, kiedy po dojechaniu do bandy okazało się, że Pragma już tam siedział. Mało tego, wyglądało to tak, jakby nigdzie się nie ruszał, a to nieświadomy łyżwiarz zrobił pętlę i wrócił w to samo miejsce. Boleśnie zrozumiał, że to nie on dyktował warunki rozmowy. Ani tej, ani żadnej innej. Sportowy Klub Mistrzów nie był niczym innym jak wielką klatką, w której został uwięziony na tak długo, jak upływ czasu w świecie ze snów na to pozwalał.
Istota przechyliła głowę w bok, spoglądając karcąco na Viktora.
- Może faktycznie powinienem zadzwonić do kogoś innego - stwierdziła takim tonem, jakby miał na myśli "może twój manager nie byłby tak durny jak ty" - ale w końcu właśnie ty jesteś przedstawicielem Yuuriego. A to Yuuri niedługo zacznie mieć problemy.
Zimny dreszcz przebiegł po ramionach Nikiforova, a krew odpłynęła z policzków. Jedno imię wystarczyło, aby zachwiać tą resztką spokoju, jaką odzyskał. Teraz Viktor przypominał siebie z poranka na plaży w Barcelonie, kiedy Jurijowi wyrwało się o jedno słowo za dużo.
- Jeśli zamierzasz zrobić coś Yuuriemu, to rozszarpię... - wysyczał, na co istota natychmiast zareagowała obronnym uniesieniem dłoni.
- Hola, hola, bez nerwów. Zauważ, że gdybym tylko chciał, to już byście zdychali w cierpieniach. - zauważył Pragma i zaraz odchrząknął, żeby zamaskować ostatni niefortunny zwrot. Po chwili rozłożył ręce w dobrotliwym geście. - Ale nic do was mam. Pokojowe ze mnie stworzenie.
"Tylko dlatego, że potrzebuję jakiegoś głupiego człowieka, aby mieć możliwość skorzystać ze swoich mocy" pomyślał, ukrywając grymas wściekłości za powłoką z cienia. W obrębie stworzonego sennego wymiaru mógł robić co mu się żywnie podobało, ale ingerować w rzeczywistość mógł tylko po dotknięciu kogoś stamtąd... I to za zgodą tego kogoś.
- Godny zaufania jak obwoźny sprzedawca garnków - skwitował przez zaciśnięte zęby Viktor, starając się przywołać na swoją twarz uśmiech, który zawsze towarzyszył mu podczas wywiadów. Nie mógł otwarcie pokazywać niechęci na terenie wroga, gdzie nie miał absolutnie żadnej władzy. - I tak samo precyzyjny. Następnym razem wyślij e-maila. Może nie skasuję go... od razu.
- Ja bym był ostrożny z tym usuwaniem. Nigdy nie wiadomo, jakie kontakty mogą się przydać. W końcu paktowanie z siłami ciemności nigdy nie prowadzi do niczego dobrego, nieprawdaż? - zwrócił uwagę cień, zupełnie ignorując fakt, że to właśnie on reprezentował "siły ciemności". - Szczególnie że tak zachłanny człowiek jak Yuuri najpewniej sprowadził na siebie klątwę.
- Nie wierzę w istnienie jakiejkolwiek klątwy – rzucił Viktor, starając się zamaskować swobodną reakcją coraz silniej rosnący niepokój. Trudno było jednak o bardziej nieadekwatną wypowiedź, gdy rozmawiało się z niematerialnym bytem, znajdującym się gdzieś w przestrzeni snu. Klątwa wydawała się tak samo na miejscu jak sprzedaż życia za spełnienie życzenia. - Nic gorszego niż ja próbujący smażyć jajecznicę mu się nie przytrafi, gwarantuję.
Pragma zacmokał, kręcąc głową.
- Nie byłbym tego taki pewien. Mógł na przykład... uwięzić w tym świecie swoją pewność siebie - powiedział z wyuczonym wahaniem w środku zdania, a potem nagle nachylił się ku łyżwiarzowi, ukazując mu bezmiar ciemnych, pustych oczu. - Erosa - wysyczał znacząco.
Pragma przesłał szeroki uśmiech sparaliżowanemu Rosjaninowi, po czym się wyprostował. Niespodziewanie jego kontury zaczęły powoli blednąć, kiedy drobny cienia odrywały się z czarnego ciała i rozpływały w powietrzu. Mówił, szeptał, mącił... Półsłówka, ćwierćprawdy... Tylko to. Nic więcej. Całą resztę miał za niego załatwić Viktor, który na swoje nieszczęście oraz nieszczęście umowy, którą zawarł Yuuri, pamiętał wszystko ze snów.
- Ale to twoja sprawa, co zrobisz z tymi informacjami. Jak już kiedyś mówiłem: w nic nie musisz wierzyć - skwitował Pragma i skinął głową, kończąc rozmowę. - W takim razie... Powodzenia na Czterech Kontynentach.
Po czym zniknął, pozostawiając po sobie ledwie słyszalne echo urwanego śmiechu oraz Viktora, którego powoli zaczęła oplatać ciemność znad lodowiska i dusząca sieć wątpliwości.
Przypisy-chan
Tajemnicą wielką nie było, że Cieniochujek - od teraz Pragma - wróci i znów zacznie siać ferment. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to być historia mocno fantasy, nie do końca taka będzie. Jak wiadomo z rozdziałów 0, nawet spełniane życzenia muszą oscylować w skali rzeczywistości. Nie będzie wiec supermocy, magicznych światów ani fantastycznych stworzeń (ani jak je wytresować). Cokolwiek się stanie, będzie wciąż maksymalnie skupione na świecie znanym z YOI. Chcę się pobawić w obserwatora, który uchyli wam rąbka tajemnicy tych światów zaczynających się "a co by było, gdyby"
Za pomoc, betę i konsultacje ślicznie dziękuję DaryavonDayern oraz an_nox. Pierwsza odpowiada za akceptację całego projektu, druga za masę konstruktywnej krytyki, dzięki której jestem teraz o wiele bardziej zadowolona z przebiegu pewnych rozmów. :* Ja jak zwykle po pewnym czasie nie ogarniam, czy fabuła ma sens, czy zdania są poprawne i czy Pragma jest odpowiednio pragmowaty... Znaczy, pragmatyczny.
Dzisiejszy tytuł rozdziału sponsoruje drugi z programów Georgija, tym razem "A Tales of Sleeping Prince". Znów polecam poczytać tekst piosenki, bo pasuje świetnie do nieciekawej sytuacji Viktora... Tylko kto tu teraz kogo będzie ratować? Yuuri Viktora przed nieprzemyślaną decyzją czy Viktor Yuuriego przed klątwą?
Och, Viktor, Viktor... Wake me up before you go-go~
Akcja dzieje się już po Mistrzostwach Europy, na których Viktor zajął... nieważne, które miejsce zajął. Nie w tej historii. Teraz trzeba się skupić na Mistrzostwach Czterech Kontynentów.
Mam nadzieję, że fanfik wam się spodoba i będziecie zaglądać tu regularnie. Trzymajcie się zatem i do następnego!
