Yuuri odetchnął głębiej przez nos, rozkoszując się miękkością okrywającej go kołdry. Pobudka już dawno nie była tak przyjemna i spokojna jak dziś, a przecież ledwie prześwitujące przez cienkie zasłony promienie wskazywały, że to jeszcze nie nadeszła właściwa pora na wstawanie. Możliwe że obudził go tata brzdąkający skrzynkami z alkoholem albo Mari, która mało delikatnie otwierała okna, aby przewietrzyć zajazd, ale zupełnie nie tłumaczyło to faktu, że mężczyzna nie był z tego powodu rozdrażniony. Wręcz przeciwnie - wydawało się to takie... takie... naturalne. Jakby pobudki o świcie stanowiły całkowicie normalny harmonogram jego dnia.
No nic. Skoro tak, to mógł się jeszcze trochę nacieszyć tymi kilkoma minutami drzemki, zanim właściwy alarm da o sobie znać. Yuuri uśmiechnął się do swoich myśli i przekręcił na drugi bok, wsuwając nos we włochaty materiał. Chociaż sen już się rozrzedził, pod powiekami wciąż czaiły się ulotne obrazy czegoś... a może raczej kogoś... kto był mu bliski jak nic i nikt inny na świecie. We śnie ten ktoś szeptał Yuuriemu, że go kocha i choć Japończyk nie potrafił przypomnieć sobie jego twarzy, z jakiegoś powodu pragnął pozostać z nieznajomym już na zawsze. Czy to właśnie nazywano miłością? I czy w ogóle można było zakochać się w sennym marzeniu? Katsuki nie był pewien, bo miłość stanowiła dla niego kwestię tak samo obcą jak teoria względności Einsteina albo budowa promu kosmicznego. Wiedział tylko to, że istniała, lecz do tej pory nigdy czegoś podobnego nie czuł, więc nie wiedział, czy odpowiednio nazywa ten stan. To było jak mieszanka szczęścia, ekscytacji, tęsknoty oraz całego mnóstwa innych rzeczy, które wzmacniały bicie serca i zachęcały do biegnięcia przed siebie. Dla czegoś takiego aż chciało się żyć. Dla czegoś takiego nawet on chciał walczyć.
Yuuri zamruczał przeciągle i jeszcze bardziej wtulił się długą poduchę. Hmmm... Jaka ta dakimakura była ruchliwa...
Zaraz, zaraz. Przecież on nie miał żadnej dakimakury.
Yuuri otworzył niedowidzące oczy i z niejakim trudem pojął, że przed nosem roztaczał się krajobraz wielkiej, brązowej plamy. Plamy, która na widok bursztynowych oczu zaskomlała radośnie i przylgnęła szorstkim językiem do jego policzka.
- Makkachin?! - zawołał naraz Yuuri i w jednej chwili poderwał się do siadu. - Skąd?! Jak ty tu...?!
Czemu? Czemu pudel tu był? Czemu był w pokoju? W łóżku? Tuż obok niego? Czyżby to znaczyło, że razem z nim do sypialni zawitał także... Japończyk w te pędy wymacał swoje okulary i z pewnym przestrachem odrzucił kołdrę, żeby zobaczyć, że na miejscu obok leżał...
...nikt.
Katsuki rozluźnił nieco napięte mięśnie i powoli rozejrzał się po całym pomieszczeniu. Dopiero po chwili zaczęło do niego dochodzić, co właściwie się stało. Ostatnimi rzeczami, jakie z pewnością pamiętał, były jadalnia, chęć obejrzenia wiadomości oraz leżący na stoliku mężczyzna. Potem nastąpiła duża wyrwa w czasie, aż wreszcie Japończyk otworzył oczy i znalazł się w swoim pokoju. A jakby tego było mało, spał we własnym łóżku, wciąż w tym samym dresie, w którym usiadł i zaczął... zaczął...
Yuuri uniósł prawą rękę i z uwagą się jej przyjrzał, jakby co najmniej spodziewał się znaleźć na niej jakieś piętno albo wyryty znak. Viktor. Pamiętał, że dotykał Viktora, że głaskał go, by pocieszyć łyżwiarza, że rosyjska dłoń była taka duża i miła, i ciepła, aż wreszcie wsunął swoje palce między jego i trzymał tak aż do pobudki tutaj. Chyba. Niby wciąż wyczuwał coś w rodzaju widma cudzej obecności, ale równie dobrze mogło mu się to po prostu śnić, tak samo jak śnił... jak... jak śnił... Nie, to niemożliwe... Nie nie umiał sobie przypomnieć, jak potoczył się sen, ale powoli zaczynał zdawać sobie sprawę z jego nietypowego bogactwa. Rozróżniał strzępki wspomnień: smak jakiegoś europejskiego dania, melodię znanego musicalu, błysk złota na palcu serdecznym czy ciężar obejmujących go ramion. Wszystkie te punkty łączyła jedna osoba. Jeden łyżwiarz. Jedyny taki na całym świecie.
Makkachin z psią ciekawością śledził nie do końca skoordynowane ruchy wstającego Japończyka. Istniały takie sny, po wybudzeniu z których człowiek nie mógł się otrząsnąć, lecz chodził pijany przez cały dzień, żyjąc echem minionej historii. Yuuri czuł się właśnie w ten sposób - jego głowę zaczęło zaprzątać ulotne, nierealne marzenie, według którego on i Viktor żyli razem jak jakaś para. Ale to było niemożliwe. Abstrakcyjne. Kompletnie szalone. Dziwna koncepcja, która nie miała prawa bytu, a jednocześnie mózg wciąż i wciąż do niej wracał. Yuuri chciał znów zatopić się w tym miękkim wrażeniu, kontynuować tę opowieść, tak wiele przyjemniejszą od tej zwanej życiem...
A potem trafił czołem we framugę zamiast w wyjście z pokoju i cały czar prysł.
Złorzeczący pod nosem Katsuki przepuścił obok siebie Makkachina i rozcierając czoło, powoli ruszył na dół. W ogóle cała ta obecna sytuacja wydawała się jakimś jednym, wielkim snem. Światowej klasy łyżwiarz pojawił się przed nim praktycznie znikąd, otwarty, roześmiany i na dodatek kompletnie nagi, tłumacząc swój przyjazd życiowymi rozterkami. Postawił pod znakiem zapytania całą swoją wspaniałą karierę, nagle przybył do tej wymierającej mieściny i zamiast skupiać się na samym sobie, spoglądał jakimś tęsknym wzrokiem w kierunku Japończyka. Yuuri byłby chyba głupi, gdyby nie ucieszył się choć odrobinę z uwagi, jaką poświęcał mu Rosjanin. Z drugiej jednak strony był przerażony, że to na nim i na Yu-topii spoczywała wobec tego odpowiedzialność za marnowanie cennego czasu Nikiforova na dwa tygodnie przed arcyważnymi Mistrzostwami. A teraz to właściwie na tydzień.
Już tylko tydzień.
Yuuri potrząsnął głową, mimowolnie kładąc dłoń na łbie ocierającego się o jego nogę pudla. Nieważne. Nie jego sprawa. Viktor był wybitnym sportowcem i mógł robić co tylko zechciał. Za tydzień opuści Yu-topię, a oni zachowają wspomnienie o tym pobycie jako największy zaszczyt, jakiego dostąpił ich onsen. Będzie mógł to opowiadać wnukom na dobranoc... O ile kiedykolwiek się jakichkolwiek dorobi.
Póki co musiał się skupić na sprawach teraźniejszych. Bardzo teraźniejszych. Po zejściu na dół Yuuri od razu skierował się do wspólnej jadalni, licząc na to, że mama zaczęła już szykować posiłki dla gości. Skoro obudził się tak wcześnie, to mógł chociaż skorzystać z okazji, żeby zjeść i przy porannych wiadomościach-
I kiedy Katsuki rozsunął drzwi jadalni, wrażenie niesamowitego deja-vu uderzyło go z całą mocą. Ubrany w zieloną yukatę Viktor siedział w kompletnie pustej sali, zajmując dokładnie ten sam stolik pośrodku co wczoraj, i powoli skubał leżącego na talerzu przed nim łososia. Yuuri zamrugał, przyłapując się na tym z pozoru prostym stwierdzeniu, a konkretniej na jednej jego frazie. Wczoraj? Co wczoraj? Więc to mogła być... prawda?
W tym samym czasie na dźwięk rozsuwanych drzwi Viktor obejrzał się za siebie, a wtedy szeroki uśmiech ni z tego, ni z owego zagościł na nieco zmęczonej twarzy. Och. Czyli jednak miał lekkiego kaca.
- Dzień dobry, Yuuri! - zawołał wesoło Viktor, a zaraz potem rozłożył ręce na boki i złapał w ramiona wesoło witającego się z nim pupila - Makkachin! Ty moj malenkij predatel... No co ja z tobą mam...
- Dzień dobry. - Katsuki wreszcie się ocknął. Zasunął za sobą drzwi i powoli podszedł do zajmowanego przez łyżwiarza stolika. W sumie mógł wybrać dowolne miejsce, ale takie pokazowe odseparowywanie się od Viktora wyglądałoby jeszcze gorzej. Dlatego po chwili wahania Yuuri w końcu przysiadł obok i wyciągnął dłoń, machinalnie głaskając pudla po grzbiecie. - Wcześnie dziś wstałeś. Długo tu jesteś?
- Może kwadrans. Wszystko przez to, że nie mogłem dłużej spać - odparł nieco wymijająco Rosjanin, po czym spojrzał z zaciekawieniem na Japończyka. - A ty? Wydawało mi się, że tak wczesna godzina nie jest twoją domeną. Poza tym masz wakacje. Powinieneś korzystać z okazji na leniuchowanie.
- Jakoś tak po prostu się obudziłem, a potem... leżałem... i w sumie... - zaczął dukać Yuuri. Przecież nie powie mu, że to przez to, że przypomniał sobie o śnie i zaczął snuć dziwne matrymonialne przypuszczenia. Mowy nie ma. Absolutnie. Chyba spaliłby się ze wstydu i jako prochy rozsypałby się po całej zatoce, żeby nie musieć już nigdy w życiu patrzeć w te błękitne oczy. Yuuri przełknął ślinę, starając się nie pokazać jak strasznie był speszony, po czym wskazał wolną ręką na psa. - ...Makkachin. Chyba ze mną spał.
- Naprawdę? Makka... Naprawdę strasznie cię za niego przepraszam. Okropna z niego klucha i jak tylko zwęszy okazję, żeby się do kogoś przytulić, to nie waha się z tego skorzystać - wyjaśnił obcokrajowiec, patrząc karcąco na czworonoga. A przynajmniej usilnie starał się groźnie wyglądać, bo żadne z ich trojga ani przez chwilę nie uwierzyło, że Viktor faktycznie mógłby być zły. Już prędzej zazdrosny. W sensie o uwagę pudla. Dokładnie. - Ostatnio jest w sumie najgorzej, bo ciągle spał w naszym... Znaczy...
Nikiforov nietypowo dla siebie zająknął się, nie wiedząc, jak powinien zakończyć zdanie.
- "W waszym"? - powtórzył Katsuki. Faktycznie, pierwszego dnia Viktor coś na ten temat wspominał, tylko... Dlaczego Yuuriego jakoś tak niespodziewanie to zabolało? - Z tobą i tym... tym kimś, kto ci się oświadczył?
Rosjanin na sekundę wytrzeszczył oczy, a potem zaśmiał się i pośpiesznie pomachał dłonią.
- Nie, nie, to... to stare dzieje. Obecnie z nikim nie jestem. Chodziło mi po prostu o nasze towarzystwo - wskazał palcem na siebie, a potem na Katsukiego. - W Petersburgu całe dnie trenowałem w Klubie i Makkachin już dawno nie widział tylu ludzi naraz, ale tutaj zaczął czuć się jak w prawdziwym domu. Strasznie się przez to rozzuchwalił.
- Och. Rozumiem. No tak. Domowa atmosfera jest ważna, prawda? - ucieszył się Yuuri. Zaraz, zaraz. Ucieszył się?
Nie, chwila, moment, robiło się coraz bardziej dziwnie. Przecież nie powinno go obchodzić jak wyglądało prywatne życie Viktora. Prywatne życie Viktora było prywatnym życiem Viktora. Jego prywatnym i jego życiem. Nie życiem Yuuriego. Życiem Viktora.
Chociaż... Chociaż czy on mu w sumie czegoś nie sugerował tuż po przyjeździe, że w poprzednim życiu... razem...
Nagle Japończyk z całej siły uderzył się rozłożonymi dłońmi w policzki, odganiając od siebie wizję ze snu. Nie, stop! Wracaj na ziemię! Żadnych dzikich wyobrażeń z Rosjanami w roli głównej! I najlepiej żadnych wyobrażeń w ogóle.
- Yuuri, dobrze się czujesz? - Viktor przechylił głowę i przysunął się nieznacznie w stronę Katsukiego. - Jesteś pewien, że się wyspałeś?
- T-tak, wszystko w najlepszym porządku! - Yuuri z piekącymi od solidnego plaśnięcia policzkami uśmiechnął się nerwowo. Ta, w porządku. Na ile tylko w porządku mogło być z jego głową.
Z jakiegoś powodu mocno rozbawiło to jednak Viktora, który uniósł prawą dłoń i delikatnie musnął palcami obrzmiałe miejsce. Yuuri z zaskoczeniem zarejestrował, że chociaż wiedział, co nastąpi, zupełnie się przed tym gestem nie uchylił. Mało tego, to było... miłe.
- Ale nie musiałeś traktować się aż tak ostro - zwrócił uwagę Nikiforov, patrząc na zaczerwienione policzki Katsukiego. - Wyglądasz teraz jak ten wasz uroczy piesek z bajek. Jak mu było... Pochiko?
- Pochacco - poprawił odruchowo Yuuri i uśmiechnął się. Cóż, jeśli dodać do tego jeszcze podobną do kluski sylwetkę i nieogar poziom trzysta...
- Tak,tak, dokładnie! Pochaaa... mco! - Rosjanin próbował powtórzyć to ze śpiewną nutą, ale tak zabawnie przeciągnął drugą sylabę, że znów przeinaczył imię.
Yuuri nie mógł dłużej zachować powagi i zaczął się głośno śmiać, co sprowokowało do wybuchu wesołości także Viktora. Kiedy chichot jednego z nich malał, rzut oka na drugiego mężczyznę powodował, że fala śmiechu wzrastała na nowo. Biedny Makkachin mógł tylko wodzić spojrzeniem czarnych ślepi od jednego do drugiego, nie rozumiejąc, z czego cieszą się ludzie i czy przypadkiem nie obgadują oni czworonoga. Wreszcie Yuuri otarł kącik oka. A niech to... Było tak przyjemnie, tak beztrosko. Czemu właściwie tak było? Przecież nie mówili o niczym ważnym, tylko o psich zwyczajach i japońskich kreskówkach. Może to właśnie dlatego. Nie musiał myśleć nad tym, o czym właściwie dyskutowali, nie musiał udowadniać swojej mądrości ani wartości.
To byłoby takie wspaniałe móc zawsze być z kimś takim...
Katsuki poczuł nagły przypływ odwagi. Może nie musiał też wcale odgradzać się od łyżwiarza. Mógł... spróbować. To nie zaszkodzi, prawda? Nie było karalne? No bo skoro Viktor... Jeśli to wczoraj to wcale nie był sen...
- Viktor? Tak mnie od rana zastanawiało... Czy ty... - zaczął na głos Yuuri i nagle urwał, kiedy uniósł wzrok, napotykając tuż przed sobą Viktora. Błękitne oczy znajdowały się blisko. Zbyt blisko. Na tyle blisko, że mógł policzyć delikatne linie znaczące obszar tęczówek. Wyglądały jak mieniąca się woda, która niespodziewanie zastygła w wydawałoby się nieuchwytnym momencie.
Bak z odwagą skończył się Yuuriemu szybciej, niż się tego spodziewał.
Rosjanin przechylił głowę jeszcze bardziej i spojrzał pytająco na Japończyka. Katsuki miał na końcu języka, aby zapytać "czy to ty zaniosłeś mnie wczoraj do łóżka?", ale chyba prędzej zrobiłby salto przed dzieciakami w szkole niż palnął coś podobnego. I to wcale nie znaczyło, że z łatwością skoczyłby to salto. W życiu by go nie skoczył.
- ...czy mógłbym wpaść do Ice Castle i obejrzeć jak trenujesz? - dokończył zamiast tego. Uch, niby wybrnął, ale o to też nie powinien pytać. Przecież to jego praca, a nie jakiś pokaz rodem z zoo, musiał być skupiony i w ogóle...
Yuuri nie spodziewał się, że pytanie wywoła aż taką burzę: Viktor zupełnie zbaraniał, wybałuszył oczy, otworzył usta, a kiedy wreszcie dotarł do niego sens zdania, wydawało się, że serce wyskoczyło mu z piersi i przykleiło się do twarzy zamiast uśmiechu.
- Naprawdę chcesz? - upewnił się, a kiedy Katsuki ostrożnie skinął głową, zawołał: - Oczywiście! Och, Yuuri, nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę! To jak spełnienie marzeń! Będę mógł ci pokazać tyle rzeczy!
Entuzjazm Viktora był naprawdę zaraźliwy, bo Yuuri wraz z trwaniem wesołych okrzyków nieznacznie się uśmiechnął. Każdy inny człowiek mógł się speszyć na taką prośbę albo powiedzieć, że to za szybko, że nie lubi przypadkowej widowni, że ma już zaplanowany bardzo ważny trening... Ale Viktor nie był każdy. Był wyjątkowy pod wieloma względami.
Zaraz jednak Rosjanin spoważniał.
- Tylko wiesz, dopiero co przesunąłem rezerwację lodowiska na siódmą. Pasuje ci? To praktycznie za chwilę - dopytał z lekkim zaniepokojeniem.
- Tak. Pasuje. Żaden problem. - Japończyk spojrzał na Makkachina, ale pudel nie wydawał się mieć nic przeciwko temu. "Spokojnie, mnie tu jest bardzo dobrze. Mam ręce do głaskania i wieprzowinę do podkradania. Możecie iść się pobawić" mówiło jego puchate, rozciągnięte na podłodze cielsko. Yuuri wstał więc i ruszył w kierunku zaplecza, gdzie znajdowała się kuchnia. - To ja lepiej pójdę zrobić sobie coś do jedzenia i... ten... Czy miałbyś może ochotę na jakieś onigiri na drugie śniadanie? Podejrzewam, że możesz być zmęczony po treningu, więc...
- Yuuri. Chyba chcesz mnie dziś zamordować ilością szczęścia - odpowiedział Viktor znad kawałka pospiesznie jedzonego łososia. Ślady jakiegokolwiek pokacowego zmęczenia zniknęły jak ręką odjął. - Tak, mam dziś przeogromną ochotę na drugie śniadanie od ciebie. Dziękuję. Jesteś moim aniołem stróżem.
Japończyk skinął na odchodne głową i wszedł do kuchni. Dobrze, że mógł ukryć się za ścianą, kiedy Rosjanin zaczął nucić w stronę Makkachina ciche "Yuuri zrobi mi onigiri, Yuuri zrobi mi dziś onigiri!", bo inaczej wszystko by się wydało.
Nie mógł powstrzymać rumieńca. Po prostu nie mógł.
Yuuri nie umiał odpowiedzieć na pytanie, czemu właściwie tak bardzo spieszył się ze śniadaniem, ale chyba jeszcze nigdy o tak wczesnej porze i w takim tempie nie wsunął żadnego łososia. Może bał się, że Viktor znudzi się czekaniem i sam pobiegnie do Ice Castle? Z drugiej strony łyżwiarz wyraźnie zapewnił, że wychodzi tylko na obowiązkową przebieżkę z Makkachinem, a Yuuri w tym czasie może spokojnie zająć się posiłkiem, nawet jeśli oznaczałoby to lekkie spóźnienie na lodowisko. Uch, ten Viktor... Faktycznie, Katsuki nie był z rana demonem prędkości, ale przecież obcokrajowiec nie mógł o tym wiedzieć. Właśnie dlatego Yuuri zaczął upatrywać w tym podstępu i zapobiegawczo zjadł posiłek tak szybko, że ustanowił tym samym swój życiowy rekord. Zresztą, tylko na taki było go stać.
Wszystkie te obawy okazały się jednak bezzasadne. Kiedy Yuuri wyleciał z domu, od razu zauważył, że Viktor jak gdyby nigdy nic stoi tuż przed bramą. Potupywał raźno w miejscu, starając się odegnać ogarniające ciało zimno, i wbijał wzrok przed siebie, myślami błądząc gdzieś znacznie, znacznie dalej. Granatowa kurtka i szare dresy idealnie podkreślały jasną karnację łyżwiarza, a jasne włosy dodatkowo rozświetlał blask wstającego słońca. W tamtym momencie mężczyzna wyglądał niczym model, który reklamował obuwie sportowe, kolejny rewolucyjny izotonik albo jakiś nowy model słuchawek do joggingu. W ogóle był niczym żywa reklama sukcesu i ucieleśnienie perfekcji w jednym. Sto dwadzieścia na sto w skali wspaniałości. Człowiek zaczynał myśleć o tym, żeby się uszczypnąć i wyjść z tego głupawego podziwu, bo ktoś taki po prostu nie mógł istnieć. A mimo to z jakiegoś przedziwnego powodu Viktor wcale nie znikał, tylko czekał na Yuuriego tuż pod fantazyjną bramą onsenu zamiast być ideałem gdziekolwiek tam sobie zechciał.
Na dźwięk kroków na twardym podjeździe Rosjanin drgnął i obejrzał się przez ramię, napotykając spojrzeniem Japończyka. Widok Yuuriego sprawił, że jego twarz natychmiast rozświetlił uśmiech tak promienny, jakby to wcale nie chodziło o pójście na ciężki trening, ale o... hm, o spacer.
- Przepraszam za spóźnienie - zaczął Katsuki, poprawiając szelki narzuconego plecaka. - Musiałem się jeszcze przebrać i spakować ben... znaczy, drugie śniadanie.
- W porządku, prawie wcale nie czekałem - odpowiedział Viktor i zmierzył Yuuriego wzrokiem. - Założyłeś dresy?
- Nie pasują? Za mało wyjściowe? - Japończyk wygiął nogę i ocenił stan swoich spodni. Ciężko było się równać z rosyjskim mistrzem, bo ten wyglądałby fantastycznie nawet w zgrzebnym worku po ryżu... Nie żeby go sobie w takim wyobrażał, oczywiście... Ale Yuuri miał nadzieję, że różnica nie będzie aż tak drastyczna. W końcu z najbardziej szykownych ubrań miał do wyboru tylko spodnie od garnituru i ten czarny dres. - Jeśli chcesz, to wrócę i zmienię-
- Nie, nie, w porządku. Po prostu... dobrze się składa - odpowiedział tajemniczo Viktor i przeciągnął się. Kiedy skończył, spojrzał bystro na Yuuriego i zaproponował: - To co? Może pobiegniemy?
Gdy tylko mruknął na znak zgody, Nikiforov ruszył i skręcił za bramą w lewo, narzucając niespieszne tempo - na tyle szybkie, by się rozgrzać, ale odpowiednio wolne, żeby po dotarciu na most móc kontynuować rozpoczętą rozmowę. Chociaż Yuuri dziwił się, że Viktor w ogóle chciał coś kontynuować.
- Yuuri? A tak z ciekawości... Czego dokładnie uczysz w szkole? - zagadnął.
Pogrążony w rozmyślaniach Katsuki oderwał się od oglądania płaczących na niebie mew i odwrócił głowę w stronę towarzysza.
- Nie wiem jak wygląda wuef w rosyjskich podstawówkach, ale nie sądzę, żeby różnica była jakaś znacząca - usprawiedliwił się już na wstępie. - Prowadzę tylko ogólne zajęcia dla dzieci. Biegi, rzuty piłką, jakaś siatkówka... A latem zajmuję się nauką pływania.
- O - zareagował nieco żywiej Viktor. - Więc umiesz pływać?
- No... W końcu tego uczę. Miło byłoby, gdybym się nie topił w czasie lekcji - zauważył nie bez ironii Yuuri. Rozmowa znów wracała na miły, niezobowiązujący tor. - A ty? Lód w stanie ciekłym jest ci tak samo bliski?
- Hahaha, punkt dla ciebie. Oczywiście, że umiem pływać. I potrafię też surfować na desce - odparł Rosjanin z wyraźną dumą.
Yuuri potrzebował kilku sekund, żeby zrozumieć, co usłyszał. Viktor. Na desce. Surfingowej. Viktor w samych kąpielówkach, niebieskich na ten przykład, pływający po jakimś Morzu Karaibskim albo coś. Błękitna laguna w tle, a pośród tego wysportowany, przystojny mężczyzna, który obejmował nogami deskę i odgarniał do tyłu mokre, srebrzyste włosy, uśmiechając się przy tym z satysfakcją. Biura podróży zabijałyby się o podobne zdjęcia w swoich folderach reklamowych.
- Naprawdę?! - zakrzyknął Katsuki, wlepiając rozszerzone oczy w biegnącego obok mężczyznę. Nikiforov zrobił skromną minę.
- Naprawdę-naprawdę. Chociaż muszę przyznać, że ostatnio miałem sporą przerwę i pewnie wyszedłem z wprawy. Może w te wakacje znów poćwiczę? Miło by było - oznajmił, a potem zerknął ponad ramieniem Yuuriego i zapytał: - Czy fale w tutejszej zatoce bywają duże?
Fale? Czemu pytał o fale? To brzmiało tak, jakby chciał poćwiczyć właśnie tutaj. Jakby w ogóle myślał o powrocie do Hasetsu. Do czegokolwiek w Japonii.
- Nie wiem, czy są odpowiednie, ale kiedy biegam przy plaży to wydają się całkiem spore - przyznał z wahaniem Yuuri. - Ale nie znam się...
Japończyk nieco sposępniał. No właśnie. Niewiele wiedział, niewiele umiał. Słaby był z niego kompan dla kogoś tak wszechstronnie uzdolnionego jak Viktor.
- Założę się, że z surfowaniem i tak idzie ci świetnie - dodał jeszcze i westchnął, przytłoczony ciężarem dzielącej ich różnicy poziomów. - Potrafisz tyle rzeczy...
- Ty również. Słyszałem od Mari, że dużo trenowałeś od samego dzieciństwa. Gimnastykę, taniec towarzyski, balet... - Viktor zawiesił głos. Ciekawe, czy chciał też powiedzieć "łyżwiarstwo"? Na pewno chciał. Właściwie powinien mu to wytknąć w pierwszej kolejności.
- Dawno i nieprawda. Praktycznie nic już nie pamiętam - rzucił Katsuki, na co Nikiforov wydał z siebie ciche, przeciągłe "uhm". Cokolwiek miało to znaczyć, więcej o nic nie dopytywał.
Yuuri i Viktor w zupełnej ciszy minęli most i ruszyli w stronę górującego nad okolicą wzgórza, u podstawy którego znajdowało się Ice Castle. Już niedługo przed ich oczami zamajaczył znajomy kontur sportowej hali, który z samego rana sprawiał wrażenie miejsca zupełnie wyludnionego i opustoszałego. Wstające słońce oblewało cały budynek lekko pomarańczową poświatą, a w tle widać było zazielenione wzniesienie wraz z wieńczącym sam szczyt zamkiem Hasetsu. W przestrzeniach kamiennego wału dało się już zobaczyć liczne kępki świeżej trawy świadczące o tym, że wiosna na Kiusiu z pewnością już nadeszła. Yuuri zacisnął usta. A tutaj dalej nic się nie zmieniło.
Obaj mężczyźni wspięli się po schodach, po czym normując oddechy po dość wyczerpującym biegu, wkroczyli przez rozsuwane drzwi do hallu. Viktor ruszył pewnie przodem, a Yuuri podążył za nim, z pewnym wahaniem rozglądając się po przedsionku. Chyba dawno go tu nie było. Bardzo dawno. Ledwie pamiętał rozkład pomieszczenia, choć jednocześnie wydawało mu się, że wystrój lodowiska zatrzymał się na czasach sprzed dobrej dekady. Podejrzewał, że burmistrz nie szastał z wydatkami na halę, gdzie poza sezonem nie zaglądało zbyt wielu ludzi, a nawet jeśli zaglądali, to i tak praktycznie nie przybywało nowych osób. Przy życiu utrzymywało to miejsce żywa reklama w postaci Yuuko, lecz i tak kwestie ekonomiczne okazały się bezwzględne. Właściwie co w Hasetsu jeszcze dobrze funkcjonowało? Ach, no przecież, że pociągi. Żeby co bardziej zdesperowani mieli w jaki sposób stąd zwiewać.
- Hej, Takeshi! - zawołał nagle Rosjanin. Katsuki delikatnie wychylił się zza Viktora i zauważył, że między półkami z łyżwami kręciła się jakaś postać. I faktycznie, chwilę potem rozpoznał w niej Nishigoriego.
- O! Cześć, Viktor. Jak zwykle ranny z ciebie ptaszek. Dziwię się, że potrafisz tryskać dobrym humorem o takiej godzinie - odpowiedział krępy Japończyk. Katsuki uniósł ze zdziwieniem brwi. "Takeshi"? "Viktor"? Naprawdę przez te kilka dni Rosjanin zdołał aż tak się ze wszystkimi zaprzyjaźnić? - Mam szybkie pytanie. Wolisz dziś pojeździć z podkładem czy może... Yuuri?!
Nishigori zająknął się, kiedy zobaczył dawno niewidzianego kolegę, a Katsuki na dźwięk swojego imienia przypomniał sobie o swoim istnieniu i od razu skurczył się w sobie. Na śmierć zapomniał, że kolega ze studiów tu pracuje. Może to jednak nie był najlepszy pomysł, żeby przychodzić...
- Yuuri! - zawołał jeszcze raz Nishigori, wychylając się ponad kontuar, ale tym razem w jego głosie słychać było radość z przypadkowego spotkania. A przecież na widok Yuuriego musiał przypomnieć sobie o Yuuko. Z pewnością sądził o nim wszystko, co najgorsze. - Jak dobrze cię widzieć! Przyszedłeś skorzystać z okazji i podpatrzeć mistrza przy pracy? Popieram. Gdyby nie to, że mam jeszcze kilometry korytarzy do wysprzątania, to chętnie sam bym z tego skorzystał. To normalnie jak darmowy bilet na zawody! - przyznał z jowialnym śmiechem i zwrócił się do rosyjskiego łyżwiarza. - To jak, Viktor? Co robimy z muzyką?
- Możesz dać losowy podkład. A, i jeszcze jedno. Dziś mam specjalny trening, więc... - Viktor uśmiechnął się, a Katsuki przysiągłby, że chociaż do tej pory nie widział u niego takiej miny, to uniesione kąciki ust z pewnością nie oznaczały niczego dobrego. - Takeshi, czy mógłbyś znaleźć łyżwy dla Yuuriego?
"Stupor" to całkiem niezłe określenie na to, co się chwilę potem stało. Chociaż "szok" też nie brzmiał najgorzej. Czymkolwiek było jednak to pełne napięcia milczenie, trwało może ułamek sekundy, aż wreszcie obie pary ciemnych oczu zwróciły się w stronę Viktora, obie pary brwi uniosły w najszczerszym zdumieniu, a z dwóch gardeł padło zduszone:
- Cooo?!
- Wow! - zaśmiał się melodyjnie Rosjanin, zupełnie jakby uczestniczył w jakimś sitcomowym gagu. - Fajnie wychodzą wam te chórki, ale może poćwiczymy je innym razem, dobrze? Póki co wolałbym-
- Viktor, nie o to mi chodziło! - Yuuri podszedł do utytułowanego mistrza i wbił w niego pełne przestrachu spojrzenie. - Chciałem tylko popatrzeć!
- A z tego, co wiem, najlepszy widok jest ze środka lodowiska - podsumował Nikiforov, po czym zerknął zza Katsukiego na kontuar. - Takeshi, czy możesz?
Nishigori zamrugał i obrócił się na pięcie, gotów jak najszybciej zrejterować z zagrożonego kłótnią terenu.
- Jasne, zrozumiałem - przytaknął i na krótką chwilę obejrzał się za siebie. - Yuuri? Nadal nosisz rozmiar czterdzieści jeden?
- Nishigori! - wypalił z oburzeniem Katsuki.
- Czyli nadal.
Takeshi zniknął między tylnymi stojakami, szukając odpowiedniej pary. W przestronnym hallu pozostała jedynie dwójka mężczyzn oraz męczący Yuuriego problem.
Od początku Japończyk przeczuwał, że to wyjście z Viktorem nie może wyglądać tak różowo. Że postoi sobie za bandą i miło spędzi przedpołudnie, oglądając popisy Nikiforova ćwiczącego w skupieniu na tydzień przed Mistrzostwami Świata. Ale nie. Oczywiście musiał swoją obecnością zaburzyć cały napięty grafik i zamiast siedzieć na tyłku w pokoju, zabierał łyżwiarzowi cenny czas. Widocznie zgoda Yuuriego została odebrana jako coś więcej. Że będzie wymagał, żeby Viktor poświęcił mu uwagę albo wymusi na nim prywatną lekcję jazdy. Tylko że Katsuki wcale tego nie chciał. Nic nie chciał. Chciał uciec i nikomu w niczym nie przeszkadzać.
- Viktor, błagam, nie jeździłem od dobrych dziesięciu lat. Nie nadaję się. To absolutnie nie ma najmniejszego sensu - zaczął ponownie Yuuri, ale zanim zdążył powiedzieć coś więcej, palec na ustach zamknął drogę dalszym narzekaniom. Ciężko było jednak stwierdzić, czy to fizyczna bariera wcisnęła słowa z powrotem do gardła, czy to zaskoczył go dotyk dłoni. Czy raczej to, że już drugi raz tego dnia nie uznał kontaktu za zagrożenie. Jakby coś w jego mózgu się odblokowało.
- Nie szkodzi. Chętnie skorzystam z okazji i powtórzę sobie podstawy - odpowiedział Viktor, wycofując rękę, zanim do Yuuriego wreszcie dotarło, co się dzieje. - A poza tym może powinieneś odpocząć od nauczycielskiej roli i zamiast uczyć innych, sam dasz się w czymś podszkolić?
- I przekonują cię argumenty, że jestem do dupy, stracisz na mnie tylko czas i nerwy, a ja i tak nie będę nic umiał? - spróbował Japończyk jeszcze ostatni raz, jednak Rosjanin ani na chwilę nie stracił animuszu.
- Ani odrobinkę - odpowiedział z uśmiechem Viktor.
- Dobra, poddaję się. Niech ci będzie. - Yuuri westchnął z absolutną rezygnacją, po czym podszedł do lady. Skoro nie mógł nic załatwić rozmową, musiał go przekonać w inny sposób. Ten szybszy i bolesny. - Nishigori, daj te łyżwy. I jeszcze jakieś ochraniacze. Dużo ochraniaczy. A jak masz jakąś polisę ubezpieczeniową, to dorzuć ze trzy.
- O nie, mój drogi - zarządził Nikiforov, podchodząc do Yuuriego, aby przypilnować go w kwestii przyjmowanego osprzętu. - Żadnych ochraniaczy.
- Boże, czemu...
- Nie Boże, tylko Viktor. Chociaż ja wiem, że przez te urodziny... - Rosjanin wyglądał tak, jakby bardzo chciał pociągnąć jakiś dowcip, ale rzut oka na pogrążonego w rozpaczy Japończyka powstrzymał go od zbaczania z tematu. - W każdym razie ochraniacze tylko wzmagają niepewność. Myślisz że nowo narodzone jelonki też mają tak dobrze, że zaczynają naukę chodzenia od założenia kasku?
- Czy ja ci wyglądam z jakiejkolwiek strony na jelonka? No chyba że jelonka rogacza - mruknął Yuuri, odbierając od Nishigoriego parę czarnych łyżew.
- Skoro już poruszasz temat swoich sarnich oczu... Dobrze, dobrze, tylko żartowałem! - W normalnych warunkach Yuuri nigdy nie zdecydowałby się na rzucenie morderczego spojrzenia spod byka wprost na pięciokrotnego złotego medalistę w łyżwiarstwie figurowym, jednak konfrontacja z nadchodzącą śmiercią (z poniżenia lub tą na serio) sprawiła, że wyzbył się wielu hamulców. Naprawdę wielu. Viktor również wyczuł, że zaczął stąpać po cienkiej granicy, więc dla bezpieczeństwa uniósł dłonie w pokojowym geście. - Jakby co to będę ci mówił, jak masz bezpiecznie upadać.
- Problem w tym, że w upadaniu z założenia nie ma nic planowanego. Poza tym wątpię, że moje ciało będzie na tyle miłe, by stwierdzić, że po upadku na tyłek oszczędzi mi jakiegokolwiek bólu i siniaków. - Postawiony pod ścianą Yuuri przestał przejmować się wstydem. - Ale jeśli coś mi się stanie, to fundujesz mi pobyt w klinice. Szwajcarskiej!
Oszołomiony nagłym ożywieniem Yuuriego Viktor zamrugał, a potem uśmiechnął się nienaturalnie wręcz szeroko.
- Umowa stoi. Chris z pewnością się ucieszy, kiedy wylądujemy w Genewie - odpowiedział.
Obietnica złożona przy Nishigorim wydawała się wystarczającym argumentem, aby Yuuri wreszcie nieco ochłonął i dał się poprowadzić do szatni. Po pozostawieniu bagaży, zdjęciu kurtek i zmianę butów na łyżwy obaj mężczyźni przeszli na mroźną halę. Viktor poszedł na chwilę wraz z Takeshim do pokoju z konsolą, a w tym czasie Katsuki powoli zbliżył się do otwartej bramki w bandzie. Spojrzał na lekko błękitną, nieskazitelnie czystą taflę; wypolerowane z samego rana lodowisko błyszczało delikatną glazurą, jakby tylko czekało na to, aż pierwsi użytkownicy zaczną na nim jeździć. I tym kimś miał być również on.
Na ten widok coś przeskoczyło w umyśle Yuuriego, a całe ciało ogarnęła blokada. Po tylu latach znów tu wrócił. W miejsce, gdzie przeżył tak wiele miłych chwil i jeszcze więcej rozczarowań. Lodowisko nie wybaczało błędów. Karało tak boleśnie jak uderzenie w beton, ziębiło bardziej niż najbardziej mroźna zima. A kiedy okazało się, że mimo upadków i starań ktoś inny zaczął zgarniać wszystkie pochwały, lód stał się tylko ciężką, nieprzyjazną bryłą.
To nie tak, że Yuuri zapomniał jak się jeździ. Pragnął zapomnieć. Zmusił się, żeby zapomnieć. Widząc utalentowaną Yuuko zdołał sobie wmówić, że to nie dla niego, że są lepsi. W końcu powiedział sobie "dość" i odszedł, wkładając mnóstwo wysiłku w to, żeby zamknąć za sobą furtkę i nigdy do tego rozdziału nie wracać. Myśl o tym, że miał szansę tu wrócić, bolała go więc jeszcze bardziej. Nie mógł znieść, że zawsze-
- Yuuri, czy coś się stało? - Viktor nagle wyrósł jak spod ziemi, nachylając się delikatnie nad Katsukim. Ściągnięte brwi wyrażały jakąś trudną do zinterpretowania troskę, a stworzone do uśmiechu usta wyginały się w dół. Był smutny.
Obraz czystych, niebieskich oczu zasłonił cały chłodny błękit lodu. Paraliż ustał. Głos wrócił.
- Nie, nic - odpowiedział pospiesznie Yuuri, cofając się o pół kroku. - Zamyśliłem się, to wszystko.
- To dobrze. - Chmurne czoło wypogodziło się. Viktor zrobił krok w prawo, ustępując Yuuriemu miejsca. - W takim razie chodź.
"Chodź". Powiedział to tak po prostu, jakby nie było w tym nic trudnego. "Chodź". Srebrna gwiazdka uśmiechnęła się, kusząc, wabiąc i zachęcając do tańca. Dawno minione siedem lat treningu wcale nie musiało okazać się stratą czasu. Może dzięki Viktorowi będzie w stanie coś odbudować. Może znów odnajdzie na lodowisku swoje miejsce na ziemi.
Yuuri odetchnął głęboko, zbliżył się jeszcze odrobinę do wejścia i postawił jedną stopę na tafli. Dobrze. To tylko lód. To tylko zabawa. Nikt nic od ciebie nie oczekuje. Wcale nie musisz niczego udowadniać przed mistrzem świata w łyżwiarstwie figurowym.
Przesunął nogę do przodu. Potem do tyłu. Do przodu. Delikatnie nacisnął na lód. Wycofał się.
Nie. Mowy nie ma.
- Nie dam rady - rzucił Yuuri, patrząc tępo w taflę przed sobą. Lęk wciąż był zbyt wielki. Oczekiwania też.
- Yuuri, przecież nawet nie spróbowałeś! - zwrócił uwagę Viktor, na co Japończyk potrząsnął głową. Mało brakowało, a cały zacząłby się trząść.
- Spróbowałem. Nie dam rady - odparł bezradnie. - Wybacz. Ustanę obok i będę się przyglądał jak-
W tym momencie Viktor wyminął Yuuriego i wszedł na lód tak pewnie, jakby pokonywał zwykły stopień schodów. Potem zrobił niewielkie kółeczko i stanął do Japończyka przodem, wyciągając ku niemu obie ręce.
- Chodź - powtórzył ciepło.
Katsuki nie wiedział, gdzie ma podziać wzrok. Niebieskie oczy działały na niego jak zaklęcie. Ramiona znalazły się tak blisko, że wystarczył jedynie krok, aby zostać nimi otoczonym. Szept zachęcał tak słodko, że chciał go słuchać i słuchać w nieskończoność.
Wtedy w tle zaczęła rozbrzmiewać wesoła melodia niczym tło do filmowej sceny. Yuuriemu wydawało się, że nawet kojarzy muzykę, bo w dzieciństwie oglądał kawałek musicalu, z którego pochodziła... "Shall we skate?" śpiewał po angielsku mężczyzna, tak jakby zapraszał do zabawy. Tak, to była chyba historia o jakimś księciu i łyżwiarzu, który uczył go jeździć. Zabawne. Viktor oczywiście grałby w tym przypadku uzdolnionego łyżwiarza, ale czy w takim razie Katsuki miał tu robić za arystokratę? No chyba prędzej za błazna.
- Nie, weź, nie wygłupiaj się... - wydukał tylko.
- Nie wygłupiam. Wiem, że to potrafisz - powiedział z niezachwianą pewnością siebie Nikiforov. - Powiedziałem, że chcę cię nauczyć jeździć, więc biorę to na poważnie. A skoro jesteśmy tu sami, nie musisz się niczego wstydzić. Yuuri, to tylko ja. Viktor.
Viktor. To tylko Viktor. Nie mistrz świata. Nie ikona sportu. Nie łyżwiarski geniusz. Viktor. Zupełnie jakby czytał mu w myślach.
Yuuri nie miał już żadnego sensownego argumentu, aby wciąż się opierać. Czuł, że to nie wypali, ale jednocześnie, a może przede wszystkim nie mógł zawieść Viktora. Podał mu więc dłonie i postawił jedną nogę z powrotem na lód. Płoza przy najmniejszym ruchu uciekała do przodu, nie dając możliwości złapania równowagi, ale Japończyk zacisnął zęby. Zrobi to. Nie dlatego, że cokolwiek musiał. Chciał. Chciał pojeździć z Viktorem.
Wspierając cały ciężar ciała na rękach łyżwiarza Yuuri dostawił drugą stopę na taflę i spiął się, zaciskając palce na przedramionach Rosjanina. Już. Koniec. Zaraz poczuje ból w plecach, być może z tyłu głowy... Lecz nie stało się nic. Spodziewał się upadku, ale ten nie nadszedł. Powoli otworzył oczy... Zaraz. Kiedy w ogóle je zamknął?
- No i popatrz. Pierwsza lekcja zaliczona - powiedział Viktor z uśmiechem, po czym zerknął pod nogi. - I jak?
- Trochę... sztywno... - przyznał z niemałym trudem Yuuri.
- Chyba naprawdę powinienem zapomnieć o tym, że jeździłeś w dzieciństwie - westchnął Nikiforov, po czym spojrzał pytająco na Katsukiego. - Jesteś w stanie zrobić krok?
Yuuri zaśmiał się nerwowo. A to dobre. Może to był mały krok dla ludzkości, ale wielki dla zdrętwiałego ze strachu Japończyka.
- Sukcesem jest to, że jeszcze oddycham. Czuję się tak, jakby nawet odrobina dodatkowego powietrza w płucach miała mnie przechylić do przodu. Zmroziło mnie. Dosłownie i w przenośni.
- Jeśli stać cię na takie żarty, to chyba wcale nie jest tak źle - przekornie ucieszył się Viktor. W jego oczach błysnęła iskra brawury. - W takim razie czas na lekcję drugą!
Nagle Viktor odepchnął się i zaczął jechać do tyłu... a razem z nim ruszył także Yuuri, który wciąż zaciskał palce na przedramionach Rosjanina. Fizyka była w tym względzie naprawdę bezlitosna, a ręce posłuszne prawom anatomii jak na złość nie umiały się wydłużyć.
Ale przejechali tak metr, przejechali dwa, przejechali pięć i chyba nawet dziesięć. Nic się nie stało. Czy raczej stało się to, że jechali i grawitacja nie chciała im wcale w tej czynności przeszkodzić.
- Bardzo dobrze. Stopy równolegle. Ugnij kolana. Obniż nieco środek ciężkości - instruował Viktor, a Yuuri ostrożnie dostosowywał się do jego poleceń. Mimo całej niepewności coś mu mówiło, że polecenia były słuszne. - I przede wszystkim rozluźnij się. Lód nie lubi spiętych ludzi.
- A jakich niby lubi? - zapytał Katsuki, a wtedy Nikiforov zaśmiał się na głos.
- Pionowych.
Chociaż nie dostał takiego polecenia, Yuuri również się uśmiechnął.
- No cóż, w takim razie spełniam oba warunki. Póki co wychodzę na zero, prawda? - stwierdził Japończyk, zmniejszając nacisk na przedramionach towarzysza. Czuł się już całkiem pewnie. Zresztą, w razie gdyby się zachwiał, Viktor znajdował się tuż przed nim. Wywrotka w jego kierunku... cóż, nie wydawała się tragiczną opcją.
- Skoro tak dobrze ci idzie, to może zaczniemy już lekcję trzecią? - zaproponował Nikiforov.
- Jaką? - zdziwił się Yuuri. Przecież wystarczyło, że jechał. Chyba nie każe mu jeszcze robić poczwórnych tych... flipów?
Ale prawda okazała się znacznie gorsza przez swoją oczywistość. Viktor po prostu puścił ręce Yuuriego i gładko odjechał na kilka metrów do tyłu. Bez niego.
- Samodzielność! - ogłosił z dumą.
Nie był na to gotowy. Zupełnie nie był. Wolałby usłyszeć "a teraz nauczę cię programu galowego dla par", bo z tego mógłby się przynajmniej pośmiać i stwierdzić, że Makkachin byłby w takim razie lepszym partnerem, ale w tym przypadku nie miał nawet okazji dyskutować. Dlatego gdy tarcie wreszcie jakimś cudem zadziałało i ciało wytraciło prędkość, Yuuri z przerażeniem zastygł na środku lodowiska.
- Viktor! - zawołał z przestrachem. Ani drgnij. Ani drgnij. Lód kiedyś się rozpuści. Przyjdzie globalne ocieplenie i cię uratuje. - Viktor, tak się nie robi!
- Spokojnie. Zrób kroczek. Malutki - powiedział Rosjanin, z powrotem zbliżając się do Yuuriego. Zatrzymał się jakieś dwa metry od niego i rozłożył ręce niczym ojciec czekający na raczkującą pociechę. - Balansuj ciałem. Ustaw stopy pod lekkim kątem i odpychaj się naprzemiennie. Po troszku.
Yuuri przysiągłby, że jego mięśnie poruszały się już tylko za pomocą siły woli. I że tylko dzięki psychicznemu skupieniu zdołał w jakiś sposób przesunąć stopę tak, jak wydawało mu się, że robił to kiedyś. Zadziałało. Potem skupił się na drugiej stopie i odepchnął pierwszą. Przesunął się o kolejne kilkadziesiąt centymetrów. Powoli. Powoli. Nic na siłę. Nie będziesz od razu panczenistą. Wystarczy, jeśli będziesz stał.
- Viktor! - zawołał ponownie Yuuri, lecz tym razem w głosie pobrzmiewało miłe niedowierzanie. Wbijał wzrok w dół, patrząc, jak jego nogi raz za razem przesuwają się po lodzie. - Viktor, ja chyba... Ja chyba już pamiętam!
Uradowany Katsuki uniósł głowę, by ujrzeć reakcję Nikiforova i pomachać beztrosko rękami... a chwilę potem zamachał rękami znacznie bardziej, kiedy nieoczekiwanie stracił równowagę.
- Ugnij...! - zdążył tylko zawołać Rosjanin, kiedy Japończyk z głuchym łupnięciem skończył tyłkiem na lodzie - ...kolana.
Ból i oszołomienie na sekundę zajęły całą uwagę Yuuriego, lecz zaledwie chwilę potem zauważył on długie, smukłe nogi zakończone parą czarnych łyżew, które niemal bezgłośnie pojawiły się tuż obok niego. Ten obraz oraz chłód lodu, który czuł praktycznie całym rozciągniętym na tafli ciałem podpowiedziały mu, że właśnie stracił orientację. Przestrzenną, w sensie.
- Wiem, że mówię to dziś zdecydowanie za często, ale... - Viktor nachylił się nad poszkodowanym mężczyzną. - Yuuri, wszystko w porządku?
- Nie wiem. Nie jestem radiologiem, jeśli o to ci chodzi. - Katsuki spojrzał w górę i napotkał rozbawione spojrzenie. Tak, tak. Ubaw po pachy. Tylko czy ładnie to się tak śmiać z niedorajd? Powinni za to wlepiać mandaty. - Uch, co to miało być...
- Lekcja czwarta. - Viktor wyciągnął dłoń. - Upadanie.
- Przereklamowane. Chcę zwrotu kosztów. - Yuuri chwycił rękę i od razu podźwignął się do pionu, wspierany przez Viktora. - Przysiągłbym, że w dzieciństwie wszystko było jakieś prostsze.
- Bo miałeś niżej osadzony środek ciężkości. - uświadomił Nikiforov i wskazał podbródkiem na taflę pod ich stopami. - Ale skoro pierwszy upadek masz za sobą, to nie będziesz już bał się kolejnych. Widzisz? Właśnie normalnie wstałeś.
Rzut oka na lodowisko. Rzut oka na wyprostowane, poprawnie rozstawione nogi. Rzut oka na rozpromienionego Viktora. Tego się nie spodziewał.
- Och. Faktycznie. Nie wiem nawet, jak to się stało - przyznał z zaskoczeniem Yuuri. Lewy pośladek dość mocno dokuczał, tak samo jak cierpiało wnętrze obu dłoni, na które upadł. Spodnie mieniły się od startego lodu, a zimno wciąż jeszcze dawało o sobie znać. Ale wraz z tymi wszystkimi dolegliwościami i krzywdami niepokojące napięcie w mięśniach wreszcie zniknęło. Mógł się ruszać. Tym razem w pełni.
- Twoje ciało pamięta. Zawsze pamiętało. W końcu jazda na łyżwach jest jak jazda na rowerze - stwierdził sentencjonalnie Viktor, po czym na chwilę się zadumał i dodał: - ...tylko że na łyżwach.
Japończyk nie mógł powstrzymać kolejnego już tego dnia uśmiechu. Wraz z pojawieniem się Viktora już dawno przekroczył normę dziesięcioletnią na wyszczerzanie się i Yuuriego niesamowicie to dziwiło, że nieaktywne do tej pory mięśnie jeszcze nie bolały go od zakwasów. W ogóle nie umiał sobie przypomnieć, kiedy cieszył się równie mocno jak teraz. To było chyba jakoś dawno temu.
- Jesteś prawdziwym geniuszem - podsumował Katsuki, patrząc na towarzysza z kpiną. - Normalnie Coelho łyżew.
- Ej, Yuuri! To była moja najlepsza mądrość! Nie rób mi tego! - zapłakał Viktor z udawanym żalem.
Ale Yuuri chciał to robić. Bardzo chciał się śmiać, nabijać, stroić żarty i czuć tę samą beztroskę każdego dnia. Chciał być wyciągany na łyżwy i uświadamiany, że umie pokonać swoje lęki. Chciał spotkać kogoś takiego jak Viktor. Chciał spędzić z kimś takim jak Viktor całe życie. Chciał-
Niespodziewanie melodia towarzysząca im w tle zmieniła się. Tym razem z głośników popłynęła powolna, nastrojowa piosenka zaczynająca się od kilku nut granych na fortepianie. Raz-dwa-cisza, raz-dwa-cisza, dźwięki czyste i ciche jak odgłos dzwoneczków łączyły się w takt walca angielskiego. Potem muzyka rozwinęła się i do gry dołączyły również skrzypce. Całość stała się piękna, delikatna i romantyczna, jakby stworzona dla dwojga.
Zbyt romantyczna.
- Nishigori! Bez takich żartów! - zawołał Yuuri w stronę budki z konsolą, chociaż jednocześnie podejrzewał, że mężczyzny tam nie było. Pewnie puścił muzykę z automatu i poszedł skorzystać z okazji, żeby posprzątać szatnię czy cokolwiek innego w tym stylu. - Masz to natychmiast...
- ...podgłosić! - zakończył Rosjanin, uśmiechając się w jakiś szczególnie ciepły sposób.
Muzyka jednak ani nie stała się głośniejsza, ani nie zniknęła. Wciąż płynęła nad ich głowami, spokojna, nostalgiczna, jakby zachęcająca do wyznań. Katsuki nie wiedział, co ma o tym sądzić. Jak zareagować. W którą stronę spojrzeć, aby nie zrobić czegoś głupiego. W końcu nieme zagubienie w oczach Yuuriego było na tyle widoczne, że Viktor zreflektował się i drgnął, dostrzegając pełną sprzeczności minę Japończyka.
- Wybacz. To po prostu jedna z moich ulubionych melodii - wyznał, spoglądając gdzieś w stronę dachu, jakby dostrzegał tam niebo rozciągające się nad Hasetsu. - Nazywa się "Kamome".
Tego się nie spodziewał. Myślał, że coś przeinterpretowuje albo że Viktor dalej stroi sobie żarty, ale Yuuri nie pomyślałby nigdy, że japoński tytuł tak gładko wyjdzie z jego ust. Że będzie brzmiał tak... tak smutno i pieszczotliwie zarazem. Coś się za tym kryło, jakieś wspomnienia. Dużo wspomnień.
- "Mewy" - przetłumaczył mimowolnie Yuuri. Viktor skinął głową.
- Miło mi się kojarzą. Ta melodia i mewy ogółem - wyjaśnił, przenosząc wzrok na Katsukiego. - Przypominają mi o dwóch domach.
Japończyk zawiesił się na moment, dostrzegając melancholię w oczach Viktora. Niebieskie tęczówki przypominały swoim odcieniem czysty ocean. Wydawało się właściwie rzeczą naturalną, że ktoś o takim spojrzeniu czuł więź z mewami. Ciekawe. Yuuri zgadywał, że pierwszym domem było miejsce, gdzie łyżwiarz się urodził, ale czym było to drugie? Dlaczego stało się bliskie sercu Viktora? I jak do tego doszło? Yuuri otworzył usta. Chciał zapytać o tak wiele, wiele rzeczy...
- To jak? - zagadnął znacznie szybciej Rosjanin. - Pojeździmy trochę razem?
Wtedy stała się rzecz jeszcze bardziej zaskakująca niż cała ta nauka czy jakakolwiek wcześniejsza sytuacja - Viktor wyciągnął dłoń w stronę Yuuriego, prosząc o jego dłoń. Nie, nie dotknął go. Chociaż gest był całkowicie jasny, mężczyzna wciąż pozostawiał mu wybór. Mogłoby się wydawać, że to nic takiego, bo przecież wcześniej też trzymali się za ręce: przy wchodzeniu na lód, przy prowadzeniu, przy podnoszeniu na nogi. Tyle że wtedy mieli powód. Teraz wymówką była trywialna potrzeba bliskości.
Ale to nie w prośbie Viktora czaiła się niezwykłość sytuacji. Było nią to, że w odpowiedzi ręka Katsukiego drgnęła niekontrolowanie, a po chwili mężczyzna zbliżył się i wsunął palce między palce Nikiforova. Yuuri spojrzał w dół na splecione dłonie, a potem zerknął na Viktora. Milczał. Próbował okiełznać szalejące serce i niemal całkowitą pustkę w głowie, gdy uśmiech promienny jak nigdy wcześniej rozświetlił twarz zawodowego łyżwiarza. Rosjanin wzmocnił chwyt, jakby upewniając się, że Japończyk nie wyśliźnie mu się z rąk. Yuuri wciąż nic nie odpowiedział, czując, że jest mu po prostu niesamowicie dobrze.
- No to ruszamy - powiedział Viktor.
Nikiforov odepchnął się od tafli, ciągnąc za sobą lekko niepewnego Katsukiego. Zbliżyli się do bandy: łyżwiarz po zewnętrznej, a nauczyciel po wewnętrznej, i zaczęli jeździć dookoła jak na zwyczajnym, publicznym lodowisku. Milczeli i słuchali, jak wiolonczela, skrzypce oraz fortepian wspólnie snują swoją historię o mewach. Jakby to wszystko było całkowicie normalne i łatwe do przewidzenia.
Tylko że nic w Viktorze nie wydawało się normalne ani przewidywalne. Wpadł jak burza do onsenu, wywracając spokojne życie państwa Katsukich do góry nogami, lecz zamiast marudzić jak to wielkie gwiazdy miały w zwyczaju, zaczął zachowywać się jak członek ich rodziny. Rosjanin nieustannie zachwycał się tym zwykłym japońskim zajazdem, kulawo gaworzył z mamą o przeszłości syna (nie wyłączając zdjęć z dzieciństwa, o których Yuuri starał się zapomnieć), tacie pomagał jak mógł w języku męskich czynów, nosząc skrzynki z jedzeniem czy szorując łaźnię po godzinach, a z Mari siadał wieczorami przy piwie, aby komentować japońskie reality shows. I tylko w przypadku Yuuriego Viktor zachowywał nieco większy dystans, czy raczej to Yuuri wciąż nie mógł zbliżyć się do Viktora.
Lecz jakby na przekór temu zachowaniu Viktor się nie poddawał. Nieustannie go słuchał. Zagadywał. Był miły i cierpliwy. Nie próbował przekroczyć muru, który wybudował wokół siebie Yuuri, ale jednocześnie ani na chwilę nie pozwalał mu się za nim całkowicie ukryć. Dlaczego? Czemu poświęcał uwagę komuś tak nudnemu? I dlaczego właściwie Yuuri zaczął pragnąć tej uwagi? Dlaczego nie mógł przestać myśleć o tym zabawnym obcokrajowcu? Kiedy zasypiał, patrzył w stronę pokoju bankietowego, kiedy budził się, wiedział, że śnił o Viktorze, kiedy chodził po domu, zastanawiał się, co i gdzie porabia Rosjanin... Wszystkie jego myśli zaprzątała ostatnio kwestia, że chciał przy nim być. Tak po prostu, po ludzku czegoś chciał. I bardzo chciał zrozumieć, czym były te uczucia, którymi darzył go Viktor i które sam zaczął kierować w jego stronę.
Towarzysząca im muzyka znów się zmieniła - tym razem grał sam fortepian, delikatny i bardzo samotny. Zupełnie jak Yuuri. Katsuki spojrzał w lewo, na łagodnie uśmiechającego się towarzysza. Tyle cudów. Czy mógł liczyć na jeszcze jeden?
- Viktor? – zaczął i odchrząknął. - Przepraszam, że sprawiam ci tyle problemów.
- Nie przepraszaj, bo nie sprawiasz żadnych problemów. Spędzanie z tobą czasu to sama radość. - odparł Nikiforov. - Poza tym od początku wiedziałem, że ci się uda. Jesteś wspaniały.
Nie był. Oczywiście, że nie. Był żałosny, słaby, nudny - najgorszy zestaw dla kogoś takiego jak Viktor. Bezsilność aż odbierała dech w piersiach. I Yuuri naprawdę dałby wiele, aby urodzić się jako ktoś inny. Najlepiej jako łyżwiarz, który nie przyniósłby wstydu takiemu wspaniałemu człowiekowi.
- I wiesz, Yuuri... - Przedłużające się milczenie skłoniło Viktora do ponownego zabrania głosu. - Od jakiegoś czasu jedna myśl nie daje mi spokoju i właściwie to... - zaczął i urwał.
- Właściwie? - powtórzył Katsuki, przechylając ciekawsko głowę.
- ...właściwie to mógłbyś zostać choreografem.
Cisza. Nie ta absolutna, ale ta między nimi, podkreślana przez muzykę i odgłos dwóch par łyżew sunących po lodzie. Wystarczyło zaledwie kilka słów i kilka sekund, aby zburzyć dotychczasowy spokój.
- Co? - Yuuri zatrzymał się, wyswobadzając swoją dłoń, a razem z nim przystanął także Viktor. Japończyk w pierwszej chwili nie zrozumiał, o kim opowiada mężczyzna, ale skupione na nim spojrzenie szybko uświadomiło mu, że ciągle chodziło tylko o jedną osobę. - Viktor, o czym ty mówisz? Jak mam uczyć kogoś, jak ma jeździć, skoro sam tego nie potrafię?
- Choreografami są nie tylko łyżwiarze. To mogą być baletmistrze, tancerze... Ktoś, kto wie, jak się ruszać – wymienił rzeczowo.
- Od dawna nie jeżdżę ani nie tańczę - przypomniał Katsuki. Nie wiedział, dlaczego Viktor w ogóle wyszedł z tym tematem ani tym bardziej dlaczego tak mu zależało. - Nauka kraula i pajacyków nie jest żadną umiejętnością.
- No to może komentatorem sportowym? - Nikiforov wyraźnie nie dawał za wygraną.
- To bez sensu. Nie będę siedział i wymądrzał się na temat, o którym nie mam bladego pojęcia.
- A fizjoterapeutą? - zaproponował. Yuuri zmarszczył czoło, pojmując coraz mniej i mniej z całej rozmowy.
- Nie mam odpowiedniej szkoły, a poza tym niby czyim fizjoterapeutą miałbym-
- Moim.
Zdeterminowana mina Viktora mówiła jedno. Był poważny. A Katsuki był coraz bardziej zagubiony. Czuł się tak, jakby mężczyzna się nad nim litował.
- Yuuri, dużo nad tym myślałem i wiem jedno. Moja kariera nie będzie wieczna. Oczywiście nie zamierzam już ustępować, ale w tych warunkach daję sobie jeszcze rok, może dwa, zanim moje stawy zaczną się buntować. Potem rezygnuję. Ale muszę z czegoś żyć, prawda? – wyjaśnił, patrząc z nadzieją na Yuuriego. - Dlatego zamierzam otworzyć szkołę i chcę, żebyś uczył w niej razem ze mną.
- Ja? Uczyć? - upewnił się Japończyk.
- Tak, ty. W końcu jesteś nauczycielem. Jeśli nie czujesz się na siłach, aby zająć się czymś bezpośrednio związanym z jazdą, mógłbyś pilnować rozwoju fizycznego dzieci. Wtedy ja skupiłbym się na technice i choreografii - stwierdził Viktor, a po chwili uniósł brwi, jakby jeszcze jeden pomysł wpadł mu właśnie do głowy. - O, i twój chłodny umysł przydałby się w prowadzeniu księgowości. Co ty na to?
- Chło... - Yuuri ledwie był w stanie zrozumieć angielskie słowa, a nierealność sceny uderzała go tym mocniej, że znajdowali się na lodowisku. Tam, gdzie jego kariera skończyła się przed dwunastoma laty i o wznowienie której prosiła go żywa legenda łyżwiarstwa. - Viktor, to za szybko! Ja nie wiem! Nie wiem, czy w czymkolwiek podołałbym...!
- Nie musisz podołać. Nic nie musisz odnosić spektakularnych sukcesów od razu, w jeden dzień. Bo to nie jest złe próbować i ostatecznie odnieść porażkę. Najgorsza jest bezczynność. Wiesz o tym, prawda? - Yuuri wiedział. Doskonale pamiętał, jak to uczucie paliło goryczą w gardle i nieustannie przypominało mu, gdzie mógłby być, gdyby zrobił to czy tamto. To na własne życzenie był nikim. – Ja też wiem, od kilku miesięcy. I wiem też, że nadajesz się do pracy ze mną. Lepiej niż ktokolwiek.
W tym momencie Viktor zbliżył się, wyciągnął rękę i jeszcze raz pochwycił prawą dłoń Katsukiego. Uniósł ją do góry, po czym przycisnął do swojego torsu, zamykając dłoń w klatce swoich dłoni. Tym, co zdrętwiały Yuuri poczuł chwilę po tym, jak tętno przestało walić mu w uszach, były pospiesznie uderzenia kołaczącego się w piersi łyżwiarza serca.
- A to dlatego, że jak nikt inny na całym świecie w ciebie wierzę – szepnął Viktor.
Ciepło rosyjskiej dłoni było jeszcze wyraźniejsze niż ostatniej nocy. Być może to dlatego, że wokół panował ziąb, a może dlatego... Może dlatego, że Yuuri przestał chcieć, a wreszcie zaczął pragnąć.
Nie "czegoś" i nie "kogoś". Zaczął pragnąć jego.
Przypisy-chan
Phichit bardzo długo czekał, aby melodia z jego programu krótkiego wreszcie przydała się w tym smutnym fanfiku. Dzięki temu przestał być taki smutny, a zaczął trącić całkiem sympatyczną komedią romantyczną. No i czyż trzeba tłumaczyć znaczenie i przesłanie "Shall we skate?"? Chyba nie :) Przy okazji polecam zerknąć, co za utwory zostały jeszcze do wykorzystania. A mam jeszcze kilka bardzo ważnych tytułów w zapasie...
"Ty moj malenkij predatel" oznacza "ty mały zdrajco". Makkachin pewnie wsmyrnął się do pokoju Yuuriego, kiedy Viktor odnosił go do łóżka. Mały zdrajca... i duży cwaniak :P
Pochacco to bohater spod szyldu firmy Sanrio i na pewno znacie go dobrze z collabów. Tak, to ten piesek, w którego wciela się tam Yuuri. Viktor też dostrzegł wiele podobieństw (głównie na tle bycia słodkim), dlatego skusił się na ten żarcik :)
Viktor pływający na desce nie jest taki wzięty z kosmosu - ktoś pamięta arta z różowym kabrioletem? Była tam również deska do pływania oblepiona takimi słodkimi nalepkami, że mogła być własnością wyłącznie Viktora. Stąd też twierdzenie, że umie on surfować.
Jeśli chodzi o pozostałe dwie piosenki poza "Shall we skate?" - jedna jest wymieniona i chodzi o "Kamome", czyli melodia znana z odcinka czwartego (pogaduchy na plaży) czy też z dziesiątego, (gdy Viktor i Yuuri spacerowali przez bożonarodzeniowy rynek). Natomiast druga melodia jest o wiele bardziej niejasna, jednak chodzi tu o... "At the airport". Polecam włączyć i jeszcze raz poczytać sobie ostatni fragment ;)
Historyjka, o którą nikt nie prosił, a którą Viktor przygotował sobie "w razie czego", gdyby ktoś zapytał go, dlaczego wybrał Yuuriego. Zatem było sobie tak: Viktor poza tym, że ma plany założyć szkołę (jak wujcio Pluszczenko), to szuka na nią dobrego miejsca. Czemu nie w Rosji? A bo od dawna ma pewne zatargi z Federacją, że jest taki swobodny i w ogóle, więc gdyby nie musiał, to by w Rosji nie zostawał. A gdzie jeszcze łyżwiarstwo jest popularne? No tak, w Japonii! Viktor zaczął przeglądać miejscówki. Nagoja była zajęta, ale gdy popatrzył, skąd się różni obiecujący łyżwiarze biorą... Znalazł Hasetsu. Pojechał obczaić. Zakochał się w mieścinie, a jak zobaczył Yuuriego, młodego nauczyciela z taką pasją w oczach (ta, jasne, bujasz okropnie, Vitya), to mu się spodobał. Poza tym doszedł do wniosku, że idealnie byłoby taką szkołę założyć z kimś lokalnym. Więc to wszystko ma baaaardzo dużo sensu...
Za pomysł (oraz za betę) serdecznie dziękuję DaryavonDayern :* Wiem, miałam nie publikować, ale to jest stanowczo za dobre, żeby się gdzieś zgubiło w mrokach rozmów podczas dawania poprawek :3
A zatem... Zrobiło się całkiem miło i w ogóle wynika z tego, że ostatni sen jednak miał jakiś wpływ również na Yuuriego, przywracając mu jeśli nie pamięć, to przynajmniej część uczuć. Czy to oznacza, że wszystko zmierza ku dobremu? Ale przecież został tylko tydzień do Mistrzostw Świata! Co będzie dalej, dowiecie się za prawdopodobnie trzy tygodnie (za dwa odbędzie się challenge, więc zobaczymy, jak będę stała z możliwościami). Ale nie zostawiam was z ciężkim polsatem, więc... do zobaczenia w kolejnym rozdziale!
:*
