Delikatna nić porozumienia, jaka zdołała zawiązać się między nim a Yuurim, nie była grubsza od cienkiej, lekkiej pajęczyny. Być może Viktor powiedział za dużo, być może to Yuuri odsłonił się za bardzo, ale przy kolejnym spotkaniu żaden z nich nie umiał nawiązać do tego, co stało się w przebieralni. Dlatego milczeli. Głównie milczeli... Ulotna, prawie niewidoczna więź, opierająca się na tym, że mężczyźni od pięciu dni witali się przy śniadaniu i zamieniali ze sobą parę zdań przy grupowej kolacji, nie wróżyła jakiejkolwiek poprawie sytuacji. A jednak krucha znajomość nie potrafiła się rozpaść, tak jak pajęcza przędza nie chciała się zerwać nawet na porywistym wietrze.

Myśleli o sobie. Czekali na siebie. Te przelotne uśmiechy, jakie wymykały im się, kiedy Viktor wracał z treningu, a Yuuri wyglądał zza kontuaru, jasno wskazywały, że podświadomie szukali swojego towarzystwa. I choć nie byli dla siebie tym, kim byli kiedyś, zbieżność ich charakterów działała jak magnesy, które nie wiedziały, którą stroną mają się ku sobie obrócić. Obaj za czymś tęsknili. Wyglądali na szczęśliwych, ale od środka zżerała ich frustracja. Potrafili śmiać się najpiękniej na świecie i smucić tak, że pękało serce. Potrzebowali kogoś. Kogoś...

...kogo?

Codziennie patrzyli na siebie, nie wiedząc, co powinni zrobić. Znaleźli się po dwóch stronach zwierciadła - widząc się, słysząc, lecz nie mogąc do siebie dotrzeć. Coś ich blokowało, jakaś cienka, przezroczysta tafla... jak powierzchnia lodowiska, która ich poróżniła. Jak powierzchnia, która teraz nie mogła ich połączyć.


Viktor nie mógł tak dłużej żyć i właśnie dlatego próbował znaleźć własną odpowiedź w trakcie ćwiczeń w Ice Castle. Walczył z quadami tak, jakby walczył z niewidzialnym przeciwnikiem, a każdy nerw jego ciała płonął od nieustających prób programów. Stagnacja go niszczyła. Brak inspiracji zabijał nie tylko sportowego ducha walki, ale zabierał jakąkolwiek nadzieję na przyszłość, zagłuszając myśli, blokując chęci do działania. Wiedział, że jeśli nie będzie miał żadnego planu, jakiegoś punktu zaczepienia w kwestii tego, jak mógłby zbliżyć się do Yuuriego, z pewnością nigdy nie pogodzi się ze stratą ukochanej osoby. A czas kurczył się nieubłaganie.

Tak, kurczył się. Czy tego chciał, czy nie, gdzieś w tyle głowy nieustannie błąkała się myśl o zbliżających się Mistrzostwach Świata oraz o ostatecznym terminie, jaki miał na spełnienie finalnego życzenia. Rosjanin najpierw starał się zignorować tę nieznośną sugestię, dawał sobie wycisk na treningach, pomagał państwu Katsuki w onsenie, wychodził z Makkachinem na długie spacery po Hasetsu... Ale jakkolwiek Viktor nie wyklinał istoty za jej podszepty, mimowolnie wciąż wracał do szukania sposobu, aby sprowadzić Yuuriego do świata snów. Chciał ratunku nie tylko dla siebie, ale dla nich obu.

Wreszcie Viktor przestał się zapierać. Spróbuje. Podejmie trud sprowadzenia ukochanego na senne lodowisko, żeby raz na zawsze zadecydować, w którym świecie powinni żyć.

Nie zamierzał jednak zmuszać Yuuriego do brania udziału w jakichś podejrzanych konszachtach. Wręcz przeciwnie - gdyby tylko groziło mu jakiekolwiek niebezpieczeństwo, Rosjanin natychmiast rzuciłby się między nim a istotę, poświęcając tę resztkę smutnego życia, jaką jeszcze posiadał. Po prostu... Cofnięcie życzenia nie było przymusem, a szansą. Zbyt kuszącą, aby była całkowicie bezpieczna. Zbyt cenną, aby ją całkowicie odrzucić. A skoro tak, Nikiforov chciał pokazać alternatywę; ją oraz więź, jaka ich łączyła, żeby Katsuki mógł podjąć swoją decyzję. Viktor miał tylko cichą nadzieję, że cokolwiek miałoby się stać, ukoi to ten dokuczliwy ból serca, który męczył go odkąd dowiedział się, jak bardzo unieszczęśliwił Yuuriego.

Był tylko jeden problem - Viktor kompletnie nie wiedział, jak się do tego zabrać. Gdzie znaleźć speca, który podpowiedziałby mu, jak podzielić się myślami z osobą, która nie wiedziała o żadnych ludkach handlujących życzeniami? Pytanie tutejszych mieszkańców odpadało, bo nawet bez tego uznawany był za lekkiego, choć nieszkodliwego wariata ze skłonnościami do gwiazdorzenia. Telefon do przyjaciela również nie wchodził w grę, bo chociaż lista kontaktów obfitowała w telefony do znajomych sportowców, dziennikarzy, paru celebrytów, wizażystów, fryzjerów, sklepów obuwniczych, managera, firmy taksówkowej, weterynarza i jednej chińskiej knajpki, której od wieków zapominał skasować, to jak na złość nie zawierała numeru żadnej wróżki ani choćby specjalisty od feng-shui.

W przebłysku prostolinijnego geniuszu Nikiforov uruchomił więc Skype'a i połączył się ze starą, dobrą Matuszką Rosją, gdzie urzędowała jedyna zaznajomiona z całą sprawą osoba. Co prawda żaden był z niego jakiś konkretny spec, ale jednak oscylował gdzieś w rejestrze sprawdzonych firm. Bardzo sprawdzonych. Tak sprawdzonych, że jęk na powitanie oraz stwierdzenie zaczynające się od "no chyba cię popierdoliło, Viktor, jest siódma rano" były prawie stałym elementem ich rozmów. I tak kolejna pogawędka z Yurio przyniosła kilka nowych epitetów pod adresem Nikiforova oraz bardzo trafne spostrzeżenie z rodzaju "znasz zasadę - albo coś jest w Internecie, albo to nie istnieje". Faktycznie. Zawsze coś.

Właściwe poszukiwania zaczęły się zatem od wyszukiwarki oraz dość prymitywnego pytania: "Jak sprowadzić inną osobę do swojego snu?". Viktor przeskakiwał od zakładki do zakładki, od strony do strony: rosyjskich, francuskich, angielskich... Lecz choć nie znalazł prostej odpowiedzi na to konkretne zagadnienie, wyświetlane wyniki dość szybko skierowały jego rozważania na dwie ścieżki - jedna dotyczyła "świadomego śnienia", a druga "wspólnego śnienia".

Pierwsza droga wydawała się naprawdę obiecująca, bo wymagała jedynie zaangażowania oraz chęci od samego Viktora. A tego łyżwiarski geniusz miał aż nadto. Mężczyzna podjął się więc trudu wypracowania swojego testu rzeczywistości, a potem stosowania go przy każdej możliwej okazji, aby wkrótce móc panować nad tym, co mu się śni. W efekcie już po kilku dniach wytężonych ćwiczeń Viktor na tyle dobrze opanował podstawy, że w trakcie trzeciej nocy udało mu się spostrzec, że śpi. Ba, mało tego, zapanował nawet nad chęcią obudzenia się i zdołał wykreować postać Yuuriego... ale dokładnie w momencie, kiedy zobaczył znajomy uśmiech i piękne, brązowe oczy, wiedział, że to nie to. To nie był naprawdę Yuuri, nie jak wtedy, gdy ocalił Viktora z łap istoty. Ten ze świadomego snu okazał się całkowicie pusty.

Wtedy Viktor porzucił pierwszą ścieżkę i skupił się na drugim zagadnieniu. Wspólne śnienie.

Na początku wydawało mu się, że chodzi o jakieś seanse spirytystyczne i nie ma to tak naprawdę wiele wspólnego z sytuacją, która mogła mieć miejsce w styczniu. Im bardziej jednak zagłębiał się w opisy, tym szerzej otwierały się jego usta. Viktor jak szalony przebiegał oczami po tekście, odnajdując w kolejnych zdaniach potwierdzenie na wszystkie dotychczasowe wydarzenia.

"...wspólnie śnienie odnosiło najlepsze wyniki w przypadku bliskich sobie osób..."

"...najlepiej, żeby osoby związane były ze sobą jakimiś silnymi emocjami..."

"...w świadomym śnieniu pomaga fizyczny kontakt z drugim człowiekiem..."

Układanka nagle zaczęła się uzupełniać o kolejne nieznane wcześniej fragmenty. To w ten sposób ta przeklęta istota wszystko zaplanowała. Czekała, aż Viktor będzie spał sam, żeby zasiać w jego głowie ziarno niepewności. Robiła wszystko, żeby wznieść między narzeczonymi mur niezgody, a gdy jej się to udało, bez przeszkód skłoniła Rosjanina do zawierania paktów. A teraz, kiedy Viktor i Yuuri oddzielili się od siebie tak bardzo, że bardziej już nie można, istota zaproponowała układ idealny. "Stańcie się sobie bliscy, a znów będziecie razem." Hipokryzja. Niech to szlag. Niech to szlag!

Myślał. Tak cholernie ciężko myślał. Każdy skok sprawiał, że adrenalina napędzała go do działania, a spojrzenie na ścianę, za którą przy biurku siedział Yuuri, zmuszało Viktora do wzięcia głębokiego wdechu i włączenia kolejnej strony o ezoteryce. Myślał. Próbował. Myślał. Starał się. Patrzył. Wierzył. Myślał. Myślał. Myślał... Ale po tych pięciu dniach prawie-milczenia wreszcie doszedł do pewnej granicy, której nie mógł przekroczyć.

Granicy zwanej "zwątpieniem".


- Mari, czy mógłbym prosić cię o butelkę shōchū?

Młoda Japonka uniosła głowę znad sprzątanego blatu i spojrzała na zmarnowanego, przygarbionego obcokrajowca, który właśnie kończył kolację przy jednym z niskich stolików. Rosjanin wyglądał jak siedem nieszczęść i ze trzy katastrofy naturalne w jednym. Tak na oko ze dwa trzęsienia ziemi i jeden huragan kategorii trzeciej.

- Ciężki dzień, co? - Mari chwyciła w dłonie dwie wieżyczki z półmisków i ruszyła w stronę zaplecza. - Jasne, zaraz przyniosę.

Był już późny wieczór, a ostatni odwiedzający onsen goście zdążyli wyjść jakieś dziesięć minut temu. Teraz w przestronnej jadalni pozostał już tylko jeden Viktor, sam na sam ze swoimi problemami. Musiał przyznać prawdzie w oczy, że wrócił do punktu wyjścia.

- Treningi nie idą? - zagadała Mari, stawiając przed Viktorem białawą, pękatą butelkę z napitkiem oraz czarkę.

- Tak jakby. - Viktor uniknął tematu, nie chcąc zdradzać, że tym specyficznym mięśniem, który w żaden sposób nie chciał dać się okiełznać, było serce.

- Może to przez pogodę. Yuuri też chodzi ostatnio jakiś nieswój - zdradziła Japonka. - Nieswój nawet jak na siebie - doprecyzowała, idąc w stronę okna.

Viktor na chwilę przestał mocować się z butelką.

- Tak? Coś go gryzie?

- Pewnie jak co semestr pluje sobie w brodę, że wybrał taką, a nie inną fuchę. - Mari pchnęła szybę, a potem wyciągnęła z kieszeni paczkę fajek i zapaliła jedną z nich, opierając się biodrem o parapet. Ciepła atmosfera panująca w Yu-topii szybko sprawiła, że Viktor niemal odtworzył zażyłe stosunki z rodzicami i siostrą Yuuriego, wdając się regularnie w swobodne pogawędki. Szkoda, że z najmłodszym członkiem rodziny nie było tak łatwo. - Lubił sport, zawsze ciągnęło go do ruchu, wszystko spoko... Tylko chyba wcale nie chciał skończyć jako czyjś instruktor.

- Może sam wolałby się uczyć? - rzucił Viktor, biorąc pierwszy haust ulubionego shōchū. Gardło paliło przyjemnie i znajomo. - A dużo rzeczy trenował?

- Praktycznie co się dało. Biegi, pływanie, taniec, gimnastykę... A najdłużej łyżwy i balet.

Odpowiedź go nie zaskoczyła. Yuuri zaliczył na mapie życiowych celów wszystkie możliwe przystanki, nie przeczuwając nawet, że przypadkiem przegapił miejsce, gdzie ukryty był skarb. Z pewnością jeszcze bardziej by go to zdołowało.

Viktor nalał sobie kolejną porcję alkoholu, milcząc wymownie, jakby czekał na dalszy ciąg zwierzeń. I nie przeliczył się.

- Słyszałam raz takie stwierdzenie, że u sportowców łatwiej jest gonić niż uciekać. Idealnie pasuje do Yuuriego. Chociaż on to potrafi równie wspaniale spieprzać od problemów... - kontynuowała Mari. Papieros zakreślił w powietrzu łagodny łuk, a strząśnięty popiół spadł na wilgotną ziemię za oknem. - Z baletem też na początku miał wątpliwości, ale jak Minako zaczęła go chwalić, zapatrzył się w nią i biegał do sali przy każdej sposobności, a uśmiech praktycznie nie odklejał mu się z twarzy. Wychodzi na to, że zawsze potrzebował kogoś, kto go poprowadzi.

Tak, to bardzo pasowało do Yuuriego. Wolał być w peletonie, by widzieć coś, co czego mógł zmierzać zamiast samemu wymyślać sobie cele.

- Więc wszystko rozbija się o to, że nie umiał znaleźć sobie odpowiedniego mentora? - zagadał Viktor po dwóch kolejnych czarkach shōchū. - To właściwie dlaczego skończył z baletem, skoro tak dobrze dogadywał się z Minako?

- Nie wiem. Nie siedzę w jego głowie. - Mari wzruszyła ramionami, patrząc gdzieś przed siebie. - A jeśli chodzi o balet, to po zrezygnowaniu z łyżwiarstwa wciąż chodził do studia Minako, ale jakieś siedem lat temu wszystko jej się posypało. Miała za mało uczniów, więc zamknęła szkołę i wyjechała z Japonii, żeby uczyć w Stanach.

- Och. - Cholera. Podejrzewał, że coś jest nie tak od kiedy tylko zastał zamknięte "Kachu Snack Bar", ale nie spodziewał się, że Minako odeszła stąd na stałe. Hasetsu z każdym dniem stawało się coraz bardziej i bardziej opustoszałe. - Wielka szkoda. Szczególnie że Yuuri miał do takich rzeczy niebywałą grację.

- Hm. Skoro mówi to taki zawodowiec jak ty... No ale to było dawno i nieprawda. Było, minęło - stwierdziła Mari i westchnęła, wciskając się odrobinę mocniej w okienną ramę. - Już nic z tej pasji nie zostało.

Jeszcze jedna szpila. Jeszcze jeden gwóźdź do trumny. Viktor czuł się obciążany nie tylko własnymi pragnieniami, ale również nieistniejącymi pragnieniami Yuuriego. Naprawdę aż tak wszystko spieprzył?

- Czy da się jeszcze coś zrobić? - spytał Rosjanin, wbijając wzrok w napełnioną alkoholem czarkę.

- Zawsze się da. Yuuri nie jest aż tak samotnym wilkiem, na jakiego pozuje. Więc gdyby tylko ktoś chciał go do czegoś zaangażować... - powiedziała Mari, rzucając Viktorowi wymowne spojrzenie, ale mężczyzna tego nie zauważył. Wystarczyły słowa.

"Gdyby tylko" powtórzył w myślach Rosjanin, pociągając łyk shōchū. Gdyby tylko umiał w jakiś sposób dotrzeć do Yuuriego, porozmawiać dłużej niż tylko tych kilka grzecznościowych pytań odnośnie minionego dnia, zanim Japończyk nie umykał do swojego pokoju. Gdyby tylko był w stanie zachęcić go do łyżwiarstwa, chociaż jednocześnie było już o tak wiele lat za późno, że zawody nie wchodziły nawet w grę. Gdyby tylko mógł znaleźć słowa, w których mógłby wyjaśnić jak bardzo go kocha, nawet jeśli Yuuri nie zrozumiałby ani jednego zdania. Gdyby wszystko wróciło do poprzedniego stanu.

Przytłumione przez alkohol zmysły znów wróciły do najważniejszej sprawy, zaprzątającej praktycznie cały jego zbolały umysł. Jak zbliżyć się do Yuuriego, by spotkać się z nim we śnie. Co powiedzieć lub zrobić, żeby się z nim połączyć - przede wszystkim psychicznie, ale... nie tylko. "Kontakt cielesny pomaga we wspólnym śnieniu. Nawet wtedy, za tym pierwszym razem, spaliśmy przytuleni na kanapie, więc jeśli... jeśli udałoby mi się..."

Przez krótką chwilę przez głowę Viktora przemknęła myśl - pewna nagła, niepohamowana myśl - żeby spić Yuuriego do nieprzytomności i zaciągnąć go do łóżka. Tak, tak byłoby łatwiej. W ten sposób rozwiązałby wszystko problemy w jedną noc.

Po czymś takim już nigdy nie spojrzałby sobie w oczy.

Kolejny haust shōchū, kolejny wyrzut sumienia. Nigdy niczego nie wymusił na Yuurim, chociaż przez te pierwsze kilka miesięcy od rozpoczęcia trenowania regularnie był odtrącany lub zbywany. Nie zrobił tego nawet wtedy, kiedy usłyszał "zakończmy to" w Barcelonie. "Nie" Yuuriego było silniejsze od ciosu i wyraźniejsze niż fizyczna granica. Nigdy jej nie przekroczył. Nigdy.

Nigdy, do cholery...

Kolejny haust shōchū, kolejne pytanie bez odpowiedzi. Mari zauważyła, że Viktor umilkł na dobre, dochodząc do etapu, kiedy nie pozostało już nic poza niekontrolowanym wlewaniem w siebie alkoholu. Japonka dopaliła więc papierosa, przymknęła okno i zostawiła Viktora samemu sobie, podczas gdy łyżwiarz niemal wrodzonym, rosyjskim instynktem zapijał smutki i topił żale.

Odpuść sobie, mówiła logika. Przestań, bo skrzywdzisz albo siebie, albo jego. Albo obu. To nie ma prawa skończyć się dobrze. To nie będzie historia z happy endem.

Nie potrafił.

Jak? Czemu?

Kim był dla niego Yuuri? Czym różnił się od setek innych osób, z którymi miał kontakt, poznawał się, rozmawiał. Co było w nim takiego specjalnego, że jako pierwszy skruszył skrywającą Viktora otoczkę pozerstwa oraz oczekiwań, w całości akceptując to, co pod nią znalazł?

Kim był Yuuri? Dlaczego to w nim się zakochał? Przecież spotkał w życiu wiele miłych ludzi. Owszem, sporo patrzyło na niego przez pryzmat kariery, podziwiało go lub wręcz leciało na jego popularność, ale to nie tak, że nie znał nikogo, kto byłby po prostu w porządku. Był Yakov, koledzy z teamu, sztab szkoleniowy, trochę łyżwiarzy, sąsiedzi z naprzeciwka... Lubił ich i ufał, i to na tyle, że potrafił uchylić przed nimi rąbka swojej szczerszej osobowości. A jednak nie było w tym nawet porównania z uczuciami, jakimi darzył Yuuriego i tylko Yuuriego.

Czemu? Czemu nie ktoś inny?

Dla przykładu... Okej, niech będzie chociażby Mari. Starsza o zaledwie trzy lata kobieta traktowała Viktora dość pobłażliwie, tak jak traktowało się brata nieco specjalnej troski, ale jednocześnie była wobec niego miła i szczera. Nie do końca znała się na łyżwiarstwie, a Rosja była dla niej tylko jakimś krajem hen, za morzem i Koreą, więc w gruncie rzeczy uznawała Nikiforova za zupełnie normalnego faceta. No, zagranicznego faceta, który przybył trenować jej brata. Taki awans. I chociaż dogadywał się Mari jak z prawdziwym rodzeństwem, to była... no właśnie, to była jak rodzeństwo.

Albo Yuuko. Pomijając to, że była mężatką, w głowie Viktora nigdy nie powstała nawet myśl, żeby uznać panią Nishigori za kobietę, z którą aż chciałoby się spędzić resztę życia. Była czarująca, energiczna, momentami aż straszna w swoich napadach złości na dzieci, jednak to również stanowiło to przyjemny element jej żywiołowej osobowości. Szczerze gratulował Takeshiemu jego wyboru i smucił się, gdy w tym świecie Yuuko zajęła się karierą solistki zamiast założyć rodzinę. Wydawała mu się naprawdę bliska, ale jednocześnie nigdy aż tak bardzo jak ta jedna, jedyna osoba.

Tym kimś, kto dla Viktora miał najpiękniejszy uśmiech na świecie i najwspanialej całował był Yuuri. Yuuri, który przecież też nie był ideałem - łatwo przybierał na wadze, bywał nieśmiały, samolubny, cierpiał na chroniczny brak wiary w siebie czy umiał zamknąć się w sobie od tak, w jednej chwili. Nie był perfekcyjny, nieważne jak często Viktor go tak komplementował. Nie był tym bardziej bóstwem, chociaż regularne nazywał go czarującym Erosem. Po prostu... Spotkali się. We właściwym miejscu. O właściwym czasie.

No więc czemu...?

Odpowiedź na pytanie "czemu w ogóle się nim zainteresował?" okazała się w sumie prosta. Zainteresowanie było kwestią momentu, przebłysku ciekawości, którego potem nie dało się za nic w świecie wyrzucić z pamięci. A tym, co przyciągnęło Viktora, okazała się muzyka, którą Yuuri tworzył swoim ciałem. Oczywiście już na bankiecie w Soczi szalony Japończyk przykuł jego uwagę, ale dopiero swoją jazdą Katsuki oczarował go na tyle, że Rosjanin zdecydował się zawiesić karierę. Karierę, która i tak wisiała na włosku. To był ten właściwy moment, właściwe miejsce. Dopiero kiedy przyjechał na miejsce, Viktor zaczął naprawdę poznawać człowieka imieniem Katsuki Yuuri, aż wreszcie po kilku miesiącach zorientował się, jak bardzo ten łyżwiarz nie jest mu obojętny. Tylko tyle. To było to szumnie zwane przeznaczenie, które ich połączyło. Miłość, która rodziła się z takim samym trudem jak "Yuri on ICE".

W takim razie co powinien czuć Viktor wobec Yuuriego, który nie jeździł? Czy to nadal była ta sama osoba, którą pokochał? Czy wciąż będzie potrafił kochać go równie mocno? Na pewno?

Nie wiedział. Bał się tego. To bajki, że miłość przezwyciężała wszelkie trudności i triumfowała nad przeciwnościami losu. Miłość nie miała tu nic do rzeczy. To zawsze był indywidualny przypadek i zawsze chodziło o człowieka - czy chciał, czy potrafił się do tego przyzwyczaić, czy akceptował zmiany, czy go to gryzło, czy umiał z tym żyć, czy, czy, czy...

Viktor westchnął i zamknął oczy.

Do tej pory myślał tylko o tym, ile Yuuri zmienił w JEGO życiu. Ile Yuuri znaczył dla NIEGO. Ile "love" i "life" wprowadził do JEGO świata. Ale tak naprawdę niewiele wiedział o nim samym. Może dlatego, że Yuuri regularnie zamykał się w sobie i nie chciał odsłonić przed Viktorem całego lękliwego wnętrza, a może dlatego, że to Viktor nie ogarniał złożoności myśli i emocji, które kotłowały się w japońskim umyśle. Yuuri bez łyżew był praktycznie Yuurim obcym. Nie znał go. Być może w większym stopniu, niż mu się kiedykolwiek wydawało.

A jednak kochał Yuuriego, nawet gdy zabrakło czynnika, który ich połączył. Może to przez wspomnienia, może przez coraz bardziej płonną nadzieję, że znów będzie jak kiedyś... ale kochał. Jak nie kochał nigdy wcześniej nikogo. I jak nie pokocha nikogo później. Bo kochał jego zalety i pokochał wady. Kochał za łyżwiarstwo i pokochał za wspólne mieszkanie. Kochał każdy aspekt jego osobowości, każdą czynność i gest - kochał go śpiącego, wypowiadającego senne monologi z rana, siorbiącego podaną do łóżka kawę, upominającego, że nie powinno się odkładać zmywania na potem, próbującego zrozumieć, jaka jest różnica między śmietaną a kefirem, biegnącego u jego boku na trening, biegnącego u boku Makkachina na spacerach, grającego niczym szatan w te swoje krwawe gry na konsoli, uśmiechającego się łagodnie, gdy siedział na jego kolanach i tulił się do piersi, całującego go na dobranoc, śliniącego się do poduszki lub do jego ramienia...

Nie kochał od razu. Zakochiwał się z każdym dniem. Darzył uczuciem nieustannie ewoluująca osobę, nie zbiór cech, organów i medali.

Miłość bezwiedna, prawie intuicyjna.

- Yuu... i... - szepnął Viktor przez sen. - Ra... uj...


Yu-topia wydawała się wymarła, a panującą ciszę z rzadka przerywały jedynie odległe stuknięcia odkładanych przez mamę naczyń. Ostatnimi czasy był to stan całkowicie normalny i z pewną gorzką satysfakcją Yuuri przyznał w myślach rację, że rodzice słusznie wysłali go na studia. Onsen powoli, lecz systematycznie podupadał.

Młody nauczyciel skierował swoje kroki do jadalni. O tej porze zajazd powinien tętnić życiem, gdy wszyscy żądni rozerwania się po pracy faceci przychodzili na szklaneczkę piwa oraz oglądanie meczu z udziałem Sagan Tosu, a kobiety po położeniu dzieci spać zbierały się na ploteczki. Ale nie było nic. Zamiast śmiechów i podniesionych głosów w tle rozgrywał się tylko ledwie słyszalny koncert na dwie komory zlewu. Nie szkodzi. Przynajmniej nikt mu nie przeszkadzał w kontemplowaniu jego marnego życia.

Lecz kiedy tylko Yuuri rozsunął drzwi, zamarł we framudze, kompletnie zaskoczony widokiem, który zastał w tylko teoretycznie pustym pomieszczeniu. Miał święte prawo myśleć, że w jadalni nikogo nie już ma i będzie mógł w spokoju obejrzeć powtórkę wieczornych wiadomości na dużym telewizorze, ale bardzo się przeliczył. Nie sądził, że ktoś jeszcze został. I że tym kimś będzie właśnie on.

Był inny. Inny niż cokolwiek, z czym się spotkał. Inny niż wszyscy ludzie, z którymi miał dotychczas kontakt, inny niż jakikolwiek obcokrajowiec, a nie było ich przecież aż tak wielu. W końcu spędził na Kyushu całe życie. Viktor był jednak kompletnie inny i ta inność nie wiązała się wyłącznie z jego wyglądem. Jego charakter, energia, swoboda, z jaką się wypowiadał. Sam fakt, że żywa legenda łyżwiarstwa figurowego zdecydowała się z jakichś względów przybyć do tego podupadającego zajazdu zamiast wybrać pięciogwiazdkowy hotel na Seszelach był dla niego czymś innym. Niezrozumiałym i niesamowitym jednocześnie. Bo Rosjanin sprawiał przy tym wszystkim wrażenie, jakby futon i miska katsudonu stanowiły najwspanialsze wygody na świecie.

Inny. Od czubka szarej głowy po same poranione przez łyżwy pięty. Nawet sposób w jaki obcokrajowiec się uśmiechał był tak bardzo inny niż w przypadku rodziców. Przede wszystkim uśmiech Viktora miał wiele odmian. Potrafił być zmęczony, smutny, niewinny, lekko głupkowaty, czarujący, a najbardziej promienny był ten o niemożliwym do osiągnięcia przez normalnych ludzi kształcie serca. Katsuki nie rozumiał czemu, ale czuł się prawdziwym ekspertem w kwestii uśmiechologii stosowanej w specjalizacji Viktorowej.

Ale tym razem Viktor się nie uśmiechał i Yuuri wiedział, że coś jest nie tak.

Japończyk zasunął za sobą drzwi i na palcach zbliżył się do stolika, przy którym spał Rosjanin. Niemal opustoszała butelka shōchū oraz trzymana w zastygłej dłoni czarka mówiły wszystko - Viktor musiał się upić i zasnąć. Katsuki pokręcił głową, po czym ostrożnie wyjął naczynie spomiędzy palców leżącego mężczyzny i odstawił je wraz ze szkłem na kontuar. Wrócił. Właściwie w następnej kolejności miał zamiar delikatnie obudzić łyżwiarza, przestrzec go, że się przeziębi i poprosić, żeby położył się w ciepłym futonie, ale... nie potrafił. Jasnowłosy mężczyzna wyglądał zbyt niewinnie, żeby przerywać jego drzemkę. Yuuri przysiadł więc do sąsiedniego boku stolika, wyczekując nawet najmniejszej oznaki reakcji budzącego się Viktora, ale ten wciąż równomiernie posapywał. Postanowił dać mu jeszcze pięć minut.

Zamiast telewizora uwaga Yuuriego skupiła się więc na obserwowaniu twarzy drzemiącego łyżwiarza. To zabawne, że mężczyzna był w stanie zasnąć w takiej pozycji, jakby był studentem, który zaledwie na chwilę położył głowę na notatkach i tak już pozostał do samego rana. Zaciekawiony Katsuki nachylił się nad nim odrobinę. Jeszcze nigdy nie miał okazji przypatrzeć się Viktorowi z tak bliska i ta nieznaczna odległość sprawiła, że zaczął odkrywać nieznane wcześniej szczegóły wyglądu Rosjanina. Dość wysokie czoło przykrywała rozsypana w nieładzie grzywka, brwi miał cienkie i idealnie proste, zupełnie niepodobne do jego własnych, a rzęsy były jasne jak włosy, praktycznie tak jasne jak srebrzysta pajęczyna, na której... zawisły...

Yuuri otworzył szerzej oczy i nagle dostrzegł coś, czego się nie spodziewał. Kilka kropel, które zatrzymały się na rzęsach, połyskując w świetle jarzeniówek wtedy, kiedy obróciło się głowę pod dobrym kątem.

Jak ktoś tak przystojny, utalentowany i sławny mógł tak po prostu... płakać?

Śpiący mężczyzna sprawiał wrażenie zagubionego i bezbronnego niczym dziecko, co sprawiło, że Yuuri nie mógł przejść obok niego obojętnie. Na początku lekko się zawahał, ale po chwili ostrożnie wyciągnął przed siebie dłoń i dotknął czubkami palców włosów Viktora. Były cieniutkie i delikatne, i niezwykle miłe w dotyku. Japończyk nieco pewniej położył rękę na głowie śpiącego łyżwiarza i bardzo, bardzo powoli zaczął nią poruszać. Nie odważył się otrzeć łez, ale głaskaniem chciał w jakiś sposób uspokoić Viktora, dodać mu otuchy. Pocieszyć go. Zaopiekować się nim.

Na tę myśl na policzkach Katsukiego wystąpił rumieniec. Zaopiekować? Dlaczego w ogóle przyszło mu to do głowy? Spokojnie, to pewnie dlatego, że Viktor zachowywał się tak nieporadnie i niewinnie, że wzbudzało to w Yuurim naturalną nauczycielską potrzebę zajęcia się nim. Tak. To na pewno przez to. Ten rodzaj ciepła w sercu musiał być spowodowany właśnie tym.

Japończyk ułożył głowę na stole, ani na chwilę nie spuszczając oka z Viktora. Jego włosy faktycznie przypominały coś w rodzaju jedwabiu, który umykał pod najlżejszym dotykiem i układał się delikatnymi falami. Yuuri westchnął, całkowicie pochłonięty tym zajęciem. Kiedy tylko ręka mu się zmęczyła, zaczął głaskać mężczyznę po przedramieniu, a gdy i to było zbyt trudne, dłoń spoczęła na dłoni Viktora. Przemykał opuszkami po wystających knykciach i muskał delikatnie zaznaczone pod skórą żyły. Wreszcie Japończyk zatrzymał się, okrywając bladą dłoń swoją dłonią. Była taka duża. I taka ciepła. Niespodziewanie ciepła jak na kogoś, kto pochodził z Rosji i trenował łyżwiarstwo. Przecież powinien być zimny, wyniosły, niedostępny... A wydawał się tak uroczy jak uroczy był uśmiech w kształcie serca, jakim codziennie go witał.

Patrzył. Patrzył. Mijały minuty, a Yuuri wciąż nie mógł oderwać od niego wzroku. Nie wiedział nawet czemu, ale nie mógł przestać. Jakby ten widok należał tylko do niego.

Viktor. Viktor, który nieustannie go zaskakiwał.


Całą halę oblekła delikatna, niebieska poświata nieznanego pochodzenia. Viktor ćwiczył swój program dowolny, niezmordowanie, raz po raz, aż wreszcie poczuł, że chyba zrobił stanowczo zbyt dużo quadów jak na to, jak dużo czasu powinna zajmować jazda. I że w ogóle jeździ za długo. Bo tak właściwie to co za skok wykonał tuż przed sekwencją choreograficzną - poczwórnego salchowa czy może lutza? A kolejna kombinacja spinów miała być ze zmianą nogi czy...?

Rzut oka w stronę okien wystarczył, żeby Viktor domyślił się, co właściwie było nie tak. Bo to nie w samym programie leżał problem. Nieścisłość polegała na tym, że mężczyzna znalazł się w Sportowym Klubie Mistrzów. Pustym. Cichym. Zalanym łagodnym światłem znikąd. No właśnie - znów był na lodowisku ze snów.

Ale zanim Nikiforov zaczął szukać wzrokiem istoty, wyczuł, że nie ma po co tego robić. Tym razem było inaczej. Trochę mniej strasznie. Trochę bardziej swojsko. Prawie jak w domu za starych, dobrych czasów, tylko że w prawdziwym Petersburgu nigdy nie ćwiczył całkowicie sam na całym obiekcie, a za oknami nie czaiła się trudna w zdefiniowaniu nicość. Czyli śnił, ale tym razem nie było jasne, w jakim właściwie celu.

Łyżwiarz porzucił trening i ruszył zrobić rundkę wzdłuż bandy. Może to był całkowity przypadek, choć w przypadki Viktor przestał wierzyć już jakieś kilkadziesiąt nocy temu wraz z kolejnymi nieproszonymi odwiedzinami.Mógł również mimowolnie zapoczątkować świadome śnienie, a mózg sam jakoś tak dopasował miejsce do zmęczonego wysiłkiem ciała. To wydawało się już całkiem rozsądne wytłumaczenie, o ile można mówić o rozsądku w przypadku sennych marzeń. Tylko żeby nie był w stanie porządnie odpocząć nawet w nocy...

- Vik...

Cichy szmer, coś prawie na granicy słyszalności nagle dotarło do uszu mężczyzny. Mógłby pomylić to z odgłosem przecinanego przez łyżwy lodu, ale w tej absolutnej ciszy każda obca nuta przykuwała jego uwagę. Viktor zmarszczył brwi i rozejrzał się po hali, nie przerywając jazdy. Dlaczego? I kto?

- Vik... tor...

Nikiforov zatrzymał się gwałtownie. Nasłuchiwał. Nie, to niemożliwe. Pragnął wmówić sobie "zostaw to, pomyliłeś się, zapomnij, to tylko głupi żart", ale stężałe mięśnie nie pozwalały mu się ruszyć. Albo miał już naprawdę zaawansowane omamy, albo właśnie...

- Viktor.

O Boże.

- Yuuri? - zawołał Rosjanin i zaczął desperacko kręcić się wokół własnej osi. - Yuuri, to ty, prawda? Odezwij się! Yuuri!

To były najdłuższe sekundy jego życia, w czym wcale nie pomagał mu fakt, że śnił. Tutaj czas ciągnął się jak z gumy, a wieczność kryła się w każdej nerwowej chwili oczekiwania. Wszystko zwiastowało srogie rozczarowanie. "Zostaw to, będzie boleć, nie próbuj, nikt ci nie odpowie".

Ale właśnie wtedy odezwał się.

- Viktor? Dlaczego cię nie widzę? - Głos Yuuriego, ta najpiękniejsza melodia jaka istniała na świecie, dochodził zewsząd i znikąd. Znajdował się bardzo blisko, ale jednocześnie samego mężczyzny tu nie było. Jakby słowa wpadały wprost do ucha, jakby... jakby... Yuuri był w jego głowie.

- Yuuri, to ja, Viktor - rzucił pospiesznie Nikiforov, nie przestając rozglądać się na prawo i lewo. - Nie bój się. Nic ci nie zrobię. Obiecuję, że zaraz ci to wszystko wyjaśnię...

- Viktor, wariacie. Przecież wiem, że mi nic nie zrobisz - odparł Yuuri i Viktor przysiągłby, że widział kpiące spojrzenie, jakim zawsze obrzucał go narzeczony, gdy łajał za szczególnie słaby żart. - Choć tak po prawdzie to najpierw musiałbym cię znaleźć. Co znowu zmalowałeś?

Ten ton i swoboda... Akcent... Nie, nie, to czyste szaleństwo. Obłęd. Viktor zwariował z tęsknoty i wykreował sobie własny świat, w którym zamknął się wraz z ukochanym mężczyzną.

- Yuuri, czy to ty? - zapytał szeptem Nikiforov, chwytając się bandy, żeby nie upaść. - To naprawdę ty?

- Co masz na myśli przez "naprawdę"? Przecież to oczywiste, że jestem... - zapewnił Katsuki i niespodziewanie urwał, jakby dopiero teraz dotarło do niego, o co jest pytany. - Jestem... Ja...

Długa pauza. Zdecydowanie za długa. Zbyt niepokojąca i pełna wątpliwości.

- Yuuri! - nie wytrzymał Viktor. Bał się stracić z nim kontakt. Przestać słyszeć jego głos choćby na moment. - Yuuri, ja wiem, że to wszystko moja wina. Tylko moja. To przez moje głupie decyzje i życzenia zniknąłeś z Petersburga. To ja jestem odpowiedzialny za to, że nie jesteś już łyżwiarzem... Ale proszę, błagam, powiedz mi tylko jedno. Czy to ty? Czy ten Yuuri, ten w Hasetsu... Czy to jesteś ty?

- Zaraz, chwila, poczekaj. Nie tak szybko. Wszystko mi się miesza i jest takie... niewyraźne... Jakbym widział to na ekranie - odpowiedział pospiesznie Japończyk i jęknął cicho. - Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że to tylko sen, a teraz mam wrażenie, jakbym miał wspomnienia, których nie powinienem mieć. Że w Hasetsu... Że to... Że to jestem ja. W sensie jakby inna wersja, ale ta sama... podstawa? Coś jak oprogramowanie, które instalujesz na dwa różne laptopy i dopasowujesz pod siebie, ale w gruncie rzeczy...

Do tej pory Viktora praktycznie zamurowało, bo był zbyt oszołomiony nagłym odnalezieniem ukochanego, ale po usłyszeniu zawiłych tłumaczeń, tak bardzo w stylu Yuuriego, po prostu nie mógł powstrzymać uśmiechu. Najpierw drgały mu kąciki ust, jakby z ledwością powstrzymywał się, no bo przecież to taka poważna sytuacja, pełna patosu i w ogóle, a potem zaczął się śmiać. Cichutko, cicho, pod nosem, śmiał się do siebie, aż wreszcie śmiał się na tyle głośno, że Japończyk musiał przerwać wywód i z niepokojem rzucił "no co?".

- Oprogramowania? Naprawdę? Komputerowe porównanie w takiej chwili? Och, Yuuri, jesteś... Jesteś... Jesteś po prostu niemożliwy. Yuuri. Yuuri. - Mężczyzna nie mógł przestać chichotać. Emocje były zbyt silne, a ich ilość wprost przytłaczająca. - Yuuri...

Viktor śmiał się. Śmiał się tak, że aż łzy stanęły mu w oczach i spływały po policzkach. Śmiał się i płakał z żalu nad tym co stracił. Potem praktycznie tylko płakał, chociaż z jego ust cały czas wydobywało się zduszone "hahaha!", lecz w końcu i na to zabrakło mu tchu. Wtedy już wyłącznie milczał, a łzy wielkie jak grochy spływały po zziębniętych, zaczerwienionych policzkach.

A Yuuri nawet nie mógł tu być i odgarnąć mu tej cholernej grzywki...

- Yuuri. Przepraszam. Ja cię tak bardzo, bardzo przepraszam... - powiedział cicho, pozwalając łzom płynąć i rozmazywać obraz. Nie miał siły z tym walczyć. Pragnął wyłącznie wtulić się w ramię narzeczonego i odpocząć. - Przepraszam... Ja... Przepraszam...

- Och, Viktor... - odpowiedział czule Katsuki. - Vitya...

- Yuuri... - Łzy wciąż bezdźwięcznie kapały na czarną koszulkę. Głos mu się nawet nie załamał, ale przycichł i był pełen stłumionego smutku. No tak. Yuuri nie powiedział "nie przepraszaj". Wiedział, że było za co. - Yuuri... Kocham cię... Błagam, nie zostawiaj mnie samego...

"Stammi vicino". Zostań przy mnie i nigdy nie odchodź. Aria mężczyzny do zbłąkanej duszy jeszcze nigdy nie wydawała się Viktorowi tak idealna w wymowie jak teraz. I gdyby w tej chwili miał pojechać do niej swój program dowolny, byłby to chyba najbardziej perfekcyjny występ wszech czasów.

- Viktor... Viktor, ja też cię kocham i nie zamierzam cię zostawić - zapewnił Yuuri. Nikiforov milczał. Gardło ścisnęło tak wielkie wzruszenie, że dziwił się, jak w ogóle może jeszcze oddychać. - Viktor... Wiem, że płaczesz. Nie muszę cię widzieć. Czuję to.

Rosjanin uśmiechnął się gorzko i szybko uniósł dłoń, żeby otrzeć łzy z rzęs. Ten Yuuri... W normalnych okolicznościach nie umiał odczytać nastroju narzeczonego, ale akurat ten jeden raz musiał trafić. To niesprawiedliwe. Dlaczego zgadł w chwili słabości, a nie te milion innych razy, kiedy Viktor miał ochotę na buziaka?

- Rozumiem, że jest ci ciężko, naprawdę - zaczął znów Katsuki i westchnął. - Tylko że ja nie mam pojęcia co się dzieje. Nawet w rzeczywistości nie radzę sobie z płaczącymi osobami, a w takim stanie jak teraz... nie mam nic poza słowami - wyjaśnił.

- Aż słowami. Słowami, którymi nieustannie mnie ratujesz. Którymi nadajesz mojemu życiu sens - poprawił Rosjanin, potrząsając głową. Nie był już pewien, kto kogo powinien pocieszać. - Yuuri. Przepraszam za to, jaki jestem. Dziękuję za to, jaki jesteś.

Mógł żyć. Jeszcze odrobinę, choć już miał zwątpić i się poddać - mógł żyć. Już to spotkanie dowiodło, że nadzieja istniała. A nawet jeśli nie nadzieja, to uczucie do Yuuriego pozostało niezmienne.

- Viktor? - zagadnął po chwili Japończyk, na co Rosjanin zamruczał łagodnie na znak, że słyszy. - Co właściwie teraz widzisz?

- Jestem na lodowisku w Klubie Mistrzów - Viktor rozejrzał się, ale od początku rozmowy nie zmieniło się nic poza sączącym się przez okna cieniem. - Sam. A ty?

- Ja siedzę na trybunach w Ice Castle. Nie mogłem znaleźć żadnych pasujących łyżew, więc tak tu zostałem - wytłumaczył Yuuri. - Czyli każdy jest na swoim home rinku. Uhm... To wiele wyjaśnia...

Faktycznie, nie dało się lepiej zaprezentować duchowej rozłąki dwóch łyżwiarzy niż poprzez umieszczenie ich na dwóch oddzielnych lodowiskach. Każdy mógł się skupić wyłącznie na sobie. Raj dla pracusiów, prawda? A jednak pierwsze co przychodziło do głowy to straszna, straszna odległość. Viktor wciąż pamiętał wartość olbrzymiego dystansu, z jakim przyszło im się zmierzyć przy okazji mistrzostw narodowych. Siedem tysięcy trzysta trzydzieści osiem kilometrów - tyle mniej więcej dzieliło od siebie Petersburg i Hasetsu. Może trochę więcej, a może trochę mniej między samymi ośrodkami. Czy w sennym świecie kilometry były tak samo długie? Czy może zamiast nich jednostką były tu wymiary? Siedem tysięcy trzysta... Nie, nie. To nie tak. Tu wystarczał tylko jeden wymiar. Taki, którego nie dało się przekroczyć.

- Wiesz, Viktor - odezwał się ponownie Yuuri, a Rosjanin mimowolnie uniósł głowę, jakby rozmówca stał tuż przed nim. - Nie chcę cię straszyć, ale... Wydaje mi się, że za oknami zaczęło się robić jakby jaśniej. Zaraz może skończyć nam się czas - powiedział ostrożnie.

Viktor zamrugał. Nie, proszę... To było nieuniknione, ale wciąż nie mógł się pogodzić z tym, że ich mały cud właśnie dobiegał końca. Nie chciał się żegnać. Ani na zawsze, ani nawet na chwilę.

- Yuuri, powiedz, że to się da odwrócić. Ten cień powiedział mi, że jeśli cofniesz życzenie, to wszystko wróci do normy. To możliwe, prawda? - rzucił pospiesznie Viktor. - Może w kolejnym śnie uda mi się wsiąść w samolot, polecieć do Hasetsu i...

- Chciałbym, żeby to było takie proste. Nie, to na pewno nie będzie takie proste - odparł smutno Yuuri. - Wydaje mi się, że jestem przy tobie bardzo blisko, ale jednocześnie coś mnie blokuje. Nie jestem nawet pewien czy po obudzeniu ja... że cokolwiek będę pamiętał. Poza tym całe te życzenia to igranie z losem. Ten cień nie da nam tak łatwo odejść.

Z kolejnymi zdaniami słowa zaczęły być nieco niewyraźne, a samogłoski mniej dźwięczne, jakby do uszu Nikiforova dostała się woda. Obraz również coraz bardziej się rozmywał i zatapiał w ciemnej mgle. Sygnały z całego ciała zaczęły docierać jeden za drugim do jego mózgu. Pod palcami czuł drewniany blat. Nogi miał ugięte. Głowę pochyloną.

- Więc nic się nie da zrobić? - zawołał głośniej Viktor, ostatkiem sił trzymając się snu. - Nic, żeby cię odzyskać?

- Nie, tego nie powiedziałem. Nie zamierzam z ciebie rezygnować, więc ty też mnie nie zostawiaj, dobrze? - poprosił Katsuki, na co wzruszony Viktor chciał przytaknąć, ale już nie panował nad swoim gardłem. - Po prostu rób to, co zawsze robiłeś. Co ci wychodziło najlepiej.

W cichnącym głosie Yuuriego dało się słyszeć ciepły uśmiech.

- Zawsze bądź moim Vityą.


Plask, plask, plask. Odgłos gołych stóp przemierzających korytarz nie pasował do żadnego znanego mu rytmu. Tata chodził bardziej posuwiście, mama pospiesznie drobiła drewnianymi klapkami, Mari miała chód szybki i prawie zamaszysty. A ten był równy i spokojny, zupełnie niepodobny do nikogo, kogo znał. Jak taniec. Jakby ktoś bardziej płynął niż szedł.

Plask, plask, plask. Spało mu się tak dobrze, że z ledwością rozpoznawał kierunki świata. Ale wiedział, że się poruszał... Chyba się poruszał się. Tak, na pewno, bo odgłos kroków podążał wraz z nim, a przecież nie lunatykował... Oczywiście. Ręce. Jedna pod jego plecami, druga pod kolanami. Jak za czasów, kiedy zaziębionego malca zabierała mama i niosła go do jego łóżka. Czuł się bezpieczny. Czuł się kochany.

Plask, plask, plask. Ktoś wchodził na piętro. Schodek za schodkiem bez słowa skargi ktoś szedł, dźwigając go na rękach. Może gdyby mógł, natychmiast poprosiłby o odstawienie na ziemię, ale nie był w stanie. Nie miał siły nic powiedzieć, więc mruknął tylko przez sen i przywarł policzkiem do miękkiej, zielonej yukaty. Delikatny aromat alkoholu mieszał się z zapachem cudzego ciała.

Plask, plask, plask. Drzwi otworzone łokciem, drzwi pchnięte kolanem. Już dawno nie spało mu się tak dobrze, choć jednocześnie spać właśnie przestał. Chciał dłużej pozostać w tych bezpiecznych ramionach, ale ich właściciel na pewno się zmęczył. Dlatego najdelikatniej jak mógł ułożył Yuuriego na łóżku i nie fatygując się, aby zdjąć z niego domowy dres, szczelnie przykrył go kołdrą. Och, i ten ktoś najwyraźniej wiedział, że Katsuki lubił zawijać sobie pled za szyją. Musi mu jutro podziękować.

Zero plaskania. Ktoś stał. Ktoś się wahał. Może tu zostanie...? Proszę, zostań.

Zostań przy mnie...

Szmer, a zaraz po tym dotyk na czole. Ciepły. Lekko wilgotny. Z nieznaczną nutą alkoholu.

- Dobranoc, Yuuri - szepnął Viktor. - Kocham cię.

Lekki pocałunek był jak sen, który wylatywał z pamięci pięć sekund po przebudzeniu, ale chociaż pamięć zawodziła, serce wiedziało, że coś się wydarzyło. Że jeszcze przed chwilą ktoś tu był. Ktoś, kto bezszelestnie wymknął się z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Yuuri skulił się, zagłębiając nos w kołdrze. Zapach świeżego prania. Nie ten, którego pragnął.

- Dobranoc...


Przypisy-chan

Jeszcze raz przepraszam za obsuwę. Z JGP wróciłam naładowana o nowe łyżwiarskie informacje oraz zdrówko (na gorączkę nie ma to jak chłód z lodowiska), więc mogę już wracać do "męczenia" was fanfikami. Dziękuję DaryavonDayern za nieustanne czuwanie nade mną (to ona wywaliła mi wszystkie zabawniejsze dialogi... więc musicie na nie jeszcze chwilkę poczekać) oraz an_nox, za opinie, które pomagają mi dopracowywać kolejne rozdziały.

Tytuł tego rozdziału jest jasny, bo chyba wszyscy dobrze znamy program krótki Yurio, prawda? "Agape" odnosi się do miłości bezwiednej, najczęściej skierowanej ku Bogu, ale również takiej, która nie oczekuje niczego w zamian. Tak samo Viktor nie w każdym aspekcie swojej miłości wymaga odwzajemnienia od Yuuriego. Przede wszystkim chce jego szczęścia i oczywiście wierzy, że jest mu to szczęście w stanie zapewnić. Jednocześnie staje przed ważnymi pytaniami - za co Yuuriego właściwie kocha? Czy w ogóle kocha go "za coś", czy właściwie zaczął kochać go "mimo wszystko", za to, że jest, a nie za to, co robi? Te pytania są aktualne również wtedy, kiedy Viktor i Yuuri w normalnym świecie zakończą karierę. Ich miłość jest piękna, bo jest współdzielona również na lodowisku, ale gdy tego zabraknie, to co wtedy? Jak będą mogli się wspierać?

W kwestii świadomego śnienia - temat nie jest mi obcy, ponieważ sama go kiedyś odrobinkę zgłębiałam. Nie byłam jakimś fanatykiem, ale po kilku razach, kiedy przypadkowo udawało mi się odzyskać świadomość we śnie, zachciało mi się nad tym zapanować troszkę bardziej. I jedną z wielu metod jest właśnie test rzeczywistości. Jest to powtarzalna, często nietypowa czynność, za pomocą której sprawdza się stan świadomości. Ja dla przykładu zginałam palec wskazujący lewej dłoni, aby przypomnieć sobie, gdzie jestem, aż weszło mi to w nawyk. Udało mi się dzięki temu raz przekierować sen na inny tor (latanie zawsze spoko), więc ogólnie potwierdzam, że dla chcącego nic trudnego.

Co do wspólnego śnienia się nie wypowiem, ale wydaje mi się to już sposób mocno z pogranicza sci-fi. Sprawy związane z falami mózgowymi są nie do końca sprawdzone, ale jakiś swój potencjał mają. Przy okazji - wszystkie rady poruszone w fiku są prawdziwe (przynajmniej w kwestii ich odnalezienia w Internecie).

Tylko co gryzie tego Yuuriego K.? Czy to na pewno przez pogodę i szkolne plany? A może to wina kogoś innego...? Pewnie jestem masakrycznie okropna, że zwrot "mój Vitya" padł pierwszy raz w tak smutnej scenie. Ale obiecuję wam, że nie poszedł on na marne! Nie tylko pomoże on Viktorowi trzymać się w ryzach, ale też... zobaczycie _^_

Poza tym wszystkie nawiązania do "Dystansu" są nieprzypadkowe.

Do zobaczenia już za niecałe dwa tygodnie w kolejnym obfitym rozdziale. Oj, będzie się tam działo dużo miłych rzeczy!

:*