Nie ma cię tu, choć byłeś,
Zniknąłeś, prysłeś jak czar,
Został mi tylko dźwięk łyżew,
I coś, co w sercu wciąż trwa.
Nie ma cię tu, zniknęło już wszystko,
Choć obiecałeś zostać na zawsze,
Zostało mi tylko to lodowisko
Wspomnienie minionych zdarzeń.
Wróć, proszę, złap moją dłoń znowu,
Niech w nasze serca miłość coś tchnie,
Proszę, chcę mieć coś oprócz lodu,
Chcę tylko, byś był blisko mnie.
(autor: Istota_z_atramentu)
Płynące jedna za drugą łzy zamarzały na zimnych, zaczerwienionych policzkach, a głośny szloch niemal doszczętnie zdarł udręczone gardło łyżwiarza. Po kilku takich minutach Viktor mógł już jedynie bezgłośnie łkać. Rozpacz targała jego urywanym oddechem, gdy lodowe igły strachu wbijały się coraz głębiej z każdym kolejnym haustem mroźnego powietrza. Zatopione w śniegu dłonie zacisnął w pięści i płakał, płakał, płakał... Płakał jak chyba jeszcze nigdy przedtem i nigdy potem.
Czuł jedynie przerażający, dojmujący żal, który pożerał go od środka, tłamsząc nawet najdrobniejsze oznaki nadziei. Nie potrafił o niczym myśleć. Odrzucał fakty. Zaprzeczał. Poddawał się. Wolał zatracić się w absolutnej pustce niż uwierzyć, że już nigdy nie zobaczy tego niewinnego uśmiechu i błyszczących, uroczych, brązowych oczu. To było niemożliwe. Tak bardzo, bardzo niemożliwe...
Delikatny, zupełnie nieprzystający do sytuacji śnieg powoli obsypywał srebrzącymi się drobinami głowę skulonego mężczyzny oraz jego drżące z bezsilności ramiona. Gorzka rzeczywistość z każdą minutą coraz bardziej pozbawiała go tchu, a przenikliwy chłód zaczynał ogarniać nie tylko ciało wyczerpanego biegiem Rosjanina, ale i jego rozpadające się na kawałki, kruche, szklane serce. Życie cudownego, niepokonanego mistrza wydawało się zupełnie bez sensu wobec jednej prawdy, która jak na złość pozostawała niezmienna.
Zniknął.
Yuuri, który stanowił cały jego świat, wsparcie, największe szczęście, gwiazdę oświetlającą przyszłość... Tak po prostu przestał istnieć.
Widok zrozpaczonego mężczyzny przyciągał coraz więcej ciekawskich spojrzeń mijających go na moście petersburżan, jednocześnie powodując, że przyspieszali oni kroku, gdy tylko obok pojawiał się jakiś inny praworządny przechodzień. Nikt nie chciał się zatrzymać, pomóc, zapytać, o co chodzi, dopatrując się w prawie szaleńczym ataku lamentu winy alkoholu. Nie chcieli dostrzegać ludzkiej tragedii, więc uznawali ją za element krajobrazu. Dla tych wszystkich ludzi zgięty wpół i klęczący na śniegu osobnik w niczym nie przypominał wielkiego Viktora Nikiforova, a wyglądał bardziej jak pierwszy lepszy pijak, który przegrał swoją godność. A takich najlepiej było zostawić samych sobie.
Dopiero po dobrych kilkunastu minutach, kiedy wypełnione mroźnym powietrzem płuca zaczęły boleć od niemego krzyku, a zapadnięte niemal do połowy w śniegu nogi dotkliwie zdrętwiały, zziębniętego Viktora wreszcie znalazł Jurij.
Wracający do domu chłopak w pierwszej chwili zbaraniał, nie wierząc, że widzi swojego starszego kolegę w takim stanie. Owszem, gdy Nikiforov zbladł i nagle wybiegł z lodowiska, nawet przez chwilę zdziwił się, co też strzeliło do głowy zaaferowanego czymś łyżwiarza, ale nastolatek szybko otrząsnął się z szoku. Wiedział, że mężczyzna nie takie cuda potrafił wyczyniać, więc uznał to po prostu za jeden z wielu napadów nieco ekscentrycznej weny. Dlatego Jurijem tym bardziej wstrząsnęło to, że trafił na Viktora, tego zawsze opanowanego, odrobinę wyniosłego Viktora w stanie absolutnej rozsypki. Gdyby nie charakterystyczny szarawy łeb i widziany zaledwie niecałą godzinę temu dres, Plisetsky pomyślałby, że ma do czynienia z przypadkowym menelem. Przecież żywa legenda łyżwiarstwa figurowego nigdy nie pokazywała słabości, nie płakała i nie wyglądała jak przeciągnięta przez pół Syberii szmata... Ale jak się wtedy na moście okazało - jednak wyglądała.
Po kilku sekundach wahania potrzebnych na zaakceptowanie sytuacji Jurij przyskoczył do Nikiforova i próbując dowiedzieć się, co zaszło, postawił drżącego z zimna i wyczerpania mężczyznę na nogi. Gdy w odpowiedzi usłyszał jedynie zduszony, niezrozumiały charkot, który równie dobrze mógł być kontynuacją płaczu, jak i próbą werbalnego kontaktu, nastolatek zaklął ze złości, po czym zarzucił sobie rękę Viktora przez ramię. Bez dalszej zwłoki zgarnął roztrzęsionego łyżwiarza z powrotem do Klubu i zaciągnął do ciepłej szatni, starając się za wszelką cenę nie wpaść na Yakova. Gdyby się na niego natknęli, trener na pewno dostałby ataku szału, a Jurij nie musiał nawet mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że to ostatnia rzecz, jakiej potrzebował Viktor.
Kiedy dotarli na miejsce, chłopak wywinął się spod pachy na wpół niesionego na plecach Nikiforowa. Niemal siłą zdarł z mężczyzny przemoknięte, zimne jak lód ubrania, po czym wpakował ledwie kontaktującego z rzeczywistością Rosjanina pod gorący prysznic. Sam stanął tuż za wejściem do łazienki, plecami do ściany, a przodem do prysznicowej ścianki działowej, pilnując aby Viktor znów nie upadł lub nie zaczął histeryzować. Ale nie, było cicho. Przeraźliwie cicho.
Minuty pełzły jedna za drugą, łazienkę wypełniła mgła pary i jednostajny szum lecącej wody, a napiętego milczenia nie przerywał już ani płacz, ani tym bardziej choćby słowo wyjaśnienia. Jurij przez jakiś czas wodził wzrokiem po niebieskich, wyłożonych w nieregularny wzór kafelkach, w myślach licząc najciemniejsze kwadraty, by jakoś zabić mijający ociężale czas. Czekał, aż Viktor ochłonie i zacznie opowiadać, co skłoniło go do tak bezmyślnego zachowania. Tak naprawdę nawet śmierć kogoś z rodziny, z którą Nikiforov nie utrzymywał szczególnego kontaktu, wydawała się niedostateczną wymówką przed próbą zamarznięcia na moście. W takim razie czy chodziło o tego całego tajemniczego narzeczonego, który prawdopodobnie gwizdnął obrączkę i zwiał do innego kraju? Jurij prychnął pod nosem. Przecież Viktor nie był jakąś cizią rodem z brazylijskiej telenoweli, która rozpaczała przez nieszczęśliwą miłość. Był światowej klasy łyżwiarzem, do cholery. Żywą legendą łyżwiarstwa figurowego. Jeśli już chciał mieć jakieś problemy... powinny dotyczyć zawodów. Reszta się zwyczajnie nie liczyła.
Lodowy Tygrys Rosji nie należał do cierpliwych osób, więc po może pięciu minutach przeciągającej się kąpieli wreszcie syknął z niezadowoleniem i uderzył butem w ściankę, trafiając piętą w granatową płytkę.
- Rozumiem, że nie powiesz mi, o co tu biega, co? - rzucił hardo, a w tonie jego wypowiedzi dało się wyczuć nutę pytania retorycznego. Nic. Stojący pod prysznicem Viktor opierał się rękami o ścianę i patrzył martwo przed siebie, podobny bardziej do kukły niż do żywego człowieka. Brak choćby skinięcia głową na wyraźne zapytanie jeszcze mocniej rozdrażnił Jurija. - Łapię. Masz mnie w dupie. Ale nie zapominaj, że mamy przed sobą Mistrzostwa Świata. To moja ostatnia szansa w tym sezonie. Nie daruję ci, jeśli wygram tylko dlatego, że ty nie byłeś w formie.
Jurij opuścił nogę i przez jakiś czas wpatrywał się w swoje ozdobione rdzawą panterką buty. Pomijając dzisiejszy atak, byłby chyba ślepy, gdyby nie dostrzegł, że już od początku tego... nie, od końca poprzedniego sezonu Viktor zaczął mieć jakiś kryzys twórczy. Przez długi czas wahał się jaki temat wybrać, do jakiej muzyki pojechać, czym zaskoczyć publiczność... Był rozdarty, niepewny, niezdecydowany, pełen wątpliwości. Chociaż cały świat leżał u jego okrytych łyżwami stóp, tak naprawdę to świat dyktował warunki jemu. Mistrz tego formatu musiał zaskakiwać, wywoływać zachwyt, wprawiać w stupor - teraz tym bardziej, że wszyscy właśnie tego od niego oczekiwali. Przed pięcioma laty Nikiforov był absolutnym objawieniem, przed czterema nowość była czymś niezwykłym, przed trzema ludzie wciąż nie mogli uwierzyć w jego pomysłowość, przed dwoma napięcie rosło, przed rokiem przebił najśmielsze oczekiwania wszystkich... Ale im dłużej ta farsa trwała, tym trudniej było ją zatrzymać. Prędzej czy później coś musiało pójść nie tak. Tym czymś był zmęczony, wyzuty z pomysłów Viktor. Bez inspiracji, tego ulotnego poczucia, że chwytał Boga za nogi, równie dobrze mógłby być martwy.
W końcu ponaglany przypomnieniem o obietnicy ułożenia Jurijowi choreografii Nikiforov oddał chłopakowi przygotowywane nadprogramowo programy, sobie pozostawiając drogą eliminacji inne dwa. Bez większego problemu dopracował je pod względem technicznym i nawet jeśli dla ludzi z teamu Yakova było jasne, że cudowny łyżwiarz zaczynał się emocjonalnie wypalać, swoją idealną grą pod publiczkę oszukał wszystkich, łącznie z sędziami. Nawet dla pozbawionego motywacji Rosjanina pozostali konkurenci nie stanowili żadnego wyzwania. I tak pięciokrotny mistrz niezmordowanie kontynuował swój marsz po szóste z kolei złoto... Aż do teraz, kiedy Viktor chciał w najbardziej parszywy sposób pokonać samego siebie. Nie, nie pokonać. Po prostu zniszczyć.
Chłopak sarknął z frustracją i obrócił się na pięcie, by pójść do szatni po ręcznik. Zanim jednak wyszedł, rzucił raz jeszcze okiem na wystającą znad ścianki, ukrywającą zmęczony wzrok za mokrą grzywką głowę Viktora.
- Jak zdecydujesz się gadać to spoko. Jak nie, twoja sprawa. Tylko masz się, do cholery... ogarnąć - rzucił z jakąś dziwną pogardą w głosie.
Pogardą zabarwioną zawodem.
Chwilę potem Jurij zadzwonił po Georgija, który na szczęście wciąż był w Klubie. Gdy mężczyzna przybył i zobaczył pozbawionego życia Viktora, nawet on nie mógł powstrzymać zduszonego jęku i pytającego spojrzenia, którym natychmiast obdzielił nastolatka.
- Nie pytaj - warknął Plisetsky, wycierając ręcznikiem mokre włosy Viktora. - Lepiej zadzwoń po jakąś taksówkę, a potem pomóż mi go ubrać.
Georgij więc nie pytał, prawdopodobnie układając sobie w myślach swoją własną interpretację stanu kolegi w oparciu o jakiś scenariusz z zawodem miłosnym w tle. I w sumie wiecznie ckliwy Popovich mógł mieć dużo racji, o ile oczywiście ten cały drugi Yuuri naprawdę był zamieszany w tę chorą sytuację. A jeśli tak - Jurij zamierzał nakopać im obydwu do rozumu za wszystko to, co musiał dzisiaj przejść.
Kiedy wraz z Georgijem udało im się wspólnymi siłami doprowadzić Nikiforova do jako takiego stanu używalności, wpakowali go do czekającej na postoju taksówki. Zasłaniając się bajką o lekkim wstrząśnieniu mózgu po upadku, polecili kierowcy, aby odprowadził łyżwiarza pod same drzwi mieszkania. Po wciśnięciu w garść zwitka rubli taksówkarz skinął tylko głową, nie żądając dodatkowych wyjaśnień. Dzięki temu łyżwiarze mogli od razu wycofać się w kierunku hali, aby zmierzyć się ze wściekłym z powodu nagłego zniknięcia Georgija Yakovem.
Zanim auto wjechało za most i zniknęło im z oczu, Jurij zdążył obejrzeć się za nim jeszcze ostatni raz. Żaden był z niego miłosierny Samarytanin, ale to jasne, że denerwował się stanem kolegi z teamu. Poza dziadkiem i trenerem Feltsmanem Viktor stanowił dla młodego chłopaka najbliższy wiekowo wzór, uosobienie kogoś bliskiego, kogoś, kto w ogóle zwracał na niego uwagę. Nic dziwnego, że dotknęła go dzisiejsza sytuacja. Wściekłość i strach powoli zaczynały jednak ustępować innemu odczuciu, które dało się sformułować w jednym prostym zdaniu:
"Co tu się tutaj, do cholery, działo?"
Viktor, zamknięty w klatce osobistej tragedii, myślał dokładnie o tym samym.
Właściwie tylko dzięki pomocy taksówkarza łyżwiarz dotarł do mieszkania, ledwie pojmując, co się wokół niego dzieje. Dopiero gdy po otworzeniu drzwi apartamentu powitał go głośny, stęskniony szczek, pierwsza informacja przedarła się przez gruby, zaprzeczający wszystkiemu mur psychiki. Zagubiony, wyczerpany mężczyzna wtulił się w miękką sierść zwierzaka, chwytając się jedynej pocieszającej rzeczy, jaka mu jeszcze pozostała - świadomości, że Makkachin wciąż istniał.
Ale nawet jeśli wierny czworonóg wciąż czekał, nic nie było w stanie zasklepić ogromnej wyrwy, jaka pozostała w jego sercu po zniknięciu Yuuriego. Po kojącym przywitaniu Viktor zapalił światło, przekręcił zamek w drzwiach i ostatkiem sił doczłapał do kanapy. Usiadł, pozwalając obolałym po wysiłku i termicznych przejściach kończynom odpocząć. Zamiast jednak po kwadransie upragnionego wytchnienia ruszyć do wieczornych obowiązków, wraz z przeciągającym się milczeniem pustka znów zaczęła obezwładniać Rosjanina. Przemykający to tu, to tam pupil dawał złudne wrażenie, że ktoś więcej czeka na zaginionego w czasie i przestrzeni człowieka. I tak zwykła przerwa na poukładanie myśli przeciągnęła się do granic psychicznej wytrzymałości, przeradzając w efekcie w kolejny niepokojący stan - przekonanie, że Yuuri na pewno zaraz przyjdzie.
Po jakimś czasie od powrotu Viktora Makkachin zaczął niespokojnie kręcić się po całym pokoju, nie mogąc zrozumieć braku jakiejkolwiek aktywności ze strony pańcia. W końcu pudel przysiadł tuż obok kanapy i zaskomlał cichutko, nie mogąc doczekać się spaceru, ale zatopiony w miękkim meblu mężczyzna nawet nie spojrzał na pupila. Ze wzrokiem wbitym w granatowe niebo za oknem Viktor czekał. Po prostu. Wskazówki zegara niezmordowanie krążyły po tarczy, ciemność pochłaniała tętniący wieczornym życiem Petersburg, a dwoje stworzeń trwało w niemal idealnym bezruchu w oświetlonym samotną lampą salonie.
Choć tym razem nie groziła mu śmierć na mrozie, Nikiforov nie różnił się wiele od trupa, gdy znów zaszył się w bezpiecznej jamie zaprzeczenia. Uczepił się wspomnienia, według którego ustalili, że obowiązkiem Yuuriego będzie wieczorne wyprowadzanie psiaka, dlatego jakaś ostatnia cząstka Viktora wierzyła, że nawet jeśli Japończyk nie wróci dla niego, to na pewno zrobi to dla ukochanego czworonoga. "Z dwojga złego prędzej poświęcę ciebie niż Makkachina" brzmiało żartobliwe zapewnienie, wypowiedziane dawno, dawno temu, w zupełnie innym życiu, ale mimo to Rosjanin trzymał się go kurczowo jakby to była co najmniej prawdziwa obietnica. W ten sposób przesiedział na kanapie kolejne wyczerpujące psychicznie minuty. Siedział i czekał... Godzinę, dwie godziny, dwie i pół, nie mogąc zmusić się do ruszenia choćby o milimetr.
Wreszcie kiedy pudel zjadł już ostatni okruszek pozostawionej w misce suchej karmy i przebiegł trzykrotnie każdy kąt mieszkania, Makkachin wrócił do kanapy i zupełnie nietypowym dla siebie zachowaniem zaczął targać Viktora za nogawkę spodni. Szarpał i piszczał, domagając się nie tylko uwagi od pogrążonego w myślach pańcia, ale jakby starając się przywołać go do porządku. Wtedy Viktor wreszcie zrozumiał, że to koniec. Że nadeszła już pora, kiedy powinien zasypiać w ramionach Yuuriego, ukojony jego szeptem, gdy Japończyk szczęśliwym głosem opowiadał, w jakie nowe miejsce zaciągnął go Makkachin i jaką niespodziankę zdołali dzięki temu odkryć pośród niekończących się uliczek Petersburga. Jednak ten szept nie nadszedł. Nie mógł nadejść.
Ale paradoksalnie zamiast wstrząsnąć to Viktorem, zmusić go do wzięcia się w garść, zaakceptowania rzeczywistości, do ruszenia do przodu, do życia - pozbawiło go to resztek kojących urojeń, przez co mężczyzna zamknął oczy, pogrążając się w absolutnej apatii. I tak nieprzytomny wieczór zlał się z bezsenną nocą, a wyczerpująca noc z nie mniej drętwym porankiem.
Nad ranem Viktor wreszcie ruszył się z kanapy, zmuszony koniecznością skorzystania z toalety, a wtedy natrafił na przykrą niespodziankę, którą pozostawił doprowadzony do ostateczności Makkachin. Łyżwiarz nawet nie westchnął, nie zaklął ani tym bardziej nie skarcił pupila - w końcu to była wyłącznie jego właścicielska wina. Zupełnie bezwiednie posprzątał zapaskudzoną łazienkę, spłukał nieczystości w sedesie, a wykorzystane ręczniki wrzucił do pralki. Potem jedynym przejawem kontaktu z innym człowiekiem, do jakiego zmusił się Viktor, było poproszenie zaprzyjaźnionego sąsiada o tymczasowe wyprowadzanie Makkachina na spacery. Łyżwiarz usprawiedliwił swoją niedyspozycję oraz zaniedbany wygląd chorobą, co posiadający labradora mężczyzna przyjął z całkowitym zrozumieniem oraz zapewnieniem, że zaopiekuje się rosłym pudlem jak swoim własnym czworonogiem. Po ustaleniu godzin odbierania psa na przechadzki i życzeniu mu rychłego powrotu do zdrowia, Nikiforov ponownie zaszył się w opustoszałym mieszkaniu, kolejne milczące godziny spędzając na niebieskiej kanapie.
Viktor wiedział, że zdradza w ten sposób ufność wiernego pupila, który stanowił jego jedyne istniejące wsparcie, ale wiedział, że nie dałby rady zmierzyć się z rzeczywistością. Jeszcze nie. I tak z ogromnym trudem przychodziło mu zwykłe zjedzenie jogurtu, dlatego tym bardziej nie umiał sobie wyobrazić, jak miałby poradzić sobie z innymi ludźmi, którzy zupełnie nie pamiętali Yuuriego. Jak miałby minąć tę piekarnię, w której regularnie kupowali croissanty albo bagietki lub jak zaakceptować fakt, że już nigdy nie będzie miał po co wejść do znajdującej się naprzeciwko ich apartamentowca kwiaciarni.
Przecież nawet chodzenie po mieszkaniu sprawiało mu niewyobrażalny ból, kiedy niemal na każdym kroku natrafiał na kolejne zmiany. Te dziury w dotychczasowej egzystencji, niedostrzegalne dla kogoś, kto nie miał z nimi styczności, teraz wydawały się okrutnie wręcz oczywiste. Ubrania powieszone w innej kolejności. Brak drugiej szczoteczki do zębów. Wciąż pełna butelka szamponu. Wiekowy kubek z matrioszką stojący nie tam, gdzie trzeba...
Viktor bezwiednie wyciągnął rękę i zestawił naczynie z wyższej półki na niższą, tak żeby Yuuri mógł je dosięgnąć. Już nawet nie umiał zdać sobie sprawy, że jego starania były bezsensowne. Każda myśl przypominała powolną agonię całego dotychczasowego życia. Każde zniekształcenie pamięci, każdy najdrobniejszy szczegół nieuchronnie przybliżał mężczyznę do stwierdzenia, że wraz ze zniknięciem ukochanej osoby umarła także jakaś część jego.
Ta duchowa część. Ciało jak na złość wciąż żyło.
Kolejny wieczór minął równie bezcelowo co poprzedni, przedzielony jedynie wizytą sąsiada oraz terkotaniem telefonu, który dzwonił coraz częściej wraz ze zbliżaniem się drugiej zimnej nocy. Viktor ignorował wyświetlające się w nieregularnej kolejności nazwiska, nie odnajdując nawet ponurej satysfakcji w zgadywaniu, kto zadzwoni następny. Yakov, Yakov, Plisetsky, Yakov, Plisetsky, Popovich, Babicheva, Yakov, Plisetsky, Plisetsky, Plisetsky, Yakov, Yakov, Yakov, Yakov, Yakov, Yakov...
Wreszcie dzwonienie umilkło, kiedy każdy normalny człowiek udawał się na zasłużony spoczynek. Ale nie Viktor. Nie był w stanie nawet przewrócić się na bok, siedząc na kanapie niczym na swoistym posterunku bezczynności. Mimo to wyczerpany płaczem, głodem i zmęczeniem mężczyzna i tak zapadł w płytki sen, z którego nieustannie się wybudzał, gdy tylko przypominał sobie o śmiejącym się cieniu. Rzucał gorączkowe prośby, błagał, oddawał wszystko łącznie z życiem co najmniej dwadzieścia razy, ale istota nie nadchodziła. Po tym, jak osiągnęła zamierzony cel, porzuciła Viktora niby zużytą zabawkę.
I znów nadszedł ranek, i znów minęło południe... Ciszę zakłócało to sporadyczne wycie karetki gdzieś na mieście, to kolejna porcja telefonów od zaniepokojonych, sfrustrowanych lub wściekłych znajomych z Klubu. Makkachin od czasu do czasu podchodził do mężczyzny, wskakiwał na kanapę, trącał go wilgotnym nosem i lizał po rękach, ale nie doczekał się w odpowiedzi ani jednej pieszczoty. Absolutnie nic nie mogło zastąpić ciężaru znajomego ludzkiego ciała, gładkości czarnych włosów, dotyku miękkich ust... A skoro tak, nie miał już nic przeciwko tego, aby resztę swoich dni spędzić w idealnej samotności.
I pewnie kolejne godziny znów zlały by się w jedność, gdyby około szesnastej nagle nie odezwał się dawno niesłyszany dzwonek domofonu. Zatopiony w dziwnym półśnie mężczyzna drgnął i niepewnie zwrócił głowę w stronę drzwi. Przecież Yuuri miał klucze, nie powi-
Viktor zacisnął usta. Znów to samo. Znów desperacko łapał się nadziei. Przecież nie wróci. Nie przytuli, nie pocałuje, nie powie, że przeprasza, że musiał nagle wyjechać do Japonii, że komórka się rozładowała, ale już jest tutaj, już wszystko w porządku...
Jesteś sam. Zawsze będziesz sam.
Po kilku sekundach przerwy, w trakcie których Rosjanin zdołał wmówić sobie, że to tylko omam słuchowy, alarm rozbrzmiał po raz drugi. Tego już nie mógł zignorować. Nie chciał zignorować. Nie umiał wytrzymać już ani chwili dłużej sam na sam ze swoimi wyobrażeniami. Potrzebował kogoś. Kogokolwiek.
Mężczyzna poderwał się z miejsca i niemal natychmiast przysiadł z powrotem, kiedy zakołowało mu się w głowie. Po chwili potrzebnej na złapanie oddechu Viktor znów podjął próbę wyprostowania się, po czym najszybciej jak tylko potrafił podszedł do domofonu i drżącą dłonią podniósł słuchawkę do ucha.
- Viktor? Co ty wyrabiasz, idioto?! - Głos zdenerwowanego Yurio brzmiał niezwykle znajomo, co w dziwny sposób uspokoiło, a nawet ucieszyło łyżwiarza. - Otwórz albo następnym razem wpadnie tu Yakov!
Rosjanin zawahał się, wpatrując w domofon, ale w końcu wcisnął przycisk pozwalający stojącemu na dole nastolatkowi dostać się do wnętrza budynku. Mimo wszystko w ciągu ostatniego roku chłopak stał się mu bliski jak rodzina i jeśli z całego Petersburgamiałby wskazać jedną osobę, która mogła go w jakikolwiek sposób pocieszyć, to Yurio był najbliżej właściwej odpowiedzi.
Po dwóch minutach u drzwi dało się słyszeć energiczne pukanie. Plisetsky nawet nie kłopotał się takimi rzeczami jak dzwonek, przedkładając skuteczność własnej pięści na melodyjny dźwięk alarmu. Viktor przekręcił zamek, lecz zanim zdążył chwycić za klamkę, drzwi otworzył znajdujący się po drugiej stronie gość.
Yurio, z kapturem kurtki naciągniętym na samo czoło i wielkim plecakiem przerzuconym przez ramię, uniósł butnie głowę, by spojrzeć na witającego go w progu... totalnie... zaniedbanego...
- Kurwa. Wiedziałem - zaklął, widząc Viktora w tych samych ubraniach, w których wpakował go dwa dni wcześniej do taksówki. Cienie pod oczami oraz potargane włosy były równie wyraźnym dowodem, że mężczyzna wciąż trwał w tym samym stanie emocjonalnego wyprania.
Nie bawiąc się w dalsze ceregiele chłopak przepchnął się między framugą a Viktorem i wkroczył do mieszkania, omiatając spojrzeniem jego wnętrze. Naprzeciwko stał wazon z lekko przekwitniętymi hiacyntami, a tuż obok posłania pudla dało się zauważyć miskę z jedzeniem oraz drugą z wodą. Właściwie była to jedyna oznaka jakiejkolwiek świeżej aktywności w wykonaniu właściciela, bo czysta na błysk kuchnia sugerowała, że nikt z niej nie korzystał, a wątpił, żeby snujący się jak cień mężczyzna był w stanie bawić się w wesołą kuchareczkę. Czas najwyższy.
- Dobra. Przebieraj się i wypad z psem na spacer. Może nie jestem pudlofilem, ale i tak wiem co to zwierzęca empatia - zakomenderował Jurij, stawiając na kuchennym blacie plecak, a potem ściągnął z wieszaka czerwony, wyglądający na nieużywany fartuch. - Ja w tym czasie przygotuję pirożki.
- Pi...rożki? - wychrypiał Viktor niemal nieużywanym od dwóch dni głosem. - Katsudonowe?
Pytające spojrzenie Yurio mówiło właściwie wszystko.
- Haaa? A co to za dziadostwo? - prychnął, wyciągając z torby przyniesione składniki. - Normalne, z mięsem i pieczarkami. Nie lubię wynalazków.
Sylwetka starszego Rosjanina zgarbiła się o kilka centymetrów, kiedy w jego świadomość uderzyła oczywista odpowiedź. No tak. Yurio też się zmienił. Czy raczej... nie zmienił się zupełnie.
Nie chciał jednak tego roztrząsać; nie w momencie, gdy został zgromiony wzrokiem przez niezadowolonego z jego skwaszonej miny nastolatka. Potulnie wykonując stanowcze polecenie Yurio, Viktor zmienił strój, zebrał z wieszaka płaszcz i wcisnął do kieszeni komórkę oraz klucze. Potem cicho pogwizdując na ożywionego, szczęśliwego poprawą nastroju pańcia Makkachina Nikiforov wyszedł na zewnątrz.
Chłodny wiatr uderzył go w wysuszone od szlochu oczy, a mróz wdarł się za kołnierz i połaskotał znajomym zimnym językiem w zaczerwieniony nos, jednak obeznany z chłodną atmosferą Petersburga łyżwiarz nic sobie z tego nie zrobił. Po skręceniu w lewo i wybraniu najmniej uczęszczanej ulicy dał się bezwiednie poprowadzić spragnionemu wspólnej przechadzki pudlowi. Viktor wbił oczy w niebo nad sobą, szukając w przestworzach choćby odrobiny energii. Nie znalazł jej jednak ani w świeżym powietrzu, które szczypało go w pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu twarz, ani w białawych chmurach, leniwie sunących w stronę horyzontu.
Wiedział, że nie zdoła dłużej uniknąć rozmowy. Jurij stanowił zaledwie przedsmak tego, co musiało się stać, gdy Yakov wreszcie go dorwie. Było bardziej niż pewne, że sędziwej daty trener nie wypuści łyżwiarza, zanim ten nie wyjaśni w satysfakcjonujący sposób czemu na trzy tygodnie przed arcyważnymi Mistrzostwami Świata zaszył się w mieszkaniu, nie dając znaku życia i ignorując wszelkie telefony. Problem w tym, że Viktor zupełnie nie wiedział, jaką linię obrony ma przyjąć. A najgorsze z wszystkich wariantów wydawało mu się powiedzenie prawdy.
"Zresztą... jaka prawda? Co tak właściwie jest prawdą w tym świecie?" przemknęło mu przez myśl. Powoli spacerujący mężczyzna zapatrzył się na biegającego wzdłuż alei drzew pupila. Nawet pogrążony w rozpaczy Viktor wciąż zdawał sobie sprawę z tego, że sytuacja nie była tak prosta jak choćby typowe rozstanie. Co tu się działo? Nie tylko z Yuurim. Ze wszystkim. Jaka była rzeczywistość? Kim był sam Viktor?
Łyżwiarz ścisnął dłonie w pięści, wpijając palce w ukryte w kieszeniach klucze oraz telefon. Właśnie, telefonie! Przecież na część pytań, przynajmniej tych dotyczących jego życia, odpowiedź mogła mu dać jego własna komórka.
Sięgnął do spodni i wydobył dobrze znany mu telefon w etui w barwach "Stammi vicino". Po odblokowaniu ekranu zauważył komunikat o czterdziestu dziewięciu nieodebranych połączeniach, z czego trzydzieści sześć stanowiły te od Yakova, jedenaście od Jurija i po jednym od Georgija oraz Mili. Nikogo więcej. Żadnego zagranicznego numeru.
A może...?
Wiedziony jakimś impulsem Viktor wystukał znany na pamięć numer Yuuriego i nacisnął zielony przycisk ze słuchawką. Z pospiesznie bijącym sercem przytknął telefon do ucha, w napięciu oczekując na sygnał połączenia. Tym razem jego nadzieje zostały rozwiane szybciej, niż zdążył je rozbudzić, bo wypowiedziany po rosyjsku komunikat oznajmił: "Wybrany numer jest niedostępny. Proszę spróbować ponownie."
Nic. Znowu. Nieistniejący Yuuri z nieistniejącym numerem. Niewidzialna dziura w piersi Viktora pogłębiła się jeszcze odrobinę, kiedy mężczyzna opuścił komórkę. Mimo to nie mógł przestać próbować, nawet jeśli każda taka porażka bolała tylko bardziej i bardziej. To było silniejsze od niego. Musiał szukać. Odnaleźć najmniejszy punkt zaczepienia.
Siłą woli Viktor odegnał chęć pogrążenia się w depresji i zmusił się do dalszego przeczesywania odmętów karty pamięci smartfona. Liczył, że może chociaż na zdjęciach znajdzie jakąś wskazówkę co do tego, gdzie zniknął ostatni rok jego życia. Wszedł na swój profil na Instagramie i przeskoczył aż do początku ubiegłego sezonu. I tak jak się spodziewał, do kwietnia sprzed roku wszystko było tak, jak to zapamiętał. Dopiero od kolejnych zwycięskich Mistrzostw Świata w Tokio coś zaczęło się psuć. Zdjęcia wrzucał zdecydowanie rzadziej, a wśród typowych selfiaków, zabawnych fotek z innymi łyżwiarzami czy randomowych zabytków zaczęły pojawiać się obrazy inne niż dotychczas. Inne niż... kiedykolwiek.
Jak zdjęcie Petersburga z okna mieszkania z dopiskiem "czas płynie tak szybko".
Jak zdjęcie plaży z mewami opatrzone niedokończonym "przypomina mi..."
Jak zdjęcie małego, pięknego, ciemnobrązowego kamyka, leżącego w pudełku między spinkami do mankietów, wraz z lakonicznym komentarzem "znalazłem i znów zgubiłem".
Przełknął zbierającą się w ustach ślinę. Kimkolwiek był "tutejszy" Viktor Nikiforov, najwyraźniej stał się kimś, kto przez jeden jedyny fakt, że nigdy nie poznał człowieka imieniem Katsuki Yuuri, właśnie przeżywał swój kryzys twórczy.
To stwierdzenie sprawiło, że sam Viktor zaczął zastanawiać się nad tym, co dalej robić. Jedno było bardziej niż oczywiste - nie mógł tak żyć. Którąkolwiek ścieżkę miałby obrać, nie da rady dłużej zachowywać się w ten sposób jak przez dwa minione dni. Czy rzucenie się w wir treningów przed Mistrzostwami Świata było właściwą odpowiedzią? Tylko jeśli każdy ruch od razu przypominał mu o Yuurim, to czy nie lepiej było zrezygnować teraz, zaraz, wyjechać gdzieś, zaszyć się, zapomnieć o dotychczasowej przeszłości? Udawać, że to się nigdy nie wydarzyło, tak jak świat wydawał się kpić z Viktora, wmawiając mu, że nic nie miało miejsca. Że bankiet w Soczi był tak samo nudny i poprawny jak każdy inny. Że żaden Japończyk nie przykuł jego uwagi, wyzywając na pojedynek młodego gniewnego nastolatka i wyczyniając prawdziwe cuda na rurze przyniesionej przez... Chrisa...
Właśnie, Chris! Nawet jeśli Viktor przed nikim innym nie odkrył się chociaż w połowie tak bardzo jak przed Yuurim, Giacometti wciąż był na tyle dobrym znajomym, że w razie problemów Rosjanin mógł z nim porozmawiać. A rozmowa często okazywała się wystarczająca, aby oczyścić skłębione myśli.
Zanim więc Viktor zdołał dwa razy zastanowić się nad tym, co właściwie robi lub która godzina była obecnie w Szwajcarii, w książce kontaktowej odnalazł numer do Christophe'a i natychmiast go wybrał. Dopiero gdy usłyszał pierwszy takt oznaczającej połączenie muzyczki, do przechadzającego się po parku mężczyzny dotarło, co wyprawiał. Bo w sumie na co liczył? Że Chris powie mu "jasne, mon ami, Yuuri właśnie ćwiczy u mnie taniec na rurze, wpadnij po niego"? Albo że stwierdzi "to się dobrze składa, bo akurat mam znajomego pracującego w CERNie, to zaraz za płotem, i on z pewnością pomoże ci rozwiązać ten drobny problem natury czasoprzestrzennej"? Nie, nie, przecież nawet Viktor nie był na tyle naiwny... Ale mimo to miał nadzieję, że niezaangażowany w sprawę kolega na trzeźwo oceni sytuację i rzuci jakąś sensowniejszą poradą. W sumie jakąkolwiek poradą by się nie podzielił, wciąż będzie sto razy lepsza niż pomysły należące do Rosjanina.
Melodyjka połączenia wreszcie ucichła, a w jej miejsce pojawił się szmer świadczący o tym, że ktoś odebrał telefon. Nikiforov na sekundę wstrzymał powietrze, a potem powoli je wypuścił, starając się uspokoić oddech.
- Halo? - Viktor odchrząknął, niepewny, czy wciąż nie brzmi jak zapijaczony emeryt. - Chris?
- O, bonjour, Viktor! - Dało się słyszeć po drugiej stronie. Wyglądało na to, że Christophe był w całkiem dobrym humorze mimo nieubłaganie zbliżających zawodów. - Wybacz pauzę. Musiałem się upewnić, czy to naprawdę ty, bo prędzej spodziewałbym się chętnego na ploteczki Georgija niż ciebie. Nieczęsto do mnie dzwonisz. Szczególnie ostatnio.
- No wiesz, Mistrzostwa... Ach, mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam...! - zaczął Rosjanin, ale rozmówca zaraz uprzejmie mu przerwał.
- Nie, nie, jest w porządku. Ale intrygujesz mnie tym, że już na wstępie jesteś taki potulny. Niepokojąco potulny - zaznaczył. - Jak masz jakąś ciekawostkę do sprzedania, to zwykle piszesz albo tweetujesz... Czyżby stało się coś poważniejszego? - odgadł Szwajcar.
Viktor uśmiechnął się słabo, a nieużywane od kilku dni mięśnie rozciągnęły się z niejakim trudem. "Z Chrisa jest dobry przyjaciel. I to nawet bardziej niż mi się kiedykolwiek wydawało" pomyślał.
- Nawet jeśli mi nie pomożesz, cieszę się, że do ciebie zadzwoniłem - wyznał Nikiforov, po czym przysiadł na ławce w alei Bolszoj. Mimo panującego na dworze zimna nie przeszkadzał mu chłód drewnianego siedziska. W końcu był Rosjaninem.
- O, nie, nie, nie. O pożyczce na grube miliony po prostu zapomnij. O tym domku na Malediwach lepiej też - zażartował Chris, czym wzbudził u Viktora ciche, pełne słyszalnej dezaprobaty westchnienie. Najwyraźniej testował, jak bardzo zła była sytuacja i czy wciąż był w stanie rozbawić swoimi dowcipami idealnie panującego nad emocjami łyżwiarza. - No dobra, nie trzymaj mnie dłużej w niepewności. O co chodzi?
- Chris, prawdopodobnie znam twoją odpowiedź, ale wolę się upewnić. - Viktor odetchnął, przygotowując się mentalnie na pytanie niczym na trudny skok. Ten prawdopodobnie byłby poczwórnym flipem... - Czy znasz kogoś, kto nazywa się Katsuki Yuuri?
- Och, czyżbyś na jakiejś imprezie znów wypił o jeden kieliszek za dużo, a rano obudził się z numerem telefonu wypisanym na dłoni i śladem szminki na policzku? - zamruczał wymownie Szwajcar. - Wybacz, mon ami, ale nie znam nikogo takiego. Zresztą wiesz, że ostatnio nie jestem na bieżąco z nowinkami.
- Jak to... nie jesteś? - zdziwił się Viktor. W ogóle zdziwienie było ostatnio niemal jedynym uczuciem, jakie go nawiedzało, a żołądek podchodził mu do gardła już tak często, że niemal zatrzymał się tam na stałe.
Giacometti zacmokał z dezaprobatą.
- Naprawdę, mógłbyś nie sprawiać mi bólu takimi przytykami. Nie jestem. Nawet nie wiesz, ile informacji mnie omija, od kiedy zacząłem unikać tych wszystkich imprez i bankietów...
- Chris, chcesz powiedzieć, że ty... - Viktor zacisnął wolną dłoń na ławce. - ...rzuciłeś łyżwiarstwo?
- A co niby innego miałbym? Pływanie? - obruszył się Szwajcar. Rosjanin niemal widział, jak kolega wydyma usta w teatralnym oburzeniu. - No wiesz, Viktor? Rozumiem, że ani razu nie udało mi się ciebie pokonać, ale to już był cios poniżej pasa, żeby tak lekceważyć wieloletniego rywala.
- Wybacz, Chris, to źle zabrzmiało... - starał się wytłumaczyć, ale zanim zdołał powiedzieć coś więcej, ciche parsknięcie rozbrzmiało w głośniku smartfona.
- W porządku, nic się nie stało. Chciałem zabrzmieć dramatycznie. Przecież będę jeszcze jeździć do końca sezonu - wyjaśnił Giacometti. - Ale nie powiem, dość mocno dotknęło mnie to, że nie pamiętasz nawet o mojej nieobecności...
Cisza, jaka nastała po obu stronach połączenia, wywołana była zupełnie innymi pobudkami. Viktor próbował naprędce zrozumieć, dlaczego Chris nagle postanowił wycofać się z zawodów, a Szwajcar zamilkł, aby zachęcić kolegę do powrotu na właściwy tor rozmowy. Kiedy jednak nie doczekał się kontynuacji pytań o tajemniczego jegomościa, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
- Więc? O co chodzi z tym całym Katsukim... Yuurim, tak? - dopytywał Giacometti, starając się właściwie wymówić obco brzmiące miano. - To jakiś Azjata?
- Japończyk. Najwspa... - zaczął wyrwany z zamyślenia Viktor i szybko ugryzł się w język. Przyzwyczajenie. - Znaczy, tak, Japończyk. Dwadzieścia cztery lata. Średniego wzrostu, czarne włosy, brązowe oczy, nosi okulary z niebieskimi oprawkami. I chyba... chyba jest łyżwiarzem.
Viktor odczuwał coś w rodzaju deja-vu. Niemal tak samo szukał Yuuriego po bankiecie w Soczi, ale wtedy mimo niepowodzenia wciąż radośnie przypuszczał, że skoro szalony łyżwiarz zajął szóste miejsce na Grand Prix, to z pewnością spotkają się na Mistrzostwach Świata. A już tym bardziej, że odbywały się jego rodzinnej Japonii. No i co? Nie spotkali się. Jak to dobrze, że odnalazł go kilka dni później, kiedy natrafił w sieci na viral. Tamta baśń doczekała się swojego szczęśliwego zakończenia.
A co miało stać się z tą?
- Zaraz, zaraz. Jak to "chyba jest łyżwiarzem"? - zwrócił uwagę Chris. - Nie byłeś w stanie tego stwierdzić swoim wprawnym okiem? Nie ma go na stronie ISU? To jakiś świeżak?
- Nie ma. Znaczy jest. Był. Ale teraz może już nie... Bo gdyby był, jeździłby... W sensie, on jest świetny i powinien... Ale może nie być, bo go nie ma... - Głos Nikiforova wyraźnie się załamał, a komórka w dłoni zaczęła niesamowicie ciążyć. - Chris...
- Mon Dieu, Viktor, nie powinieneś pić w biały dzień. I przed Mistrzostwami. - Christophe wyraźnie spoważniał, a w tonie wypowiedzi dało się wyczuć niepokój. - Co się dzieje? Czemu go szukasz?
- Właśnie o to chodzi, że nie wiem. Nic już nie wiem - żachnął się Viktor. - Ja... Chris, ja nawet nie wiem, co dalej robić z... z życiem...
Po drugiej stronie telefonu znów zapadła cisza, ale tym razem Chris nie oczekiwał od przyjaciela dalszych słów. Szukał własnych.
- Czyli jednak - stwierdził tajemniczo i ponownie zamilkł.
Makkachin, który znudził się już szaleńczą gonitwą między drzewami, przyczłapał do Viktora i współczującym, psim spojrzeniem czarnych oczu wpatrzył się w skulonego pańcia. Po chwili podszedł jeszcze trochę bliżej i polizał zaciśniętą dłoń, aby dodać mężczyźnie otuchy. Pomogło. Rosjanin przełknął falę goryczy, która ścisnęła go za gardło, a potem odetchnął i znów skupił się na komórce.
- Co masz na myśli? - rzucił, starając się pojąć, do czego nawiązuje szwajcarski kolega.
- Widziałem, że coś ostatnio jest z tobą nie tak, ale... Nie wiem, czy czuję ulgę, czy złość, że przytrafia ci się to w tym samym momencie co mnie. Ale cóż. Stara gwardia się wykrusza - stwierdził niejasno Giacometti. Czyżby sądził, że Viktor... Że ten "poprzedni Viktor" też myślał o zakończeniu kariery? - W każdym razie... Najpierw ochłoń. Dowiedz się więcej. Musisz zrozumieć, na czym stoisz. Co chcesz dalej robić.
„Chcę odzyskać Yuuriego. Chcę, żeby wrócił. Tylko to." opowiedział sobie w głowie Viktor, ale na głos mruknął tylko na znak zgody z Chrisem.
- Mówisz, że nic nie wiesz... Może pogadaj o tym z kimś z teamu? Jak nie z Yakovem to może z tym młodym Jurijem, który tak cię uwielbia? Zapytaj ich, czego od ciebie oczekują. Jak cię widzą z boku. Mnie rozmowa z Josefem pomogła.
„Pogadać z kimś" Viktor przyznał rację przyjacielowi. To najprostszy sposób, żeby dowiedzieć się więcej o sytuacji. Wpadł dokładnie na to samo wcześniej, kiedy wpuścił do mieszkania Yurio. No i kiedy wybrał numer do Chrisa.
- To nie tak, że nie ma wyjścia - kontynuował Szwajcar spokojnym, dość nietypowo jak na siebie motywującym głosem. - Zawsze jest. Jeśli nie czujesz się na siłach jeździć, to zawsze możesz zrobić sobie rok przerwy albo, ja wiem, zająć się czymś innym. Zostać czyimś choreografem albo trenerem... Na przykład tego Katsukiego, tak? Dlatego chcesz wiedzieć, czy jest łyżwiarzem?
W tym momencie przeraźliwie jasna myśl nagle rozbłysła w głowie Viktora. Trenerem... No tak. Trenerem. Przecież odpowiedź od początku była prosta. Tak szalenie oczywista.
- Tak, Chris, o to chodzi. Och, dziękuję, stary. Normalnie wiszę ci kolację. Nie, dwie kolacje. Jedną ode mnie i jedną od Yuuriego - wyrzucał z siebie Viktor o wiele raźniejszym tonem niż jeszcze przed sekundą, co w pewien sposób przeraziło Giacomettiego.
- Dobra, dobra, nie szalej. Najpierw go znajdź, potem ochajtaj, a na koniec szastaj jego pieniędzmi - uspokoił Szwajcar, nie mogąc jednak powstrzymać się od śmiechu. - Ja tam odniosłem wrażenie, że dałem ci najbardziej ogólne rady, jakie tylko przyszły mi do głowy. Jesteś pewien, że ci pomogłem?
- Najzupełniej - odpowiedział Nikiforov, ocierając wolną ręką zawilgotniałe oczy. Tym razem jednak były to łzy nadziei. Niepewne, które mogły się w prosty sposób obrócić przeciwko niemu, ale teraz sprawiały nieopisaną ulgę. - Dzięki, Chris. Już nie przeszkadzam. Do zobaczenia na mistrzostwach.
- Nie przeszkadzasz. Dzwoń, kiedy zechcesz - zapewnił Christophe i zacmokał w stronę głośnika, imitując wysyłanego w powietrzu buziaka. - Do zobaczenia. I nie zapomnij poinformować mnie o twoich miłosnych podbojach!
Viktor rozłączył się i podniósł z ławki, a wraz z nim na równe łapy poderwał się Makkachin. Rosjanin zerknął na zegar. Minęła prawie godzina spaceru, czy może raczej godzina psiego biegania i ludzkiej rozmowy przez telefon. Nadszedł czas, żeby wrócić do mieszkania i do Yurio.
Zdecydowanym krokiem ruszyli z powrotem w stronę ciepłego, pachnącego pirożkami apartamentu. Nikiforov odetchnął przez nos, czując z każdym krokiem, jak powoli odzyskiwał grunt pod nogami. Póki co wciąż niewiele pojmował w związku z sytuacją "Viktora", którego zastępował, a każda rozmowa przypominała odkrywanie nowego, nieznanego lądu, który przytłaczał ilością nieznanych wcześniej informacji. Najgorsze w tym wszystkim mogło wydawać się to, że o Yuurim nie wiedział praktycznie nic. Absolutny brak wieści. Kompletna pustka... Co nie znaczyło wcale, że się poddał. Nie, już nie. Aby odzyskać Yuuriego, Viktor zamierzał zacząć wszystko rozumieć.
A najlepiej zaczynało się właśnie od zera.
Przypisy-chan
Tytuł nawiązuje do piosenki z programu dowolnego Phichita, która pochodzi z fikcyjnego filmu "Król i łyżwiarz II". "Terra incognita" znaczy dosłownie "ziemia nieznana" i kiedyś odnosił się do określenia na nieznany lub niezbadany ląd, kraj lub inny obszar. Viktor ocknął się w znanym-nieznanym sobie świecie, z którym musi się zmierzyć. Pragma rozpłynął się gdzieś, jak to cieniochujki mają w zwyczaju, pozostawiając rosyjskiego łyżwiarza samemu sobie. Ale bardziej niż fizycznie świat uległ zmianie pod względem wielu ważnych wspomnień, a szczególnie z ostatniego roku. No cóż, szykuje nam się swego rodzaju sentymentalna podróż.
Widziałam w którymś wywiadzie/dodatku do DVD, że Chris został nazwany przyjacielem Viktora. Oczywiście pewnie była to kwestia tłumaczenia z wieloznacznego japońskiego, ale i tak sądzę, że panowie trzymają sztamę, nawet jeśli jest ona praktycznie niewidoczna. A może właśnie przez to ta męska przyjaźń wydaje się bardziej prawdopodobna - każdy żyje sobie swoim życiem, kiedy się spotykają, to razem się bawią, ale nie popadają w jakieś wielkie czułości. Jest sprawa to okej, dzwonią i wymieniają się poradami. Nie to nie, mogą doskonale żyć bez siebie. Poza tym sprawa jest skomplikowana, bo Chris traktuje Viktora jako swojego największego rywala. Na pewno dużo w nim frustracji z powodu tego, że praktycznie nigdy go nie pokonał. Ech, co ten Nikiforov z ludźmi wyprawia...
Mam nadzieję, że klimat zaczyna wychodzić z dotychczasowego dołka. Dziękuję tym nielicznym osobom, które to czytają i wytrzymują moją przeraźliwie smętną historię. Szczególnie podziękowania ślę dla Istota_z_atramentu, która stworzyła wspaniały wiersz z początku rozdziału. Wybacz, że to tak długo trwało, ale chciałam zaczekać właśnie na ten moment.
A w kolejnym rozdziale... czas zapełnić tę nieznaną ziemię jakimiś informacjami.
