- Viktor... Czy powinienem... Flipa... - Niewyraźny, jakby znajdujący się za powłoką z waty głos z ledwością dotarł do zainteresowanego, dryfując gdzieś na granicach świadomości, odrealnienia i snu. - Viktor...? Pytałem... coś...

Och, gdyby tylko pamiętał jak brzmiało to pytanie... Rosjanin pochylił się, próbując przypomnieć sobie, o co właściwie chodziło, jednocześnie ukrywając nieco mętny wzrok przed czujnym japońskim spojrzeniem. Kiedy schował podkrążone oczy w cieniu grzywki, ciążące mu powieki samoistnie opadły, zagłębiając zmęczone myśli w przytulnej ciemności. Tętniący w skroniach i źrenicach ból uderzał o ścianki naczyń krwionośnych niby bezlitosna perkusja, rytmem trzy czwarte wbijając w rozstrojony mózg mężczyzny kolejne takty niepokoju. W uszach szumiało już na tyle mocno, że pulsująca krew wydawała się jedynym słyszalnym podkładem, a ciałem wstrząsały drobne, uporczywe dreszcze wyczerpania z powodu braku snu. Zmęczony Viktor z ledwością panował nad reakcjami swojego zawsze świetnie działającego, wysportowanego organizmu.

Nie mógł jednak pokazać przed Yuurim, że coś go trapiło. To nie była jego wina. Wszystko, tylko nie jego wina...

Kiedy głowa opierającego się o bandę mężczyzny niebezpiecznie przechyliła się ku prawemu ramieniu, pod powiekami nagle zamajaczyła mętna sylwetka Pragmy. Choć istota zawsze zachowywała się powściągliwie, a twarz o nieostrych rysach ukrywała za maską z cienia, było wiadomo, że się uśmiecha. A ostatnio robił to coraz częściej i przeraźliwie szeroko, ciesząc się ze zbliżającej okazji do zaoferowania swej pomocy. W końcu konkurs programów krótkich był już... ju...

...jutro?

- Viktor! - usłyszał niemal tuż przy swoim uchu.

Momentalnie otworzył oczy i wzdrygnął się, kiedy zamiast szarej postaci tuż przed swoim nosem zobaczył zaniepokojonego Yuuriego. W tle dostrzegł też obszerną halę wraz z rzędami pustych błękitnych siedzeń, okupowanych przez garstkę nielicznych widzów. W otępiałą świadomość wreszcie wpasował się jeden z puzzli rzeczywistości. Gangneung. Byli w Gangneung, na treningu. Na Mistrzostwach Czterech Kontynentów.

Ten jeden raz zdolność Viktora do szybkiego zasypiania w niemal każdym miejscu stała się jego utrapieniem. Rosjanin mocniej zacisnął dłonie na krawędzi bandy i wyprostował się, unosząc górną część ciała z pozycji zdecydowanie bliższej odpoczywającemu podczas wykładu studentowi niż kompetentnemu trenerowi. I to trenerowi, który właśnie miał przekazać swojemu podopiecznemu ostatnie ważne wskazówki odnośnie wykonywanego programu. To zdecydowanie nie był odpowiedni czas na tego typu zachowanie.

- Yuuri, chyba... - Viktor odchrząknął, próbując zmusić do współpracy zastałe, owiane zimnym powietrzem znad lodowiska gardło. - Chyba źle cię zrozumiałem.

- Źle mnie... - Yuuri otworzył usta w niemym zdumieniu, trwając w tej pozie przez krótką chwilę, zanim w końcu ich nie zamknął i nie zmarszczył brwi. - Viktor, tu nie ma co rozumieć. Pytałem, bo przecież widziałeś...

Katsuki zawahał się, patrząc z podejrzliwością na mężczyznę.

- Widziałeś, prawda? - zapytał zdawkowo.

Nie widział. Jasne, że nie widział. Ledwie walczył z tym, żeby nie zasnąć, nie mówiąc już o tak prostej czynności jak patrzenie przed siebie. Ale gdyby przyznał się do nieuwagi w takim momencie, kiedy najwyraźniej oczekiwano od niego rady, i tak już nadszarpnięta pewność siebie Yuuriego całkowicie by pękła, a Japończyk wycofałby się do swojej jamy niczym ranny zwierz. Viktor milczał więc i czekał, zaciskając desperacko usta i starając się wyglądać na szczerze zainteresowanego sytuacją... Nie jak wyczerpany człowiek, który z niepokojem wypatrywał, skąd zaatakuje absurdalny, wyimaginowany wróg, próbujący obrócić wniwecz całe życie i miłość, jakie posiadł.

Niemal każdą ostatnią noc Viktor musiał spędzać na wygaszonym lodowisku w Petersburgu, słuchając podszeptów jakiejś nieistniejącej istoty. Tylko że jak na jej nieistnienie diabelska postać objawiała się stanowczo zbyt często i mówiła stanowczo zbyt płynnie, aby być tylko nieskomplikowanym, wyprodukowanym przez zbędne ścinki pamięci długotrwałej majakiem. O tak, opowiadać to ona potrafiła... Pragma wiedział praktycznie o wszystkich niepokojach trapiących Rosjanina, a gdy je komentował, wydawały się przez to jeszcze gorsze i bardziej złowróżbne niż początkowo sądził.

Istota zaczęła odwiedzać Viktora co drugą, co trzecią noc, nie proponując mu nic, a w zamian jedyne, co robiła, to to, że nad ranem pozostawiała rosyjskiego łyżwiarza sam na sam z gonitwą galopujących myśli. Bardzo, bardzo dokuczliwych myśli. Kiedy tylko cień dowiedział się o tym, że Viktor zauważył kulejącego Yuuriego, stwierdził z powagą, że w sumie to podziwia japońskiego łyżwiarza, że daje po sobie poznać "tylko" kulenie. Innym razem, dwie doby później, Pragma cały sen wyliczał problemy sportowców, jakim zdołał zapobiec w trakcie swojej wieloletniej kariery metafizycznego konsultanta, nie wyłączając schizofrenii oraz depresji. Viktor, zmuszony do słuchania kilkugodzinnego wywodu nawet mimo zatkania uszu, wkrótce sam zaczął mieć problemy z koncentracją, coraz mocniej obawiając się kolejnych spotkań. Podczas trzecich odwiedzin, akurat w noc, gdy dla ich wspólnej wygody Yuuri odsunął się na prawy brzeg łóżka, chcąc dać wiercącemu się partnerowi nieco więcej miejsca, szara istota ze smutkiem pokręciła głową i lakonicznie poinformowała, że od tego zawsze się zaczynało.

Cokolwiek miała na myśli, na pewno zaczęło się spanie na przeciwnych krańcach łóżka, gdy nie mogli już sobie spojrzeć w oczy, i coraz częstsze sprzeczki na temat osowiałego zachowania Viktora. Yuuri starał się prośbą i groźbą wydobyć z narzeczonego powód jego niewyspania, ale kiedy ten zbył go żartobliwym stwierdzeniem, że to przez to, że całymi nocami nie mógł przestać wpatrywać się w jego cudowną twarz śpiącej królewny, Katsuki nagle przestał dopytywać. Najwyraźniej musiał poczuć się zdradzony, że Viktor po raz pierwszy nie chciał mu szczerze opowiedzieć o trapiącym go problemie.

Ale nie mógł nic powiedzieć, nie przed zbliżającymi się Mistrzostwami Czterech Kontynentów. Boleśnie wiedział, że Yuuri nie tylko by mu uwierzył, nie tylko zrobiłby absolutnie wszystko, żeby go ratować, ale też przerwałby przygotowania do mistrzostw, aby się nim zająć... Właśnie. Mógłby rzucić wszystko nad czym tak ciężko pracował przez ostatni rok tylko dlatego, że bałby się, że to przez niego Viktor się w coś zaplątał. Taki właśnie był Yuuri. Dlatego tak go kochał. I dlatego nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby to on był powodem japońskiej klątwy, o której tyle czasu szeptał mu Pragma.

Serce Viktora kołatało zawzięcie, rozstrojone z powodu nieprzespanej nocy. Szczerze prosił... nie, modlił się, żeby to ostatnie tygodnie, w trakcie których tak znacząco oddalili się od siebie, były złym snem, a nie spotkania z Pragmą. "Po mistrzostwach powiem mu o wszystkim. Będziemy mieć czas, żeby coś na to zaradzić. Psycholog, leki, cokolwiek. Ale jeszcze nie teraz. Tak bardzo chcę, żeby uwierzył w siebie, żeby zdobył złoto na konkursie tej rangi... "

Yuuri obrzucił trenera poważnym spojrzeniem. Zwężone źrenice w tych zawsze pięknych, niebieskich oczach. Spękane usta, których zapomniał posmarować balsamem. Nieznacznie drżące ręce, ukryte w rękawach beżowego płaszcza. Dla niego Viktor wyglądał na wyczerpanego z powodu niemożliwości zaradzenia błędom niekompetentnego ucznia. A skoro tak, to nie było sensu o cokolwiek pytać. Odpowiedź nasuwała się sama.

- Nie, już nic. Wybacz, że cię niepokoiłem. - Yuuri puścił się bandy i przeszusował w bok, aż do zejścia z lodowiska. - Skończyłem trening. Chodźmy.

- Yuuri, ale jeśli mi powtórzysz, to przecież mogę...

- Możesz? - Pochylony Katsuki podniósł wzrok znad zakładanych na płozy ochraniaczy. Ciężko powiedzieć, czy był bardziej zły, czy rozgoryczony. - Przypomniałbym ci, co przez ostatnie dwa tygodnie mogłeś, ale skoro nie powiedziałeś mi do tej pory mimo tylu próśb, to widocznie nie ma o czym mówić. Wracajmy do hotelu. Tam odpoczniesz.

Yuuri ruszył do szatni, zbierając z bandy odłożone przez Viktora bluzę i okulary. Po otuleniu się kurtką wsunął nos w postawiony na sztorc kołnierz, a plecy przytłoczone ciężarem rosnącej między nimi bariery zgarbiły się jak u pokrzywdzonego dziecka. Bardziej niż świadomość zbliżającego się konkursu bolało go coś innego.

- Chciałem prawdy, a nie... niezrozumienia - szepnął i ruszył, nie oglądając się na zranionego słowami trenera.


Viktor otworzył oczy i natychmiast rozpoznał niepokojącą aurę, oplatającą lodowisko w Sportowym Klubie Mistrzów. Kolejna wizyta. Właściwie czego innego mógł się spodziewać po dniu pełnym rozczarowań, porażek i goryczy. Szczególnie goryczy.

Zacisnął dłonie w pięści. Chociaż wmawiał sobie, że to wszystko dla dobra Yuuriego, że stara się go chronić, ostatecznie sam wszystko zniszczył. Nie był dla niego wystarczającym wsparciem. Ten flip...

- Czy powinienem wam pogratulować, czy jednak współczuć tego siódmego miejsca? - rozbrzmiał znajomy, podbity echem głos. Pragma siedział na swoim ulubionym miejscu na bandzie, opierając dłonie po bokach i pochylając się lekko w stronę tafli lodowiska. - Niektórzy powiedzieliby, że siódemka to szczęśliwa liczba, choć pewnie wszyscy sportowcy wolą jedynkę... A przecież pierwsze miejsce jest tylko jedno! Czy to nie smutne? Przecież zawsze więcej osób będzie sfrustrowanych niż zadowolonych. Ech, od dawna wiedziałem, że konkursy to głupota.

Viktor milczał. To nie była kwestia tego czy zgadzał się z rozmówcą, czy nie - po prostu nie obchodziło go to. Musiał przetrwać dopóty, dopóki nie odzyska sił i nie obudzi się rano w jednym pokoju z Yuurim. Wtedy go przeprosi. Wytłumaczy. Uklęknie. Zacznie błagać o pomoc...

Brak reakcji ze strony łyżwiarza nie zniechęcił jednak istoty przed kontynuowaniem raz podjętego monologu. W końcu wcześniej nie takie ciche noce przegadywał sam, a teraz dostał w swoje ręce mnóstwo materiału na zorganizowanie całej konferencji odnośnie błędów, jakie w ciągu ostatnich dni popełnili dwaj mężczyźni. A było nad czym dysputować.

Niewyspanie spowodowane licznymi wizytami Pragmy i nerwowość w zachowaniu Viktora spowodowały, że równie osłabiony psychicznie Yuuri zajął dopiero siódme miejsce na Mistrzostwach Czterech Kontynentów. Ale nie to wydawało się w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze było to, że teraz Yuuri obwiniał siebie za swoją słabość, a Viktor przeklinał w duchu swoją. Że nie zauważył i nie zareagował na czas. Że za bardzo skupił się na sobie, nie zrobił czegoś z bezsennością, nie powiedział raz na zawsze temu czemuś, żeby się od nich odczepiło, tylko słuchał, słuchał, słuchał...

Mężczyzna potrząsnął głową. Czy właśnie próbował zwalić winę na postać ze snów? To bezsensowne. Nielogiczne. Niewłaściwe. Przecież czymkolwiek było tajemnicze szepczące "coś", znajdowało się tu, w jego wyobraźni. Nigdzie indziej.

- No ale cóż... Domyślam się, że to nie zajęte miejsce jest tym, co najbardziej cię trapi - westchnął Pragma, nieprzejęty zupełnie tym, że jego istnienie jest poddawane w wątpliwość. Zresztą, on sam nie musiał niczego udowadniać. Wystarczyły jego irytująco celne uwagi. - Yuuri strasznie to przeżył, prawda? Że sprawił ci zawód?

Ścisk w żołądku potwierdził słowa istoty. Najbardziej przerażające i znamienne było chłodne, spokojne zachowanie Yuuriego. Opanowanie bliźniaczo podobne do tego z Barcelony. Ten przeszywająco bolesny wyraz twarzy, gdy wieczorem przeprosił chcącego go przytulić Rosjanina i wyszedł z hotelu, mówiąc, że musi się przejść, by uporządkować myśli. Że chce się jeszcze raz zastanowić nad ich relacją trener-podopieczny, szczególnie kiedy na Mistrzostwach Świata Viktor będzie musiał dzieli dwie funkcje, a nie, jak teraz, ledwie jedną, a i tak z trudem...

Przez głowę Viktora śmignęła opowiedziana mu kiedyś przez Katsukiego historia o koleżance ze szpitala, która próbowała pocieszyć zaniepokojonego łyżwiarza, ale ten ją odepchnął. Czy naprawdę cofnęli się aż do tego etapu? Stali się dla siebie obcy i niegodni zaufania? Szczególnie teraz, kiedy każda sekunda uwagi była na wagę złota... Ale nie tego w medalu.

Tego znajdującego się na palcu serdecznym prawej dłoni.

- Może nie powinienem tak mówić, ale wiesz... Ostrzegałem cię. - Pragma rozłożył ręce jak ojciec, który daje życiową lekcję nieposłusznemu synowi. - Zwracałem uwagę, że jego Eros mógł tu utknąć. Że już nie będzie tak pewny siebie jak dawniej. Być może już nigdy.

Rosjanin zacisnął mocniej usta. No właśnie. To wciąż nie był koniec wątpliwości. Co będzie na Mistrzostwach Świata? Viktor nie był już tak święcie przekonany o swojej doskonałej formie. Jeśli na najważniejszych zawodach zajmie niskie miejsce, to czy Katsuki może stwierdzić, że jednak zawadza i że musi od niego odejść? A wysoka lokata, wyższa niż Yuuri? Wtedy pomyśli, że się nie nadaje albo że Viktorowi znudziło się trenowanie kogoś tak przeciętnego. A przecież nie był przeciętny. Był najwspanialszy. Zasługiwał na każde podium i jeszcze więcej. Viktor miał ochotę zarzucić mu na szyję wszystkie medale, jakie zdobył, dziękować za to, że się urodził, całować, przytulać, zapewniać, że to on i tylko on wszystko spieprzył...

...gdyby tylko Yuuri mu pozwolił.

Ale nie zrobił tego. Uciekł, zostawiając zmęczonego Viktora na łóżku, aż ten nie przymknął oczu i nie znalazł się w tym ciemnym, zimnym, nieznośnie znajomym wymiarze. Oczywiście gdyby znajdowali się w innej sytuacji, w lepszych warunkach, pewnie całe te rozmyślania nie miałyby najmniejszego znaczenia i nawet w razie zajęcia przez Yuuriego tego przeklętego siódmego miejsca wciąż startowaliby na równych prawach, w pełni sił, zdeterminowani i kochający się nawzajem. Ale teraz lęk przed skomplikowaniem i tak już mocno poplątanych spraw związanych z Mistrzostwami Świata jeszcze bardziej oddalił ich od siebie. Czy w ogóle istniał sposób, aby to wszystko odkręcić? Bo Viktor oddałby wszy...

- Ale wiesz, że jest na to sposób. Zawsze jest - rzucił zagadkowo Pragma, zupełnie jakby czytał w myślach Viktora.

Mężczyzna wreszcie spojrzał wprost na istotę. A więc jednak, To o to od początku chodziło.

- Oczywiście masz na myśli sukces za oddanie życia - odpowiedział zimno Viktor.

- Och, przestań. Darujmy sobie już to straszne zabieranie lat. Mimo wszystko nie chodzi mi o to, żeby zabijać klientów. - Pragma przewrócił teatralnie oczami. - Po prostu muszę wziąć coś cennego w zamian. Chyba nawet ty rozumiesz, że za ferrari nie można zapłacić kilogramem ziemniaków, prawda?

Chociaż Viktor miał przemożną ochotę zaprzeczyć, najbardziej prymitywna z zasad handlu była bezlitosna. Coś za coś.

- A poza tym nałożyliście sobie blokadę na konto, więc na mocy poprzedniego życzenia nie mogę uszczknąć nic z tych stu iluśtam-sobie-wymyśliliście lat - zdradziła istota. - Widzisz, jaki ze mnie szczery gość? Ale mam inną propozycję.

Pragma zawiesił głos i spojrzał wyczekująco na Viktora, zupełnie jak rybak zarzucający haczyk z przynętą wpatrywał się w wodę, ciekaw, czy tym razem się uda. Tylko w tym przypadku brak reakcji oznaczał dobrą reakcję.

- Sukces za sukces - zdradziła wreszcie istota. - Twój medal za medal Yuuriego. To chyba bardziej sprawiedliwa wymiana?

- Wcale. Żadna wymiana z tobą nie brzmi jak cokolwiek sprawiedliwego - wypalił od razu Viktor, marszcząc proste, nieprzyzwyczajone do okazywania złości brwi.

- Wybacz, ale muszę z czegoś żyć. Taka praca. No i nie chodzi mi o to, żebyś oddawał zaraz złoto Czterech Kontynentów. W zamian za to, że ostatnio trochę przesadziłem z ofertą marketingową, pójdę ci na rękę. Możesz mi oddać jakiś pomniejszy sukces. Powiedzmy... - Pragma zabębnił palcami o bandę, pogrążając się w rozmyślaniach. Po kilku sekundach stukot zamarł, a dłoń uniosła się do góry na znak odkrytego pomysłu. - O, a co powiesz na juniorskie? Jakieś sreberko ze światowych, kontynentów albo coś?

- Juniorskie są tylko światowe. Poza tym nie biorę udziału w Czterech Kontynentach - wyjaśnił zdawkowo Viktor. Ale nie obruszył się.

- No dobrze, dobrze, masz mnie. Jestem łyżwiarskim tumanem - zażartował Pragma, chcąc przełamać lody z potencjalnym klientem. - W każdym razie sam możesz wybrać, co ci odpowiada, żeby nie było, że coś ci sugeruję.

- I naprawdę wystarczy ci, że w zamian za wygraną Yuuriego w Czterech Kontynentach mogę oddać... - Skuszony możliwością postawienia warunków umowy Viktor uniósł dłoń na jakieś dziesięć centymetrów i zawahał się. - ...cokolwiek?

Ale kiedy tylko te słowa opuściły usta mężczyzny, Pragma szybko, ale tak naturalnie jak się tylko dało pochwycił dłoń rosyjskiego łyżwiarza, zanim ten zdołał się namyślić albo ją opuścić.

- Jasna sprawa - przytaknął. - Decyduj. Co ci zbywa na stanie?

- Czy złoto z narodowych z 2004 wystarczy? - Viktor spiął się, jakby oczekiwał nagłej zmiany kontraktu, ale istota od razu pokiwała głową.

- W zupełności. - Pragma uśmiechnął się szeroko, a z jego nadgarstka zaczęły pełgać drobiny ciemności. - Wystarczy aż nadto.


Mgła nieświadomości powoli rozpłynęła się, a widok nieznajomej przestrzeni nad głową sprawił, że Viktor na chwilę się zawiesił, wpatrując w gładki, kremowoszary, poznaczony błyskami światła znad rolet sufit. Potrzebował naprawdę kilku porządnych sekund zastanowienia, żeby zrozumieć, gdzie się obecnie znajdował. Nie, to nie zielonkawe sklepienie znane z Yu-topii. Nie było to również mieszkanie w Petersburgu z jego białym stropem. Mężczyzna zmarszczył brwi, starając się przesunąć z końca języka tę dręczącą podświadomość nazwę. To przecież... było... to nieszczęsne Gangneung. Mistrzostwa Czterech Kontynentów, hotel i... i...

- Yuuri! - zawołał Viktor, nagle zrywając się do siadu.

Razem z miejscem wróciła mu pamięć odnośnie całej parszywej rzeczywistości. Przyjemna chwila upragnionego zapomnienia obróciła się przeciwko niemu, kiedy Rosjanin zdał sobie sprawę, co właściwie zrobił. To niemożliwe. Jak mógł zasnąć, nawet nie upewniwszy się, czy Katsuki wrócił do pokoju? A jeśli coś mu się stało? Jeśli zrobił coś głupiego, głupszego nawet od Barcelony? Jeśli zniknie z jego życia, tym razem bez najmniejszego ostrzeżenia? Kolejne "jeśli" mnożyły się w głowie mężczyzny jak wygłodniała szarańcza na pożywnym polu wyobraźni, nie pozostawiając po sobie nic poza zgliszczami i lękiem.

- Yuuri... - powtórzył raz jeszcze, chcąc znajomym słowem ukoić spierzchnięte od strachu wargi. Nie podziałało. - O Boże, Yuuri...!

- Tak?

Viktor już miał wyskoczyć z łóżka, wypaść na korytarz, biec przed siebie, w dół, dalej... Już chciał pognać ratować swój dogorywający związek, kiedy pogodny, najspokojniejszy w świecie głos dobiegł wprost ze znajdującej się w pomieszczeniu obok łazienki. Rosjanin zamarł, nie dowierzając temu, co usłyszał. Serce wciąż waliło mu jak oszalałe, a ciało omdlało z powodu zbyt gwałtownego ruchu, powodując, że bezsilny łyżwiarz opadł z powrotem na miękki materac. Dopiero wtedy Viktor spostrzegł, że leży z lewej strony wąskiego łóżka, a poduszka z prawej nosiła ślady użytkowania, jakby ktoś jeszcze chwilę temu na niej spał.

Przecież to niemożliwe. Nierealne. Nie wybaczyłby mu tak łatwo. Sam sobie nie mógł wybaczyć, więc nie zniósłby, gdyby po powrocie z domniemanego spaceru mężczyzna po prostu wtulił się w rosyjską pierś i zaakceptował popisowy pokaz bezmyślności. Przecież zawiódł go w każdej roli - jako trener, jako partner, jako człowiek. Jak już spieprzył, to spieprzył wszystko, doszczętnie i za jednym zamachem. Więc dlaczego...?

- Wołałeś mnie? - Yuuri, jedyny na świecie, najdroższy Yuuri wyjrzał z łazienki i spojrzał na niego tak łagodnie, jak nie spoglądał chyba od tygodni.

Viktor nic już nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Bał się, że gdy zrozumie, okaże się to tylko kolejną warstwą snu. Dlatego milczał, błądząc wzrokiem po odzianej w koszulkę i spodnie od piżamy sylwetce, od bosych stóp po czubek lekko zwichrzonej czupryny, chcąc zapamiętać każdy szczegół, utrwalić na dobre w pamięci, by ewentualna pobudka bolała choć trochę mniej.

Ale to nie był sen. Katsuki zamknął drzwi toalety i niczym dobrotliwy anioł podszedł do siedzącego wśród rozrzuconej pościeli narzeczonego. Usiadł na skraju jego łóżka... ich łóżka, bo jak to możliwe, że tutaj leżały dwie poduszki, kiedy na sąsiednim nie było żadnych... po czym uniósł swoją dłoń, by wygładzić potarganą w czasie snu grzywkę Viktora. Raz za razem chwytał między palce jasne pasemka włosów, po czym rozczesywał je i układał w znajomą, łagodną kurtynę. Drobnymi, pełnymi miłości gestami przywracał do porządku świat, o którym Rosjanin tak mocno marzył w ciągu ostatnich dni. I który wreszcie stał się prawdą.

- Hahaha... Jaką masz zabawną minę - zaśmiał się cicho Yuuri, a ten dźwięk wydawał się najpiękniejszą melodią, jaką mężczyzna kiedykolwiek słyszał. Czysty i niewinny jak trel leśnego ptaka. - Chyba naprawdę dałem ci się we znaki, co? Wyglądasz jakbyś imprezował do rana.

Katsuki pochylił się i delikatnie pocałował Viktora w usta, niczym książę witający się ze swą księżniczką po długim, samotnym śnie. Pobudka już dawno nie przedstawiała się tak pięknie jak dziś. Aż nierealnie pięknie...

- Yuuri, czy wszystko w porządku? Nie jesteś zły? - zapytał powoli Viktor, bojąc się, że jakieś nieuważne słowo może sprawić, że dłoń pieszcząca jego twarz nagle zniknie, a oblicze siedzącego przy nim mężczyzny spochmurnieje i wykrzywi się w nagłym grymasie złości. Ale nic takiego się nie działo. Istniał tylko Katsuki, który lekko marszczył brwi i patrzył na niego ciekawsko, w niemej prośbie o kontynuowanie rozpoczętego tematu. - Czy... wszystko między nami jest... normalnie?

- No wiesz... Ciężko nazwać to normalnym, ale... - Yuuri przestał przeczesywać grzywkę i odwrócił się za siebie, aby ze stolika nocnego Viktora zgarnąć coś, czego wczoraj absolutnie tam nie było. Nie miało prawa tam być. Japończyk czule pogładził kciukiem śmiesznie mały, zawieszony na biało-czerwonej tasiemce krążek i podał go zdumionemu trenerowi. - Wcześniej miałem wrażenie, że to wszystko mi się śni, że na pewno znów zepsułem tego flipa w krótkim... Jednak dziś rano chyba wreszcie uwierzyłem. Naprawdę nam się udało.

- Złoto... - szepnął Viktor, przyglądając się połyskującemu w świetle poranka medalowi. - Więc jednak...

...życzenie się spełniło.

Sparaliżowany Rosjanin wreszcie uświadomił sobie, co się stało. Bo się stało. I on o tym doskonale pamiętał. Wszystko. Minione tygodnie w cichej separacji, nieudane treningi, upadek przy flipie z krótkiego, niedokręcone skoki w dowolnym, siódme miejsce i ich ostatnia zimna kłótnia. A najdziwniejsze było to, że nie zapomniał również o pakcie. O Sportowym Klubie Mistrzów z wyobraźni, siedzącej na bandzie postaci, ręce pokrytej drobinami cienia, którą uścisnął na znak zawartej umowy oraz o dziwnej, pustej sensacji, jaka ogarnęła go chwilę później, kiedy ciemność pochłonęła całe lodowisko. Wszystko to było zbyt realistyczne i pełne szczegółów jak na byle sen, a myśl o śpiączce świadczyła o tym, że myślał zbyt trzeźwo, aby była to prawda. Więc albo Viktor zwariował, albo działo się coś niewiarygodnego. Coś, o czym pojęcia nie miał absolutnie nikt poza nim... A to nie różniło się wcale tak bardzo od szaleństwa.

- Viktor? - Jego imię, wypowiedziane przez Yuuriego bez krztyny żalu, brzmiało prawie jak imię kogoś innego. - Nic ci nie jest? Może masz gorączkę? Albo przyśnił ci się koszmar?

- Koszmar? Tak, można tak powiedzieć... Koszmar. Ale teraz zmienił się w przepiękny sen - odpowiedział Rosjanin i wreszcie pozwolił, aby na jego twarzy pojawił się dawno niewidziany uśmiech. Wyciągnął ręce przed siebie i zagarnął Katsukiego w swoje ramiona, tuląc go do siebie. - Och, Yuuri, tak się cieszę... Złoto. Oczywiście, że to zrobiłeś. Zawsze to wiedziałem. Jesteś wspaniały. Cudowny. Zasłużyłeś na to. Na wszystko. Yuuri. Yuuri...

Najpierw trochę niepewnie składał całusy na czole, skroniach, policzkach Japończyka, bezgłośnymi komplementami uzupełniając te werbalne, aż wreszcie przebudzona burza uczuć wzięła nad Viktorem górę, nakazując mu coraz goręcej całować kolejne skrawki skóry Yuuriego. Żuchwę, szyję, obojczyk... Raz za razem przyciskał suche usta do miękkiego, pachnącego hotelowym żelem ciała, starając się każdym pocałunkiem przekazać, jak bardzo przepraszał i jak bardzo tęsknił. Ten był za nieprzespane z jego powodu noce, ten za brak uwagi na treningach, ten za stracony czas... I kolejne, i kolejne.

Tak bardzo się obwiniał, że nie mógł znaleźć dla siebie żadnego usprawiedliwienia, ukojenie odnajdując w pieszczeniu najdroższej osoby. Pierwszy w życiu zawód bolał jak jasna cholera.

- Viktor... - jęknął Katsuki, zdziwiony nagłą zmianą nastroju. Nieświadomy prawdziwego znaczenia pocałunków oparł dłonie na ramionach Viktora i lekko na nie nacisnął, interpretując czułości ukochanego jako wstęp do dalszych igraszek. - Mówiłem ci już, że nie możemy. Dziś gala.

Rosjanin natychmiast się wycofał.

- Jasne - odpowiedział pokornie, na co zdumiony Yuuri uniósł brwi.

No tak, dawny Viktor pewnie jeszcze chwilę droczyłby się z narzeczonym, może wyszeptałby mu parę słodkich obietnic na wieczór... Jednak to nie był już ten sam człowiek. Może znów się taki stanie, z czasem, kiedy rany na sercu się zasklepią, a wspomnienia wywietrzeją, ale póki co pamięć o nieudanych zawodach była zbyt świeża, żeby znów pozwolił sobie na chwilę nieuwagi. Naprawdę bał się, że znów na coś narazi Katsukiego albo że nieodpowiednim słowem wzniesie kolejny mur między nimi.

Nie rozumiał, że to nie słowa, ale ich brak doprowadziły do wcześniej sytuacji.

Dlatego w tej chwili Viktor naprawdę cieszył się, że dane mu było po prostu siedzieć wraz z Yuurim, bo mógł godzinami patrzeć na te znajdujące się zaledwie kilkadziesiąt centymetrów dalej usta, podziwiać gęste, czarne rzęsy i liczyć refleksy w ciemnobrązowych oczach. To i tak było nieporównywalnie lepsze od kary, na jaką powinien zasłużyć...

Mimo to Katsukiemu chyba nie do końca o to właśnie chodziło.

- Znaczy... Bez przesady. Nie, że zupełnie nie możemy - zaczął, spoglądając na Viktora znad okularów. Bestia wiedziała, że wyglądała wtedy zbyt kusząco, żeby się jej oprzeć. - Ale co powiesz na... ułamek?

Nie czekając na reakcję partnera, Yuuri zdjął oprawki i odłożył je wraz z medalem z powrotem na szafkę nocną. Potem wdrapał się na łóżko, przerzucając jedną z nóg nad zaplątane w pościeli kolana narzeczonego, po czym usiadł na jego biodrach, pewny siebie i władczy jak... jak... Eros.

Jakaś część świadomości Viktora odblokowała się na tę myśl z dotychczasowej stagnacji, sprawiając, że mężczyzna nie odepchnął Japończyka. Nie, przyjął go jak jeszcze nigdy wcześniej, z niesamowitą ulgą, że nie istniała żadna klątwa, że wszystko naprawdę wróciło do normy... A skoro tak... Wsunął dłonie pod koszulkę Yuuriego, napawając się ciepłem i gładkością jego skóry, a potem przyciągnął ukochanego do siebie, do swojego nagiego torsu oraz spragnionych kontaktu ust. Zatopili się w pocałunkach, zatracając w sobie nawzajem jak chyba nigdy wcześniej, a potem poszli jeszcze odrobinę dalej i jeszcze odrobinę głębiej. Ubrania nie były w tej sztuce przewidziane. Istotne były jedynie przylegające do siebie ciała oraz pełne satysfakcji wyznania.

Łączące ich uczucie okazało się tak wielkie, że poradzić sobie z nim mogła tylko dwójka ludzi.


I nawet kiedy Mistrzostwa Czterech Kontynentów minęły, a znów z wolna zaczęły upływać zwykłe, pełne małych, słodkich codzienności dni, nadal nic się nie działo. Pragma odpuścił, nie zakłócając snu Rosjanina już ani razu. Widocznie nasycił swój apetyt na cudze nieszczęście i poszedł żerować gdzieś indziej, szukając intratniejszej okazji na kolejny biznes. Bardzo dobrze. Niech się udławi tym zabranym złotem, byle było to jak najdalej od Petersburga, tego prawdziwego oraz wyśnionego. W końcu Viktor jakoś "przecierpi" ten jeden sukces mniej, jeśli będzie mógł walczyć o kolejne. Z Yuurim i przeciwko Yuuriemu.

Myśl, że wszystko się ułożyło, uśpiła jego czujność. Zrozumiał to w momencie, kiedy tydzień później przed snem szepnął do siebie "zrobiłbym wszystko", zasypiając o trzeciej nad ranem na granatowej kanapie.

Sam.


Powieka nawet mu nie drgnęła, kiedy pojawił się w dobrze znanej, pokrytej tajemniczym, nieprzebranym półcieniem hali. Miejscu, gdzie trenował od zawsze, na którym ćwiczył absolutnie każdy swój program, bliższym sercu chyba bardziej niż własne mieszkanie. A jednak przestrzeń była również bardzo obca, niebezpieczna, wypaczona... Brakowało tu innych łyżwiarzy, przypadkowych widzów, podkładu sączącego się z głośników, światła wpadającego przez olbrzymie okna... Czegokolwiek. Istniało jedynie zimno, ale nie to wywołane chłodem lodu, a panującej wokoło pustki...

- Daruj sobie te gierki i wyłaź - zaczął Viktor, doskonale świadom kolejności wydarzeń. Nawet jeśli chodziło tylko o szczeniacką odzywkę, nie chciał tańczyć tak, jak mu ten drugi zagrał.

...prawie pustki, choć z drugiej strony obecność tej jednej osoby o mrożącej krew w żyłach aurze i chłodnym usposobieniu tylko pogarszała sprawę.

- Ojej, jaki jesteś dziś nie w sosie. Nawet się nie przywitasz po tylu dniach rozłąki. - Uszu Viktora dobiegło karcące cmokanie, a wkrótce potem na barierkach pojawiła się charakterystyczna sylwetka o rozmazanych konturach. - Znowu gryzą cię wyrzuty sumienia? To dlatego wyniosłeś się do salonu, nie mogąc patrzeć na Yuuriego?

Pragma zawsze atakował słowami celnie i boleśnie jak kąsała żmija, choć zarazem nigdy w tonie tego ni męskiego, ni kobiecego głosu nie dało się wyczuć nuty złośliwości. Jedynie mdłą, udawaną życzliwość. Tak teatralną, że aż do porzygu.

Czy Viktor też tak brzmiał, kiedy udzielał trudnych wywiadów?

- Znowu - mruknął. - Znowu. Znowu... - powtarzał Rosjanin raz za razem, coraz głośniej i coraz bardziej desperacko. - Dlaczego właściwie "znowu"? Dlaczego w ogóle nie zapomniałem? Myślałem, że te pakty mają zagwarantowane zapominanie - spytał ze złością Viktor, nie chcąc jeszcze przyznać, po co przybył.

Bo przybył, z własnej, nieprzymuszonej woli. Bo wiedział, że może przybyć.

- Nie patrz tak na mnie. Nie jestem chodzącą encyklopedią. Sam nie do końca rozumiem. - Pragma pokręcił głową. - Wiem, że nie zapomniałeś o incydencie z życzeniem o długie życie, bo to nie z tobą zawierałem umowę, tylko z Yuurim. On nic nie pamięta. Natomiast nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się ponownie kontaktować z osobą, która raz mi odmówiła. Może to dlatego, że zwykle wcześniej kończyli nie tam gdzie trzeba... - zauważył cicho.

- Czyli teraz zawsze będę pamiętał? Zresztą, nieważne - syknął Viktor, wbijając wzrok w swoje łyżwy. - Lepiej dla ciebie. Dzięki temu szybciej dostaniesz to, co chcesz.

- Nie bądź taki. Przecież to działa w dwie strony - zauważyła spokojnie istota, wznosząc dłoń i kierując palec wskazujący na mężczyznę. - Ty też coś dostajesz. Czy może, jak w tym przypadku, czegoś się pozbywasz.

Czyli i o tym wiedział... Viktor zacisnął pięści, przypominając sobie o kolejnym murze nie do pokonania.

Kontuzja Yuuriego. Parszywie skręcona podczas wykonywania flipa kostka, która wyłączyła japońskiego łyżwiarza z treningów na niecały miesiąc przed Mistrzostwami Świata. Viktora nawet przy tym incydencie nie było, bo zajmował się własnymi ćwiczeniami w sali baletowej, a kiedy zaaferowany Yurio po niego wpadł, wezwany lekarz właściwie już kończył opatrywanie kontuzjowanego. Mężczyzna przez całą drogę do szatni pluł sobie w brodę, że nie przypilnował podopiecznego, że znów zawalił, choć przecież był to najzwyklejszy przypadek, niczyja wina, lecz dopiero gdy wparował do szatni, powaga sytuacji uderzyła go z taką siłą, że stanął jak rażony piorunem.

Zamiast Yuuriego ujrzał zgarbioną, złamaną gdzieś w środku istotę.

Po spojrzeniu na bladego Japończyka i jego rozszerzone z niedowierzaniem oczy Viktor wiedział już wszystko. Wyrok zapadł. W przypadku sportowców nie istniało coś takiego jak dłuższa przerwa, po której następował bezproblemowy powrót do wypracowanej formy. Każda pauza była tak naprawdę cofaniem się, a wypadnięcie poza tor intensywnych przygotowań przed kluczowymi zawodami gwarantowało niemal definitywne przekreślenie szans na jakikolwiek start. Szczególnie przed tak wielką imprezą jak ta.

Tym razem jednak między Viktorem a Yuurim nie doszło do żadnego napiętego konfliktu. Wręcz przeciwnie, nie było absolutnie nic, nawet zrozumienia, bo Katsuki wycofał się, zamknął w sobie, jakby wciąż nie docierało do niego, że jednak nie pojedzie na tym samym lodowisku co Viktor. Że czeka go kolejne pół roku przygotowań, a może i nie, bo nie wiadomo, czy wylądują na tych samych zawodach Grand Prix, czy uda mu się zakwalifikować do finału, czy, czy, czy... Upragniona chwila, by zmierzyć się ze swoim dawnym idolem i obecnym partnerem rozpłynęła się niczym płytki sen o poranku. Viktor starał się w jakikolwiek sposób pocieszyć Katsukiego, mówić mu, że ten czas zleci, zanim się obejrzy, że czeka ich jeszcze tyle treningów na wspólnym lodowisku, lecz wtedy leżący z obandażowaną stopą Japończyk kiwał głową, szepcząc, że to nie to samo. Viktor wiedział, że nie. W końcu jego sytuacja bolała tak samo mocno.

- Nie, żebym się znał, ale to chyba wszystko wina tego, że Yuuri przeforsowywał się podczas ćwiczeń do Mistrzostw Czterech Kontynentów... - wyznał Pragma, a potem jakby coś zrozumiał, bo nagle zasłonił usta dłonią. - Ach, przecież ty pewnie nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Wiesz, spełniam życzenia, ale efekt nie może wziąć się zupełnie znikąd. Ja tylko daję przyzwolenie na coś, co miało szansę zaistnieć samo z siebie. Akcja wywołuje reakcję.

- Chcesz powiedzieć... że gdyby nie wygrane złoto... Yuuri nie doznałby kontuzji? - zapytał cicho Viktor.

- No, to trochę zbyt ogólne stwierdzenie, jednak jest w tym ziarno prawdy. Ciężki trening był najprostszym sposobem na wygranie mistrzostw... Ale to dlatego, że się na tym nie znam! - wyjaśnił pospiesznie Pragma, widząc gniewną minę Rosjanina, który wyglądał tak, jakby chciał się rzucić na istotę i to wcale nie dlatego, aby zawrzeć z nią pakt. - Nie ma problemu, żeby to wyprostować! Załagodzi się trochę ćwiczenia, zamiast tego felernego treningu wyśle się was na spacer, a wtedy i wilk będzie syty, i owca cała. Ostatni medal nie zniknie, jeśli o to ci chodzi.

- Jeśli tylko spróbowałbyś... - zaczął ostrzegawczo Viktor i zawiesił głos, na co cień uniósł dłonie na znak poddania się.

- Rany, no naprawdę, jak ciężko się z tobą negocjuje... - jęknął Pragma. - Dobra, w porządku. Za kontuzję wystarczy srebro. Tobie jakąś dodam, żebyś przegrał, a Yuuriemu odejmę obecną. Aż zaskakuje mnie moja sprawiedliwość.

Viktor rozluźnił napięte do tej pory ramiona. Tak naprawdę nie mógł mu zrobić nic, ale widocznie sama obawa przed wycofaniem się z jakiejkolwiek umowy była dla istoty wystarczającą groźbą. W końcu zapominanie i zapamiętywanie przestało stanowić jakąkolwiek kartę przetargową, a to pozwalało łyżwiarzowi choć w ograniczony sposób dyktować warunki.

Rosjanin dla uspokojenia myśli odetchnął głębiej i przymknął powieki, próbując przypomnieć sobie cały swój dorobek. Mimo wszystko nie było to najłatwiejsze. Medale mieniły się w trzech barwach, a mapa świata jaśniała od punktów, w których odbywały się zawody i eventy. Coś, co pamiętał, a co nie było szczególnie znaczące. Na przykład...

- Mistrzostwa Świata Juniorów z Ostrawy - rzucił pierwsze, co przyszło mu do głowy. Otworzył oczy i wbił wzrok w ciemną postać. Pragma zamruczał cicho, wyrażając swoją aprobatę.

Dopiero teraz Viktor poczuł się tak, jakby z jego serca ktoś zdjął wielki ciężar. Czyli wystarczy. Będą jechać razem. Naprawdę.

- 2003? Dobry rocznik - zażartował Pragma, wyciągając ku Viktorowi znajomą, pozbawioną ciepła dłoń. - Całkiem nieźle mi się wtedy powodziło na takiej jednej wojnie...

Była tak samo wstrętna jak osobowość jej właściciela.


Mężczyzna wszedł do mieszkania, na jednym ramieniu niosąc plecach treningowy, a w dłoniach podtrzymując olbrzymi, przewiązany błękitną wstęgą bukiet słoneczników. Głuchy odgłos zamykanych drzwi oraz wesoły szczek Makkachina, który powitał gościa w progu, wywabił przygotowującego kolację Yuuriego z kuchni. Japończyk raźnym, zdrowym krokiem przestąpił kilka metrów i zatrzymał się, patrząc w oszołomieniu na naręcze pięknych kwiatów, za którymi ukryty był...

- Viktor! - wydał z siebie zduszony okrzyk, na co Rosjanin zaśmiał się perliście. Yuuri tak pięknie się dziwił. - Rany boskie, znowu dopadł cię jakiś szalony fan?

- Owszem, szalony. Szalony fan na twoim punkcie. I to ja nim jestem - oznajmił, odkładając bagaż tuż obok krzesłowieszaka, po czym zbliżył się i wręczył ukochanemu bukiet, całując Yuuriego przy tej okazji w czoło. - To dla ciebie.

- Ale z jakiej okazji? - Katsuki mimowolnie przyjął kwiaty, a potem przez chwilę wodził wzrokiem z podarku na mężczyznę i z powrotem. Viktor zawsze był dość nieprzewidywalny, jednak ostatnio przechodził samego siebie. Poświęcał mu więcej uwagi niż kiedykolwiek, uważał na treningach, dawał multum rad... Jakby starał się coś nadgonić. Tylko że nie było czego... Nie według Yuuriego.

Ale powód istniał. Bo nawet jeśli sam Katsuki absolutnie o niczym nie pamiętał, Viktor chciał chociaż w drobny sposób wynagrodzić mu za krzywdy, z których Japończyk nie zdawał sobie sprawy. Za ten wymuszony uśmiech, z jakim za każdym razem kuśtykał do toalety. Za ten cichy szloch, który słyszał pierwszego wieczora po nabyciu kontuzji, kiedy Yuuri myślał, że narzeczony jeszcze się kąpie. I za tę noc, gdy pełen wyrzutów sumienia Viktor uciekł na kanapę, bo próbując przytulić do siebie dziwne zmizerniałego łyżwiarza, przypadkiem otarł się o obandażowaną stopę.

"Raczej sam chcesz się poczuć dobrze. Usprawiedliwić w swoich własnych oczach. W końcu nie zrobiłeś nic na czas." zauważyłby Pragma z triumfalnym uśmiechem, ale mężczyzna tylko zacisnął usta, ignorując przemykającą myśl. To nieprawda. I już on się o to postara, żeby tak było zawsze.

- A z takiej, że cię kocham - wyznał radośnie Viktor, zdejmując z siebie płaszcz, a potem ruszył z powrotem wgłąb mieszkania. - Poczekaj, znajdę wazon i zaraz wracam.

Viktor poszedł do sypialni, gdzie, jak pamiętał, na komodzie stał fantazyjny, szklany wazon. Była to jedna z niezbędnych rzeczy w mieszkaniu utytułowanego łyżwiarza, który raz za razem otrzymywał jakieś kwieciste podarki. Mężczyzna przekroczył próg i zerknął w stronę stojących z prawej strony mebli. Wazon regularnie zmieniał swoje miejsce bytności, stawiany tam, gdzie akurat ładnie się komponował, ale tym razem powinien stać tu, wciśnięty bliżej ściany, między uwielbianą przez Yuuriego matrioszką a szkatułą na spinki od mankietów...

Zaraz. Coś było nie tak. Viktor mruknął gardłowo i zmarszczył brwi, napotykając spojrzeniem flakon, ale nie znajdując innej rzeczy. Dziwne.

- Yuuri? Nie widzę twojej matrioszki! - zawołał, chwytając smukły wazon w dłonie, i skierował się z powrotem do salonu. - Żebyś potem nie twierdził, że coś z nią zrobiłem! Nic nie wiem! I mam na to świadka w postaci Makkachina!

- Powtórz, bo tyle gadasz, że usłyszałem co drugie słowo - odpowiedział Yuuri, cierpliwie czekając na środku salonu z bukietem. Choć wprost nie mógł oderwać od niego wzroku, teraz z niemym wyrzutem wpatrywał się w wychodzącego z pokoju Viktora.

Rosjanin w przelocie skinął głową w stronę drzwi sypialni, wskazując miejsce, gdzie leżał problem. Czy właśnie raczej nie leżał. A może leżał, tylko nie tam, gdzie pamiętał.

- Matrioszka - odparł zwięźle, idąc w stronę kuchennego kranu. - Przestawiłeś ją gdzieś? Bo wydawało mi się, że powinna stać na komodzie.

Yuuri zmarszczył brwi, pewnie próbując sobie przypomnieć, gdzie posiał swoją nieszczęsną, rosyjską lalkę. W łyżwiarskim rozgardiaszu takie rzeczy czasami się zdarzały, szczególnie że po Czterech Kontynentach znów zwieźli do domu sporo nagród, prezentów, wyróżnień od sponsorów i własnych pamiątek z Korei. Po światowych znów trzeba będzie zrobić generalne porządki.

- Viktor... - zaczął dość niepewnie Katsuki, starając się znaleźć oparcie w bukiecie, ale słoneczniki dzielnie milczały. Tym razem mowa kwiatów okazała się niewystarczająca, aby wesprzeć ludzkie uczucia.

- Tak? - zachęcił Rosjanin, rzucając okiem znad napełnianego wazonu. Yuuri zachowywał się trochę nietypowo. Ciekawe czy to z powodu niespodzianki, czy może...

- Właściwie... - Mężczyzna przeniósł brązowe, nic nie rozumiejące oczy na Viktora. - ...jaka matrioszka?


Przypisy-chan

"Intoxicated" znaczy "zatruty", "odurzony", "upity", co bardzo pasuje do stanu Viktora w tym rozdziale. Pragmie udało się bardzo skutecznie zatruć jego umysł propozycją na łatwy deal. Sam tekst piosenki wyjątkowo najmniej pasuje do czegokolwiek (no chyba że uznamy to za podkład do porannej sceny po wygraniu złota 4CC). _^_

W ramach ciekawostki (która powinna się już pojawić przy okazji "Albumu") - medale z Mistrzostw Czterech Kontynentów naprawdę są okrutnie małe.

Za betę oraz zezwolenie zabawianiem się w "ułamki" dziękuję DaryavonDayern :* Chciałaś - masz swoje dodatkowe dwa zdania. A nawet trzy!

Wychodzi na to, że psucie 4F albo wypadki przy nim to nieustanny motyw powtarzający się w wielu moich fanfikach oraz symbol związku Viktora i Yuuriego. Kiedy psujesz popisowego quada, to wiedz, że coś się dzieje. Kontuzja, która wydarzyła się po Czterech Kontynentach, w pewien sposób była wynikiem innego zakończenia kłótni znanej z "Flipa". Szczegóły pozostawiam waszej wyobraźni.

Chciałam, żeby kwiaty używane w moich fanfikach niosły za sobą jakieś znaczenie, ale Internet pełen jest sprzecznych "słowników kwiatów". Więc... chyba po prostu muszę pisać o którą wersję mi chodziło. W przypadku słoneczników - znaczą one łagodne "lubię cię", "adoruję cię", "wierzę w ciebie".

Matrioszkę... Chyba nie muszę jej przedstawiać. Pisałam kiedyś (o, to było dwa miesiące temu :O) w przypisach do niej, że odegra jeszcze ważną rolę. Tak, miałam na myśli tę tutaj.

Zakończyło się sporym Polsatem, więc za tydzień szykujcie się na kolejny opasły rozdział. W sumie nie jestem pewna, czy te ilości nie zabijają czytelników po drodze. D:

To co? Kto przewiduje, co się stało i co się jeszcze stanie?