Viktor wrócił do mieszkania w zdecydowanie innym nastroju niż z niego wychodził. Nie, nie stał się wesoły i beztroski niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bolesne poczucie pustki wciąż tkwiło głęboko w jego sercu, a napady zwątpienia raz za razem odbierały mu siły w kończynach. Ale dojrzał przed sobą jakiś cel, jakąś iskierkę nadziei. Istniała. Ścieżka prowadząca do niej może była kręta, ledwie widoczna, niepewna i ukryta we mgle, ale Viktor wierzył, że jeśli rok temu jego wołanie zostało usłyszane, to teraz też mu się powiedzie. Nie, inaczej - tym razem to on złapie ukrytego w zaświatach Yuuriego i ściągnie go z powrotem do siebie. Przecież obiecali. Szeptali do siebie "stammi vicino", wtedy, na gali w Barcelonie, a potem niejednokrotnie, kiedy nachodziły ich chwile załamania albo strachu. Byli gotowi poświęcić swoje własne kariery dla dobra drugiego. Kochali się i byli kochani. To nie mogło się tak skończyć, nie zanim złożyli sobie najważniejszą przysięgę. Tę mówiącą o byciu na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Do końca życia... i jeszcze dłużej.
Przycisnął do ust palec serdeczny, na którym powinna znajdować się jego najcenniejsza ozdoba. Obrączka mająca przypominać o nierozerwalnej więzi i o pewnej rzeczy, którą obiecał ukochanemu w trakcie ich rozstania na czas mistrzostw Rosji i Japonii. Nadeszła kolej Viktora, aby zacząć liczyć pocałunki, za które pewien najwspanialszy złoty medalista będzie musiał mu zwrócić w zamian za muśniętą wargami dłoń. I właśnie dlatego, choćby miał lecieć na drugi kraniec świata, znajdzie Yuuriego. Dokładnie tyle razy, ile trzeba.
Sprawi, że aria znów zmieni się w duet.
Mężczyzna przepuścił Makkachina w drzwiach, pozwalając psiakowi z wywieszonym językiem wskoczyć do mieszkania. Od progu powitały ich smakowite aromaty, za które odpowiedzialny był mięsno-pieczarkowy farsz, znajdujący się w przygotowywanych przez Yurio pirożkach. Nawet jeśli nie były to te katsudonowe, którymi nastolatek częstował ich regularnie w tym innym, milszym świecie, to i tak wciąż pachniały wspaniale. Pudel głośnym, radosnym szczekiem wyraził chęć uczestniczenia przy próbnej degustacji dania, na co kucający przy piekarniku chłopak zaklął na znak, że nie potrzebuje w kuchni takich pomagierów. Viktor czym prędzej zacmokał na czworonoga, przywołując go do porządku. W tym czasie Plisetsky podniósł się i wyłączył piec.
- No wreszcie! Bo już miałem dzwonić na policję ze zgłoszeniem zaginięcia bachora - burknął Yurio w odpowiedzi na dźwięk zamykanych drzwi. Potem wyjrzał zza lodówki i obrzucił Viktora badawczym wzrokiem, tak jak ojciec sprawdzał wracające po imprezie dziecko, czy te wciąż było w jednym kawałku i czy nie zionęło od niego wódką. - Gdzie się szlajałeś?
- Przecież sam mnie wygoniłeś na spacer - zauważył Viktor, wyplątując się z płaszcza.
- Na "spacer", a nie w podróż dookoła świata. Bitą godzinę cię nie było. - Nastolatek sprawnie odbił piłeczkę, jednocześnie obsługując piecyk, z którego właśnie wyciągał idealnie przyrumienione pirożki. - Co ty, yeti zacząłeś szukać?
- O to musisz zapytać Makkachina - zbył go Nikiforov. Nie chciał się spowiadać ze swojej rozmowy z Chrisem, tym bardziej, że z Yurio również zamierzał pogadać w dość podobnym tonie.
- Nie zamierzam. A teraz siadaj, obiad jest gotowy - uciął Yurio, bezceremonialnie zamykając biodrem drzwiczki piekarnika.
Viktor sapnął na widok tak niedelikatnego obchodzenia się z cudzymi urządzeniami, ale nie powiedział nic, zbyt wdzięczny koledze za to, że ten zatroszczył się o posiłek, żeby go za cokolwiek strofować. Gdy tylko Nikiforov pozbył się okrycia i umył ręce w zlewie, zasiadł przy niewielkim, wysokim stole, skąd rozciągał się idealny widok na stojącego przy palnikach kucharza... I skąd często obserwował Yuuriego, który parzył im kawę lub przygotowywał jajka sadzone, obracając się wdzięcznie niczym baletnica, by spytać, na ile narzeczony miał miejsca w żołądku... Viktor zacisnął usta. Musiał przyzwyczaić się do podobnych słodko-gorzkich wizji, które pamięć próbowała na siłę nałożyć na nieodpowiadającą wspomnieniom rzeczywistość. Zaakceptować albo skupić się na czymś innym. Czymś, co doda mu sił do działania, co nada chaotycznym wyobrażeniom formy.
W oczekiwaniu na zaserwowany przez nastolatka obiad Viktor znów dał się ponieść swoim myślom. Przypuszczał... nie. Wiedział. Wiedział, że nie wszystko wydawało się stracone, a jeśli nie mylił się co do swoich najnowszych podejrzeń, zniknięcie Yuuriego z jego życia nie oznaczało zniknięcia Yuuriego z całego świata. Bo jeśli nie było go tu, trop mógł prowadzić tylko w jedno miejsce...
...do Hasetsu.
Dobrze, że szczęściem w nieszczęściu Viktor wciąż posiadał swoje wspomnienia. Nadal pamiętał o swoim drugim domu, Yu-topii, o równie ważnym Ice Castle, o plaży nad zatoką, o dworcu kolejowym oblepionym plakatami, o zamku na wzgórzu, o ławce pod wisterią i o całej reszcie miejsc, z którymi wiązało się mnóstwo dobrych chwil. Wiedział, że chce do tego wszystkiego wrócić i dlatego miał siłę, by się nie poddawać.
Poprzednim razem nie miał podobnej gwarancji, że wszystko się ułoży, choć wtedy sprawy miały się nieco... inaczej. Chodziło oczywiście o bankiet w Soczi, kiedy to Viktor próbował wyciągnąć z Chrisa dane osobowe dotyczące pewnego tajemniczego Japończyka, w którym się zauroczył. Szwajcar był w stanie podać jedynie jego imię, nazwisko oraz miasto, gdzie trenował, czyli wszystko to, co widniało również na stronie ISU. Ale ISU nie znało numeru telefonu, ulubionego koloru ani ideału osoby, z którą Yuuri chciałby się umówić, a to właśnie Viktor chciał wiedzieć w pierwszej kolejności. Gdy jednak sądził, że cierpliwie zaczeka na rozwój znajomości i na Mistrzostwach Świata w Tokio zdoła wypytać o szczegóły samego zainteresowanego, ten nie zjawił się na balu niczym obrażony Kopciuszek.
No dobrze, dobrze, niech będzie. Z rozwojem znajomości cała historia obrosła w swego rodzaju romantyczny mit, ale prawdą było to, że przez cały ten czas Viktor pamiętał o Yuurim. Nic więc dziwnego, że w Tokio przez głowę zawiedzionego Nikiforova przemknęła bolesna myśl, że Japończyk nie przyjechał przez jakąś kontuzję albo, co gorsza, przez tę akcję z pamiątkową fotografią... Wtedy Viktor przestał cokolwiek rozumieć. Najpierw Katsuki olał go na korytarzu Pałacu Sportów Zimowych "Ajsbierg", potem podrywał na imprezie, na końcu której wypalił znamienne "bądź moim trenerem!", a na koniec znów porzucił bez choćby mrugnięcia okiem. Wysyłał tak sprzeczne komunikaty, że zawsze świetnie opanowany mistrz łyżwiarstwa figurowego był totalnie skołowany...
Ale kiedy kilka dni po Mistrzostwach Świata podesłano mu link do virala, na którym w niejakim Ice Castle JEGO Japończyk perfekcyjnie wykonał JEGO program, odpowiadając muzyką swego ciała na JEGO rozpaczliwe wołanie o inspirację, Viktor zmienił całe swoje postrzeganie o nim. Poczuł wenę w najczystszej postaci. Katsuki swoim nieidealnym ciałem ruszał się w takt nieistniejącej muzyki, każdym gestem, każdym najlżejszym uśmiechem tworząc ją od nowa. Wszystko to było takie szczere, takie proste, takie... takie... inne. Wtedy Viktor przypomniał sobie o pijackiej prośbie i już wiedział, że trenowanie tego chłopaka to jedyna właściwa ścieżka, jaką mógł podążyć. Czym prędzej spakował więc manatki i dobę później był już na miejscu, we wspomnianym mu dawno temu onsenie rodziców, by w gorącej kąpieli przygotować się mentalnie na upragnione spotkanie. Kompletnie nie spodziewał się, że Yuuri zaskoczy go kolejny raz, wpadając wprost do...
- Te, ziemia do Nikiforova! - W rozmyślania nagle wciął się obruszony Yurio, nieoczekiwanie stawiając przed samym nosem opartego na łokciach Viktora talerz z pirożkami. Mężczyzna wzdrygnął się, nieprzygotowany na nagłą zmianę klimatu. - Ale masz rozmemłaną minę. Normalnie zaraz zacznę tęsknić za tym ponurym grymasem, jakim mnie przywitałeś.
- Ciężko cię zadowolić - odciął się Viktor, niepocieszony tym, że został tak gwałtownie przywrócony do rzeczywistości. Młodszy łyżwiarz zrewanżował się tylko pogardliwym prychnięciem, po czym zajął miejsce tuż obok kolegi z teamu.
Obaj Rosjanie w milczeniu zajęli się sobą, a Viktor znów wrócił do wewnętrznego wywodu. No właśnie. Teraz było inaczej. Odnalezienie Yuuriego było zdecydowanie mniej romantycznie, ale też i łatwiejsze. Jeśli istniało Hasetsu, powinna istnieć i Yu-topia, a jeśli istniała ona, to...
Jeśli istniała.
O ile Viktor dobrze pamiętał, miał to być ostatni onsen w mieście. Co jeśli to też się zmieniło? Jeśli wraz z Yuurim zniknęła cała rodzina Katsukich? Mężczyzna sposępniał. Bał się. Stracenie tej nadziei wydawało się gorsze niż szukanie, ale przecież nie mógł poprzestać na życiu iluzją. Właśnie dlatego musiał najpierw dowiedzieć się paru istotnych rzeczy i to nie tylko tych związanych bezpośrednio z Japonią. Musiał wiedzieć, kim jest. Musiał zrozumieć... dlaczego.
- Dobrze, że zacząłeś gadać - odezwał się nastolatek między kęsami parującego w dłoniach pirożka. Gdy do uszu Viktora doleciał łagodny, nieco burkliwy ton, ze zdziwieniem obrócił się w stronę Yurio. Chłopak jednak nie patrzył na Nikiforova, tylko wbijał wzrok w stół. - Ale mógłbyś wreszcie zająć się jedzeniem. Nie zamierzam karmić cię jak niemowlaka.
Viktor skinął głową i spojrzał na swój talerz, uświadamiając sobie, że danie wciąż leżało nietknięte. Naraz przyklejony do kręgosłupa żołądek Rosjanina odezwał się z nową mocą, tak jakby dopiero przypomnienie sobie o głodzie sprawiło, że brzuch magicznie opustoszał. Bez dalszej zwłoki mężczyzna wziął w dłonie ciepły pirożek i nadgryzł go, uważając, aby nie poparzyć się gorącym farszem. Przypieczone ciasto miło chrupało między zębami, a nadzienie rozpływało się na języku niczym najbardziej wykwintne danie kuchni francuskiej. A przecież to był tylko zwykły, domowy obiad. Zwykły... I domowy.
Jakieś niewyraźne skojarzenie z Yuurim albo z Yu-topią sprawiło, że w oczach Viktora po raz nie wiadomo który zaszkliły się łzy. Jak gdyby raz puszczone w ruch kanaliki łzowe nie mogły przestać pracować, pozostawiając mężczyzna w stanie permanentnego roztkliwienia. Nie uszło to uwadze siedzącego tuż obok Plisetsky'ego.
- Ja pierdzielę... Ty się na serio zepsułeś. - Nastolatek z pewnym przerażeniem spoglądał na Viktora, który chwilowo przestał jeść i mrugał, starając się odgonić chwilę słabości. - Ej, chyba nie zaczyna ci znowu odwalać, co?
- Nie, nie. To przez pirożki. Są vkusno - wyjaśnił starszy Rosjanin, przywołując na twarz swój markowy uśmiech. Kiedy otarł oczy dłonią, spojrzał na siedzącego obok chłopaka z wdzięcznością. - Twój dziadek nauczył cię świetnie gotować.
Na to stwierdzenie Yurio zamarł, przybierając minę godną zakrztuszonego denata: zbladł, przestał przeżuwać, a oczy niemal wyszły mu z orbit, kiedy patrzył na rozmówcę.
- Skąd o tym wiesz?! - wydukał po przerwie.
- Przecież regularnie nam goto... wa... - Viktor zająknął się i urwał. O cholera. Zła odpowiedź. Ten Yurio nic o tym nie wiedział. - ...w sensie, mówiłeś o tym, że mieszkasz sam, więc to naturalne...
Grymas podejrzenia nie znikał z twarzy chłopaka, dlatego Viktor zrozumiał, że to za mało, aby wmówić Yurio, że poprzednie słowa nie miały związku z żadną akcją paparazzi ani stalkujących go fanek. Jeszcze tego brakowało, żeby sypnął się zanim przeszedł do właściwej rozmowy.
- Mila coś tam przebąkiwała...? - zaryzykował Viktor, jednak pełna wrogości mina wciąż zdobiła twarz nieprzekonanego nastolatka. - A może to była Lilia...?
Zmarszczka się pogłębiła. A niech to.
- Oj tam, pewnie w wywiadzie o tym przeczytałem. Było tego tyle, że już zapomniałeś! - wybrnął Viktor, ale było to zwycięstwo tak naciągane, że nawet studenci na egzaminach lepiej lali wodę niż pięciokrotny mistrz świata ściemniał pod czujnym okiem debiutującego nastolatka. Uch, w przypadku dziennikarzy wychodziło to zdecydowanie łatwiej. Tylko przy Yuurim nigdy nie umiał... Nie... umiał...
Serce zabolało, a jakaś pusta sensacja ogarnęła jego żołądek. Znowu. Znowu się zapominał.
W sumie nie było sensu dalej tego ukrywać, skoro każda nieostrożna wypowiedź sprawiała tyle problemów. Viktor westchnął przez nos, ignorując podejrzliwe spojrzenie Yurio, i zajął się stygnącym posiłkiem. Kiedy już zjadł, upił łyk wody i jeszcze raz odetchnął.
- Już mniejsza o to - skapitulował starszy łyżwiarz. Przeniósł wzrok z talerza na Plisetsky'ego i przybrał poważną minę. - W każdym razie chciałbym porozmawiać z tobą o tym całym... odwalaniu.
- No wreszcie - odparł z pewnym ożywieniem Yurio, przeżuwając kęs pirożka. - Yakov nic nie wie, ale nam nie dawało to spokoju. Po tym, co zrobiłeś przedwczoraj, Mila myślała, że w końcu uderzył w ciebie stres ze wszystkich lat. Georgij jak zwykle pieprzył coś o miłości. A ja sądzę, że to grubsza sprawa. Nie poddałbyś się przez jakąś pierdołę.
"Nawet jeśli tylko częściowo, to jednak wszyscy mają rację" stwierdził z zaskoczeniem Viktor. Nigdy nie przypuszczałby, że koledzy z zespołu, będącego zbiorowiskiem indywidualistów, z których każdy miał olbrzymie aspiracje do tego, aby sięgać po złoto, tyle o nim wiedzieli. A przecież on nie wiedział o nich niemal nic.
- W ogóle masz szczęście, że mnie wpuściłeś, bo w razie czego miałem zamiar użyć łomu - zdradził po krótkiej pauzie Yurio, zerkając co jakiś czas na siedzącego w ciszy kolegę. - Jakby co dałem znać Yakovowi, że jesteś przeziębiony i wysiadło ci gardło. A że dużo śpisz, to nawet nie spoglądasz na telefon.
Viktor mruknął na znak aprobaty. Idealna wymówka na dwudniową nieobecność włączając chwilową śmierć w mediach społecznościowych. Tylko ktoś zaprawiony w kantowaniu mógł wymyślić równie przekonywującą historyjkę... Ktoś taki jak nastolatek, który regularnie miał dość treningów i wierzył w swoją wyższość nad innymi. Cały Yurio.
- Dziękuję - powiedział mimo to Viktor. Od opieprzania był Yakov. On tu tylko korzystał z okazji na usprawiedliwienie się.
Plisetsky potrząsnął głową, już nawet nie dając wyrazu swojego zaskoczenia na kolejne nietypowe zachowania pięciokrotnego mistrza świata.
- Cokolwiek - rzucił, a potem dojadł drugiego pirożka, otrzepał dłonie z okruszków i z powrotem zwrócił oczy na Nikiforova. - Dobra, a teraz gadaj. Co. Się. Stało.
Odtwarzanie tej scenki w głowie było banalnie proste: Viktor streszczał mu historyjkę o snach i zniknięciu Katsukiego, Yurio mu wierzył, opowiadał o wszystkim, co się zmieniło, po czym odprowadzał Viktora na lot do Fukuoki, machając na do widzenia białą chusteczką. Tymczasem po przybyciu do Hasetsu Viktor znajdował Yuuriego, przepraszał za wszystkie popełnione błędy, całował go, a na koniec wszystko magicznie się naprawiało. Tak, coś w ten deseń. Ale teraz, tutaj, kiedy nastolatek obrzucał go ni-to-wrogim-ni-to-zaniepokojonym spojrzeniem, mężczyzna czuł się tak, jakby cały misterny plan poszedł w... w odstawkę.
Viktor zrobił więc to, co zawsze czynił w takich momentach - po prostu szedł na żywioł.
- Yurio, bo jest tak... Ja i ten Yuuri, o którym ci wspominałem, jesteśmy parą. W sumie to nawet narzeczeństwem. I łyżwiarzami. I w ogóle jakoś tak się złożyło, że kiedy Yuuri miał problemy z uwierzeniem w siebie i chciał rezygnować z zawodów, to postanowiłem zostać jego trenerem. Brzmi śmiesznie, prawda? Ale nawet nie wiesz, jak bardzo mi się to... - Viktor zaczął zbaczać z tematu, ale groźne chrząknięcie wydobywające się z gardła Yurio przywołało go do porządku. - ...racja. W każdym razie Yuuri zniknął z mieszkania razem z wszystkimi rzeczami, a ja nie mogę go odnaleźć. Wszystkiemu winne jest to, że pewnej nocy przyszedł taki... cień albo coś... nawet nie umiem tego nazwać... i wtedy sprawy między nami się pokomplikowały. Zaczęliśmy oddzielnie spać, trochę się kłóciliśmy... Aż wreszcie dwa dni temu Yuuri zupełnie przepadł. Tak... tak po prostu.
Starszy Rosjanin zakończył wywód i spojrzał błagalnie na nastolatka. Wyposzczony po dwóch dniach całkowitego milczenia Viktor wyrzucił z siebie zdecydowanie dużo za dużo szczegółów niż na początku zamierzał. Ale trudno było mu się dziwić – w końcu starał się słowami przekonać samego siebie, że to, co wiedział, było prawdą.
Yurio natomiast skrzywił się jakby przełknął wyjątkowo cierpką cytrynę.
- Po pierwsze, przestań mówić do mnie tym dziwnym przezwiskiem. Po drugie... Jezu, Viktor, daruj sobie te bajki dla dzieciaków. "Przyszedł taki cień"? "Sprawy pokomplikowały"? Serio? Mam szesnaście lat - prychnął Yurio, unosząc przy tym brew jak ktoś, kto spogląda z wyższością na rozmówcę. - Wiem, że uwielbiasz niedomówienia i metafory, ale nie jestem na tyle ciemny, żeby nie zrozumieć, że po prostu nie wypaliło wam w łóżku.
"Tylko że to właśnie nie jest metafora" jęknął w duchu Viktor. Co z tymi ludźmi było nie tak? Yuuri lubił niebezpośredniość, Yurio chciał kawę na ławę, Chris wszędzie wciskał podteksty, a Yakov najchętniej komunikowałby się wyłącznie za pomocą "tak!", "nie!" i "do roboty!" Czy nie istniał jakiś międzynarodowy język, którym można było się bez problemu porozumiewać? Pomijając łyżwiarstwo, oczywiście, ale tego w kuchni nie mógł zastosować. Niestety.
Spokojnie, bez paniki. Jeszcze raz. Tylko bez udziwnień i historii pobocznych. Więcej konkretów.
- Dobra, mniejsza o narzeczeństwo - zgodził się potulnie Viktor, a potem wziął głęboki wdech. - Dwa dni temu nagle zniknął pewien człowiek. Katsuki Yuuri. Bardzo bliska mi osoba - wyznał. Proste wypowiedzi brzmiały lepiej. Równoważniki zdań także. - Jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi, pamiętam o nim tylko ja. Wszyscy inni zapomnieli. Po nim samym nie ma najmniejszego śladu. Ale jestem pewien, że istniał.
Chwila przerwy na sprawdzenie reakcji Yurio... W porządku, młody uniósł teraz obie brwi, ale jeszcze nic nie komentował. Miał założone na piesi ręce i słuchał z pewnym zainteresowaniem.
- Poznaliśmy go ponad rok temu... - kontynuował spokojnie Viktor, jednak na widok powoli otwierających się ust chłopaka natychmiast uniósł ręce w geście uspokojenia. - ...ale wiem, że nie masz o nim bladego pojęcia. Wygląda na to, że wraz ze zniknięciem Yuuriego zmieniły się też wszystkie wydarzenia z jego udziałem. Tak, to brzmi jak bajka. Nie, to nie jest żaden prank. Nie, niczego nie piłem, nie uderzyłem się w głowę ani nie przyjmuję psychotropów. Chociaż nad tym ostatnim powinienem się zastanowić.
Nikiforov pokręcił głową na swój własny, tym razem szczególnie słaby żart. Dobre i to. Przynajmniej potrafił wykrzesać z siebie chociaż odrobinę czarnego humoru.
- Z tego samego powodu nie pamiętam, co działo się przez ostatni rok... Nie, inaczej. Moje wspomnienia nie zgadzają się z tym, co wiedzą pozostali. Czuję się jak z innego świata. Jak jakiś duch. Stąd to moje całe załamanie - dokończył Viktor i umilkł na dobre.
Okej, to by było na tyle. Niezbędne minimum. Wyjaśnienie całego abstrakcyjnego zachowania oraz wiedzy, której nie powinien mieć. To Yurio powinien zrozumieć. Powinien, prawda?
Cisza.
- I co o tym sądzisz? - zapytał po dłuższej chwili Viktor, lustrując wzrokiem zaciętą minę chłopaka.
- Staram się to przetrawić - rzucił Yurio. W końcu potrząsnął głową jak ktoś, kto odgania od siebie natrętną muchę. Chyba nie do końca wierzył w opowieść kolegi. - Brzmi jak totalny bełkot, ale w sumie nie takie idiotyzmy odwalałeś z powodu tej twojej szumnie brzmiącej "inspiracji". Yakov opowiadał, że potrafiłeś ściąć włosy na pięć minut przed dowolnym.
Viktor uśmiechnął się gorzko. No tak, to wspomnienie pozostało nietknięte, bo nie zdążył oddać nic z seniorskich zwycięstw. Ponieważ jego urodziny niemal zawsze wypadały w trakcie Mistrzostw Rosji seniorów, młody, pełen szalonych pomysłów Nikiforov pewnego razu postanowił wykorzystać to święto na własną korzyść. I tak w dniu programów dowolnych, które wypadały właśnie dwudziestego piątego grudnia, chłopak postanowił zamanifestować przemianę i tuż przed finałową grupą wymknął się do łazienki, by potajemnie obciąć włosy. Miny sędziów, publiki oraz Yakova okazały się bezcenne, a PCSy poszybowały wtedy w górę jak szalone. Z drugiej strony Viktor miał problem z tak szybkim przyzwyczajeniem się do nowej fryzury, przez co mały włos nie wywalił się przy poczwórnym salchowie, próbując zmuchnąć grzywkę znad lewego oka. Ale jakoś mu się udało i wschodząca gwiazda Rosji wygrała wtedy złoto.
Kolejne złoto. Nie pierwsze i nie ostatnie. Jedno z wielu. Całkowicie bez znaczenia.
A więc tym, kim Viktor wciąż był, to idealnym łyżwiarzem. Zaskakującym, perfekcyjnym i samotnym łyżwiarzem. Jakie to przewidywalne. Skradziono mu tylko jedną rzecz, jednego człowieka, a jemu wydawało się, jakby cała przeszłość i przyszłość straciły nagle sens. Tylko że w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło. Nie z perspektywy innych. Pewnie ktoś tak towarzyski jak Mila czy Phichit nawet nie odczuli tego, gdy Yuuriego zabrakło wokoło nich, ale Viktorowi zawalił się doszczętnie cały świat. Ten niewielki, z trudem budowany w petersburskim mieszkaniu świat...
- Ale nie powiem, historyjka pasuje do twojego dowolnego - zauważył po namyśle Yurio, kiedy zdołał już jakoś przyswoić fakt, że Viktor miał luki w pamięci i poszukiwał informacji o magicznie utraconym ukochanym. - W końcu ciągniesz motyw z zeszłego sezonu, nie? Tylko z drugiej strony.
Ciągnął... Zeszły sezon... Z drugiej strony? Że niby... Nie pomyślał o tej zmianie. Mężczyzna pospiesznie wyciągnął komórkę i wpisał w wyszukiwarkę "Viktor Nikiforov program dowolny 2017". Po chwili na ekranie pojawiły się dziesiątki linków, głównie prowadzących do Youtube'a, które opatrzone były nazwą pochodzącej z tej samej opery co "Stammi vicino" piosenki. Jej włoski tytuł brzmiał "Speranza". Nadzieja. Aria śpiewana przez ducha.
"To szalone" pomyślał Viktor i przełknął gromadzącą się w ustach ślinę. Dopiero co po powrocie do mieszkania myślał o ich występie na gali w Barcelonie do duetu kończącego przedstawienie i o konieczności znalezienia Katsukiego niczym zbłąkanej duszy, a teraz... Okazało się, że w tym świecie historia kochanków szukających się we mgle jeszcze trwała. "Więc jeśli nie spotkałbym Yuuriego, postanowiłbym wcielić się w rolę umarłego, jakby to był mój ostatni sezon... Jakbym wszystko stracił. Dokładnie tak, jak czuję się teraz." skonstatował. Czy to mógł być tylko przypadek? Zwyczajny splot wydarzeń? Czy jednak... to musiało nadejść? Jakby zniknięcie Yuuriego było z góry zaplanowane. Jakby opowieść została wcielona w życie nie tylko na lodowisku.
Tymczasem Yurio powoli tracił cierpliwość na kolejne przedłużające się przerwy, które Viktor robił, gdy starał się ogarnąć rozumem wszystkie dziejące się rewelacje. Młodszy łyżwiarz zaplótł sobie ręce na piersi i zaczął nerwowo postukiwać butem o wyłożoną kafelkami podłogę.
- Czyli co? To ma być performance? Postanowiłeś wyjść z przedstawieniem poza zawody? Czy na serio zamierzasz szukać jakiegoś faceta, żeby pokazać mu "Erosem", co czujesz? - zagadywał Yurio.
Jedno znajome słowo natychmiast wyrwało Viktora z zamyślenia.
- "Eros"? Że ja? Jeżdżę do niego? - zapytał, ale zaraz przygryzł wargę. Jasne, muzyka przykuła jego uwagę jeszcze zanim poznał Yuuriego i od razu powziął wtedy zamiar, aby do czegoś ją wykorzystać, ale przecież sam program dopracował dopiero po bankiecie na... Grand... Prix... Viktor otworzył szerzej oczy. Właśnie, zapomniał o najistotniejszym. Grand Prix. - Zaraz, zaraz, chwila. Jak właściwie wyglądały wyniki z finału w Barcelonie?
- Lubisz się puszyć, co? - prychnął Yurio, odwracając głowę w bok. - Wygrałeś. Jak zwykle. Drugi był Giacometti. Trzeci... pieprzony JJ.
Czyli Chris zdobył srebro. Znowu. Jak zawsze, kiedy walczył przeciwko Viktorowi. Możliwe, że to ten medal przelał czarę goryczy o wiele bardziej niż zmartwiła Szwajcara znacznie większa przegrana w pierwotnej linii czasu. Viktor był zbyt naiwny, jeśli sądził, że zmiany miały wpływ tylko na jego własne życie. Właściwie każdy oberwał rykoszetem. Przecież właśnie okazało się, że nawet Yurio stracił złoto i wypadł poza podium. O ile w ogóle się zakwalifikował.
- Yu... Jurij, ja wiem, że moje pytania cię irytują, ale potraktuj to jako ćwiczenie cierpliwości - zaznaczył Viktor i przybliżył się do Yurio, zmuszając nastolatka, by ten znów na niego spojrzał. - Powiedz, kto był w finale?
- Na "Milionerów" ci się zebrało czy co? - burknął młodszy Rosjanin, ale mimo złości zaraz wystawił dłoń i powoli prostował palce na znak, że liczy. - Ja, ty, Giacometti, Altin, Crispino i ten ciul JJ.
Brak nazwiska Yuuriego był przeraźliwie oczywisty, ale jeszcze dwie rzeczy przykuły uwagę Viktora.
- Zaraz, Altin? Dlaczego mówisz po nazwisku? - zwrócił uwagę nastolatkowi. - Nie przyjaźnisz się z nim?
Yurio spojrzał spode łba na Viktora. Rozmowa zaczynała mu przypominać przesłuchanie.
- A po jaką cholerę? To jakiś ponurak. Nigdy do nas nawet nie podszedł - odpowiedział dość obcesowo Plisetsky.
Viktor przypatrzył się uważniej siedzącemu obok chłopakowi. „Do nas? Jak to do..." zawahał się i rozszerzył oczy. "No tak... Przecież kiedyś cały czas za mną łaził, zagadywał, pytał o rady... Dopiero gdy zająłem się Yuurim, Yurio wziął się za siebie i nieco spokorniał. Teraz wszystko wróciło do punktu wyjścia."
Dopiero teraz Viktor w pełni uświadomił sobie, że Rosyjska Wróżka zachowywała się zupełnie inaczej niż do tej pory. Yurio nie był już dłużej tym buńczucznym nastolatkiem, który z trudem, bo z trudem, ale zaczynał nawiązywać nić porozumienia z wieloma innymi osobami. Zdecydowanie bardziej przypominał dawnego Nikiforova, kiedy to młody, krnąbrny i nieco uparty Vitya również był tak skupiony na łyżwiarstwie, że nie interesował go świat poza nim. Tyle że u Plisetky'ego było to widać jeszcze mocniej i zachowywał się jeszcze bardziej agresywnie. Łagodniał nieznacznie dopiero przy Viktorze. Wszystko przez to, że Yurio uznawał pięciokrotnego mistrza świata za swego rodzaju wyrocznię i nawet jeśli ukrywał swoje emocje za aroganckim zachowaniem oraz ciętym językiem, tak naprawdę wyczekiwał uznania od swojego starszego kolegi. Jeszcze do niedawna uciekał i krzyczał, gdy tylko Viktor się do niego zbliżał, a obecnie sam do niego lgnął. Mało tego - od dwóch dni starał się z nim skontaktować, martwiąc się o stan zdrowia, a teraz jeszcze zrobił obiad. Poza tym jednym przejawem zaangażowania Yurio był zamknięty w sobie i nie obchodziło go nic dopóki, dopóty miał dziadka, łyżwy oraz Viktora.
Ale w momencie gdy pojawił się pewien Japończyk, świat Plisetky'ego zawirował niczym przy wariackiej kombinacji piruetów. Nastolatek przestał sądzić, że jest nieomylny i niepokonany w swojej kategorii. Ktoś z pozoru niedoskonały jak Yuuri po raz pierwszy pokazał Yurio, jak wiele mu brakuje. Emocjami. Doświadczeniem. Zaangażowaniem. Po przełknięciu gorzkiej pigułki Yurio zaczął pracować jeszcze ciężej, poddając się rygorystycznemu treningowi u Lilii, a w toku trwania Grand Prix udało mu się nawet otworzyć na innych ludzi.
"Gdybym nie wyjechał do Japonii, Yurio nie znalazłby w sobie tak wielkiej motywacji do walki. A ja... nie otrzymałbym od Yuuriego motywacji do życia." pomyślał Viktor. Odkąd poznał Katsukiego, wiedział, że ten z pozoru wycofany Japończyk był przez wszystkich lubiany, a z czasem samozwańczy trener zrozumiał również, że mnóstwo osób darzy jego podopiecznego szczerym podziwem, szacunkiem i wieloma innymi dobrymi uczuciami. Oczywiście był świadomy tego, jak dużo ludzi zawdzięczało Yuuriemu swoje "słowa na L", ale dopiero zniknięcie ukochanego uświadomiło Rosjaninowi w pełni, ile dla wszystkich znaczył. I jak wielu łyżwiarzy Viktor pozbawił szczęścia swoje opłakane w skutkach życzenie dotyczące Mistrzostw Świata.
- A co z Phichitem? Phichit Chulanont - doprecyzował Viktor, myśląc o drugiej ważnej zmianie odnośnie grona finałowej szóstki Grand Prix.
Yurio skrzywił się, jakby wymagano od niego zbyt szczegółowej wiedzy. Zresztą, trochę tak było, bo dla nastolatka właściwie liczyli się tylko ci, którzy znajdowali się ponad nim. Chulanont raczej do nich nie należał.
- Coś słyszałem. - Yurio wydobył z kieszeni komórkę i rzucił na nią okiem. - Ta, pierwszy Taj w figurowym. Zajął trzecie miejsce w Pekinie. Zresztą, powinieneś lepiej wiedzieć. W końcu ty tam występowałeś i jak zwykle zdobyłeś złoto.
Phichit w Cup of China powinien być pierwszy, więc jeśli spadł na trzecie... Wszystko się wyklarowało. Jeździł, ale nie dostał się. Może to wina samego Nikiforova, bo wywierał większą presję na przeciwnikach, a może powodem jak wszystkiego do tej pory był brak pewnego człowieka. Viktor słyszał piąte przez dziesiąte o obietnicy, którą Phichit i Yuuri złożyli sobie za studenckich czasów w Detroit. Marzenie o pojechaniu na jednym lodowisku. Przyjacielska umowa, którą wiele osób by zignorowało, ale dla Taja stanowiła tę potrzebną iskierkę dodatkowego zapału. Ale i bez tej wiedzy Rosjanin domyślił się, że utrata tego konkretnego przyjaciela raczej nie podziała na Phichita motywująco.
- Czyli... Ciągle wygrywam... - powiedział powoli Viktor, ale w słowach nie było ani krzty zadowolenia. Pobrzmiewał w nich raczej wstręt do piętna wygranych, jakie zdobiły ścieżkę jego kariery. Łyżwiarska legenda zaczynała być podobna do Midasa, który w zamian za zaszczyty stopniowo niszczył wszystko to, co kochał.
- I tak zamierzam cię pokonać - rzucił wyzywająco Yurio, jakby chciał w nietypowy sposób pocieszyć Viktora. - Zresztą, dzięki programowi, który mi dałeś, pobiłem jeden z twoich rekordów, więc niedługo zrzucę cię z tego wygodnego tronu.
- Ach, "Agape"... - przypomniał sobie Viktor, ale Yurio zmarszczył na to brwi.
- No dobra, ostro fazujesz. "Agape" spieprzyłem. Po cholerę mi to dałeś... Zaskakiwanie, ta. W ogóle tego nie czaję, szczególnie jak regularnie muszę patrzeć na mordę JJa. - Chłopak przekrzywił głowę i spojrzał pytająco na Nikiforova. - Chodziło mi o dowolny. "Yuri on ICE".
Gwałtowność, z jaką Viktor przyskoczył do Yurio, niemal zwaliła tego drugiego z krzesła. Mężczyzna chwycił Plisetsky'ego za ramiona i wbił w niego dziwnie rozszerzone, pociemniałe oczy. Nie to. Wszystko, tylko nie to.
- Nie mów, że ty...! Ten program... Ale jak?! Skąd? Przecież nie mogłeś...! - Viktor zasypywał chłopaka gradem pytań i oskarżeń, na co zawsze wyszczekany Yurio nie mógł znaleźć choćby słowa usprawiedliwienia.
Dopiero po chwili starszy Rosjanin opanował swój gniew. Czyżby Lilia też zniknęła? Nie, to nie tak. Viktor nie pojechał do Japonii, więc mógł stworzyć dla młodszego kolegi dwa programy, przez co Yakov nie miał potrzeby kontaktowania się ze swoją byłą żoną. "Allegro Apassionato" zniknęło, zastąpione przez... no właśnie? Przez co?
- "Yuri on ICE"? - Viktor wymówił nazwę boleśnie powoli, jakby coś uwierało go w gardle. Może było to poczucie winy. A może nagły żal, że nie ten "Yuri" zdobył nie ten rekord. - Jesteś pewien?
- To mój program, więc jasne, że jestem pewien. Sam zagadałeś jakiś rockowy zespół, żeby stworzył oryginalną muzykę, a jak mi go oddałeś, to znalazłem nazwę gdzieś w necie i mi się spodobała. Cała historia. - Yurio spojrzał uważniej na starszego łyżwiarza, który wyraźnie głośno odetchnął, i zapytał z nieukrywanym już niepokojem: - Viktor, co jest grane? Bo mam wrażenie, że nawet twoja skleroza powinna mieć swoje granice.
"Yurio nie nazywał mnie po imieniu od... od miesięcy" zauważył mężczyzna, powoli się uspokajając. "Ostatnio byłem nazywany Łysolem tak często, że niemal zacząłem mieć stany lękowe". Viktor mimowolnie dotknął czoła, ale niezależnie od czasoprzestrzennych zmian grzywka wciąż zasłaniała mu jedno oko. Mimo to strata nie do końca lubianego żarciku wydała mu się równie bolesnym ciosem co nazwanie programu dowolnego Plisetsky'ego jako „Yuri on ICE". Szczęściem w nieszczęściu było to, że tamta konkretna choreografia i muzyka wciąż należały tylko i wyłącznie do Yuuriego.
Nikiforov odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. To był chyba jego limit. Granica, do której umiał przyswoić sobie nowe, zaskakujące informacje. Teraz potrzebował oparcia. Nie... Teraz sam musiał zaskakiwać.
- To nie skleroza. Po prostu nie wiem, co się dzieje – przyznał Viktor, a potem wyprostował się i spojrzał na Yurio bez cienia jakiegokolwiek wahania. Coś w nim pękło. - Ale wiem za to, że umiesz gotować dzięki naukom dziadka. Że nazwałeś swojego kota jako Puma Tiger Scorpion. Że boisz się horrorów niemal tak samo jak ja. Czyli panicznie.
Mina Yurio była wprost niezapomniana - tym razem to nastolatek wpadł w prawdziwy popłoch, o mało co nie wypuszczając z ręki komórki, którą wciąż trzymał w pogotowiu, gdyby rozmówca miał zadawać kolejne trudne pytania.
- Kurwa, Viktor, ty naprawdę...! - rzucił i urwał, wpatrując się w mężczyznę z szeroko otwartymi ustami.
- Tak, naprawdę. Podróżnik w czasie. Kosmita. Nazywaj mnie jak chcesz - stwierdził starszy Rosjanin, wzdychając ciężko. Chociaż nieznacznie się uśmiechał, wcale nie wyglądał na zachwyconego z efektu, jaki osiągnął za pomocą wiedzy, której nie posiadał żaden, nawet najbardziej oblatany dziennikarz. - Właściwie od tego powinienem zacząć, ale nie wiedziałem, czy cię tym nie przerażę. A sądząc po twojej reakcji chyba dobrze zrobiłem, że trochę zaczekałem.
Potem jakby jednego szoku było mało, Viktor usiadł z powrotem na swoim krześle, oparł dłonie o kolana i zgiął się w półukłonie. Nie trwało to długo, może kilka sekund, ale sam fakt, że wielki Nikiforov zdecydował się na taki ruch, był bardziej niż bardzo niezwykły.
I zaskakujący. Jak stary, dobry Viktor.
- Yurio... Jurij. Proszę, pomóż mi - powiedział mężczyzna i wyprostował się, spoglądając na nastolatka z nadzieją.
Yurio gapił się na Viktora jak na otchłań piekielną. Jak na personifikację apokalipsy albo wszelkich plag egipskich. Jak na kogoś, kogo nigdy, ale to przenigdy nie znał i teraz nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Plisetsky przez chwilę nie spuszczał wzroku z Viktora, jakby węszył w jego zachowaniu jakiś podstęp, ale kiedy mężczyzna nic sobie nie robił z jego przepełnionych podejrzliwością spojrzeń, chłopak musiał przyznać się do porażki.
- To nie tak, że ci wierzę, ale widzę, że odpierdziela się tu coś grubego. - Yurio odetchnął i przyjął swoją zwyczajową, bojową postawę: dłonie wbił w kieszenie, a brwi zmarszczył jak w oczekiwaniu na atak, czy to fizyczny, czy słowny. - Dobra, właściwie o co ci dokładnie chodzi? Chcesz grać wariata? Wzbudzić ogólnoświatową sensację? Wpakować coś nowego do "Erosa"?
"Raczej sprowadzić z powrotem osobę, do której Eros należy. Dzięki której powstał. Która wykonuje go najlepiej na świecie. Która sama jest Erosem."
- Katsuki Yuuri. Czarnowłosy Japończyk w niebieskich okularach. Chcę go odnaleźć i sprawić, żeby wrócił do zawodów - powiedział zamiast tego Viktor, chwilowo przedkładając prostotę przekazu nad swoje uczucia. - Chociaż obawiam się, że tym razem mógł nie zostać łyżwiarzem figurowym.
- "Tym razem"? Przecież wcześniej mówiłeś... A. Że niby magicznie zniknął. - przypomniał sobie Yurio i syknął. - Kurwa, co za paranoja... Zresztą, po co my właściwie gadamy? Internet, jełopie. Nie sprawdzałeś?
"Bałem się" przemknęło przez głowę Viktora, ale on sam tylko wzruszył ramionami.
- Wiem, że Google jest bezradne - zdradził, obserwując, jak nastolatek bez chwili wahania włącza aplikację na swojej komórce i przegląda media społecznościowe. - Co do reszty to nie, nie szukałem, ale w poprze... Znaczy, Yuuri raczej nie korzystał z wielu mediów społecznościowych.
- Właśnie widzę. Na Instagramie nie ma nikogo w tym stylu. Hm... W Japonii popularny jest Twitter, zobaczmy... Dobra, niby jakieś profile są, ale niektóre są puste, bez danych ani zdjęcia. Krzaków nie znasz? - Yurio spojrzał przelotnie na Viktora, ale zaraz znów opuścił wzrok na komórkę. - Nie było pytania. Widzę po twojej minie, że nie znasz. To co ty, kurna, właściwie robiłeś z tym Japończykiem...
Viktor zmilczał wyraźną zaczepkę, skupiając się na typowym problemie w wydaniu Yuuriego. Katsuki w przypływie brawury miał zwyczaj zakładania kont na portalach społecznościowych, ale równie szybko jak je tworzył, tak szybko o nich zapominał zaraz po pierwszym wylogowaniu. Pół biedy, jeśli chociaż wykorzystywał social media do śledzenia profili innych, ale ku frustracji znajomych Yuuri prawie zawsze robił to anonimowo, bo nie był w stanie wykrzesać z siebie motywacji, aby zrobić i wstawić choćby zdjęcie profilowe. Dopiero Viktor nauczył go używania Instagrama jak należy.
- Masz jakieś inne informacje? - Yurio skrzywił się z frustracją, kiedy zrozumiał, że nie podoła pierwszemu, kluczowemu zadaniu. Viktor od razu skinął głową. Właściwie to właśnie to chciał sprawdzić w pierwszej kolejności.
- Mieszka w Hasetsu, w Japonii. W onsenie o nazwie "Yu-topia Katsuki".
Yurio mruknął na znak akceptacji i zajął się nowymi poszukiwaniami. Tymczasem Viktor splótł dłonie i zacisnął pięści jak do modlitwy. To był najważniejszy trop, być może jedyny. Od biedy pozostawało jeszcze Detoit, ale nie wierzył, żeby Yuuri się tam przeprowadził, jeśli nie był łyżwiarzem i nie miał zagwarantowanego odpowiedniego stypendium. Uch, dobrze, że to Yurio wziął na siebie ciężar przetrząsania sieci, chociaż czekanie na wieści było niemal tak samo trudne jak szu-
- O, istnieje – powiedział nagle Plisetsky, na co Viktor od razu przypadł do nastolatka i zajrzał do jego smartfona. – Kurde, spokojnie! Nie szarżuj!
Chłopak zdrowo opieprzał pochylającego się tuż obok niego Nikiforova, ale mężczyzna zignorował wiadra werbalnych pomyj, jakie Yurio spuszczał na jego głowę. Viktor nie mógł oderwać wzroku od maleńkiego zdjęcia, które bez wątpienia przedstawiało znajomą bramę Yu-topii. Jego drugi dom. Miejsce, gdzie według słów Yuuriego zawsze mógł wracać. Onsen Katsukich dało się znaleźć w sieci, czyli...
- Yu-topia, tak? – upewnił się Yurio, a potem przejrzał tekst znajdujący się pod fotografią. - Faktycznie, jest o nim wzmianka na stronie turystycznej tego całego Hasetsu. Że to niby ostatnia publiczna łaźnia w mieście. Kurde, ale przypał kąpać się z obcymi ludźmi...
Viktor nie słuchał, bo jego myśli zajęła jedna, ogrzewająca obolałą jaźń myśl. "Yu-topia istnieje. Istnieje. I Yuuri tam jest. Czuję to." Rosjanin odetchnął głęboko, jakby Yurio tym jednym, z pozory trywialnym stwierdzeniem zdjął z jego barków ogromny ciężar. Jakie to było przeraźliwie proste. Wreszcie nie musiał się bać. Mógł po prostu podążyć za głosem serca.
Nikiforov niespodziewanie wyprostował się jak struna i spojrzał za siebie. Walizka. Przede wszystkim musiał zabrać dużą walizkę. I Makkachina. Obowiązkowo.
- Właściwie trochę wiochowata ta wiocha. Tyle dobrego, że mają tam zamek nin... Ej! – krzyknął Yurio za Viktorem, który wypadł z kuchni, by udać się do znajdującej się tuż za rogiem niewielkiej garderoby. - Co cię znowu napadło?! Gdzie leziesz?
Viktor niewinnie wychynął zza boku lodówki, jedną rękę trzymając za drzwi, za którymi ukryty był niezbędny do podróży bagaż. Uśmiech w kształcie serca znów powrócił na twarz rosyjskiego łyżwiarza.
- Jak to co? Zamierzam wyruszyć do Hasetsu - zarządził tonem dokładnie tak samo beztroskim jak w momencie, kiedy zdecydował o pościgu za Japończykiem z virala. - Odzyskać Yuuriego!
Przypisy-chan
Witajcie po przerwie. Wiem, że to lekko przejściowy rozdział, ale jednocześnie bardzo potrzebny aby zarysować nowy świat. A zatem kontynuujemy nasz spokojny marsz ku lepszemu, nucąc pod nosem melodię znaną z programu dowolnego JJa. Viktorowi nadziei nie brakuje, choć jego walka jest szczególnie trudna. No bo jak tu walczyć, jak coraz to nowe informacje dają w kość? Ale nie bójcie się, mechanizmy obronne Viktora już działają i wypiera on póki co zło, starając się wierzyć, że Yuuri czeka na niego w Japonii. No to lecimy!
Nawiązanie do pewnego fika w pewnym dialogu Yurio jest jak najbardziej celowe. Taki mini-easter egg :)
Pojawiło się dużo zmian, a jeszcze więcej jeszcze się doprecyzuje. Niemniej skupmy się póki co na ostatnim GP. Starałam się nie wziąć wyników z kosmosu zawodów, ale jednocześnie dokładnie wyjaśnianie, dlaczego uznałam, że Yurio byłby czwarty na Rostelecomie mogłoby zająć pół rozdziału (w skrócie: wpływ Viktora, słabsze programy plus Michele'owi brakowało 15 punktów od Yurio w oryginale, co nie jest wynikiem nie do przeskoczenia). Podobnie było na przestrzeni Phichit-Chris w Cup od China - Chris miał więcej motywacji, Phichit mniej, a ich punktacja w oryginale też była niezwykle zbliżona (niecałe 2 punkty!).
Martwota Yuuriego w mediach społecznościowych jest jak najbardziej kanoniczna - było wspomniane w jakimś wywiadzie bądź booklecie (wybaczcie, nie wyszukam na tę chwilę), że nawet kiedy Yuuri już zdecyduje się założyć jakieś konto, to szybko przestaje na nie wchodzić z braku zaangażowania. Dlatego wydaje mi się, że jedyną w miarę potwierdzoną w anime rzeczą, z której regularnie korzysta, jest Instagram. Ale to prawdopodobnie tylko do śledzenia innych.
Co do reszty... Hmm... Mam nadzieję, że o nic mi nie umknęło, ale jeszcze parę wątków będzie miało swoje kontynuacje, więc nie chcę odkrywać zbyt wielu kart. Poza tym smaczki, hinty, aluzje ewryłer! Szukajcie, a znajdziecie.
Kolejny, siódmy rozdział będzie kluczowy, tak jak zapowiadałam. Chyba już wiadomo, co się w nim pojawi, prawda? W takim razie - do zobaczenia za dwa!
