Viktor nagle zakręcił kran i zamarł, jak zahipnotyzowany wpatrując się w ostatnie krople wody, które zawisły na srebrzystej baterii. Lśniące, płynne drobiny powoli narastały, po czym w nagłym przypływie grawitacyjnej brawury odrywały się od metalowej powierzchni i spadały do wypełnionego w połowie wazonu. Coraz wolniej, w coraz większych odstępach... Wreszcie ciche kapanie ustało, a następująca po nim cisza brzęczała w uszach niczym przeciągły pisk szpitalnego respiratora, który informował o zaniku oddechu u pacjenta. I faktycznie, mężczyzna odniósł wrażenie, jakby to jemu właśnie zabrakło powietrza, bo został wrzucony do bezdennej toni o wiele większej niż ta ze zlewu, a myśli zmętniały, poszarzały, jakby znów pojawił się tam, gdzie już nigdy więcej nie chciał się znajdować.

Niewiele brakowało, żeby Viktor naprawdę stracił przytomność, ale wtedy do rosyjskiego pańcia przyczłapał ze swojego legowiska Makkachin, który polizał łyżwiarza po dłoni, starając się sprowadzić jego ducha z powrotem na ziemię. Poskutkowało. Viktor wzdrygnął się i obejrzał na pupila, uświadamiając sobie, że od kilkunastu sekund milczy, wprawiając w coraz większe zakłopotanie swoją drugą połówkę. Spojrzał na Yuuriego i nieco rozluźnił ramiona, próbując wyglądać na jak najmniej spiętego.

Spokojnie. To jeszcze nic takiego.

- Yuuri... Czy mógłbyś powtórzyć? - odezwał się wreszcie Rosjanin, po czym uśmiechnął się łagodnie. Czuł się tak, jakby minęła godzina, a nie parę chwil.

- Bo ja nie wiem o jaką matrioszkę ci chodzi... - wyznał ostrożnie Katsuki, patrząc z wyraźną niepewnością na ukochanego. Trudno, żeby tak nie zareagował, skoro Viktor po wcześniejszych słowach na moment stracił kontakt z rzeczywistością. - Przepraszam. Może niechcący ją gdzieś przestawiłem i nawet nie wiem gdzie. No i ostatnio było tyle prezentów... Ale na pewno ją znajdę, obiecuję.

Jeśli Viktor miał jeszcze jakieś wątpliwości, teraz się ich pozbył. "Nie pamięta" zrozumiał, a zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. "Zupełnie nie pamięta o matrioszce, o której powinien wiedzieć lepiej niż ja. W końcu sam mi przypomniał, że dostałem ją w..." Mężczyzna rozchylił usta, kiedy nazwa czeskiego miasta nagle pojawiła się w jego głowie.

Czasami, kiedy myśli człowieka są na tyle ostre i przejrzyste, że przybierają kształt puzzli, doświadcza on jakby wizji, w której elementy zagadki zaczynają wzajemnie do siebie przylegać. Z pozoru nieuporządkowane odczucia, jakieś strzępki informacji czy niepowiązane ze sobą wydarzenia spajają się w jedność, a przypadek staje się przeznaczeniem. Obraz się powiększa, kolejne dziury są łatane, aż wreszcie ostatni kawałek układanki wpada na miejsce i człowiek wie. Po prostu.

I Viktor też zrozumiał, że wraz ze srebrnym medalem z Ostrawy poświęcił coś więcej.

A przecież w pewien pokrętny sposób został ostrzeżony. "Każda akcja wywołuje reakcję" szepnęła ta irytująca istota. Zajęcie innego miejsca niż drugie spowodowało, że ten ktoś, od kogo dostał lalkę po programie krótkim, nigdy nie dotarł we właściwe miejsce. Być może Viktor w danej sekundzie obrócił się nie w tę stronę co trzeba. Być może zrobił krok w niewłaściwym kierunku. A może po prostu nie zachwycił tak, jak zrobił to oryginalnie. Jedno było jednak bardziej niż pewne - Viktorowa matrioszka w jego obecnym świecie po prostu nie istniała.

Życzenie nie było tylko abstrakcyjnym konceptem, czymś, co wpływało wyłącznie na teraźniejszość. Zabieranie minionych sukcesów okazało się równie znamienne co poświęcanie przyszłości. A może nawet bardziej, bo w ten sposób niszczył coś, co znał, a nie o czym marzył. Malutki fragment osobistej historii został mu wydarty z samego serca. Yuuri nawet nie poczuł straty, bo nie wiedział, że cokolwiek się zmieniło, ale Viktor... Co będzie, jeśli Viktor...

- Viktor? Czy coś się stało? - zapytał z powagą Katsuki, podchodząc z bukietem słoneczników do znajdującego się w kuchni mężczyzny. Przystanął kilkanaście centymetrów obok niego i wyciągnął dłoń, by pogłaskać narzeczonego po policzku. - Ostatnio zachowujesz się jakoś dziwnie. Jesteś nieswój i jakby... nieobecny.

Rosjanin zamrugał, gdy palce Yuuriego znalazły się na jego twarzy. Znajome, wciąż cudownie realne ciepło sprawiło, że układanka myśli rozsypała się po wyobraźni, pozostawiając jedynie nieokreślone wrażenie zagrożenia. Nie, to nie tak. Musiał pamiętać o wyleczonej kontuzji. Przecież jeden medal i jakaś drewniana lalka były śmiesznie niską ceną w zamian za szczęście, które wciąż znajdowało się tuż przed nim i smutnymi, głęboko brązowymi oczami wypatrywało u Viktora oznak zmęczenia.

Trudno, matrioszka zniknęła, ale pamięć o niej wciąż trwała. Przecież i tak nie miał większego pożytku ze wspomnień poza tym, że były. W miejsce straconego fragmentu przeszłości stworzy milion kolejnych. I kupi z dziesięć takich figurek, jakby na przekór przeznaczeniu.

- Nic takiego, złoto moje - zarzucił o wiele radośniej Viktor, tak jak miał to w zwyczaju robić, gdy chciał się nieco podroczyć z Yuurim. Uniósł rękę i położył ją na głaskającej go dłoni, czułym gestem spychając na dalszy plan swoje mentalne problemy. - Właśnie doszło do mnie, że to wszystko tylko mi się przyśniło. Że dostaliśmy w prezencie od Georgija taką okazałą, czerwoną matrioszkę, którą postawiliśmy w sypialni, a ona nocami jęczała nam "Aaaanya"... A ty ją tak bardzo polubiłeś! To było naprawdę straszne.

- Wariat. - Yuuri odetchnął z ulgą i zaśmiał się, kiedy doszło do niego, że nie zgubił żadnej cennej pamiątki rosyjskiego mistrza. Nawet po zaręczynach wciąż był wiernym fanem Viktora i nie wybaczyłby sobie, gdyby zrobił tak haniebną rzecz. - Ej no, bez przesady, nawet ja nie zniósłbym czegoś takiego! Pierwszy wyrzuciłbym ją przez okno!

Viktor uśmiechnął się na widok żartującego Yuuriego, po czym chwycił bukiet znajdujący się w jego dłoniach i przełożył kwiaty do wciąż stojącego w zlewie wazonu. Teraz, kiedy obaj mieli wolne ręce, Viktor objął Katsukiego w pasie i przyciągnął go do siebie. Wtulił się policzkiem w niższego o siedem centymetrów mężczyznę, czując przy twarzy przyjemną miękkość czarnych włosów. Dotyk i zapach znajomego szamponu uspokoił galopujące myśli.

- I naprawdę chodzi tylko o to, co ci się przyśniło? - zapytał na wszelki wypadek Yuuri, głaskając nieco zgarbionego, jakby zmęczonego mężczyznę po plecach.

- Tak, tylko o to - przytaknął spokojnie Rosjanin, całując czubek czupryny. W jego głowie jednak już rodził się zamiar, aby uporządkować kilka niecierpiących zwłoki spraw. - Bo to był bardzo sugestywny sen.


Pragma zgadywał, że Viktor będzie chciał nawiązać kontakt. Przeczuwał również, że właśnie znalazł się w momencie, kiedy musiał nieco bardziej ostrożnie proponować swoje usługi. Handlowanie przeszłością na dłuższą metę nie należało do najsubtelniejszych biznesów; w końcu i bez tego jego "praca" nie była zaliczana do najłatwiejszych robótek. Jeśli ktoś sądził, że istota swoimi kontraktami masowo spychała ludzi na samo dno rozpaczy, to grubo się mylił. O nie, Pragmę obowiązywały obostrzenia niemal tak restrykcyjne jak w jakiejś, tfu, korporacji i choć czerpał z tego fantastyczną przyjemność, czasami wydawała się ona czysto masochistyczna.

Nie potrafił działać dopóty, dopóki człowiek nie sformułował życzenia. Nie był w stanie się kontaktować z żadną inną osobą niż ta, którą aktualnie brał na celownik. No i zerwać więź mogły jedynie dwie rzeczy - albo gdy druga strona wprost odmawiała zawarcia konkretnego paktu, albo gdy umierała. Kiedy jednak człowiek zgadzał się na spełnienie życzenia, Pragma miał w niejakim obowiązku trwać przy danej jednostce aż do momentu, kiedy wyssał z niej ostatni rok życia, niemal jak konsultant uwieszony na linii z zagadywanym klientem. Ciąg niekończących się "ale" sprawiał, że nawet nękanie ludzi miewało czasami cierpki posmak konieczności, szczególnie że tak problematyczna jednostka jak ta zdarzyła mu się jedyny raz w karierze.

Przy Viktorze problemy były jednak dwa.

Po pierwsze - to z nim utknął po życzeniu Yuuriego.

Po drugie - nie był w stanie zabrać mu życia.

Co do drugiego punktu to nie miał najmniejszych wątpliwości, komu zawdzięczał ten wątpliwy zaszczyt. Życzenia spełniane „w przyszłości" były obarczone blokadą, która nie pozwalała ich odwołać przed tym, aż się spełnią. Tylko życzenia, które docelowo były realizowane „w przeszłości", można było dowolnie cofać i niszczyć.

Jeśli jednak chodziło o pierwszy kłopot, Pragma mógł jedynie snuć teorie. Sądził, że albo stało się tak dlatego, bo to z Viktorem się skontaktował, a spotkanie odbywało się na terenie jego snu, albo... Albo byli z Yuurim aż tak związani, że dzielili ze sobą także los i nie miało znaczenia, który z nich faktycznie się poświęcał. A to zwiastowało kłopoty, szczególnie jeśli się nie pospieszy i nie wyeliminuje któregoś z nich... na dobre.

W ten nieciekawy, dwuczęściowy sposób lodowisko w Sportowym Klubie Mistrzów stało się więzieniem i miejscem, gdzie nadnaturalna istota skrupulatnie opracowywała plan zemsty. Plan, który wliczał pozbawienie Viktora życia, na które nastawiał się od samego początku, a który mógł zaraz wziąć w łeb, bo wzburzony łyżwiarz właśnie zasypiał, żądając spotkania. Szlag, chyba nigdy nie grał w aż tak misterne gierki. Mógłby go zignorować, ale nie wiedział, jak wpłynie to na dalsze kontrakty... Dlatego musiał zaryzykować.

Mimo metafizycznego charakteru Pragma zupełnie nie znał myśli swojego celu, a jedynie drobne przebłyski pragnień, które uwidaczniały się w snach. Poza tym mógł jedynie przyglądać się światu z perspektywy niemego widza, który miał możliwość wypowiadania się tylko za zgodą osoby fundującej bilet. A w jego przypadku był to mężczyzna, który właśnie wkraczał do teatru, wyłaniając się z ciemnej mgły na skraju hali.

Istota musiała na szybko zbudować linię obrony, która pozwoliłaby jej zachwiać pewnością siebie rozstrojonego zmianami Nikiforova bez konieczności poruszania tematu przenoszenia świadomości między sąsiadującymi liniami czasu... Przecież nie był jakimś pieprzonym Bogiem, który mógł dowolnie zmieniać rzeczywistość, naginając reguły rządzące światem. Skoro Viktor o wszystkim pamiętał, potrafił zmieniać przeszłość tylko w ramach istniejących odgałęzień historii. I zupełnie jak na złość w tym wariancie świata, który wybrał, istniał element, który przykuł uwagę zmierzającego ku niemu łyżwiarza.

- Nie spodziewałem się, że przygna cię do mnie tak nieistotna sprawa - zaczął Pragma, nawiązując do rozmowy z Yuurim, którą podpatrzył ze swojego bezpiecznego siedziska innego wymiaru.

- Nie tobie to oceniać - odparł Viktor, podjeżdżając do bandy. Zatrzymał się tuż obok rozmówcy i zacisnął dłoń na barierze, jakby każde wspomnienie felernej lalki wprawiało go w zły nastrój. - Tego nie było w umowie.

- Mógłbym powiedzieć dokładnie to samo. Przecież nic nie wspomniałeś o żadnej lalce, a teraz dziwisz się, że nie wypytałem cię od razu o szczegółową biografię. - Pragma westchnął, przybierając zbolałą minę. - I to są właśnie cali ludzie...

- Wspaniale generalizujesz.

- Bo mogę. Przejmujecie się każdymi drobiazgami. Myślisz, że możesz mieć wszystko? Wszystkie medale, zaszczyty, uwielbienie, zdrowie, piękno, pieniądze? Nie ma nic za darmo. Zawsze jest coś za coś. - Istota machnęła lekceważąco dłonią. - A to było wyjątkowo nic nieznaczące coś.

Viktor, który pierwotnie chciał tylko wyjaśnić kilka spornych kwestii związanych ze spełnianiem życzeń, teraz wyraźnie rozzłościł się na trywializowanie sprawy zniknięcia matrioszki. W końcu istota nie widziała tamtego łagodnego uśmiechu Yuuriego i jego roziskrzonych oczu, kiedy wręczył Japończykowi pamiętną zabawkę, prosząc żartobliwie o opiekę nad nią. Jakkolwiek pogodził się z myślą, że ten dzień już nie istniał, nie zgadzał się na uznawanie tego momentu za gorszy niż na przykład ceremonia medalowa. Był inny, ale tak samo cenny. Dzięki niemu zrozumiał, jak bardzo Yuuri go podziwiał oraz jak mocno cieszył się z drobnych podarków. Żaden drogi garnitur nie wywołał u niego takiej reakcji jak ta jedna, nieco leciwa lalka. Gdyby tego nie wiedział, ominęłoby go wiele podobnych okazji na sprawienie mu przyjemności. A to już stanowiło ogrom "nic nieznaczących cosiów".

- Nawet przy najbardziej parszywej i niekorzystnej umowie można zapoznać się ze wszystkimi warunkami - zauważył Viktor, a błękitne oczy zwęziły się, tracąc swój typowy urok zawsze uprzejmego idola. - Jak na kogoś, kto robi te wszystkie biznesowe porównania, koncertowo pokpiłeś sprawę w najważniejszej kwestii. I oczywiście nie będę miał nawet okazji odwołać się z tym do sądu, prawda?

- Ładny żarcik. Pożyczę go sobie - zakpił Pragma, zarzucając nogę na nogę. Jego pozycja umożliwiała mu spoglądanie na Viktora z góry, co w tej chwili miało akurat podwójne znaczenie. - Może taki artysta i idealny człowiek jak ty w to nie uwierzy, ale życie jest sztuką wyborów. Bardzo niesprawiedliwych wyborów, chciałbym nadmienić. I prędzej czy później nawet ty przed takim staniesz. A sądząc po tym, jak wielkim mistrzem jesteś, upadek z tego konia będzie wyjątkowo bolesny.

Pragma przestał obawiać się, że zniechęci tą rozmową Viktora przed dalszym korzystaniem z życzeniowych usług. Wręcz przeciwnie - będąc z nim względnie szczerym, w pokrętny sposób zdobywał jego zaufanie. Ponadto niezmiernie go bawiło, że mimo ostrzeżeń człowiek na przekór dążył do zniszczenia wszystkiego własnymi rękami. Naprawdę nie musiał się już nawet starać i co noc nachodzić mężczyznę, żeby wytrącić go z równowagi. Ilość błędów, które przez ostatni miesiąc popełnił Nikiforov, spowiły go ciasną siecią wątpliwości. Nie umiał na trzeźwo ocenić sytuacji, a chęć wygranej, nie tylko tej sportowej, ale też tej życiowej, coraz mocniej dyktowała warunki jego postępowania. Chciał zwycięstwa we wszystkich możliwych aspektach, co było bezsensem samym w sobie. To nie miało prawa skończyć się dobrze.

- Więc jeśli sądzisz, że dasz radę ocalić każdą zabawkę i zapobiec każdej kontuzji, droga wolna - ciągnęła istota. - Bądź sobie zbawcą swojego małego świata, skoro tak bardzo tego chcesz. Stań się perfekcyjny aż do porzygu. Ale wiedz, że jeśli wrócisz z podkulonym ogonem, nawet ja nie spełnię takiego życzenia. To nierealne.

- Jeśli tak się sprawy mają... W porządku, nie było sprawy - odparł Viktor, wycofując się sprzed bandy. - Dam sobie radę sam.

- Jak wolisz - stwierdził Pragma, rozkładając ręce. - Nie będę już zawracał ci głowy, skoro jesteś tak pewny siebie...

Postać machnęła lekceważąco dłonią, sprowadzając na Rosjanina ciemność, która zabrała łyżwiarza w bezpieczną dla niego przestrzeń miłych, ogłupiających snów. Im szybciej tym lepiej. W końcu nie chciał, aby Viktor przez przypadek usłyszał zwycięski śmiech, jaki wydostał się z jego gardła.

- ...ale to się jeszcze się okaże, jak bardzo będziesz sam - syknął z szerokim uśmiechem Pragma, wpatrując się w rzednącą chmurę ciemnej mgły. Właśnie nabrał niesamowitej ochoty na wygłoszenie najbardziej tandetnego tekstu czarnego charakteru, na jaki było go stać. W ustach niematerialnego bytu smakował lepiej niż kieliszek najsłodszego wina. - To się jeszcze okaże.


Zgodnie z butnie rzuconym zapewnieniem, Viktor się starał. Ze wszystkich sił dążył do wyrównania szans podczas Mistrzostw Świata, nie dopuszczając do siebie myśli o ponownym skorzystaniu z czyjejkolwiek pomocy... Nawet pomocy Yuuriego. Szczególnie pomocy Yuuriego. Viktor chciał być świetny jak zawsze, jednocześnie wymagając od ukochanego tego samego. Nie, właściwie chciał jeszcze więcej, choć zarazem powstrzymywał się, aby nie narazić go na żadną kontuzję ani zmęczenie. Sprzeczność zaczęła gonić sprzeczność, a chwile zwątpienia mnożyły się w zastraszającym tempie niby zakażenie na chorej wyobraźni. Czy na pewno dobrze zrobił, że wrócił do zawodowego łyżwiarstwa? Czy słuszne było to, że narzucił na siebie tyle obowiązków? Czy w ogóle powinien... z Yuurim... w Yuurim...

Upadek przy poczwórnym salchowie uciął straszliwą myśl, jaka właśnie chciała się narodzić w głowie utytułowanego mistrza. Sam już nie wiedział, czego pożądał. Sam nie rozumiał, jaki wynik mógł ich zadowolić. Zupełnie zatracił istotę łyżwiarstwa, machinalnie sprowadzając każdą myśl do medalowych wyliczeń. Zaczął wierzyć, że tylko zwycięstwo w tych najważniejszych Mistrzostwach Świata może być rozwiązaniem na wszystkie problemy, a przegrana stanie się ostatecznym dowodem niekompetencji także w życiu osobistym. Pragma bardzo szybko zamieniła się w manię.

Ciężko dyszący Viktor podniósł się z klęczek i na wpół chwiejnie odjechał w stronę krańca lodowiska, starając się zignorować ból w stłuczonym łokciu. W ciągu dwóch tygodniu niemal zupełnie pozbawił się sił. Próbował za wszelką cenę nie dać przypadkowi żadnej okazji do zrobienia krzywdy Yuuriemu, dlatego w trakcie treningów na lodowisku ciągle obserwował Japończyka i dawał mu mnóstwo rad, gdy tylko coś wydawało mu się nie tak. Nie chciał pozwolić na powtórkę z Czterech Kontynentów. Jakby tego było mało, na zajęcia baletowe wpadał co jakiś czas "niby przypadkiem", ukradkowo kontrolując ich przebieg, a normalne ćwiczenia rozciągające poza taflą odbywali wspólnie, przy czym "wspólnie" polegało na tym, że Viktor głównie pomagał Yuuriemu i dawał mu wskazówki. Kolejna kontuzja nie wchodziła w grę, więc dlatego starał się być zawsze w pobliżu. Doszło nawet do tego, że Rosjanin szlifował swoje programy dopiero wtedy, kiedy Katsuki późnym wieczorem bezpiecznie wracał do mieszkania lub gdy jeszcze spał z samego rana w kojących fałdach pościeli.

Ale doba nie była z gumy i ilość obowiązków wreszcie wzięła górę nad przepracowującym się łyżwiarzem.

Na początku Yuuri myślał, że Viktor tak właśnie ćwiczył, że to jego typowy tryb przed zawodami, że poranne i późnowieczorne treningi to norma lub sposób na zwalczenie stresu. Dopiero ilość błędów, jakie mężczyzna popełniał nawet podczas wykonywania pojedynczych ruchów, wskazywała, że coś było mocno nie tak. Kulminacją pomyłek okazał się dzisiejszy poczwórny salchow, o którego pokazanie Katsuki poprosił z pewnym wahaniem, chcąc ocenić właściwą szybkość rotacji. Szybko jednak pożałował swoich słów, gdy tylko ujrzał przelotnie rzucony uśmiech Viktora. Wydał mu się jakiś taki... zmęczony, jakby zwiastujący porażkę.

W końcu strach i złość o formę partnera dały o sobie znać w momencie, kiedy trzeci z kolei, szaleńczy, widocznie wymuszony skok Rosjanina o mało co nie skończył się upadkiem na głowę. W ostatniej chwili Viktor uratował się ręką, ale i tak zdenerwowany Yuuri wiedział, że to było zbyt niebezpieczne, a za kilka godzin na jasną skórę przedramienia wypełznie fioletowy siniak. A przecież nawet nie było południa, powinni mieć jeszcze dużo energii...

Dość. Obserwujący powolny upadek rosyjskiego mistrza Katsuki nie mógł dłużej znieść, że zgodził się na chory warunek jednoczesnego bycia trenowanym oraz konkurowania.

- Viktor! - Yuuri natychmiast ruszył za Nikiforovem i przystanął obok niego, kiedy partner oparł dłonie o bandę i pochylił się, starając uspokoić nierówny oddech. - Daj spokój, już nie musisz mi tego pokazywać. Zrozumiałem, naprawdę. Lepiej zajmij się swoją choreografią...

Rosjanin uniósł głowę, gromiąc wzrokiem znajdujących się w pobliżu młodzików, którzy przygotowywali się do swoich zawodów. Nie potrzebował gapiów. W ogóle nie potrzebował tej sytuacji. Ale nie chodziło o to, co chciał, ale z czym musiał sobie poradzić.

- Nie będę. W tej chwili jestem twoim nauczycielem i zamierzam poświęcić tyle czasu, ile trzeba, aby pomóc ci jak najlepiej wypaść na Mistrzostwach Świa... - zaczął chłodnym tonem, jednak głuche uderzenie pięścią w bandę wcisnęło resztę słów z powrotem w usta Viktora. Zmroziło go to. Yuuri nigdy się tak nie zachowywał.

- Ale ja nie chcę takiego poświęcenia! Nie w taki sposób! - Japończyk podniósł głos, dając upust długo kumulowanej frustracji. - Jaki sens ma to, że wypruwasz sobie przy mnie żyły, skoro nie będziesz mieć sił na własny trening?

- A czy ty myślisz, że to dla mnie łatwe? - nie wytrzymał Viktor. Wyprostował się i wciąż lekko dysząc, spojrzał z rozdrażnieniem na stojącego przed nim łyżwiarza. - Że wiem co robić? Że zawsze mam gotową odpowiedź na wszystko? Zdaję sobie sprawę z tego, na co się pisałem, mówiłem ci o tym, więc teraz nie mów, że to bez sensu. Nie jestem cudotwórcą, ale biorę odpowiedzialność za własne decyzje.

- Tylko że do tej pory na takiego usilnie pozowałeś! - wyrwało się Yuuriemu, ale kiedy zobaczył zaciętą minę ukochanego, zacisnął zęby i zniżył głos o pół tonu. - Nie o to mi chodziło, kiedy chciałem twojego powrotu. Nie na to się pisałem.

- Nie miej o sobie tak wysokiego mniemania. To była moja sprawa - uciął Viktor, zerkając od niechcenia na stłuczoną rękę. - A jeśli sam nie zamierzasz być odpowiedzialny za swoje decyzje, to to nie ma sensu. Nie chcę, żebyś jeździł, cały czas oglądając się na mnie. Masz to robić dla siebie.

Kiedy to powiedział, Viktor natychmiast zrozumiał, że to nie były właściwe słowa. Chciał tylko przestać martwić Yuuriego, a nie rzucić mu w twarz stwierdzeniem, że nie potrzebuje jego uczuć. Bardzo potrzebował, szczególnie tu, na lodowisku. Świadomość, że wreszcie mógł swoją jazdą dotrzeć do serca konkretnej osoby niesamowicie go napędzała i wiedział, że tak samo było w drugą stronę... Rosjanin zacisnął zęby, wbijając wzrok w otarty łokieć. Ale właśnie dlatego, że tak go kochał, szanował i cenił, starał się dać Yuuriemu jak najlepszą szansę, przedkładając jego treningi nad własne i poświęcając mu każdą możliwą chwilę. Ale to wcale nie znaczyło, że zrezygnował z samego siebie. Viktor również chciał. Bardziej niż inni. Tak bardzo... chciał...

- W takim razie zrób to samo! - krzyknął łamiącym się głosem Katsuki, a gdy Viktor podniósł wzrok, zauważył jego zaszklone oczy oraz zmarszczone brwi. Zaczerwieniony od zimna i złości Japończyk drżał, nie mogąc powstrzymać łez. - Jeśli tak bardzo ci wszystko utrudniam, zajmij się sobą! Bądź odrobinę samolubny! Mów co cię trapi! Nie sprzedawaj mi moralizatorskich gadek, których nie rozumiem, tylko powiedz po ludzku co cię boli! Bo póki co widzę jedynie, jak twoja jazda cierpi, jak ciało krzyczy, kiedy nie dajesz sobie radę z najprostszymi kombinacjami! Jak mam, do cholery, nie uważać, że to przeze mnie?!

Nie, Viktor od początku się mylił. Chciał jeździć dla Yuuriego, ale Yuuri nie chciał tego samego. Nie chciał, bo on to robił, po prostu, od zawsze, a ten sezon był jedynie zwieńczeniem ciężkiej drogi, jaką przebył, pragnąc dotrzeć do samego Viktora. Jego Eros i jego Yuuri. Dosłownie jego. Dosłownie dla niego. Jak mógł choć przez sekundę sądzić, że Katsuki wystąpi tak po prostu, nie zważając na problemy osoby, która go inspirowała?

Viktorze Nikiforov, ty...

Nigdy nie umiałeś żyć, prawda?

- Co się dzieje? Co to za krzyki? - rozległ się podniesiony głos trenera Feltsmana, który właśnie szedł od drugiego krańca hali. - Jak macie zamiar wydzierać się na lodowisku to jazda mi stąd! Uspokójcie się i wróćcie, jak dorośniecie!

Yuuri pospiesznie wytarł oczy rękawem koszulki, a kiedy Viktor odwrócił się w kierunku Yakova i zaczął mu sprzedawać bajkę o chwilowej różnicy zdań w sposobie wykonywania lutza, Katsuki ruszył z miejsca. Pospiesznie wyminął Rosjanina, po czym przeszedł za przerwę w bandzie i obejrzał się za siebie.

- I jeśli naprawdę uważasz, że jestem w stanie wykorzystywać cię, nie martwiąc się o to, co z sobą wyprawiasz... Wtedy to ty masz o mnie zbyt wysokie mniemanie - rzucił Katsuki na odchodne. Viktor przerwał rozmowę z Yakovem i spojrzał za siebie, dostrzegając pełen zawodu wzrok ukochanego. - Właściwie to wcale mnie nie znasz. Nigdy nie znałeś.

Wtedy Yuuri obrócił się i odszedł tak szybko, jak pozwalały mu na to niezgrabne na zwykłej podłodze łyżwy.

Widok zgarbionych pleców, tak podobnych do tych z Pucharu Chin Grand Prix czy z rozgrzewki na Czterech Kontynentach, zmroził Viktora do żywego. Znowu to zrobił. Znowu. Tyle razy szeptał "Stammi vicino", a jedyne, co potrafił, to zagłuszać głos dochodzący z mgły.

W jednej chwili Viktor odepchnął się od tafli i ruszył do wyjścia, zupełnie ignorując utyskiwania wciąż wzburzonego Yakova. Nie zgadzał się na to. Na wszystko, tylko nie na to.

- Yuuri! - Viktor niemal natychmiast wyskoczył przez przerwę za bandę, zrobił kilka susów i pochwycił w ramiona skulonego, zakładającego osłony mężczyznę. Katsuki przez chwilę szamotał się, próbując wyswobodzić z uścisku, ale Viktor mimo bólu w łokciu i zmęczenia nie zamierzał się poddać. Nie tym razem. Żadnym razem.

Yuuri chyba również pomyślał o kontuzji, mimo której Viktor go nie puszczał, bo w końcu przestał się opierać. Może z obawy o zranienie mężczyzny, a może jednak dlatego, że właśnie tej odrobiny ciepła mu brakowało, wyczerpany kłótnią Japończyk pozwolił, aby Viktor obrócił go ku sobie i przycisnął głowę do swojej piersi. Zimna, przylegająca do ciała koszulka Rosjanina powoli zaczęła się ogrzewać dzięki połączonej temperaturze zaczerwienionego po krzykach policzka Yuuriego i własnego pospiesznie bijącego serca.

- Nic już nie rozumiem... Viktor, chcę wygrać, ale nie tak. Nie przez zamęczenie cię. Chcę cię po prostu zaskoczyć. Zachwycić - mówił Katsuki i uniósł ręce, by mocniej wtulić się w Viktora. - Ale teraz zupełnie nie wiem, jak mam do ciebie dotrzeć. Co zrobić, żeby było dobrze. Nie dla jednego z nas. Dla obu.

- Ja też... Yuuri... Ja też... Przepraszam... Yuuri... - Ramiona Viktora dygotały od zmęczenia i goryczy, z jaką musiał się zmierzyć. Powinien coś powiedzieć... Ale co? Ten problem był jego. Ta cholerna decyzja, której za wszelką cenę próbował nie podejmować.

Katsuki pokręcił głową, jednak jej nie uniósł. Bał się.

- Nie przepraszaj. Powiedz coś. Wytłumacz - szeptał, a plama wilgoci na piersi Viktora nieco się powiększyła. - Ja nic z tego nie rozumiem. Nic nie rozumiem...

Ból zmęczonych, wyczerpanych niedostatkiem snu oczu sprawił, że Viktor przymknął powieki, wsłuchując się powoli łagodniejący oddech obejmowanego mężczyzny. Tak się nie da. Coś pójdzie nie tak. Albo nie uda mu się odpowiednio wesprzeć Yuuriego, albo sam zawali przygotowania i przegra, poddając w kolejną wątpliwość sens trwania Japończyka przy jego boku. Mistrzostwa Świata zbliżały się nieubłaganie

Musiał wybrać. A skoro musiał, to chciał, żeby...


- ...żeby Yuuri poradził sobie bez trenera - powiedział Viktor, wbijając wzrok w istotę znajdującą się tuż przed nim.

Pragma wyglądał na zaskoczonego tak bezpośrednim, bezpardonowym rozpoczęciem negocjacji. Właściwie to już nie były negocjacje. Transakcja wydawała się czystą formalnością.

- Hohooo... - Istota zamruczała, przechylając głowę na bok. - Nie wdajesz się w zbędne gadki.

- I mam szczerą nadzieję, że ty też nie będziesz - uciął Viktor, unosząc dłoń w stronę cienia. - Ja swoje warunki przedstawiłem. Chcę, żeby Yuuri poradził sobie bez trenera - powtórzył.

Żadne fantastyczne rozwiązanie w stylu nieskończonej wytrzymałości ani wydłużenia doby do czterdziestu godzin nie miały prawa bytu. Pragma sam przed tym ostrzegał, a Viktor jak na złość uparł się, że jakieś czarne, nierealne coś nie będzie mu dyktować warunków życia, skoro jedyne, co robiło, to mąciło w głowie i oferowało podejrzane usługi. Mimo to rzeczywistość szybko wyprowadziła Rosjanina z błędu. Choćby dawał z siebie sto dwadzieścia procent, człowiek nie był maszyną. Swoją zawziętością zniszczy albo siebie, albo Yuuriego. Albo, co gorsza, obu.

Viktor nie miał złudzeń, że jeśli nie postanowi czegoś zaraz, teraz, to wkrótce zabraknie mu czasu na uratowanie czegokolwiek. Gdyby zamierzał zwlekać jeszcze trochę, konieczność zmiany przeszłości znów mogłaby zbyt mocno namieszać we wspomnieniach i kto wie, co za "niespodziankę" otrzymałby wraz z wygraną któregoś z nich. Nie, to nie było aż tak ważne. Właściwie mogli nawet przegrać, ale musieli to zrobić z czystymi umysłami i wiarą w siebie nawzajem.

I dlatego choć Rosjanin bardzo nie chciał z niczego rezygnować, to jeśli musiał wybierać... chciał jeździć. Chciał wziąć udział w mistrzostwach, stanąć na tym samym lodowisku co Yuuri. Zgodnie z jego prośbą właśnie stawał się odrobinę samolubny. Mimo to wierzył, że wraz z końcem sezonu przekazał podopiecznemu już wszystko, co mógł jako trener, szczególnie tak niedoświadczony. Że jeśli od teraz będzie trwał obok po prostu jako narzeczony, to Yuuri da sobie radę.

Viktor potrzebował jedynie trochę więcej czasu, żeby być gotowym na zawody. Kilku tygodni, nic więcej. Przyszły sezon będzie inny. Obaj od samego początku skupią się na regularnej pracy, wszystko zaplanują, będą wiedzieć, na co zwracać uwagę, a Yuuri, który opanował już większość podstaw związanych ze skokami, będzie już tylko pracował nad ich płynnością. To nie będzie wymagało aż takiego nakładu pracy jak dotychczas.

- No dobrze. W takim razie... Co poświęcasz? - zapytał Pragma, wyciągając przed siebie rękę. - To duża prośba. Właściwie gwarantująca któremuś z was złoto, tylko na nieco uczciwszych warunkach. Chciałbym dostać za to taki sam medal, ale nie jakieś pierwsze lepsze byle co z zawodów szkolnych. Tym razem to musi być krążek ze światowych.

- Złoto... - szepnął Viktor i zacisnął usta.

Tym razem się przygotował. Podejrzewał, że życzenie, które nie ingerowało bezpośrednio w przeszłość, a mocniej wpływało na przyszłość, nie będzie tanie. Mężczyzna westchnął, przywołując w pamięci pewien medal sprzed wielu lat. Owszem, to było cenne trofeum, właściwie w pakiecie z rekordem, ale dopóki poświęcał tylko miejsce na podium, nie samo istnienie programów, wszystko powinno być w porządku. Coś za coś, prawda? Coś za coś.

Wspólna przyszłość za...

- Złoto juniorów z Sofii - powiedział, ściskając dłoń Pragmy.


Przypisy-chan

Tytułu tego rozdziału chyba nie trzeba przesadnie tłumaczyć. Pochodzące z programu dowolnego Guang-Honga "The Inferno" to po prostu piekło. Viktor zaczyna sięgać dna. Czy się od niego odbije, czy zostanie tam na trochę dłużej?

Tutaj można zacząć się zastanawiać nad implikacjami decyzji Viktora. Mamy tu do czynienia z klasycznym motywem "efektu motyla", czyli drobnej rzeczy, która powoduje nieprzewidziane skutki na o wiele większą skalę. Fakt, że Viktor nie zajął na zawodach w Ostrawie drugiego miejsca miał wpływ na to, że nie dostał matrioszki. Zniknięcie matrioszki sprawiło, że Yuuri oczywiście jej nie dostał, a Viktor (gdyby to nie był Viktor z linii 0) nie dowiedziałby się, że z narzeczonego jest tak wielki fan i że cieszą go drobne, niewinne prezenty. Kto wie, co by było dalej, gdyby nie kolejne życzenie...

Co było raczej oczywiste, a teraz się potwierdziło - tak, mamy do czynienia z podróżami między liniami czasowymi na bardzo podobnej zasadzie co w "Steins;Gate". Viktor zachowuje swoje wspomnienia, dlatego zastępuje "Viktorów" z danej wersji rzeczywistości (nie wiedząc jednocześnie, co oni dokonali), natomiast cała reszta świata jest zupełnie nowa. Dzięki temu unikamy "paradoksu dziadka" i innych mniej ciekawych problemów natury science-fiction. Nie, żebym się na tym znała. .3.

W całej reszcie swoich fanfików uznaję, że Viktor na pewno ma ciężko, łącząc dwie funkcje, ale na pewno nie jest to aż tak trudne jak tutaj. Podejrzewam, że będzie to materiał fabularny na albo film, albo kolejny sezon i dlatego właśnie we fluffowych opowieściach staram się po prostu nie poruszać tej kwestii (ale wciąż walczę w myślach, kto i z jakiego powodu powinien wygrać MŚ). Tutaj natomiast, w zupełnie odseparowanej części Dziabowersum, mogę się pobawić w o wiele więcej dywagacji. Na pewno na Viktorze ciążą sprawy związane z minionymi wypadkami (siódmym miejscem na Czterech Kontynentów, kontuzją Yuuriego, kolejnymi kłótniami, kłamstwami i unikaniem oczywistej myśli, że Viktor potrzebuje pomocy psychologa), dlatego ekstremalnie bardzo sobie nie radzi. Ponadto obawa o to, który z nich wygra złoto i co się przez to uroi w głowie Yuuriego, jest aktualna właściwie w każdej linii czasowej. I tak wiążąc kwestię tego, że Viktor zaczyna się zbliżać do granic możliwości swojego ciała, będąc jedną nogą na łyżwiarskiej emeryturze, oraz to, jak bardzo siadła mu psychika przez te około pięć tygodni, daje widoczny tu efekt.

No a Viktor chciał być sprytny i zapewnić im obu spokój ducha przed pierwszymi wspólnymi zawodami. Chyba podejrzewacie, co mogło nie wyjść, prawda? Coś bardzo, bardzo dużego...

W takim razie zostawiam was z tym olbrzymim polsatem na jakiś czas (nie, żeby ktoś w ogóle czekał na kontynuację tego fika...) i w przyszłym tygodniu wracam z "Dystansem".