Promienie marcowego słońca bezskutecznie starały się przedrzeć przez ciemne zasłony, żeby oświetlić wystającą spod fałd kołdry szarą grzywkę. W zamian niezmordowany smartfon terkotał co kilka sekund na blacie szafki nocnej, wprawiając w drgania leżącą tam paczkę chusteczek oraz butelkę wody. Łagodna, monofoniczna melodyjka, która zawsze z łatwością wyrywała Viktora Nikiforova ze snu, tym razem nie spełniła powierzonego zadania, bo musiała rozbrzmieć aż dwanaście razy, zanim dłoń wyczerpanego mężczyzny wreszcie chwyciła nieszczęsne urządzenie. Rosjanin mruknął przeciągle, wciąż walcząc z samym sobą o zaakceptowanie poranka, aż w końcu powieki rozchyliły się, a łyżwiarz spojrzał na wyświetlacz. Na ekranie, na którym od wieków miał ustawione zdjęcie Makkachina za jego młodych psich lat, widniał zegar, który informował, że właśnie była godzina...
...7:50.
Viktor w jednej chwili zerwał się do siadu i niemal natychmiast zaklął, kiedy przed oczami przemknęły mroczki. Złapał się za głowę, robiąc kilka głębszych wdechów, a potem dla pewności jeszcze raz zerknął w komórkę. Nie, to nie przywidzenie... To była absolutna prawda, tym gorsza, bo zegar właśnie zdążył wykonać niewielki skok w czasie i teraz wskazywał już 7:51.
To znaczyło tylko jedno - zaspał. Jak każdy pierwszy lepszy człowiek, tyle że przecież on nie był pierwszym lepszym człowiekiem. I nawet nie chodziło o wywyższanie rosyjskiego mistrza na boski piedestał. Viktor po prostu należał do typowych "skowronków", którzy nigdy nie mieli problemów z pobudkami, za to wieczorami padali niczym muchy. Coś podobnego nie zdarzyło mu się naprawdę od dawna, a już na pewno nie odkąd zaczął trenować Katsukiego.
Właśnie. Katsuki. Trening. O do diabła.
- Jasny gwint, co się ze mną dzieje! Yuuri...! - zaczął, po czym gwałtownie zwrócił się w swoją prawą stronę, żeby obudzić śpiącego przy nim narzeczonego. Tak, tego wiecznego śpiocha, który potrzebował zawsze co najmniej pięciu minut, żeby z pogaduch o tańczących kankana miskach katsudonu przejść do składania bardziej przytomnych zdań...
Lecz nagle Viktor zamarł z lewą ręką wyciągniętą w geście chęci potrząśnięcia ukochanym za ramię, a po chwili powoli, niemal boleśnie położył dłoń na swoje przykryte kołdrą kolano.
Miejsce u boku okazało się... puste.
Utkwiony w łóżku wzrok na próżno doszukiwał się obecności Japończyka. To nie tak, że Katsuki leżał zakopany po sam nos, obejmując Viktora w pasie i wtulając się w umięśniony rosyjski brzuch niczym dziecko do ukochanej maskotki. Poduszka i pościel wydawały się nienaruszone, a na stoliku po drugiej stronie brakowało znajomych okularów oraz osłoniętej błękitnym etui w nie mniej niebieskie pudle komórki. Czyli to nie chodziło o zwykłe wyjście do toalety. Yuuriego po prostu tutaj nie było.
"Ach, no tak. To przez wczorajszą rozmowę." przypomniał sobie Viktor, rozluźniając dziwnie napięte ramiona. Potem wypuścił wstrzymywane powietrze z płuc i pochylił ciało do przodu, odgarniając grzywkę za ucho, żeby po chwili pozwolić jej opaść na miejsce. Wspomnienia minionego dnia wróciły do mężczyzny z przeraźliwą ostrością... Nieudany salchow, następująca po tym kłótnia oraz rozmowa w szatni, w trakcie której ustalili, że zrobią sobie jeden dzień wolności od siebie nawzajem, by spróbować oddzielnych treningów...
- Dajmy sobie odpocząć, Viktor - zaproponował Yuuri, siląc się na uśmiech. Nie wyszło, dlatego chwilę potem Japończyk mocniej pochylił głowę, poświęcając uwagę na wiązaniu adidasów.
Siedzący tuż obok Rosjanin drgnął nerwowo, myśląc, że się przesłyszał. Ale nie mógł. Znajdujący się w szatni dwaj mężczyźni byli sami, zgodnie przebierając się po treningu zakończonym kłótnią.
- Po prostu... Spróbujmy przez jeden dzień skupić się tylko na sobie i swoich programach, dobrze? - spróbował raz jeszcze Katsuki. Tego Viktor już nie mógł zignorować.
- Ale Yuuri...! - zaczął, odrywając wzrok od swoich stóp i już chciał wyperswadować ukochanemu jego pomysł, ale wtedy dostrzegł nerwowo zaciskające się na pokrowcu na osłony dłonie. Uniósł wzrok i zobaczył, jak usta drugiego łyżwiarza układają się w cienką linię.
- Jeden dzień, okej? - powtórzył Yuuri, patrząc błagalnie na Viktora. Katsuki wyglądał na równie zmęczonego co on. - Obiecuję, że jeśli sobie nie poradzę, w całości zaakceptuję twoje wsparcie. Będziesz mógł dawać mi tyle uwag ile dusza zapragnie. Pozwolę ci mnie łajać, śmiać się z moich krzywych salchowów i ćwiczyć ze mną podnoszenia do gali do oporu.
- A co w przypadku, kiedy wszystko będzie... dobrze? - zapytał z wahaniem Viktor, nie mogąc zmusić się do wypowiedzenia na głos zwrotu "beze mnie". A najgorsze było to, że doskonale zdawał sobie sprawę z nadchodzącej odpowiedzi.
Yuuri schował do plecaka łyżwy oraz strój treningowy, a potem zasunął kurtkę niemal pod samą szyję i spojrzał przed siebie.
- Jeśli sobie poradzę, to tym lepiej, prawda? W ten sposób poprawimy naszą efektywność.- stwierdził łagodnie, a potem w końcu zerknął na Viktora. Zawsze piękne, brązowe, ukryte za okularami oczy dziś jakoś przygasły, przytłoczone obawą o przyszłość. - No i może dzięki temu będę mógł pozbyć się poczucia winy, że cię wykorzystuję...
- Nie wykorzystujesz mnie - zapewnił cicho Rosjanin, starając się zignorować zimny dreszcz, który przebiegł mu po ramionach. Choć czuł, że już dawno temu przegrał tę batalię, mimo wszystko starał się zrobić co tylko w jego mocy, aby nie pozwolić Yuuriemu uciec, czy to mentalnie, czy realnie. Viktor wiedział, że jeśli zostanie odtrącony lub porzucony, tym razem naprawdę tego nie przeżyje. Bał się kolejnej Barcelony. Przeraźliwie bał się czegokolwiek, co mogłoby w najmniejszym stopniu ją przypominać.
Katsuki skinął kilkakrotnie głową, co jednak wcale nie oznaczało zgody z rozmówcą.
- Wiem. Wiem, że to dla ciebie tak nie wygląda. I chociaż to trudne... Proszę, wczuj się w moją sytuację. Skoro wcale cię nie wykorzystuję, to przyznaj, że jesteś zmęczony tylko i wyłącznie przez ćwiczenia swoich programów. Że nie jesteś wykończony, bo zajmujesz się mną - powiedział Japończyk, gładząc szelki czarnego plecaka.
Viktor milczał, zajmując się pakowaniem swoich rzeczy. Nie umiał zaprzeczyć gorzkim słowom. Były zwyczajnie prawdziwe. Obowiązki go przytłoczyły, a perfekcjonizm pana Nikiforova okazał się mieć swoje granice.
Yuuri też zrozumiał, co oznaczał brak odpowiedzi narzeczonego, dlatego jeszcze raz pokiwał głową.
- Widzisz? - zauważył. - Właśnie dlatego chciałbym, żebyśmy się rozdzielili. Żeby sprawdzić, czy nie lepiej byłoby, gdyby mnie nie by-
- Nawet tak nie mów...! - przerwał mu podniesionym głosem Viktor. Łyżwiarz nie trudził się już z dopinaniem plecaka, tylko od razu się obrócił w prawo i chwycił Katsukiego za dłonie, zamykając je w swoich. Japończyk wzdrygnął się, przestraszony gwałtowną reakcją partnera, na czego widok Viktor od razu się opamiętał, prostując zmarszczone w złości brwi. Cholera, to też powtórka z grudnia... Choć tak bardzo się starał, sytuacja raz po raz wymykała mu się spod kontroli. - Nie, Yuuri, zupełnie nie masz racji. To nie tak, że męczę się, bo muszę albo bo chcę cię zagarnąć na własność. Wręcz przeciwnie, o niczym innym nie marzę jak o tym, byś pokazał wszystkim dookoła, jak cudownym łyżwiarzem jesteś, jak z każdym dniem się rozwijasz, ile pracy w to wkładasz... I właśnie dlatego, że tak wiele z siebie dajesz, ja również mocno się staram, żebyśmy obaj pojechali perfekcyjnie. Pragnę równej walki. Poczucia, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby przejechać po dwa idealne programy. Nie chcę żałować, że zawiodłem w którejś roli, bo boję się, że mnie... porzucisz.
Błękitne oczy, które nieustannie błyskały uroczymi iskrami wesołości lub wyrażały ogrom uwielbienia, teraz przypominały niebo zasnute przez niosące ulewę chmury.
- Viktor. Vitya - odparł Yuuri. Wystarczyło mu tylko zdrobnienie imienia ukochanego, żeby zawrzeć w nim wyrzut, którym skarcił ukochanego za jego ostatnie przypuszczenie. - Czy ty się słyszysz? Sam wielokrotnie mówiłeś, że chcesz być ze mną całe życie. Więc będziemy, bo ja się nigdzie, ale to nigdzie się nie wybieram. Zawsze będę jeździł na łyżwach, czy to zawodowo, czy już całkiem prywatnie. Zamierzam próbować tyle razy, aż wreszcie pojedziemy na tym samym lodowisku. A potem zmierzymy się ponownie. I znowu, i znowu, i znowu...
- Chcę wierzyć... Nie. Wierzę w ciebie bezgranicznie - przyznał Rosjanin, starając się zamaskować drżenie głosu - choć jednocześnie wiem, że ty sam sobie nie zawsze ufasz. W końcu nauczyłeś mnie, że twoje lęki nie są na tyle miłe, żeby informować cię wcześniej o wizytacji. Dziś jesteś pewien swoich możliwości, ale jaką mam gwarancję, że jutro w siebie nie zwątpisz? Powiesz mi o tym? Przyznasz się, że sprawa cię przerosła? - Mężczyzna pokręcił głową, po czym uniósł ich złączone ręce i pocałował każdą z dłoni Yuuriego. - Dlatego martwię się i chcę być przy tobie. Jako twój narzeczony i jako trener.
Katsuki pochylił głowę, na chwilę ukrywając spojrzenie za zasłoną czarnych włosów oraz barierą z refleksu okularów. Ucichł tak bardzo, że Viktor przez chwilę nie wiedział, czy mężczyzna bezgłośnie płacze, jest zły czy może wręcz zasnął, choć to nie on z ich dwójki miał ku temu predyspozycje. Ale nie, Japończyk nie odpłynął i zaraz to udowodnił, kiedy znów uniósł głowę, ukazując przepełniony czułością wzrok.
- Doceniam to, naprawdę. Jesteś najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem. Kocham cię mocniej niż kogokolwiek innego na świecie. I właśnie dlatego, że jesteś dla mnie tak bardzo ważny, że nie jestem w stanie się skupić, kiedyś dzieje ci się coś złego, chciałbym... Chciałbym spróbować poradzić sobie bez trenera. - Yuuri wstał i wypuścił dłonie Viktora, a potem spontanicznie chwycił jego twarz w dłonie, by złożyć na czole ukochanego delikatny, prawie że motyli całus. - Więc proszę, tylko ten jeden raz... Pozwól.
"Jeden, jedyny raz... Trwający aż do Mistrzostw Świata" przemknęło przez głowę ubierającego się po szybkim prysznicu Viktora. "Ale nie szkodzi. W końcu dokładnie tego sobie życzyłem. Tego życzył sobie Yuuri, więc... Wszystko będzie dobrze. Zadbałem o to."
Teraz, po przespanej nocy i ochłonięciu ze wszystkich emocji, do Rosjanina dotarło, jak bardzo ta rozmowa była im potrzebna. Oraz jak wiele racji miał Katsuki, twierdząc, że nic dobrego nie wyniknie z tego, że Viktor upierał się przy jednoczesnym ćwiczeniu ich obu. Właściwie na wypowiedź Yuuriego składała się niemal wyłącznie racja, prawda oraz słuszność, podczas gdy on niemal do samego końca brnął w ślepą uliczkę, uciekając przed najzwyklejszą szczerością. Myślał, że kogoś tym ochroni, że przyznanie się do słabości jest jak odarcie swojego jestestwa z boskości i chwały... Tylko że nie. Viktor wreszcie przejrzał na oczy, że jego cokolwiek nachalne zachowanie mogło mieć tylko odwrotny skutek i niemal sprawiło, że zapędził podopiecznego w kozi róg. Jak to dobrze, że zdołali sobie tyle wyjaśnić. Może ta separacja im się przyda, odzyskają dzięki niej siły, oczyszczą głowy...
Mimo to Nikiforov nie spodziewał się, że nastąpi to tak nagle, z samego rana. Że ukochany go nie obudzi, nie zostawi śniadania ani nawet nie pocałuje na pożegnanie. Viktor potrząsnął głową, pospiesznie przeglądając się w lustrze. Widocznie Yuuri potrzebował odciąć się tak mocno jak to tylko możliwe lub bał się, że gdy zobaczy z rana posmutniałego ukochanego, zachwieje to jego i tak trudnym postanowieniem. Ale to chodziło tylko o jeden poranek. Jeden nietypowy dzień, w trakcie którego zrobią, co do nich należy, by po południu wrócić do domu i spędzić czas jak pierwszorzędni narzeczeni. Na kanapie, jeden na drugim, z Tołstojem w dłoni, jak za starych, dobrych czasów sprzed Czterech Kontynentów.
Ubrany w miękkie dresowe spodnie i bluzę z kapturem Viktor wyszedł z łazienki, by wytargać za włochate uchy buszującego po salonie Makkachina. Psiak z dziką radością przywitał się z panem, dając żywy wyraz zainteresowaniu jego strojem, a potem poczłapał w stronę drzwi wyjściowych i spojrzał na nie wyczekująco.
- O szlag, zapomniałem - przyznał mężczyzna, przypominając sobie o porannej zmianie spacerowej. No, teraz już nie aż tak rannej, jakby sobie tego życzył czworonóg, ale obowiązek wciąż pozostawał obowiązkiem. - W sumie dobrze się stało, że nie muszę się tym razem śpieszyć na ćwiczenia. No i czuję się zaskakująco dobrze...
"Wychodzi na to, że ten odpoczynek był mi naprawdę potrzebny" pomyślał Viktor, podchodząc do oczekującego w progu psa, by pogłaskać go po łbie. Potem mężczyzna zgarnął z wieszaka kurtkę i chwycił w garść klucze oraz portfel. Żwawa rundka wokół parceli połączona z wizytą w jakiejś kawiarni wydawała się rozsądną opcją, szczególnie że po drodze miał zamiar wstąpić w jedno specjalne miejsce.
- Chyba będziemy musieli podziękować jakoś naszemu drugiemu pańciowi za to, że się tak o nas troszczy, co nie, Makkachin? - powiedział Rosjanin do przepuszczonego w drzwiach pupila, a potem uśmiechnął się do siebie. - Bukiet fioletowych hiacyntów będzie chyba całkiem dobrym pomysłem...
Po prawie godzinnym spacerze połączonym ze śniadaniem na mieście Viktor wrócił do mieszkania z psiakiem u boku, naręczem purpurowych kwiatów w ramionach oraz całkiem szerokim uśmiechem na ustach. Zadowolony z zakupu mężczyzna wstawił pęk świeżych hiacyntów do kryształowego wazonu, który, jak to wazony miały w zwyczaju, znowu leżał zupełnie gdzie indziej niż to Viktor pamiętał. Potem łyżwiarz postawił kwiaty na honorowym miejscu na komodzie naprzeciwko drzwi wejściowych, a w zamian zebrał zawsze czekający przy wyjściu plecak z dresem na zmianę. Pożegnał się z leżakującym na kanapie Makkachinem, po czym ruszył żwawym truchtem w kierunku Sportowego Klubu Mistrzów, do którego prowadziła blisko trzykilometrowa trasa przez most Tuczkowa.
Samotny jogging przypomniał Rosjaninowi o minionych latach, kiedy jako zdobywający coraz większą sławę łyżwiarz dzień w dzień biegał w pojedynkę, wyciszony i skupiony na odgrywanej w wyobraźni muzyce do bieżących programów, a jedynym towarzyszem podróży bywał tramwaj, wesoło pobrzękujący kołami o tory, gdy sportowiec przekraczał rzekę... Jednak ostatnimi czasy przebieżka nie wydawała się już wcale taka cicha. Wręcz przeciwnie, stała się bardzo żywa i pełna wyrzucanych na wydechu komentarzy, kiedy albo biegli na zajęcia we dwóch, albo Viktor ruszał przodem, spotykając się na moście z umówionym Yurio, a Yuuri wraz z posapującym u nogi pudlem docierał do nich chwilę później. Kiedyś wcale nie sądził, że było mu źle, właściwie nawet się nad tym nie zastanawiał, bo robił dokładnie to, co do niego należało. Dopiero kiedy zyskał cenne wspomnienia do porównań, Nikiforov w pełni zrozumiał, jak wiele szczęścia potrafiła dać mu najzwyklejsza obecność bliskich osób.
Po skręceniu za mostem w prawo i przebiegnięciu kilkuset metrów oczom Viktora wreszcie ukazała się błękitna fasada gmachu rodzimego lodowiska. Łyżwiarz zwolnił nieco kroku, pokonując znajdujące się przed budynkiem niskie stopnie, aż w końcu zatrzymał się przy potrójnym wejściu, wybierając to zupełnie z prawej. Niemal bezwiednie pociągnął za drzwi tym samym wyważonym, mimowolnym ruchem co zawsze, po czym wszedł do środka i od progu wymienił pozdrowienia z odwzajemniającą uśmiech recepcjonistką. Wyciszając oddech po intensywnym biegu, Viktor ruszył w głąb Klubu, kierując swoje kroki do szatni, gdzie zamierzał zostawić rzeczy, przebrać się i ruszyć do siłowni na rozgrzewkę. Zanim jednak dotarł do interesującego go pomieszczenia, w przestronnym, zwykle dość opustoszałym korytarzu napotkał koleżankę z teamu.
- Cześć, Mila! - przywitał się, zauważając wychodzącą z damskiej szatni nastolatkę. Babicheva obejrzała się przez ramię i uniosła brwi, dostrzegając nadawcę optymistycznego okrzyku.
- Och, Viktor... Cześć - odpowiedziała zaskoczona dziewczyna. Przyjście Viktora do Klubu o tak późnej porze wprawił ją w małe osłupienie, z którego na szczęście zaraz się otrząsnęła. - Prawie cię nie poznałam. Czy przytrafiło ci się coś miłego? Bo, nie obraź się, ale ostatnio dobry humor stanowił u ciebie prawie taką samą rzadkość jak ujemna delta w równa... Znaczy, sorki, matura.
- Więc to jest według ciebie dobry humor? Wow, aż boję się w takim razie pytać, jak źle wyglądałem wcześniej - stwierdził łyżwiarz i uśmiechnął się z lekką drwiną. Kolejne drobne uwagi sprawiały, że coraz mocniej uświadamiał sobie, jak bardzo przesadzał z treningami. - Yuuri miał rację. Stwierdził, że popadam w przesadę i że to wszystko przez nawał obowiązków.
- Yu... No bez jaj! Naprawdę tak powiedział? - Gdyby było to możliwe, brwi Mili oderwałyby się od twarzy i wyskoczyły ponad głowę, tak wielkie zaskoczenie dało się słyszeć w tonie Rosjanki. - Znaczy, jasne, zawsze najciężej pracujesz i ogólnie zaczynałeś wyglądać tak, jakbyś miał jakieś zaczątki syndromu wypalenia zawodowego, ale że to on zwrócił ci uwagę...
- Wiem, ale ktoś musiał. I w sumie lepiej, że stało się to teraz - wyjaśnił Viktor, po czym rzucił okiem na ścienny zegar. Wskazówki pędziły nieubłaganie, a późna pobudka zamierzała aż do samego wieczora zbierać żniwo uciekającego czasu. - Wybacz, Mila, lecę na ćwiczenia. A jak zobaczysz gdzieś Yuuriego, uściskaj go ode mnie!
- Spoko. U... uściskam? - rzuciła na sam koniec z dziwnym wahaniem w głosie.
Viktor wszedł do przebieralni i zajął się zmianą ciuchów na gładkie szare spodnie oraz czarną koszulkę. Sam, w zupełnej ciszy, nie licząc dalekiego, przytłumionego hałasu z lodowiska, gdzie trenerzy okrzykiwali swoich uczniów, a łyżwiarze im odpyskowywali albo grzecznie przytakiwali, zależnie od temperamentu. Tutaj, w szatni, nie działo się za to nic, zwłaszcza gdy Viktor stracił możliwość na porozmawianie z Yuurim. Nie mógł poprzerzucać się z nim kilkoma słownymi żarcikami, niby-przypadkiem-otrzeć-ramieniem, sprzedać kilka szybkich całusów w policzek lub nieco wolniejszych pocałunków gdzie indziej, ocenić, jak goją się otarcia na stopach czy choćby wymienić spokojne porady na temat tego czym mieli zająć się danego dnia. Wszystko to musiało zaczekać na zupełnie inne czasy.
Mężczyzna pozwolił sobie na krótki, nieco drwiący z samego siebie śmiech, kiedy tylko zostawił codzienne ubrania w opatrzonej nazwiskiem szafce. No cóż - po tym intensywnym czasie, kiedy Viktor niemal non-stop pilnował podopiecznego, to była duża zmiana, ale na swój sposób wydawała się również całkiem... orzeźwiająca? W końcu byli dorosłymi ludźmi i odrobina rozłąki nie szkodziła im aż tak jak na przykład rozstanie, do którego doszło między Finałem Grand Prix a mistrzostwami krajowymi, kiedy musieli przez dwa tygodnie żyć w dwóch różnych miastach. Teraz przerwa trwała na szczęście tylko kilka godzin, co nie stanowiło właściwie żadnego problemu, a wręcz zaostrzała apetyt na myśl o ponownym spotkaniu.
Po wyjściu z szatni łyżwiarz ruszył do sportowego boju, rzucając się w wir przedhelsinkowych, bardzo intensywnych przygotowań. Prawie nie miał czasu myśleć o niczym zbędnym, skupiony na całym ścisłym harmonogramie treningu: rozgrzewką, ćwiczeniami rozciągającymi, skokami na gumowej macie, obiadem na stołówce, próbami choreograficznymi w salce baletowej i wreszcie na sam koniec trzema godzinami spędzonymi na lodowisku. Yakov był zbyt zajęty radzeniem sobie z szalejącym emocjonalnie Georgijem, któremu co chwila zmieniała się wizja artystyczna na własny temat sezonu, dlatego Viktor otrzymał wolną rękę w sprawie przećwiczenia wybranych elementów. Pamiętny porażki z dnia poprzedniego mężczyzna skupił się na poczwórnym salchowie, starając się metodycznie naprawić swój błąd. Na szczęście już po dwóch próbach Rosjanin z miłym zaskoczeniem odkrył, że łokieć po wczorajszym wypadku zupełnie nie dawał mu się we znaki, a quady wychodziły tak czysto i pewnie, jakby ostatnio wcale nie przeciążał organizmu do granic możliwości. Jeśli jedna noc okazała się tak zbawienna w skutkach, to co by było, gdyby od początku miał dla siebie więcej cza-
Viktor zatrzymał się tuż przed wykonaniem trzeciego salchowa. Nie, nie, stop. To myślenie było niepokojące. Owszem, jednocześnie cieszył się, że odseparowanie okazało się pomocne, bo to znaczyło, że Yuuri miał rację, ale z drugiej strony podobne stwierdzenia niebezpiecznie przybliżały go do konkluzji, że chciałby... rzucić trenerską powinność. Zacisnął usta i wrócił do ćwiczeń, przestawiając się na próbę programu krótkiego. Jasne, doskonale poradzili sobie przed narodowymi, więc to nie tak, że nie umieli działać oddzielnie, ale na dłuższą metę Viktor tego nie chciał. Po prostu wszystkie obecne wątpliwości zaczęły się od tego, że nie porozmawiał z Katsukim, kiedy sam zaczął mieć problemy, najpierw z bezsennością, a potem z goniącymi terminami. Wymagał od ukochanego zwierzeń, kiedy sam nie zdobył się na podobny ruch. Stworzył mur, tak podobny do tego, którym Yuuri chciał się odgrodzić od niego tam, w Hasetsu, na początku ich znajomości...
Tak właściwie... niewiele jeszcze o sobie wiedzieli. Skupiali się na tym, co tu i teraz, ewentualnie na planach na najbliższe zawody, ale o sobie, o swojej przeszłości, o dalszej przyszłość wciąż wiedzieli zastraszająco mało. Viktor wciąż nie wiedział, co sprawiło, że Yuuri zafascynował się jego łyżwiarstwem, a Yuuri wciąż nie poznał prawdy, ile związków zaliczył do tej pory Viktor i jak to możliwe, że mimo tych kilku głębszych znajomości Katsuki wciąż był "prawdziwą pierwszą miłością". Jasne, kochał Yuuriego za to, kim jest, a nie kim był, jednak wiedział, że tak się dłużej nie da. Chciał zacząć rozmawiać, pokazać, że mu zależy, powiedzieć, że akceptuje... I Viktorowi zależało również na tym, aby opowiedzieć o sobie. Nie tylko o przyjemnych rzeczach. W końcu nawet taka żywa legenda jak on miała na swoim koncie chwile słabości, wątpliwości, porażki. Jeśli dzięki temu zamiast ściany będzie w stanie wybudować między nimi trwały most, który pozwoliłby, aby podobna sytuacja już nigdy więcej się nie wydarzyła, to chciał spróbować. Musiał.
Po tych kilku godzinach jazdy Nikiforov w końcu odetchnął głęboko, zadowolony z postępu przygotowań. Otarł pot z czoła i wreszcie ruszył do wyjścia z lodowiska, mijając innych ćwiczących tego późnego już popołudnia kolegów. Już za trzy tygodnie Viktor zamierzał porozmawiać z Yuurim za pomocą łyżew, a póki co chciał z nim pomówić naprawdę. Przytulić, przeprosić i przede wszystkim podziękować za przemówienie do rozsądku.
- Hej! Viktor! - Młody, podszyty nerwową nutą głos rozbrzmiał echem po obszernej hali. - Możesz? Chciałem cię spytać, co to za nowy program na galę przygoto-
- O, Yurio! Jak dobrze, że cię widzę! - Starszy Rosjanin wyszedł na zewnątrz lodowiska, łapiąc za ramię stojącego przy bandzie łyżwiarza. - Słuchaj, nie widziałeś może Yuuriego? Cały dzień mi gdzieś umyka, a ja właśnie kończę trening. Jeśli tylko jest jeszcze w Klubie, to chciałbym po niego...
- Zaraz, chwila, stop. - Plisetsky uniósł dłoń, powstrzymując mężczyznę przed dalszym wyrzucaniem z siebie pospiesznych zdań. - Czy ty aby na pewno mówisz do mnie? Weź wdech i wysłów się na spokojnie.
- Tak, do ciebie. Bo zupełnym przypadkiem się złożyło, stoję przed tobą, patrzę na ciebie i mówię w twoją stronę. - Viktor zdążył naciągnąć na płozy łyżew błękitno-granatowe osłony, po czym wyprostował się, spoglądając na nastolatka. - Czy wiesz, gdzie jest Yuuri? Często ćwiczycie razem w tej samej sali, więc pomyślałem, że gdzieś ci śmignął.
- Yuu... ri?
Niepewność, z jaką chłopak wypowiedział imię Japończyka, nieco zaniepokoiła Viktora. Brzmiał tak, jakby nie wiedział, jak się je wymawia albo próbował w nieudolny sposób naśladować obcy język.
- Tobie wszystko się dziś miesza... Najpierw ćwiczysz jakiś nowy program, a potem to. To mamy kogoś nazywającego się jak ja? - zapytał powoli Yurio, patrząc przenikliwie na zmieniającego buty łyżwiarza.
- No dobra, jeśli poprawna odpowiedź na ten dowcip brzmi "Katsudon", to niech ci będzie, masz punkt - odpowiedział pokojowo mężczyzna, wrzucając łyżwy do plecaka. Kiedy tylko wsunął stopy w adidasy, westchnął przeciągle i ponownie zwrócił się do młodszego kolegi. - Naprawdę, nazywaj sobie Yuuriego jak chcesz, ale nie dasz rady się wykpić, jeśli powiem ci, że chodzi o mojego najwspanialszego, jedynego w swoim rodzaju narzeczonego.
- Narzeczonego? - Yurio wydawał się nic nie rozumieć. - Jakiego narzeczonego?
Wtedy Viktor postanowił zsunąć rękawiczkę, żeby zrobić pokazowy gest, który ćwiczył już od momentu, gdy Chris w Barcelonie po raz pierwszy rzucił uwagę o biżuterii... Ale kiedy tylko ściągnął materiał z palców i spojrzał na prawą dłoń, triumfalny uśmiech na twarzy starszego Rosjanina w jednej chwili zniknął.
Obrączki nie było.
- No dooobra... Albo bawisz się w biżuterię-widmo, albo twój narzeczony wścieknie się za to, że ją zgubiłeś. - Jurij przekrzywił głowę, patrząc z mieszanką zdziwienia i obawy to na Viktora, to na jego rękę. - Zresztą... Jaki, kurna, narzeczony? Niby gdzie? Przecież nigdy nie nosiłeś żadnej obrączki, to i kiedy miałeś się zaręczyć?
Kiedy...? Jak to kiedy? Barcelona, kościół, dzień przed programami krótkimi... Pamiętał wszystkie szczegóły: niebieski płaszcz Yuuriego, gruby, jasnobrązowy szalik, uroczy rumieniec, niepewne spojrzenie. Pamiętał bożonarodzeniowy rynek, pamiętał wszechobecne lampiony, pamiętał chór, pamiętał ciężar ręki na ramieniu, kiedy wracali do hotelu. Pamiętał ten dzień lepiej niż którykolwiek. Mógł stracić wspomnienia o wszystkim innym, o swoich sukcesach, o całych dwudziestu siedmiu latach życia, ale tego ostatniego, dwudziestego ósmego roku nie zapomniałby nigdy. Nie zapomniałby o obrączce...
Yurio też powinien pamiętać. Przecież był tam, o poranku następnego dnia, na hiszpańskiej plaży. Sam wypominał nietypową dla Viktora ckliwość, mówił o udowodnieniu wyższości nad Yuurim... A mimo całej tej złości i rzucania tekstów o śmierci czy zniszczeniu, wciąż się z nimi zadawał. Przyjaźnił się, ćwiczył w jednej sali baletowej, chodził na wspólne obiady, wpadał do domu na noclegi. Jak nikt inny powinien zdawać sobie sprawę z tego, kim był Yuuri. Szalał za nim. Szanował, szukał u niego pochwał i miał za najważniejszego rywala. Powinien wiedzieć...
Powinien... Powinien. Jak powinna istnieć matrioszka. Powinna, ale nie istniała. Przez życzenie. Złoto. Bułgaria. Sofia. Rekord. Ostatnie jego mistrzostwa w juniorach. Stój od Erosa. Coś się zmieniło. Coś uległo zniszczeniu.
Wydawało mu się, jakby krew odpłynęła Viktorowi ze wszystkich kończyn, a ciało ogarnął przejmujący chłód, jeszcze gorszy niż jakiekolwiek zimno towarzyszące w trakcie jazdy na łyżwach. Jak w ogóle mógł wcześniej nie zauważyć braku obrączki? Na próbę rozprostował i zgiął palce. Nie, to nie to... Nie miał prawa się zorientować. W tych nielicznych momentach, kiedy na czas przebierania się w ciasne kostiumy zdejmował obrączkę, czuł jakąś osobliwą pustkę wokół serdecznego palca. Poza tym skóra przez te trzy miesiące zdołała się delikatnie odznaczyć w miejscu noszenia biżuterii. Ale teraz, kiedy patrzył i skupiał całą uwagę na swojej ręce... nie było nic. Żadnego dziwnego odczucia, żadnego fizycznego znaku, absolutnie nic. Jakby to ciało nie należało tak naprawdę do niego. Kimkolwiek "obecny" Viktor Nikiforov był, nie mogło mu brakować obrączki, bo nigdy jej nie miał. Ale jeśli to prawda, to...
- Hej, co się dzie... Viktor? Hej, Viktor! - krzyknął Yurio za wybiegającym z hali mężczyzną, ale na próżno.
Viktor nie słuchał. Ruszył przed siebie, zaliczając po kolei wszystkie sale treningowe, siłownie, pokoje konferencyjne, szatnie, łazienki i schowki. Chciał mieć nadzieję. Chciał się pomylić, obudzić, paść ofiarą najbardziej okrutnego żartu, na jaki sobie zasłużył. Akceptował cokolwiek, byle nie prawdę. Dlatego biegł.
Biegł. Biegł. Biegł...
- Yuuri? W sensie nasz Jurij? Dziwnie to akcentujesz. Zupełnie tak jak wcześniej - przypomniała Mila, która właśnie ćwiczyła na rowerku stacjonarnym. - Jakiego języka się znów nauczyłeś? Mongolskiego? Ech, Viktor, Viktor... Zazdroszczę, że masz na to wszystko czas i że Yakov ci nie gdera nad głową. No ale tak to jest, jak się zgania wszystkie złota w sezonie.
Biegł. Biegł. Biegł. Przed siebie. Byle prędzej.
- Och, czyżby we śnie objawił ci się anioł? - zapytał Georgi, wyginając się w baletowej pozie. - Ja również szukam natchnienia, mojej muzy, ale na próżno. Wiesz czemu? Bo nikomu nie można wierzyć. Serce istnieje tylko po to, żeby je łamać... Więc kimkolwiek jest ten cały Katsuki, którego imię cię poruszyło, strzeż się, aby pewnego dnia cię nie porzucił.
Biegł. Biegł. Biegł. Szybciej. Ktoś musi go znać. Ktoś musi... Ktoś... Ktokolwiek...
- Vitya! O co ci znowu chodzi? - Yakov wyglądał na nieco rozeźlonego, prawdopodobnie z powodu pozostałych podopiecznych, którzy nie spełniali jego oczekiwań. Wpatrywał się w oszołomionego Viktora jak na kogoś, kto również chciał dołożyć do pokaźnego kopczyka problemów także swoich zmartwień. - Katsuki Yuuri? Kto to? Jakaś japońska firma proponuje ci udział w reklamie czy co?
Biegł. Biegł. Biegł.
Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł. Biegł.
Biegł.Biegł.Biegł.Biegł.BiegłBiegłBiegłBiegłBieBiegBiBieBiegBieBiegł.
Biegł.
Biegł...
Przestał biec. Nie mógł. Nie widział dokąd.
Widok zasłaniały mu łzy.
Viktor zatrzymał się na środku mostu i uniósł dłonie. Nie widział ich wyraźnie, ale czuł, że drżą, chociaż nigdy wcześniej się tak nie trzęsły, nawet kiedy upadał na lód naprawdę boleśnie. Łzy, pełne goryczy i niedowierzania spływały po policzkach wpatrującego się przed siebie Rosjanina, piekąc na mroźnym powietrzu w nieosłoniętą szalikiem skórę. Wybiegł jak stał, wciąż w jasnych, treningowych spodniach i czarnej koszulce, zupełnie nie przejmując się tym, co działo się dookoła niego. A działa się... rzeczywistość. Ludzie wychodzili z pracy, zdążając do ciepłych domów, tramwaj wesoło pobrzękiwał kołami o tory, spacerujące psy szczekały, szczęśliwe, że mogą się wyszaleć, a z zasnutego szarością nieba padał lekki śnieg. Cały świat wciąż istniał, chociaż jego własny przed chwilą się zawalił.
Kalendarz wskazywał wczesny marzec, dlatego w Petersburgu wciąż panowała nieprzejednana, zimowa aura. Na chodniku leżała cienka warstwa wydeptanego przez mieszkańców puchu, a leniwe, białawe słońce powoli kończyło swój bieg po zachodniej stronie nieba. Idący po obu stronach mostu przechodnie, odziani w grube palta, puchate ortalionowe kurtki albo wystawne futra rzucali okiem na dziwnie zachowującego się mężczyznę, po czym szybko odwracali wzrok. Mimo to stojący w cienkich ubraniach Viktor zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi ani na mijających go ludzi, ani na zimno, i choć jego ręce trzęsły się jak malignie, nie potrafił się ruszyć. Nie chciał iść do domu, nie potrafił wrócić do Klubu, nie miał dokąd pójść, z kim porozmawiać, do kogo zadzwonić...
Zaraz... Właśnie, komórka! Niezastąpione urządzenie z połączeniem do sieci, która stanowiła łącznik z praktycznie całym globem. W końcu nie bez powodu mówiło się, że jeśli czegoś nie było w Internecie, to to nie istniało. A przecież Yuuri istniał, tego był pewien bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Ogrom wspomnień nie mógł wziąć się znikąd. Nie byłby w stanie uroić sobie tych wszystkich uczuć. Cokolwiek twierdził Georgij, Yakov czy Yurio, nie zmyśliłby tak wspaniałego człowieka, tego wariata z bankietu w Soczi, nieśmiałego okularnika, którego zastał w onsenie, ewoluującego z każdym występem Erosa, jego jedynego Yuuriego, srebrnego medalistę Grand Prix, złotego medalistę Mistrzostw Japonii i Mistrzostw Czterech Kontynentów. Nawet jeśli w Petersburgu nie znali Yuuriego, to musiało istnieć ku temu logiczne wytłumaczenie. Mogło to być przez to, że jeszcze się tu nie przeprowadził, że postanowili rozdzielić się nie tylko na narodowe, ale do końca sezonu...
...prawda?
Viktor pospiesznie wyciągnął wciśnięty do kieszeni dresu telefon i odblokował go zesztywniałymi od zimna palcami. Kiedy jednak zajrzał do długiej listy kontaktów, chcąc natychmiast zadzwonić do Yuuriego, usłyszeć jego głos, upewnić się, że nic poważnego się nie stało... po sześciokrotnym, bezskutecznym sprawdzeniu danych wiedział, że coś było nie tak. Bardzo, bardzo mocno nie tak. Spanikowany mężczyzna otworzył przeglądarkę i niemal bezwiednie wpisał frazę "Katsuki Yuuri łyżwiarz figurowy", po czym wcisnął klawisz akceptacji. Przez dwie sekundy z nerwami napiętymi jak postronki czekał, by aplikacja przemieliła ogrom informacji, aż wreszcie na ekranie pojawiła się ściana literek. Viktor otarł przedramieniem łzy i pospiesznie zbliżył nos do wyświetlacza, chcąc zanalizować wyrzucone linki, ale jedna straszna prawda od razu uderzyła go w twarz.
"Nie znaleziono żadnych wyników wyszukiwania dla hasła Katsuki Yuuri łyżwiarz figurowy"
Próbował jeszcze wstukać hasło w kanji, jednak rosyjska klawiatura w telefonie uniemożliwiała mu wpisanie japońskich znaczków, a aplikacja do rozszyfrowywania krzaków gdzieś się zapodziała... Nie, zaraz, spokojnie, bez paniki. To akurat da się zrobić. Jak tylko wróci do mieszkania, skorzysta z laptopa Yuuriego, żeby... Żeby...
Zacisnął dłonie na komórce i wbił wzrok w ekran, jednocześnie nie widząc go wcale. Oddychał, ale tak, jakby nie mógł zaczerpnąć tchu, jakby powietrza było ciągle za mało. Zaczęło mu ciemnieć w oczach, a obraz zepsuł się i zszarzał niczym kineskopowy telewizor. Szum wypełnił uszy, tętniąca w żyłach krew dudniła głucho w tle. Waliło, waliło, waliło...
Czy on właśnie chciał znaleźć Yuuriego, prosząc o pomoc Yuuriego?
Rosjanin padł na kolana, zdezorientowany i przytłoczony chaosem w głowie. To się nie działo naprawdę. To fikcja, to bezsensowny sen, tylko sen, sen, śpiączka, pomyłka, obłęd, cokolwiek, sen, nierealne, niemożliwe. Niemo... Nie... Mo... Nie... Nie ma. Nie ma go. Tak po prostu go nie ma.
Pierwszy w życiu donośny krzyk Viktora rozdarł powietrze tak boleśnie, jak rozdarte zostało jego serce jednym zaledwie zdaniem.
Katsuki Yuuri... zniknął.
Przypisy-chan
Zgodnie z pewną starą obietnicą wreszcie wyjawiam, o co chodzi w całym tym fanfiku - a chodzi właśnie o zniknięcie Yuuriego. Razem z DaryavonDayern (serdecznie dziękuję za betę, nawet jeśli jest tylko merytoryczna, nie gramatyczna) miałyśmy mnóstwo pomysłów jak zatytułować całą tę opowieść. I tak wśród propozycji pojawiły się:
- Stein;Skate (zdecydowany faworyt)
- Mahou Shounen Viktoria Magica (Stefan Cieniochujek jako Kyubei pozdrawia)
- O łyżwiarzu skaczącym przez czas (skaczącym poczwórnymi flipami, hehe)
- Lodowisko, z którego zniknąłeś (nowy podtytuł Erased)
- The Disappearance of Katsuki Yuuri (ukłon w stronę kinówki Haruhi Suzumiyi)
- Your skate (Kimi no na wa weszło za mocno)
- All you need is skates (ciesz się, Viktor, że nie walczysz z kosmitami)
Jestem otwarta na dalsze propozycje! :3
Z drobniejszych informacji:
"Welcome to the Madness" to oczywista oczywistość i znany program galowy Yurio. Polecam wczytać się w tekst piosenki. Pasuje idealnie do tego rozdziału.
7:50 to nie tylko pierwsza lepsza godzina, o której obudził się zaspany Viktor. To również godzina, która była pokazana w anime, kiedy to Yuuri zaspał po konkursie "Onsen on Ice". Budzik ustawiony był na godzinę 6:00, stąd aż dwanaście alarmów (co 10 minut).
Prawie-headcanon - Viktor łatwo się budzi, ale równie łatwo i szybko zasypia, więc jest skowronkiem. Natomiast wiemy z serii, że Yuuri umie zaspać plus nie potrafi się dobudzić z jet-lagów, za to jak już wstanie, to jakoś sobie radzi, stąd jest sową.
Fioletowe hiacynty oznaczają "przepraszam". Ale o tym Yuuri już się nie dowie...
Teraz przechodzimy do właściwej części fanfika, tej o wiele mniej fantastycznej, a nieco bardziej prawdziwej. "Jak by to było, gdyby Yuuriego nie było". Jak potoczyłyby się losy innych ludzi? Jak by się zmienili? Jak dużo "słów na L" zyskali dzięki niepozornemu Japończykowi? Co z Yurio? Jak skończyły się ostatnie zawody Grand Prix?
A przede wszystkim - co z samym Yuurim? Gdzie jest? Czy Viktor się załamie, czy ruszy go odszukać?
Odpowiedzi na wszystko to i jeszcze więcej w kolejnych rozdziałach. ;)
