- ...i wtedy ten gościu okręcił się na pięcie, stwierdził, że musi iść na jogging i zwiał? - zapytał widoczny na Skypie Yurio.
- Tak - przyznał Viktor.
- Wiesz, o czym myślę? - Nastolatek wycofał się sprzed ekranu, odchrząknął i z powrotem pochylił się w stronę rozmówcy, rycząc na cały głos: - Czy ciebie do reszty popieprzyło?! Ty mu się tam oświadczyłeś? Obcemu człowiekowi? Po pół godzinie?
- Nie obcemu... Nie dla mnie. - Nikiforov zacisnął usta, wyraźnie skruszony i pokonany przez rzeczywistość.
- Fantastyczna, kurwa, różnica.
Nad Hasetsu zapadł już zmierzch, gdy Viktor skończył referować Yurio wszystkie wydarzenia minionych godzin, łącznie z tym jak zareagował Yuuri na jego spontaniczne wyznanie. Nie była to łatwa rozmowa - wraz z każdym kolejnym zdaniem opowieści Plisetsky wzdychał albo rzęził coraz głośniej, dając upust rozczarowaniu oraz frustracji nad zachowaniem starszego kolegi, a okazjonalnie także zabierał głos, wyzywając Nikiforova od "buców", "idiotów" i innych "oszołomów". Na koniec nastolatek prychnął z niezadowoleniem, kiedy dowiedział się, że Viktor będzie nocował w Yu-topii i podsumował sprawę ostatnim cierpkim komentarzem.
Tak, sytuacja odnośnie Yuuriego nie prezentowała się zbyt różowo, ale przynajmniej nie skończył pod mostem. Rosjaninowi opowiedział rodziców Yuuriego, że myślał, że ich onsen to zajazd z noclegiem, dlatego zupełnie nie przygotował się na inną ewentualność. Oczywiście gdyby państwo Katsuki byli mu znacznie mniej przychylni, zawsze mogli stwierdzić, że w Hasetsu istniało kilka porządnych hoteli (miasto cierpiało na brak turystów, dlatego miejsce znalazłoby się bez większego problemu) i wtedy Viktor grzecznie wyniósłby się z Yu-topii. A jednak smutny, wycieńczony uśmiech i zagubione spojrzenie łyżwiarza nie pozwoliły gospodarzom wypuścić zbłąkanego obcokrajowca na zewnątrz. Zamiast tego nakarmili jego oraz Makkachina, wyciągnęli zapasowy futon i ugościli ich obu w naprędce uprzątniętej sali bankietowej. Tak, dokładnie tej samej co poprzednim razem. Szczęście w nieszczęściu.
- A nie mówiłem, że tak będzie? Mówiłem! - wyrzucał dalej Yurio. - Chciałeś zagrać księcia na białym koniu, a wyszedł baran na białym samolocie! Czy na kursie dla kosmitów nie powiedzieli ci, że powinieneś zachowywać się jak najmniej podejrzanie? W ogóle co ja wyprawiam... Jeśli się schlałeś, to weź wytrzeźwiej. Jak nie, to idź się napij. Gdybym mógł, też bym to zrobił. Ale nie mogę. Cholera.
Skulony i wtulony w futro Makkachina Viktor kiwał głową, wpuszczając cięty monolog jednym uchem, a wypuszczając drugim. Spieprzył to. Koncertowo. Zapomniał, że zasypywanie wycofanego Japończyka uczuciami to nie była najlepsza metoda na nawiązanie porozumienia. To jego Yuuri, ten oswojony i pewny miłości przyjąłby ze stoickim spokojem podobny wybryk. Uniósłby brwi, odparł spokojnie "tak, tak, narzeczonym, mówiłeś to chyba tylko jakieś dwieście razy", a potem wróciłby do głaskania Makkachina. Ale ten nowy-stary Katsuki zaczerwienił się jak piwonia, wydukał, że musi jeszcze trochę poćwiczyć i nie pojawił się przez resztę dnia, aż do momentu, kiedy Viktor rozgościł się w swoim pokoju.
Usłyszał go dopiero jakieś pół godziny temu - ciche kroki, jakby ktoś stąpał na palcach, próbując nie dać znać o swojej obecności. Po chwili za cienkimi papierowymi drzwiami pojawiła się sylwetka, delikatnie oświetlana przez wdzierające się przez okna światła latarni. Postać już miała minąć pokój bankietowy i zniknąć w sąsiednim pomieszczeniu, ale niespodziewanie zatrzymała się tuż przed wejściem. Nasłuchiwała. Viktor, który właśnie rozmyślał o wszystkim, opierając się o przeciwległą do drzwi ścianę i wbijając spojrzenie gdzieś przed siebie, zamrugał. Siedział jak sparaliżowany, patrząc na kontur znajdującego się kilka metrów przed nim człowieka, a człowiek patrzył na niego. Nie dzieliło ich nic poza jedną cienką ścianką, choć tak naprawdę dzieliło ich wszystko.
Nie widzieli się, ale wiedzieli.
Yuuri obrócił się i bezgłośnie niczym duch zniknął w znajdującej się na lewo sypialni. Mogło się wydawać, że nic nie zaszło, że nikogo tu nie było... I Viktor może byłby w stanie w to uwierzyć, gdyby nie kołatające w piersi serce.
Wtedy zrozumiał. Musiał się wycofać i od nowa budować relację. Cierpliwie czekać. Słuchać. Nie był jednak pewien, czy po tym, co zrobił, Yuuri wciąż będzie chciał go znać.
- No i co teraz? Jaki masz kolejny plan, geniuszu? - rzucił wreszcie nieco uspokojony Yurio, zaplatając ręce na piersi.
Viktor westchnął. To było bardzo dobre pytanie.
- Nie wiem - przyznał.
- Nie możesz przyciągnąć tego patałacha do Petersburga i tutaj wyjaśnić mu swoje wątki? - zaproponował nastolatek. - Przecież jesteś sławny i bogaty. Każdy leci na ten twój tandetny uśmiech playboya. Jeśli rozegrasz to inaczej, nie byłoby problemu.
- Yuuri taki nie jest - zaprzeczył starszy Rosjanin, w głębi serca dumny z tego, że Katsuki nie pokochał go za zewnętrzną otoczkę, ale za to, kim był ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Że kiedy Viktor na początku starał się grać uwodzącego bożyszcza, chcąc spełnić oczekiwania, Japończyk poprosił go, żeby po prostu był sobą. - Poza tym pracuje jako nauczyciel wf-u i pomaga rodzicom w onsenie, więc często bywa zajęty. I tak mam szczęście, że akurat zaczęła się przerwa przed tutejszym nowym rokiem szkolnym.
Viktor przycichł, uświadamiając sobie jedną rzecz. Tu, w tym świecie, to Nikiforov był zawodnikiem, a Katsuki szkolił. Owszem, nie współpracowali ze sobą, bo i jak mieli, ale jednak ciężko było nie myśleć o tym, że role się zamieniły. Dziwne. W ogóle Yuuri jako nauczyciel wydawał mu się do tej pory koncepcją dość obcą. Nie żeby Viktor stanowił wzór szkoleniowców, ale jednak łatwiej łapał kontakt z ludźmi. Tymczasem Japończyk nie do końca radził sobie z dorosłymi, a przecież dzieci potrafiły być czasami nawet dziesięć razy bardziej uciążliwe. I chociaż z takimi trojaczkami Yuuri rozmawiał całkiem swobodnie, to wciąż trudno było orzec, kto nad kim częściej górował. Ciekawe, czy nadal tak mają...
W tym momencie Nikiforov złapał się na tym, o kim właśnie rozmyślał. No tak, rodzina Nishigorich. Przecież z łatwością może dowiedzieć się od nim, dlaczego Katsuki wybrał taką ścieżkę kariery i bez wzbudzania podejrzeń zdoła wypytać się o obecną sytuację, zanim znów palnie coś idiotycznego. Faktycznie, to brzmiało jak jakiś plan. Jakikolwiek.
- Dobra, spoko. Jak ten cienias nie chce, to nie. Ty sobie zrobiłeś sobie wycieczkę, przewietrzyłeś głowę... A teraz wracaj - zarządził Yurio, robiąc posępną minę. - Musisz. Yakov o mało co nie dostał palpitacji serca, jak zobaczył twój list. Jeszcze kilka dni i zacznie nas wieszać za nogi pod sufitem z tej złości.
- Naprawdę? - Viktor skrzywił się, chowając usta w futrze Makkachina. Czyli jednak nie wszystkie pomysły jego autorstwa były takie genialne. - A myślałem, że kupi tę wymówkę.
- Ta, i jeszcze co? Może ci publicznie pogratuluje? Kupi czekoladki, a potem wręczy na gali? - odciął się Plisetsky. - Nawet on nie jest tak głupi, żeby uwierzyć w podobne durnoty. Spoko, zaszywasz się w jakiejś japońskiej dziurze, żeby zrobić wielki, niespodziewany coming out na zawodach... Narodowe, okej. Europejskie, może. Ale przed Mistrzostwami Świata? No chyba nie.
- Nie widzę w tym żadnego problemu... - mruknął niepocieszony Nikiforov.
- Problem w tym, że ty w ogóle nie widzisz problemów - sarknął Yurio, łapiąc się za czoło. Kiedy już odetchnął, spojrzał w kamerę nieco bystrzej. - A tak na poważnie, Viktor... Kiedy wracasz? - zapytał. W jego gniewnym głosie wyraźnie pobrzmiewała jednak nuta nadziei. - Bo wrócisz... prawda?
Viktor uniósł głowę, by zerknąć na znajdujące się obok przesuwane drzwi, dzielące jego pokój z pokojem Yuuriego. Dokładnie tyle wynosił dystans, jaki chciał pokonać: jedna ściana i jedno serce. Petersburg czy Helsinki znajdowały się bardzo daleko na liście celów do zrealizowania.
- Zobaczę.
To nie było "nie". Ale to zdecydowanie nie było "tak".
Mówi się, że pierwsza noc w nowym miejscu jest znamienna. I faktycznie - ta była.
Dla Viktora wreszcie nadszedł czas na spoczynek. Wyczerpany rozmyślaniami łyżwiarz zakopał się w futonie i przyciskając Makkachina do swojej piersi, zasnął z imieniem Yuuriego na ustach. Miał nadzieję, że dzięki odpoczynkowi będzie w stanie nieco się uspokoić, zresetować i że obudzi się z nową energią do działania. Nie przypuszczał, że coś mu w tym przeszkodzi.
Z ciemności zaczęły wyłaniać się niepokojąco znajome kształty. Viktor szedł... nie. Sunął przed siebie na łyżwach, podczas gdy cienie powoli wycofywały się znad band, ścian, okien i stropu lodowiska w Sportowym Klubie Mistrzów, odkrywając jego chłodne i puste przestrzenie.
Wiedział, co to znaczyło. Bał się tego. Czekał na to.
Po przejechaniu kilkunastu metrów wszystko stało się jasne. Gospodarz nienaturalnej areny już tam siedział, nonszalancki i absolutnie nijaki jak zawsze. Kontury postaci były rozmazane, rysy niepodobne do nikogo, płeć oraz wiek zagubiony w mrokach niepamięci. Nawet po tych kilku wypełnionych cierpieniem dniach uśmiech na twarzy istoty był obrzydliwie niezmienny. Wyglądała, jakby nigdy się nie ruszała. Jakby przycupnęła na bandzie jakieś pięć minut temu i wciąż się cieszyła, że jej tam wygodnie.
- Nie spodziewałem się, że będziesz taki spokojny - zauważył Pragma, śledząc zbliżającego się do niego Viktora. - Właściwie to chyba trochę zawiodłem się tym, że nie krzyczysz ani nie próbujesz mnie-
Łomot uderzającej o bandę stopy łyżwy rozległ się tak niespodziewanie, że przerwał wywód istoty w połowie zdania. Płoza wbiła się dokładnie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się noga Pragmy. Cios takim ostrzem z pewnością rozpłatałby ciało aż do kości oraz całkiem poważnie zgruchotałby piszczel gdyby nie to, że istoty już tam nie było. Cząstki cienia rozwiały się niczym mgła, by po chwili znów zebrać się w jednym miejscu i pojawić się kilkadziesiąt centymetrów na prawo, formując ludzką sylwetkę.
- ...zabić. - dokończył Pragma i uśmiechnął się szeroko, widząc zimną furię w niebieskich oczach. Takie spojrzenie potrafiło w jednej chwili zamrozić lodowisko. Nie, nie lodowisko. Całe miasto. - Cofam to. Umiesz zabijać. I to nie tylko swoją miłość.
Viktor nie odpowiedział. Chwilę zajęło mu wyswobodzenie zaklinowanej stopy, a kiedy mu się to udało, stanął na lekko rozsuniętych nogach, przygotowany na kolejny atak. Oddychał głęboko przez nos, z ledwością powstrzymując się od krzyku. Tak bardzo wiedział, że nie ma sensu rzucać się na tego skurwiela, a jednocześnie tak bardzo chciał go chwycić za gardło, że aż go to oślepiało. Chciał zacisnąć palce na szarym gardle i zetrzeć z twarzy upiorny uśmiech. Chciał, żeby istota poczuła tę samą dławiącą bezsilność, która jego samego niemal pozbawiła wszelkiej nadziei. A potem chciał ją zniszczyć.
- Więc ostatecznie wybrałeś łyżwiarstwo - zauważył Pragma, patrząc zmrużonymi ślepiami na stojącego w miejscu Rosjanina. - Nie powiem, trochę się zdziwiłem. Myślałem, że jednak będziesz wolał narazić się na jakiś uraz kręgosłupa, żeby tylko zadowolić swojego kochasia. To by była ładna wizja: ty z kilkunastoma śrubami w plecach, a Yuuri w ciężkiej depresji. Dla takiego widoku mógłbym pozwolić męczyć się z wami przez te obiecane sto dwadzieścia lat... No chyba, że któreś z was postanowiłoby palnąć sobie wcześniej w łeb. Polecam.
Więc to właśnie to tak naprawdę czaiło się w chorej świadomości istoty. Nie miała ani krzty litości. Była najczystszym uosobieniem ludzkich lęków. Wszystkimi tymi złymi decyzjami i obawami, które przyjęły kształt czerpiącego z tego przyjemność bytu. Może dlatego, żeby nie zwariować. A może dlatego, że cieniowi było już wszystko jedno.
Sylwetka Pragmy przechyliła się na bok, a on sam wsparł głowę na położonej na bandzie ręce.
- A tutaj okazało się, że tak po prostu skończyliście w separacji. Jeden robi za przedszkolankę, a drugi ma dość i powoli myśli o emeryturze. - Cień dokończył wywód i zacmokał, kręcąc głową. - Nuda.
Ziewnięcie przetoczyło się przez całą halę niczym grzmot, kiedy Pragma odchylił głowę do tyłu i rozdziawił szeroko usta. Trwał tak przez chwilę, aż nagle zacisnął wargi, wyprostował się jak struna, a potem nachylił w stronę łyżwiarza, uśmiechając się znacząco.
- Ale wiesz co? - rzucił. - Mam propozycję.
- Ty skurwysynu... - wyrwało się z gardła Viktora. Jego głos wydawał się tak samo ostry i ciężki jak noszone łyżwy. Jedno nieostrożne słowo, a mógłby rozedrzeć na strzępy.
Gdyby Pragma był żywy... już by nie był.
- Ojej. Udało mi się sprowokować pięciokrotnego mistrza świata do takiego nieobyczajnego zachowania. Uroczo - zakpił i zaśmiał się na głos. Kiedy wreszcie się uspokoił, odetchnął z satysfakcją i znów zwrócił się do rozmówcy z tym samym tekstem: - Mniejsza z tym. Mam propozycję.
Viktor nie chciał słuchać. To była część, której się bał - że jeśli usłyszy możliwość ratunku teraz, kiedy pogodził się z nową rzeczywistością, zasieje w nim to ziarno wątpliwości. Skorzystanie z pomocy było niedopuszczalne. Jeśli spróbowałby znowu i to w pełni świadomy prawdziwych intencji cienia, tym razem na serio mógłby wymazać istnienie Yuuriego.
Zamknął oczy, skupiając swoje myśli na pokoju, w którym powinien być. Zaraz się obudzisz. Zaraz się obudzisz. Zaraz się...
- Przyprowadź do mnie Yuuriego, a cofnę życzenia - powiedział Pragma. - Jeśli on anuluje swoje żądanie związane ze starością, wtedy ja przywrócę wszystko do normalności.
...obudzisz.
Viktor zagryzł usta do krwi. Nie wolno mu. Nie mógł uwierzyć. To niemożliwe.
- Myślisz, że chcę tu z wami utknąć? Ta, jasne. Do tej pory sądziłem, że to wcale nie najgorsza perspektywa patrzeć, jak żyjesz i męczeńsko wspominasz swoją miłość, jednak znudziło mi się to już po kilku dniach. Ile można? Więc dziękuję, ale postoję - wyjaśniała istota, krzywiąc się jak widz na nieciekawym filmie. - Poza tym obaj regularnie podejmujecie tak samolubne decyzje, że nawet bez mojej ingerencji będziecie się ranić.
Nie, nie miała racji. Absolutnie nie miała. Przecież gdyby nie samolubne decyzje takie jak ta o trenowaniu Katsukiego, to nie przydarzyłoby im się tyle wspaniałych rzeczy. Nie poznaliby się. Nie stworzyliby "Yuri on ice". Nie wyjaśniliby sobie tylu rzeczy, zdobyliby drugiego miejsca w Cup of China i nie zrozumieliby, że się kochają, gdyby obaj nie byli trochę uparci.
A potem Viktor przypomniał sobie Barcelonę po programach krótkich. Przypomniał zapowiedź powrotu jako zawodnik i trener jednocześnie oraz zatajenie ostatnich problemów. To była właśnie ta druga strona medalu. Ich miłość daleka była od perfekcji, chociaż zakochany Viktor jak wariat starał się uchylić nieba Yuuriemu. Czy to znaczyło, że naprawdę byli skazani na zadawanie sobie bólu?
- Ja... - wydusił z siebie Rosjanin, ale Pragma natychmiast machnął dłonią.
- O nie, nie ty. Tylko Yuuri ma możliwość cofnięcia swojego życzenia - wyjaśnił, po czym teatralnie przytknął palec do policzka. - Ale oczywiście nie zamierzam czekać wiecznie. Masz czas do... no, do Mistrzostw Świata. to nawet dobre. Możesz znów wybrać czy chcesz ratować związek, czy jednak łyżwiarstwo jest dla ciebie ważniejsze.
Pułapka. Oczywiście, że Viktor właśnie po to przyjechał do Hasetsu, żeby to wszystko odkręcić. Że tym razem postawił na Yuuriego. Ale kiedy podjęcie decyzji wymuszała na nim ta istota, wybór wydawał się podejrzany. Coś było nie tak. Możliwe, że wszystko.
- Przyprowadź ze sobą Yuuriego, a wasze życie znów będzie wyglądać jak dawniej - powtórzył Pragma, pstrykając palcami. Na ten znak czekająca za oknami ciemność wpełzła do budynku, spychając Nikiforova z powrotem w otchłań nicości. - Tyle.
Nie potrafił. Nie tylko ściągnąć do snu Yuuriego, bo gdyby umiał, zrobiłby to pierwszej feralnej nocy, ale też zdecydować się na to, co powinno być dla niego ważniejsze. Ta łatwość, z jaką przychodziło mu podejmowanie karkołomnych zadań i składanie obietnic, nagle gdzieś uleciała. Zaczął się wahać. Myśleć, że tak naprawdę...
- Nie wierzyłeś, że ci się uda, prawda? - rzucił na odchodne Pragma, zupełnie jakby czytał Viktorowi w myślach. - Od początku wiedziałeś, że ta zabawa w trenera i powrót do zawodów w tak szybkim tempie to błąd. Nie zdecydowałbyś się na ten krok, gdybyś nie chciał w desperacki sposób powstrzymać Yuuriego przed rzuceniem łyżwiarstwa. Więc jakby nie patrzeć to wszystko jego wina.
- To nie był błąd. Nigdy nie był. A ty nie jesteś moim sumieniem - odparł wciągany przez ciemność Viktor, posyłając istocie ostatnie nienawistne spojrzenie.
- Kto wie? - odpowiedziała. - Może jestem czymś znacznie bliższym niż sumienie.
Pragma skłonił się, po czym uniósł głowę, by pokazać swoje puste, martwe oczy.
- Czymś, czym stajesz się, kiedy czegoś za mocno pragniesz.
Kiedy przyszedł ranek, Viktor obudził się zlany potem. Przez chwilę oddychał ciężko, nie mogąc złapać tchu po minionym koszmarze i potrzebował naprawdę kilku solidnych sekund, aby zorientować się, gdzie jest. Rozejrzał się po pokoju w nadziei na spokojną codzienność, że zobaczy za oknem Petersburg, a u swojego boku dojrzy czarną czuprynę, ale nie. Wciąż był w Yu-topii, w pustym pokoju, w którym spał na pożyczonym futonie. Sam. Makkachin gdzieś się zapodział, podobnie jak stopniowo zaczął znikać strach, zastępowany przez gryzące poczucie rezygnacji.
Viktor otarł zmęczoną twarz i wreszcie podniósł się z łóżka. Zerknął na wyciszoną komórkę i skrzywił się na widok kilkunastu nieodebranych połączeń od Yakova. No tak, ciążyła na nim jeszcze sprawa Mistrzostw Świata... Tyle problemów. A póki co najpilniejszą kwestią była chyba sprawa noclegu. Przez jeden dzień mógł skorzystać z dobroci rodziny Katsukich, ale przecież nie był dłużej trenerem Yuuriego (i w ogóle przestał mieć szansę na jakikolwiek kontakt z nim), więc nie miał prawa tu przesiadywać. Musiał opuścić Yu-topię i pomyśleć o wszystkim jeszcze raz.
Przebrał się w dres, zapakował na drogę łyżwy i wyszedł na korytarz przez uchylone drzwi, przez które chwilę wcześniej musiał wyślizgnąć się pies. Pewnie zgłodniał i poszedł wiedziony zapachami do kuchni pani Hiroko albo mógł...
Rosjanin zatrzymał się w pół kroku, spoglądając przez ramię na wejście do pokoju Yuuriego. Gdzie pudel regularnie się wkradał, na co zazdrosny pan fukał na niego w udawanej złości. Gdzie sam spędził kilka najmilszych nocy w swoim życiu. Viktor zamrugał i odwrócił wzrok.
...albo Makkachin po prostu poszedł na spacer.
Viktor zszedł do jadalni znajdującej się w części ogólnej onsenu, a tam przy kontuarze powitały go obie kobiety rodu Katsukich.
- Dzień dobry - powiedział Viktor już od drzwi, jak za dotknięciem różdżki przeobrażając zmęczoną minę w promienny uśmiech.
- Dzień dobry! - odparła ucieszona widokiem Rosjanina pani Hiroko. - I jak było? Dobrze ci się spało?
- Tak, dziękuję. Było jak w domu - odpowiedział Nikiforov po japońsku, a potem zwrócił się do Mari. - Przepraszam, że nadużyłem waszej gościnności. W drodze na lodowisko zamierzam popytać o nocleg, więc najpóźniej o szesnastej postaram się stąd zwinąć. Oczywiście zapłacę za wszystko.
Mari przetłumaczyła wypowiedź stojącej obok pani Katsuki, na co ta wyszeptała coś uprzejmym tonem. Viktorowi wydawało się, że rozpoznaje słowa "nie przeszkadzać" i "zostać".
- Mama mówi, że to żaden problem, że to dla niej przyjemność i że nieczęsto trafia się okazja, żeby zagraniczny gość tyle wiedział o tutejszych zwyczajach. - Mari zawahała się na moment, aż wreszcie zagadnęła Viktora. - A właściwie do kiedy zamierza pan zostać w Hasetsu?
- Do Mistrzostw Świata - wyjaśnił, a potem pospiesznie dorzucił: - W sensie prawie do końca marca. Nie więcej jak dwa tygodnie.
- Dwa tygodnie... Aha... No dobra. - Japonka podjęła w myślach jakąś decyzję i dla dodania sobie animuszu założyła ręce na piersi. - Właściwie to nie przeszkadza nam obecność dodatkowej osoby i jeśli tylko odpowiadamy pana standardom wygody, to może pan u nas nocować przez cały ten czas. Dwa tygodnie w sensie. Będzie blisko na posiłki i do onsenu - zareklamowała.
I zaraz Mari o mało co nie zachłysnęła się powietrzem, kiedy zobaczyła, jak ten spokojny obcokrajowiec nagle ożywa, a jego nieco martwe, niebieskie oczy rozbłyskują nieposkromioną radością.
- Naprawdę? Mogę? - upewnił się, łapiąc za dłonie Hiroko, a potem przerzucając się na Mari. - Dziękuję! To najlepsze miejsce na świecie! Obiecuję, że się odwdzięczę!
- Nie musi pan... - zaczęła Mari, ale Nikiforov od razu potrząsnął głową.
- Viktor. Proszę, mówcie mi po prostu Viktor.
- Vikutoru? - upewniła się pani Katsuki, na co Rosjanin się uśmiechnął. Imię wymawiane z tym uroczym akcentem brzmiało tak swojsko, że poczuł rozlewające się po całej piersi ciepło. Zupełnie jakby napił się domowej herbaty albo zjadł świeżo wyjęte z piekarnika ciasto.
- Albo Vicchan - zaproponował.
Rozpromieniona Hiroko skinęła głową, a potem zaczęła wesoło szczebiotać, wypytując o szczegóły śniadania, na jakie "Vicchan" miałby ochotę, zupełnie jakby chciała przy tej okazji przetestować nowy przydomek. Mężczyzna śmiał się cicho przez cały ten czas, wspomagany momentami w rozmówkach japońsko-Viktorowych przez Mari, aż wreszcie w jego rękach spoczęła taca z solidnym posiłkiem.
Po śniadaniu i podziękowaniach za opiekę nad Makkachinem Viktor wybiegł na miasto, od razu kierując się w stronę Ice Castle. Choć wiedział, że jego głównym celem był Yuuri, typowo zawodowa rutyna nie pozwalała mu odpocząć. W końcu nie był typem filozofa, który potrafił siedzieć, nic nie robić i po prostu opracowywać genialne strategie. Najlepiej myślało mu się na lodowisku, kiedy zgromadzoną w mięśniach energię dało się spożytkować w jakiś lepszy sposób. A poza tym Viktor wciąż nie był pewien, czy powinien tak absolutnie rzucać łyżwiarstwo. Coś kazało mu nie rezygnować.
Po dotarciu na miejsce Rosjanin obrzucił wzrokiem dobrze znaną budowlę. Wydawało się, że Ice Castle nie zostało dotknięte żadnymi zmianami i nawet dwie buzie maskotek pawilonu uśmiechały się tak samo beztrosko jak czyniły to zawsze. Podniesiony na duchu Viktor wdrapał się po schodach, przeszedł szybkim truchtem aż pod rozsuwane drzwi i wreszcie przekroczył próg swojego drugiego home rinku.
Po minięciu przedsionka z recepcją i skierowaniu się w lewo przez szklane drzwi łyżwiarz dotarł na wielką halę, gdzie znajdowała się właściwa część lodowiska. Tam od razu odnalazł i rozpoznał solidną, nieco kwadratową postać stojącą przy bandzie. Takeshi właśnie pilnował ćwiczące na tafli dzieci. Od czasu do czasu jakiś smyk podjeżdżał do mężczyzny, aby dostać od niego poradę albo surowe upomnienie, ale przez większość czasu Japończyk po prostu stał i czujnie obserwował młodą kadrę. Viktor mimowolnie uśmiechnął się na ten widok. Cieszył się, że udało mu się bez problemu odnaleźć znajomą twarz.
- Dzień dobry! - zawołał łyżwiarz po japońsku, zbliżając się do opiekuna Ice Castle. Nishigori natychmiast się odwrócił, marszcząc wydatne brwi na tę niespodziewaną wizytę. - Cześć, jestem Viktor Nikiforov. Przepraszam, że tak nagle, ale czy istnieje możliwość, żebym mógł tu trochę poćwiczyć?
- Viktor... Nikiforov?! - Takeshi postawił oczy w słup i zamarł. Swobodna prezentacja zrobiła na nim praktycznie tak samo piorunujące wrażenie co kiedyś. - Jak?! Co pan tutaj robi?!
- Długa historia. Zatrzymałem się w Yu-topii Katsuki, żeby... trochę się wyciszyć przed zawodami - odpowiedział wymijająco Viktor, po czym uśmiechnął się promiennie. - A, i nie przejmuj się grzecznościami. Możesz mi mówić po imieniu.
Viktor wyciągnął dłoń, a Japończyk mimowolnie ją pochwycił i uścisnął prawdziwie po męsku.
- Nishigori Takeshi - przedstawił się niepewnie.
- Miło mi - Viktor puścił rękę i przechylił się w bok, spoglądając nad ramieniem Takeshiego na lodowisko. - To jak? Co z treningiem?
- Ja... Cóż... - Nishigori przełknął ślinę i wreszcie odkaszlnął, jakąś niezbadaną siłą woli przywołując na swojej twarzy wyraz miłego, profesjonalnego pracownika. Na jego lodowisku pojawiła się najbardziej znana gwiazda łyżwiarskiego świata, a on pozwolił sobie tylko na pół minuty rozproszenia. Godne podziwu. - Jasne, nie ma problemu, tylko akurat w tym momencie musisz zaczekać na koniec zajęć dla dzieci. Gdybyś chciał, to oczywiście lodowisko można zarezerwować wcześniej, ale tak nagle... wybacz.
- Nie, nie, żaden kłopot. Nie liczyłem na aż tak szybkie przyjęcie - uspokoił Viktor, rozsuwając bluzę. - Właściwie to się nawet dobrze składa, najpierw muszę się rozciągnąć i w ogóle. Mogę skorzystać z szatni?
- Tak, jasne - przytaknął odruchowo Nishigori. - Pokazać?
- Spokojnie, trafię.
Viktor poszedł się przebrać i zostawić zbędne rzeczy, a kiedy wrócił ze swoimi łyżwami w garści, Takeshi zajął się już instruowaniem dzieciaków. Gdy jednak Nikiforov zaczął podskakiwać w miejscu i rozcierać dłonie, rozpoczynając rozgrzewkę, Japończyk znów spojrzał na niego kątem oka.
- Przepraszam, że pytam, ale... Dlaczego właściwie tutaj przyjechałeś? Dlaczego sam? - rzucił Takeshi przez ramię, lecz po chwili nieco się zreflektował i dodał: - Jeśli to nie jest tajemnica, oczywiście.
- Nie, wszystko w porządku - uspokoił Nikiforov między wykonywaniem kolejnych rozciągnięć. - Dowiedziałem się, że w Hasetsu panuje przyjazna atmosfera i że ma bardzo dobre lodowisko, więc chciałem przez chwilę popracować z dala od kolegów z reprezentacji. Poza tym najbardziej zależało mi na tym, żeby odwiedzić Yu-topię. Onsen jest naprawdę fantastycznym miejscem na regenerację i...
- Yu-topię? - Takeshi odwrócił się i po raz kolejny zmarszczył brwi. - Czyli nie jesteś tu z powodu Yuuko?
Viktor przerwał rozgrzewkę, by spojrzeć na zaciętą minę Japończyka.
- Dlaczego miałbym?
- Bo jest ładna, zdolna... Może nie ma sukcesów na arenie międzynarodowej, ale świetnie sobie radzi tu, w Japonii. Nie widzę innego powodu dla twojego przyjazdu niż to, że wpadła ci w oko na jakichś mistrzostwach. - Nishigori zacisnął usta, umykając spojrzeniem w bok. - Z pewnością ucieszyłaby się na wieść, że jej idol tu jest.
- Jakich mistrzo... - zaczął Viktor i urwał w pół słowa. O nie. Tylko nie to. - Łyżwiarka figurowa? Yuuko...?
- No jasne. Bo ciągle mówimy o Toyomurze Yuuko, prawda? - zdziwił się do kompletu Takeshi. - To w końcu znasz ją czy nie?
- Znam. Tak jakby. - Nijakie odpowiedzi stały się ostatnio domeną Viktora. Rosjanin milczał przez chwilę, a potem znów podjął: - Gdzie jest? Myślałem, że powinna być gdzieś... tutaj.
Viktor rozejrzał się po hali, jednak nigdzie nie dostrzegł filigranowej szatynki, chociaż zwykle prawie nieodłącznie towarzyszyła mężowi w pracy. W takim razie... Spodziewał się, co nastąpi. Rozpoznawał to uczucie nadciągającego uderzenia.
- Nie, nie ma jej w Hasetsu. Od trzech lat trenuje w Nagoi - wyjaśnił Japończyk z pewną melancholią w głosie. - W tamtejszym klubie ma o wiele lepsze warunki na rozwój. Tu nie znalazłaby nawet porządnego trenera. Więc... no.
Nishigori odwrócił wzrok w stronę lodowiska, patrząc jakimś tęsknym wzrokiem na jeżdżących tam młodych łyżwiarzy. Odgadnięcie reszty było w gruncie rzeczy już całkiem proste. To Yuuko zamiast Yuuriego robiła sportową karierę. Wyjechała z Hasetsu. Nie wzięła ślubu, nie miała dzieci. Takeshi został sam.
Problemy Viktora nagle jakoś tak przyblakły w obliczu tragedii Nishigorich, z której ci nawet nie zdawali sobie sprawy. Rodzinne szczęście zostało zamienione na sukcesy w kadrze narodowej. Oczywiście każde z nich pewnie znalazło inny rodzaj szczęścia w tym, jak żyło, ale to nie było to. Może Nikiforov nie wiedział, jak się sprawy miały z obecną topową japońską łyżwiarką, ale po Nishigorim widać było jedno. Tęsknił.
- Brzmisz jakbyś był z Yuuko dość... blisko - zauważył Viktor.
- Nie, nie, nic z tych rzeczy. Po prostu chodziliśmy do jednej szkoły i na te same zajęcia - wyjaśnił pospiesznie Takeshi, śmiejąc się cicho i jakby z musu. - To normalne, że się znamy.
- Na pewno? - dopytał Rosjanin, zanim zdążył się powstrzymać. - Nie podkochiwałeś się w niej?
Japończyk drgnął na dźwięk tego pytania. Angielskie słowo "love" sprawiało, że nie mógł ukryć się za niedomówieniami języka japońskiego. Przez chwilę wydawało się, że Takeshi po prostu zignoruje całą wypowiedź bądź uda, że niczego nie słyszał, ale w końcu położył dłoń na czole i pochylił się nad bandą, przytłoczony wypowiedzianą na głos prawdą.
- Szlag. I ze wszystkich ludzi na świecie akurat ty mi to mówisz... W końcu to właśnie z twojego powodu Yuuko tak się zaangażowała w łyżwiarstwo. Byłeś dla mnie jak rywal - wypalił cicho. - Zresztą, co ja właściwie gadam. Nie mam u niej szans. Już od dawna.
- Ja... Wybacz, nie powinienem... - Viktor po raz pierwszy od dawna poczuł, że wkracza na zakazany dla obcych osób teren, na którym nie powinien się znajdować. Mógł jedynie przekierować temat na inne, bezpieczniejsze tory. - I oczywiście nie czuję nic do Yuuko. Nie mógłbym. Interesuje mnie zupełnie ktoś inny.
Takeshi uniósł głowę i spojrzał z powątpiewaniem na Nikiforova, lecz ciekawość w końcu wzięła nad nim górę.
- Stąd?
Viktor uśmiechnął się. Takeshi był kompanem tak szczerym jak Chris i choć znali się krótko, raczej nigdy nie miewali przed sobą tajemnic. No i opiekunowi Ice Castle zawsze zależało na szczęściu młodszego kolegi z lodowiska. Może teraz też będzie w stanie pomóc.
- Tak, stąd - przytaknął Rosjanin, wzdychając. - Chodzi o Yuuriego.
- Że Katsukiego? Z Yu-topii? Jesteś pewien? - Informacja zdawała się być nie mniejszą bombą niż ta dotycząca Yuuko. Viktor skinął głową na potwierdzenie. - Nie wierzę. Yuuri jest chyba ostatnią osobą, o której pomyślałbym, że zainteresuje się nią Viktor Nikiforov.
Okrutne. I dość prawdziwe.
- A właściwie dobrze go znasz? - zapytał Viktor, świadom, że w tej kwestii również mogło się wiele zmienić.
- Całkiem - przyznał Nishigori. Rosjanin wrócił do ćwiczeń, jednak nie spuszczał oka z zastanawiającego się Japończyka. - Tak się złożyło, że byliśmy razem na studiach. Ja rok wyżej. Obaj poszliśmy na AWF, tylko Yuuri na koniec zdecydował się zdawać egzamin nauczycielski i skończył w tutejszej podstawówce - wyjaśnił pokrótce Nishigori.
- Czemu? Przecież mają onsen. Może pracować tam.
- Ta. Ostatni w mieście. Na dwoje dzieciaków - westchnął Takeshi, gdy Rosjanin zaczął skłony. - Nie wiem na ile dobrze znasz się z Yuurim, ale i tak podejrzewam, że wiele przed tobą zataja... Mari jest starsza, więc to jej rodzice postanowili w pierwszej kolejności przekazać pieczę nad zajazdem. Jeśli nie padną, oczywiście. Brat może jej pomagać, ale pani Hiroko chciała, żeby Yuuri miał jakiś dodatkowy zawód, tak w razie czego, gdyby splajtowali.
- Nie mów, że go zmusili. - Nikiforov wydawał się trochę przybity myślą, że Katsuki wybrał swój zawód wyłącznie za sugestią rodziny, ale Nishigori od razu machnął ręką.
- Nie, to nie do końca tak. Yuuri zawsze lubił sport, chociaż może tego po nim nie widać. Jak nie pływanie to balet, jak nie balet to taniec towarzyski... Zawsze coś go ciągnęło do wysiłku fizycznego, tylko nie potrafił znaleźć swojego miejsca.
Viktor pogłębił skłon, mrucząc na znak zgody. Słaby kontakt z rówieśnikami plus masa czasu wolnego spowodowała, że Yuuri próbował swoich sił tam, gdzie to czyny mówiły za człowieka. Jego ciało zdolne kreować doskonałą muzykę szukało sposobu, aby to uzewnętrznić. Łyżwiarstwo było do tego idealnym medium. Więc dlaczego się na tym nie zatrzymał?
- A słuchaj... Czy mi się dobrze wydaje, czy Yuuri trenował kiedyś łyżwiarstwo? - rzucił prostujący się Viktor. Oczywiście nie było dla niego żadną tajemnicą, że Yuuri ćwiczył od piątego roku życia. Norma. W dzisiejszych czasach żeby osiągnąć odpowiednio wysoki poziom należało zakładać płozy już na kołyski.
- Tego też ci nie zdradził? To dopiero... Jasne, jeździł. I to odkąd wszyscy byliśmy smarkami. Nie jestem tylko do końca pewien dlaczego właściwie zrezygnował. Przecież wydawał się w tym prawie tak samo niezły jak Yuuko. Nie czuł zapału? Motywacji? - Nishigori założył ręce na piersi, oparł całym ciałem o bandę i zasępił się. - Zresztą jak tak teraz widuję Yuuriego, to wydaje się jednym, wielkim, chodzącym brakiem motywacji. Stara się za czterech, ale jednocześnie wygląda jakby sam nie wiedział, czemu to wszystko robi. Coś w tym stylu.
- Może powinien się komuś wygadać? - zaproponował Nikiforov, na co Takeshi się skrzywił.
- Spróbuj mu o tym napomknąć. Nastroszy się jak jeż i ucieknie - skwitował Japończyk, rzucając okiem na siedzącego na macie łyżwiarza. - Ale nie powiem, miło byłoby, gdyby tego dzieciaka ktoś przygarnął i wskazał mu drogę. Jest zdecydowanie za dobry, żeby spędzić całe życie w taki sposób jak teraz.
- Jest. Jest bardzo dobry - przytaknął Rosjanin, uśmiechając się smutno. Nikt nie wiedział o tym lepiej niż on jak fantastycznym człowiekiem i łyżwiarzem potrafił być Yuuri. Ani jak bardzo w siebie nie wierzył, chociaż każda cząstka Viktora krzyczała, żeby to zaakceptował. - Chciałbym dla niego jak najlepiej. Chciałbym go wciągnąć z powrotem w łyżwiarstwo, ale obawiam się, że to już nie jest takie proste. Bo kiedy właściwie Yuuri zrezygnował?
- Ja wiem? Dawno temu. - Takeshi podrapał się po podbródku. - To na pewno było latem. Ile on mógł mieć wtedy lat... Wydaje mi się, że jakieś dwanaście, bo zaczynał gimnazjum.
Viktor zatrzymał się i szybko policzył to sobie w głowie. Był starszy o cztery lata, czyli kiedy Yuuri rzucił łyżwy, Nikiforov miał szesnaście i właśnie... Szlag. Szlag! Mistrzostwa w Sofii. A jednak. Wszystko się układało. Rozsypane puzzle znów do siebie pasowały, dając coraz bardziej klarowny obraz całej sprawie.
Yuuri nie lubił sam z siebie zaczynać wątku swojej kariery (twierdząc, że nie było czym się chwalić), a Viktor jakoś nie podejmował tematu, bo wolał skupić się na tu, teraz, zaraz. Dla niego przeszłość była tylko pasmem treningów i wypracowanych sukcesów, więc uważał za naturalne, że Yuuri też tak miał. Mierzył go własną miarą. Sądził, że wie o nim wszystko. Był dumny, że czasami udało mu się palnąć jakimś skutecznym motywacyjnym tekstem, a to wszystko było nie tak. Brnął na oślep. Dobre chęci nie rekompensowały faktu, że nie rozumiał w pełni Yuuriego, jego pobudek, ambicji, lęków...
Wsparte o matę dłonie zacisnął w pięści. Szlag. Tak bardzo szlag...
- Pamiętam ten moment, bo w kolejnym sezonie wygrałeś Mistrzostwa Rosji w niebywałym stylu, czym strasznie zachwyciłeś Yuuko - napomknął jeszcze Nishigori, ostatecznie potwierdzając przypuszczenia Viktora. - Od tamtej pory nie mogła przestać o tobie gadać.
Takeshi odsunął się od bandy i dał znać głośnym klaskaniem, że to już koniec zajęć. Grupa powoli zaczęła zbliżać się do wejścia na taflę, a Nishigori ruszył za kontuar wypożyczalni, aby odbierać łyżwy od dzieci, które zaraz potem wesoło podążyły do szatni. Nikt nie zwrócił uwagi na lekko ukrytego w cieniu ścianki Viktora, który starał się uporządkować własne myśli i uczucia.
- To jak? Rezerwujesz lodowisko? - rzucił opiekun Ice Castle, sprawdzając rozpiskę w komputerze. - Mamy akurat przerwę do czternastej. Wystarczy?
- Tak. Tak, oczywiście - rzucił wreszcie Nikiforov, wstając z ziemi.
Kiedy tylko hala opustoszała, Viktor podszedł do pozostawionych na kontuarze łyżew, łapiąc przy okazji kontakt wzrokowy z Japończykiem. Pytające spojrzenie Nishigoriego zachęciło go do podjęcia jeszcze jednego męczącego tematu.
- Takeshi? - zagadnął Rosjanin, spoglądając przelotnie na swoje łyżwy oraz na setki znajdujących się w wypożyczalni. - Czemu nie poszedłeś w łyżwiarstwo figurowe? Na przykład w pary sportowe?
Nishigori po raz pierwszy tego dnia zaśmiał się na głos, setnie rozbawiony uwagą Viktora.
- Widzisz tę sylwetkę? Normalnie sam wdzięk i szyk już od maleńkości - skwitował, po czym pokręcił głową. - Nie umiałbym zakręcić więcej niż dwójkę. Nie, łyżwiarstwo nie jest dla mnie.
- Więc dlaczego? Dlaczego wybrałeś tę pracę? - zapytał zdumiony Rosjanin.
- Chciałem tu zaczekać - odparł bez chwili wahania. Nishigori wsparł się o kontuar i spojrzał przed siebie. Daleko, daleko... Pewnie aż do samej Nagoi. - Dla niej. Dla Yuuko.
Czekał. Tylko to mu pozostało. Nie umiałby podciąć swojej Madonnie z Ice Castle skrzydeł, kiedy ta spełniała się jako łyżwiarka, więc czekał. Czy Viktor umiałby zrobić tak samo? Czekać jak Takeshi albo wycofać się jak Yuuri, byleby tylko dać tej drugiej osobie szczęście? Raczej nie. Był samolubny. Chciał mieć wszystko.
Więc nie miał nic.
- Rozumiem... To ja już może lepiej pójdę... pojeździć - wydukał Viktor, przytłoczony wyznaniem Japończyka.
"Dużo pojeździć. Najlepiej do utraty przytomności" pomyślał, wchodząc na lodowisko.
Ale nie zemdlał, na szczęście. Ćwiczenia powoli zmniejszyły gryzące poczucie zawodu, ustępując za to miejsca przeświadczeniu, że był dla siebie odrobinę zbyt surowy. Owszem, komunikacja w ich związku od dawna leżała, ale przecież cierpliwości Nikiforovowi akurat nigdy nie brakowało. Ani tym bardziej woli walki.
Viktor spiął wszystkie mięśnie i wyskoczył do flying sit spin. W trakcie piruetów nie mógł pozwolić sobie na żadne wątpliwości. Był skupiony, opanowany, nieustannie myślał "obrót, dwa, trzy, jeszcze tylko chwila do wskoczenia kolejnego poziomu, nie odpuszczaj, teraz unieś nogę, trzymaj, raz, dwa...". Z perspektywy postronnego obserwatora występ wyglądał naprawdę wspaniale - ubrany na czarno łyżwiarz trwał w pięknej, lirycznej pozie, kręcąc się raz za razem na samym środku lodowiska. Jedna z dłoni z gracją unosiła się i opadała, tworząc iluzję płynnego, prawie hipnotyzującego gestu, a wirujące ciało sprawiało wrażenie, jakby oglądało się nie człowieka, ale piękną pozytywkę. Wreszcie po wyjściu z karkołomnego piruetu Viktor wstał, zakreślił szeroki łuk, po czym przeszedł do znacznie łagodniejszej części choreograficznej. Chmurne do tej pory czoło wygładziło się, sylwetka wyprostowała, gesty stały się miękkie. W oczach znów pojawiło się ciepło. W tym programie pokazywał miłość i naprawdę czuł ją całym sobą.
Wszystko dlatego, że łyżwiarstwo było niezmienne. Ten sport dawał mu miejsce, gdzie przynależał, cel, do którego dążył i sposób, aby radzić sobie z emocjami. Choć wszystko się waliło, paliło i spadało na jego łysiejącą głowę, lodowisko jako jedyne go rozumiało. Dawało się wyżyć, przyjmowało go takim, jakim jest, bez fałszywych uśmiechów ani wymuszonych odpowiedzi. Tam odnajdywał siebie.
Ostatnie Mistrzostwach Rosji szczególnie mocno przypomniały mu, co to znaczy przekuć frustrację w chęć poprawienia się. Dziś musiał zrobić to samo. Fakt, że zawiódł Yuuriego nie oznaczał, że zamierzał na tym poprzestać i zaszyć się w mysiej dziurze. Bolało, ale właśnie dlatego postanowił, że zmieni to uczucie w coś lepszego.
Póki co jednak po długim, wyczerpującym treningu, szybkim prysznicu i zjedzonym w Yu-topii obiedzie Viktor uznał, że czas na zasłużony relaks. Mięśnie wprost krzyczały o dopieszczenie po tych wszystkich wymagających quadach, do których się przymusił, a głowa ciążyła od nadmiaru wątpliwości. Rosyjski łyżwiarz znał na to jeden, bardzo sprawdzony sposób. Onsen. Szczególnie teraz, późnym popołudniem, kiedy nieliczni, korzystający z Yu-topii klienci jeszcze pracowali bądź czekali z kąpielą na wieczór. Dzięki temu Viktor miał prawie całą łaźnię tylko dla siebie.
Prawie.
- O.
Nie spodziewali się tego spotkania. Nie w takim momencie ani tym bardziej w takim miejscu. Viktor i Yuuri gapili się na siebie przez chwilę, nie mogąc wydusić nic poza jedną samogłoską. Pierwszy z nich od kilku minut moczył się w wodzie, a drugi właśnie chciał do niej wkroczyć... tyle że na widok obcokrajowca szybko się rozmyślił.
- Nie, nie, w porządku, nie uciekaj! - zawołał Viktor do szykującego się do wyjścia mężczyzny. Yuuri zatrzymał się i spojrzał niepewnie na wyciągającego rękę Rosjanina. Cholera. Ledwie się zobaczyli, a znów wszystko szło paskudnie. Dosłownie wykrakał to wczorajsze "prędzej czy później i tak się zobaczą nago". - Jeśli chcesz, to zaraz stąd pójdę. Nie będę ci przeszkadzać.
- Ja... - Katsuki zawahał się, ale chwilę potem umknął spojrzeniem w bok. - Przepraszam. Nie musisz wychodzić. Jesteś tutaj gościem, więc nie mogę cię wypędzać.
- A ty jesteś gospodarzem. Masz większe prawo, żeby tu odpocząć, szczególnie że pewnie masz napięty grafik - zaważył łagodnie i bez wyrzutu Nikiforov. Na dodatek w jego głosie dało się usłyszeć tyle uprzejmości, że Japończyk jakoś tak mimowolnie podjął rozmowę.
- Nie, nie jestem gospodarzem - zaprzeczył Yuuri, jednak był to zdecydowanie zbyt słaby argument, aby skutecznie zbyć Viktora.
- Wydawało mi się, że masz w nazwisku "Katsuki" - przypomniał mu Rosjanin.
- Onsen należy do rodziców.
- Których jesteś synem.
- To tylko oznacza, że nie jestem sierotą.
- Możesz wykorzystać znajomości.
- Tak jak i ty. - Yuuri westchnął i przestąpił z nogi na nogę, czując pod stopami chłód kamiennej posadzki. - Jestem pewien, że jednym telefonem możesz poprosić prezydenta, żeby pożyczył ci odrzutowiec. Ja co najwyżej jestem w stanie zamówić pizzę. I to tylko niezbyt drogą.
Viktor nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- No przecież. Zapomniałem, że jestem sławny. Zaraz, gdzie to ja miałem... Ach, tak. - Rosjanin przyciągnął dłoń do siebie i zaczął udawać, że wybiera na niewidzialnej komórce jakiś numer. Po chwili przytknął ją do ucha, czekając na nawiązanie połączenia. - Halo? Policja? Chciałem zgłosić przestępstwo. Do wanny, w której się kąpię, wtargnął pewien podejrzany osobnik. Młody, uprzejmy, z niezłym poczuciem humoru... - Nikiforov zerknął na Katsukiego i mruknął na przytaknięcie. - Tak. Co? Że gdzie? No wanna leży na terenie jego domostwa. Tak. Tak. I dlatego chciałem zapytać, co mogę z tym zro... Halo? Halo?!
Spojrzał z niedowierzaniem na niewidzialną komórkę, a potem skierował błękitne oczy na Yuuriego.
- Rozłączyli się - wyznał skruszony.
- Nic dziwnego. - Kąciki ust Katsuki drgnęły niekontrolowanie, a on sam z dezaprobatą pokręcił głową. - W końcu kto bierze na poważnie zgłoszenia, w których dzwoniący zapomnia się przedstawić?
Umilkli na chwilę, aż wreszcie pierwszy chichotem wybuchnął Viktor. Miły, dźwięczny, pełen radości śmiech spowodował, że chcąc nie chcąc na twarzy Yuuriego również pojawił się uśmiech, a potem ramiona Japończyka zaczęły się delikatnie trząść, jakby ledwie powstrzymywał on napad wesołości.
- Więc to dlatego nie pozwalacie gościom przynosić tutaj komórek, prawda? Żeby nie mogli wykonywać Bardzo Ważnych Telefonów i błaźnić się przed policją? - zauważył ze śmiechem Viktor, przesiadając się odrobinę w bok. Napięcie zelżało na tyle, że upatrzył on w tym swoją szansę na nawiązanie porozumienia. - W takim razie może przedyskutujemy podczas kąpieli to, który z nas powinien z niej zrezygnować?
- Sprytne - zauważył Yuuri, wzdychając na znak rezygnacji. - Tak, chyba masz rację. Skoro już rozmawiamy, to równie dobrze możemy się jednocześnie zrelaksować.
Yuuri wreszcie ruszył z powrotem do onsenu. Uważając, aby ręcznik nie odsłonił zbyt wiele, ostrożnie przestąpił przez brzeg i zanurzył nogi w wodzie. Lecz mimo całego tego nieśmiałego zachowania Viktor zdążył wyłapać pewne wyraźne zmiany w ciele ukochanego. Po zaznaczonych mięśniach brzucha nie było już ani śladu, a niegdyś idealne uda, które potrafiły utrzymać Japończyka na rurze przez dobre kilka minut, teraz stały się bardziej przeciętne niż się tego spodziewał. No i stopy, te ładne, blade i całkowicie gładkie stopy... Pozbawione choćby najmniejszej skazy po łyżwach.
Kiedy Katsuki wreszcie usiadł na płaskim dnie, na tyle daleko od Viktora, aby zachować strefę komfortu, ale jednocześnie wciąż blisko, żeby nie wznosić między nimi dziwnego muru odseparowania, odetchnął z ulgą.
- Jak dobrze... - wyznał cicho Yuuri, rozkoszując się ciepłem gorących źródeł.
- Prawda? Onsen jest najlepszy - zawtórował mu Viktor, opierając się wygodniej o solidny kamień za jego plecami.
Zapadła cisza zakłócana jedynie pluskiem spływającej z fontanny wody. Luźna atmosfera sprzed zaledwie chwili zdążyła już nieco ostygnąć i z kolejnymi mijającymi sekundami zaczęło się robić delikatnie niezręcznie. Lecz zanim Viktor wymyślił jakiś odpowiedni temat, jakiś neutralny tekst, cokolwiek, pierwszy odezwał się Yuuri. Zerknął z pewną nieśmiałością na Nikiforova i odchrząknął cicho.
- Naprawdę nie jest źle - przyznał i umilkł. Viktor przeniósł spojrzenie w bok, by zauważyć nieznaczny rumieniec na twarzy Katsukiego. Może był on kwestią gorąca, a może speszenia, jakie nie do końca opuściło introwertycznego mężczyznę. Yuuri znów otworzył usta: - Wiesz... Ja... Przepraszam za to, że cię unikałem. Nie znam się na zagranicznych żartach, więc nie wiedziałem, o co ci wczoraj chodziło. Cały czas zastanawiałem się, co powinienem na to wszystko odpowiedzieć, ale zupełnie nie umiałem wpaść na nic mądrego i... i jakoś tak to się skończyło.
Viktor poczuł, że coś na krótką chwilę chwyta jego serce, a potem powoli puszcza. To nie było nic złego. Wręcz przeciwnie, wydawało się miłe - jak ciężar, który spada z barków obwiniającego się człowieka. Więc Yuuri nie bał się Viktora, ale tylko tych konkretnych słów. Boże, jak dobrze. Nie wszystko było stracone.
- Nie, nie przepraszaj, miałeś święte prawo się tak poczuć. Widzę, że muszę jeszcze dużo popracować nad gryzieniem się w język - powiedział powoli Viktor, wpatrując się w wodę. Powierzchnia mieniła się od licznych świateł lamp, odbijających się na wytworzonych przez fontannę falach. - To był tylko taki motywacyjny wywód. Głupi, wiem. Ale nie umiałem się powstrzymać, kiedy zobaczyłem jak się uśmiechasz. Powinieneś to robić częściej - wyznał. - Cieszyć się z życia. Być z siebie dumnym. Wierzyć, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze.
Yuuri nie wyglądał na przekonanego.
- Naprawdę to tylko o to chodziło? Przecież nie mam absolutnie żadnych szans na jakiekolwiek medale i... inne rzeczy - zająknął się.
- Dlatego przepraszam, że tak źle to zabrzmiało. Mówiłem ci, że jestem paskudny w nawiązywaniu nowych znajomości. Mam w głowie tylko łyżwy i łyżwiarskie skojarzenia. - Viktor uśmiechnął się, ale gdzieś w głębi ducha właśnie zabijał chęć, by zgarnąć Yuuriego w ramiona i błagać, żeby wybaczył mu o wiele, wiele więcej. - Poza tym powinienem przeprosić cię również za to, że musisz mnie tu znosić. Twoja mama zaproponowała mi pobyt w Yu-topii na najbliższe dwa tygodnie, ale jeśli mogę, chciałbym poznać jeszcze twoją opinię. Yuuri, czy nie będzie ci to przeszkadzać, jeśli trochę tu pomieszkam?
Pytanie wyraźnie zaskoczyło Japończyka. Już miał przypomnieć, że "przecież nie jest tu gospodarzem i nie jemu o tym decydować", ale chyba wyczuł, że Viktor zwraca się do niego nie jako klient, ale jako znajomy. Znajomy, który szanuje jego zdanie.
- Nie, ja... Strasznie bym się obwiniał, gdybyś wyjechał po tym, jak cię potraktowałem... A skoro to wyjaśniliśmy... Nie mam nic przeciwko - wyznał w przypływie szczerości. Potem Yuuri zerknął na Nikiforova i kiwając głową, powiedział nieco spokojniejszym tonem: - Cieszę się, że zostajesz.
- Ja też się cieszę - odpowiedział Viktor i uśmiechnął się łagodnie.
Błękitne oczy spotkały się z ciemnobrązowymi i na chwilę zatrzymały się, by się ze sobą oswoić. Wydawało się, że mężczyźni nadal rozmawiali, choć tym razem bezgłośnie, wyjaśniając spojrzeniami wszystko to, co mogło zostać źle zinterpretowane przez słowa. W porządku. Tak też było dobrze.
- W takim razie może zaczniemy wszystko od początku? Tym razem właściwie? - zaproponował Rosjanin, przypominając sobie wcześniejsze spotkanie z Nishigorim. Wtedy wyszło całkiem nieźle, to może teraz też? Mężczyzna wyciągnął rękę z wody i podał ją jak do uściśnięcia. - Jestem Viktor.
Japończyk popatrzył niepewnie na podsuniętą rękę, ale po chwili uniósł także swoją i uścisnął dłoń rozmówcy na znak powitania.
- Katsuki Yuuri - odpowiedział machinalnie, a potem nieco się zreflektował. - Zaraz, zaraz. Nie powinieneś dodać swojego nazwiska?
- Psujesz, Yuuri. Dopiero się poznaliśmy. Może tak naprawdę nie mam nazwiska? Jak Zorro albo Batman - wyznał, na co z ust Katsukiego wydobyło się zduszone parsknięcie. - Więc? Co jeszcze możesz o sobie powiedzieć? Jakie masz zainteresowania? Co lubisz?
- Ja? - Japończyk nieco się spiął, usilnie próbując wymyślić jakieś ciekawe przedstawienie. - Cóż... Mam dwadzieścia cztery lata i jestem nauczycielem wf-u. Przeciętnym. Mieszkam w onsenie o nazwie Yu-topia Katsuki, w Hasetsu, na Kiusiu. Zainteresowania... praktycznie nie mam. Moją ulubioną potrawą jest katsudon.
Viktor westchnął.
- Mam jedno zastrzeżenie. No dobrze, tak właściwie to trzy. Po pierwsze nie powinieneś na wstępie mówić o sobie, że jesteś przeciętny. Pierwsze wrażenie ma się tylko jedno i należy je dobrze wykorzystać. Po drugie nie wierzę, że nie masz zainteresowań. Jestem pewien, że kochasz jakiś typ muzyki albo zwierzaki, na przykład pudle albo rosomaki. O, albo quokki. Je wszyscy kochają. A po trzecie... - Viktor zawiesił głos, by po kilku sekundach uśmiechnąć się szeroko. - Miło mi cię poznać.
- Rosomaki to może jednak nie, o quokkach nigdy nie słyszałem, ale pudle... Tak, chyba faktycznie zaczynam je lubić. Szczególnie takiego jednego, którego spotkałem wczoraj - przyznał Yuuri, odwzajemniając uśmiech. - A ty? Kim jesteś?
- Taki tam Viktor. Z tych Viktorów - zażartował Rosjanin, na co Yuuri sapnął z udawanym oburzeniem. - No dobrze, dobrze. Jestem łyżwiarzem figurowym i według niektórych sędziów robię to nawet dobrze...
- Tych sędziów było dużo! - nie mógł się powstrzymać Yuuri.
- ...robię to na tyle dobrze, że jestem jednym z najlepszych łyżwiarzy na świecie - zreflektował się Nikiforov, na co Yuuri mruknął coś w rodzaju "niech będzie". - Mam cudownego pudla, który wabi się Makkachin, a moim hobby są łyżwy. Tak, wiem, przewidywalne. Na stałe mieszkam w Petersburgu, chyba że aktualnie szwendam się gdzieś po świecie w poszukiwaniu szczęścia.
- Chyba medali - poprawił go Yuuri, ale zaraz potem zmarszczył brwi, jakby próbował przypomnieć sobie coś istotnego. - Właściwie czy nie powinieneś mieć teraz jakichś ważnych zawodów? Mistrzostwa Świata, prawda?
- Powinienem - przyznał Viktor - ale zacząłem mieć wątpliwości co do tego, czy to, co robię, jest słuszne. O co powinienem walczyć. Co robić dalej w życiu.
Katsuki zrobił zaskoczoną minę, po czym uciekł wzrokiem w inną stronę, jakby wyczuł, że wkracza na grząski temat. Rozmowa załamała się jak chwiejny domek z kart, a dobry humor uleciał wraz z parą z onsenu.
- Przepraszam - wydukał Yuuri. - Nie powinienem...
- Nie, nie przepraszaj - poprosił łagodnie Viktor, po czym pochylił głowę, aby pochwycić spojrzenie Japończyka. - Zamiast tego porozmawiaj ze mną. Pozwól mi uporządkować myśli. To mi pomoże znacznie bardziej, naprawdę.
Yuuri popatrzył z powrotem na Rosjanina, a w jego oczach kryło się niedowierzanie. Viktor skinął na to głową. Wiedział, że nie zdobędzie zaufania Yuuriego, jeśli będzie się starał wyciągnąć jego problemy. Postanowił więc rzucić na szalę swoje.
- Pytaj. Śmiało - poprosił Nikiforov.
- Więc... - Yuuri jeszcze przez chwilę zastanawiał się, czy na pewno powinien, ale wyraz twarzy Viktora, trochę bolesny i jakby spragniony wyżalenia się, wreszcie skłonił go do poruszenia nurtujących kwestii. - Dlaczego masz wątpliwości? Jak ktoś taki jak ty w ogóle może je mieć? Jesteś uzdolniony, sławny, uwielbiany. Jakkolwiek nie pojedziesz, wszyscy będą zachwyceni. Przecież jesteś mistrzem.
Viktor skinął głową, przywołując na twarzy uspokajający uśmiech. Chciał, żeby Yuuri wiedział, że nie ma mu za złe tych pytań.
- Mistrzem, tak... Ale wydaje mi się, że to brzmi trochę jakbym był zmuszany do bycia szczęśliwym - wyznał Viktor, opierając się plecami o kamienny brzeg. - Yuuri, czy znasz to uczucie, kiedy świat wywiera na ciebie presję? Kiedy oczekuje się od ciebie czegoś więcej, bardziej, lepiej, a tobie brak już pomysłów na to, jak temu podołać? I nagle gubisz w całym bałaganie samego siebie. Zapominasz, o co ci chodziło. Stajesz się niewolnikiem minionych decyzji.
- Nie musisz mi tego mówić. Całe życie takie jest - przyznał Yuuri niemal na granicy słyszalności, a potem przyciągnął do siebie kolana i objął je rękami. - Kiedy mam się za coś zabrać, moja głowa robi się ciężka od nadmiaru rzeczy, które mogę zepsuć. Więc robię to, co radzą mi inni, ale ostatecznie i tak jest źle. Tak bardzo, bardzo chcę być przydatny, a jednocześnie wszyscy dają mi do zrozumienia, że to nie to. Że jestem niepotrzebny.
- Wiesz, Yuuri... Może jestem tylko przypadkowym gościem, ale wydaje mi się, że wszyscy nieustannie cię wspierają. Gdybyś znalazł rzecz, której chciałbyś się poświęcić, to oni byliby całym sercem za tobą - wyjaśnił Viktor, ale zaraz pokręcił głową. - Nie, oni już są całym sercem za tobą. Chcą, żebyś był trochę samolubny. Żebyś podążył swoją drogą, a nie czuł się do czegoś zmuszony.
Yuuri wciąż wpatrywał się w swoje kolana.
- Ale to nie tak, że nie chcę jej znaleźć. Ja nie umiem. Nie jestem w niczym dobry...
- Umiesz. Próbuj. Nie zrażaj się pierwszą porażką. Ani drugą czy dziesiątą. Nikt nie rodzi się mistrzem. Nawet ja - wyznał Nikiforov.
- Nawet? - powtórzył szeptem Yuuri, zerkając wreszcie w stronę Viktora. Brązowe, podobne do bursztynów oczy z nadzieją wypatrywały w twarzy towarzysza potwierdzenia. Rosjanin przytaknął.
- Nawet. Wiele razy przegrałem. Teraz też nieustannie popełniam błędy. Bardzo, bardzo bolesne błędy. Ale wiem, że chcę się starać. Jeśli nie dla siebie, to dla... innych - dokończył Viktor, w ostatniej chwili umykając przed wypowiedzeniem słowa "ciebie". - I wiem, że ty też tak potrafisz. Próbowałeś mnie zrozumieć, chociaż po wczorajszym dniu mogłeś mnie odepchnąć i zapomnieć. To wiele o tobie mówi. Jesteś wspaniałym człowiekiem i w moich oczach nic tego nie zmieni.
- Nikt nigdy... tak do mnie nie powiedział. - Yuuri zawahał się i przełknął ślinę. - Ja...
Umilkł, oddychając ciężko. Zbyt ciężko. Zaczerwieniony Katsuki zamknął oczy, przyłożył dłoń do czoła i odchylił głowę do tyłu, nabierając powietrza.
- Chyba zaczyna kręcić mi się w głowie - wyznał po chwili, po czym otworzył oczy. - Wyjdę już.
- Idę z tobą - zaoferował Viktor i poderwał się na równe nogi, zgarniając z brzegu swój ręcznik. - Będę cię asekurować.
Yuuri skinął głową na zgodę. Faktycznie wyglądało to dość nieciekawie, choć Viktor nie był pewien, czy powód skołowania był tylko natury fizycznej. Ale nieważne. Ważne, że udało im się bezpiecznie przejść przez łaźnię i dotrzeć do pustej przebieralni.
W szatni obaj mężczyźni wytarli się do sucha i założyli na siebie przygotowane na zmianę ubrania - jeden ubrał się w zieloną yukatę, a drugi w czarno-szary domowy dres. Potem przysiedli na chwilę na ławce, aby Katsuki nieco odpoczął, a Viktor zajął się otartymi na treningu stopami, które musiał na nowo opatrzyć po kąpieli.
- Lepiej ci? - zapytał Rosjanin, zerkając raz za razem na siedzącego obok towarzysza. Pochylony Yuuri mruknął krótko.
- Tak, już jest całkiem okej.
- To dobrze. - Viktor odetchnął z ulgą. - Aż strach pomyśleć, co by było, gdybym jednak nie wprosił się do kąpieli i z tobą nie został. Mógłbyś się tam utopić.
- Znowu zaczynasz. - Katsuki nieco się wyprostował, a na jego ustach pojawił się słaby uśmiech. - Nie wprosiłeś się. Wręcz przeciwnie, dzisiejsza kąpiel to była najlepsza rzecz, jaka mi się ostatnio przytrafiła. I właściwie...
Yuuri przymknął oczy, milknąc na chwilę.
- Właściwie nie rozumiem, dlaczego tak dobrze mi się z tobą rozmawia - powiedział jakby do siebie, ponownie zwieszając głowę nad podłogą. - Przecież praktycznie cię nie znam.
Viktor spojrzał na Yuuriego. Właśnie, rozmawiali. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu zatrzymali się i odsłonili przed sobą kawałki swoich serc. Coś, co powinien zrobić w innym świecie. W każdym świecie.
Wtedy kolejna fala wątpliwości natarła na Nikiforova z całą mocą. Więc dlaczego był tutaj? Dlaczego nie znajdował się w Petersburgu i nie śmiał się z tego koszmaru wraz z Yuurim, który otoczyłby jego głowę ramionami i pocieszył, jednocześnie przestrzegając, aby nigdy więcej nie myślał o takich głupotach? Czy to znaczy, że całe jego poprzednie życie było tak naprawdę iluzją? Tylko jak mógł w ogóle mieć tak dokładny, pełen szczegółów, smaków, zapachów i czułości sen... Pełen najwspanialszej osoby, jaka mogła mu się przytrafić. Osoby, która teraz była na wyciągnięcie ręki i którą zniszczyłby, gdyby ją dotknął.
Kochał Yuuriego, zawsze i każdego, nawet tutaj, ale zgodnie z tym, co przed chwilą usłyszał, przecież "praktycznie go nie znał". A Yuuri oczywiście nie znał jego. Viktor nie był dla niego żadnym idolem, trenerem, choreografem, przyjacielem, ukochanym ani narzeczonym. Może nie był nikim, lecz nie był też kimś.
Więc kim?
- Yuuri? - Viktor przerwał opatrywanie stóp i nachylił się delikatnie w stronę Japończyka. Chciał się czegoś uczepić. Postawić kolejny, cenny krok w relacji. - W takim razie kim chcesz, żebym dla ciebie był?
- Dla mnie? - Katsuki otworzył oczy i odwrócił się w stronę łyżwiarza. - Nie wiem...
Nagle jego wzrok przykuła znajdująca się na ławce stopa Viktora, którą łyżwiarz właśnie zalepiał świeżymi plastrami. Usta Yuuriego w jednej chwili ułożyły się w kształtne "O", a ukryte za okularami oczy rozszerzyły się z przestrachem.
- Jak... Jak to się stało?! - zawołał, wskazując na nogi Rosjanina. Tak jak wcześniej policzki Yuuriego pokrywał nie do końca zdrowy rumieniec, tak teraz nieznacznie pobladły - To przez nas? To przez onsen? Poraniłeś się na kamieniach?
- Co...? - zdziwił się Viktor, podążając za spojrzeniem Katsukiego. Zaraz jednak zrozumiał, o co chodzi i uspokajająco pomachał rękami. - Ach, nie, nie, to wszystko przez łyżwy. Ostro dziś trenowałem i to normalne, że-
- Normalne? - przerwał dość niespodziewanie Yuuri. Zamrugał i wlepił oczy w Viktora. - Zadawanie sobie takiego bólu jest... normalne?
Viktor zasępił się. Pewnie nie. Na pewno nie. Ale skończyły się czasy, gdy sport był uznawany za synonim zdrowia. Jeśli chciało się osiągać wyniki, trzeba było stawiać swoje zdrowie na szali i kroczyć po cienkiej krawędzi między perfekcją a zniszczeniem. Po przekroczeniu tej granicy zaliczało się kontuzje lub wypadało na zawsze ze zmagań. Z jednej strony chore, tak jak przesadą mogła wydawać się współczesna walka na quady, ale z drugiej strony człowiek po to istniał, aby przekraczać swoje możliwości. Inaczej nie byłby w tym miejscu, w którym się znajdował. Inaczej znaczyłoby to, że mu nie zależało.
- Tak - odparł po chwili Viktor, zerkając na poranioną stopę. Otarcia na nogach nie oznaczały wcale, że nienawidził łyżwiarstwa, tak jak kłótnie między nim a Yuurim nigdy nie umniejszały ważności uczuć, jakimi się darzyli. - Bo jeśli jest to coś, co naprawdę kochasz, to jesteś w stanie dla niego zrobić wszystko.
I Viktor zniósłby nieporównywalnie więcej ran, byleby tylko móc kochać i być kochanym przez Yuuriego.
Japończyk nie odpowiedział na to od razu. Z pewnego rodzaju niedowierzaniem patrzył w błękitne oczy Rosjanina, jakby czekał na jakiś błysk fałszu. Że to nie może być takie piękne. Że ból to zawsze tylko ból, że nie da się go usprawiedliwić. Że nie ma żadnych wzniosłych pobudek, dla których warto walczyć. Ale Viktor twierdził inaczej. Pięciokrotny złoty medalista mówił o swoim ukochanym sporcie i zdawał się nic nie robić z krzywdy, który sam sobie wyrządził.
Bo to nie była krzywda, tylko poświęcenie.
- Ja... - zaczął niemal niesłyszalnie Katsuki. - Ja... chciałbym...
Yuuri spojrzał jeszcze raz na stopę Viktora i nie wiedząc czemu wyciągnął ku niej dłoń. Możliwe że obudził się w nim jakiś odruch pedagoga, przez który nie chciał, by ktoś w pobliżu cierpiał. A może po prostu nie umiał znaleźć odpowiednich słów, wybierając zamiast nich gest. Tymczasem niedokończona wypowiedź wciąż wisiała w powietrzu. Czy Yuuri też chciałby pokochać coś równie mocno? Czy może chciałby być tak bezgranicznie kochany? Zraniony człowiek, który byłby najwspanialszy mimo niedoskonałości i skaz. Bo przecież nie musiał od razu podbijać całego świata. Pragnął chociaż jednej rzeczy, przynajmniej jednego człowieka, który uznałby jego wartość. Jak...
I zanim Japończyk zrozumiał, co robi, przysunął się i delikatnie, jakby z obawą pogładził czubkami palców jeden z okrywających stopę plastrów. Viktor prawie nie oddychał. Nie mógł. W momencie, w którym zabronił sobie dotykania Yuuriego, ten zaskoczył go jak zawsze i sam zainicjował ruch.
Opuszki palców raz za razem muskały miękki, lekko chropowaty materiał. Viktor czuł się jak ranne zwierzątko, które ktoś starał się oswoić, ale jednocześnie trochę bał się, że je spłoszy. Widział, jak Yuuri wpatrywał się w stopę i głaskał ją równomiernie i powoli, zapominając, kim jest osoba siedząca po jego prawej stronie. Jakby to nigdy nie miało znaczenia. Palce przemykały po elastycznej tkaninie, niemal z czułością i za każdym razem odrobinę pewniej, aż w pewnym momencie dłoń drgnęła, a opuszki zetknęły się z odsłoniętą skórą.
To było zaledwie muśnięcie, niewinny dotyk, ale zelektryzował ich obydwu jak prawdziwa iskra. Yuuri nagle wycofał dłoń, a kiedy Viktor podniósł wzrok, zobaczył na policzkach Japończyka rumieniec.
- Ja... Nieważne - wydukał krótko Katsuki.
Czar prysł, bezpowrotnie kończąc to milczące porozumienie. Zanim Nikiforov zdążył zareagować, Yuuri zerwał się z ławki, złapał swoje okulary oraz mokry ręcznik i ruszył pędem w stronę wyjścia.
Znów uciekał, lecz Viktor nie chciał na to pozwolić.
- Yuuri! - zawołał za nim. Mocno, głośno, tęsknie.
Katsuki zawahał się, przystając tuż przy zasłonie oddzielającej właściwą część onsenu od hallu, gotów wyjść w każdej chwili, w której Viktor zechce za nim gonić. Ale nie gonił.
- Chcę, żebyś wiedział, że ja też dobrze się z tobą bawiłem - zapewnił Rosjanin. - I że bardzo mi pomogłeś. Dzięki naszej rozmowie wiem, że chcę dać z siebie wszystko. Rozumiesz? Nie zamierzam się poddawać.
Czekał, tak jak czekał Yuuri, ważąc w myślach ostatnie słowa. Wreszcie Japończyk rzucił ostatnie przelotne spojrzenie na Viktora, pokazując (a może tylko mu się zdawało?) nikły uśmiech.
- Dziękuję - odpowiedział, wychodząc z łaźni. - Dziękuję, Viktor.
Przypisy-chan
Ufff. To był naprawdę potężny rozdział. Najdłuższy jaki kiedykolwiek stworzyłam. Mam nadzieję, że ilość nie oznaczała jednak utraty jakości (chociaż terminy walą, walą, walą do drzwi). Dziękuję za ogromną pomoc DaryavonDayern oraz an_nox za utwierdzanie mnie, że mam dla kogo pisać "Teorię".
Tytuł rozdziału pochodzi z piosenki użytej przez Guang-Honga do programu krótkiego. Oznacza "zapach kwiatów". Przyjemny i jednocześnie ulotny aromat, tak przyjemny i ulotny jak szansa, którą dostał Viktor. A tutaj dostał ją dziś kilkukrotnie. Szansę dała mu Mari i Hiroko, dzięki czemu może dalej nocować w Yu-topii, kolejny deal zaproponował mu Pragma, co jest jednak złem samym w sobie, i kolejny raz miał okazję, aby porozmawiać z Yuurim. Szczerze.
W tej części wyjaśniło się nauczycielskie powołanie Yuuriego. Yu-topia jest ostatnim onsenem w Hasetsu także w anime, a wierzę, że sława Yuuriego mocno podnosiła prestiż zajazdu. Gdy tego zabrakło, sytuacja zaczęła robić się na tyle nieciekawa, że rodzice poprosili syna o zajęcie się czymś poza gorącymi źródłami (z podobnego powodu do reszty splajtowała szkoła Minako). Poza tym mam headcanon, że Yuuri również w Detroit studiował na jakimś AWFie, więc miło było mi to połączyć.
Toyomura to oficjalne panieńskie nazwisko Yuuko. Pojawiło ono się, jeśli mnie pamięć nie myli (Dar, jakby co to popraw) w Staff Booku. Informacja wyskoczyła idealnie w trakcie kończenia tego rozdziału. Znak od niebios normalnie. Tylko ucierpiał na tym Nishigori. Biedny, biedny Takeshi... Fajnie, że Yuuko jest sławna, ale kolejny związek przez to wszystko odszedł w niepamięć...
Sporo było w tym rozdziale smuteczkowania, ale również sporo też nadziei. Co teraz pocznie Viktor z powoli odbudowywanym zaufaniem? I co zrobi z tym nieszczęsnym cieniochujkiem? Davai, Vitya. Zrób z nim porządek! Pokaż nam happy end!
Do zobaczenia za dwa tygodnie! :*
