Wystrój pokoju nie zmienił się ani o jotę - nadal był praktycznie pusty i pozbawiony wszelkich wygód, do jakich Viktor przyzwyczaił się przez te nieco ponad osiem miesięcy mieszkania w Yu-topii. Brakowało tu chociażby białego fotela, w którym lubił wypoczywać popołudniami razem z Makkachinem, wygodnej, narożnikowej sofy, załatwionej tak na wszelki wypadek, gdyby chciał się niezobowiązująco zdrzemnąć, kilku stylowych lamp dla wzbogacenia klimatu, zachodniego łóżka, prawie tak szerokiego jak długiego, całej masy drobnych bibelotów... Brakowało nawet tych wieży kartonów, które Nikiforov przywiózł tu ze sobą pierwszego dnia, kiedy oznajmił, że zostanie trenerem Yuuriego i poprowadzi go do złota Grand Prix. Obecnie dobytek rosyjskiego mistrza stanowił jedynie futon, niski stolik, na którym spoczął laptop oraz pękata walizka ze skromnym zapasem ubrań. Ach, no i oczywiście Makkachin, który leżał mu na brzuchu niczym puchaty koc, posapując zdrowym, psim snem. Lecz chociaż czworonóg w najlepsze odpoczywał, Viktor spać jakoś nie mógł, dlatego leżał i wpatrywał się w drewniany strop dawnej sali bankietowej, która tylko tymczasowo służyła za jego sypialnię. Patrzył i rozmyślał, jak wiele rzeczy się zmieniło. Jak mnóstwo czasu zmarnował i jak dużo stracił.
A jednak sufit nie wydawał się już dłużej nieprzyjemnie obcy. Nie dziś.
Mężczyzna przemykał wzrokiem po widocznych pod stropem deskach. Raz, dwa, trzy, belka. Raz, dwa, trzy, belka. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy... Takt walca angielskiego skierował jego myśli na "Kamome", a melodia poprowadziła jego skojarzenia do Yuuriego. Jego nieśmiałego uśmiechu. Głosu, gdy odpowiadał zaczepnie na kolejne przytyki. Ciężaru rąk na przedramionach. Ciepła splecionej z nim dłoni.
Na to wspomnienie Viktor położył rękę na piersi, przypominając sobie o prośbie oraz palcach Yuuriego, które drżały, wyczuwając bicie cudzego serca. To było szaleństwo. Wszystko to było jedno, wielkie wariactwo, szczególnie moment, gdy przycisnął dłoń Japończyka do swojej klatki piersiowej, jednak w tamtej sytuacji nic innego nie potrafiło przyjść mu do głowy. Na poparcie swoich słów Rosjanin miał tylko ten mimowolny gest, ten naiwny, najprostszy w obsłudze wykrywacz kłamstw. Czy może raczej - wykrywacz uczuć, dzięki któremu Yuuri miał uwierzyć, że Viktor nie dałby rady tak udawać i że jego przejęcie było jak najbardziej szczere. I chyba uwierzył, skoro ostatecznie rzucił ciche "pomyślę" i zanim niezręczna cisza do końca ich zablokowała, chwycił Nikiforova za dłoń, ciągnąc go do przodu, by wznowić jazdę.
Milczeli. Milczeli i zerkali na siebie kątem oka. Zerkali, a potem umykali wzrokiem na boki, pesząc się niby jakaś zakochana para. Z czasem spoglądali na siebie nieco odważniej, a spomiędzy ust co i raz wydobywały się krótkie komentarze w stylu "ładna piosenka", "o, to kojarzę" albo "co ten Takeshi". Powoli, powoli rozmowa znów wróciła na nieco śmielsze tory, a temat jakoś tak mimowolnie skupił się na komentowaniu przygrywającej im w tle muzyki, którą Nishigori (przypadkowo lub nie) ustawił na konsoli. Wspólna jazda z Yuurim skończyła się dopiero po jakiejś godzinie, kiedy Japończyk zdradził, że zrobił się już trochę zmęczony. Wtedy zeszli z lodowiska i przysiedli na niewielkich trybunach, korzystając z okazji na zrobienie przerwy śniadaniowej, nie mniej upragnionej przez Viktora co same zajęcia. W Petersburgu Yuuri nigdy nie przygotowywał onigiri, bo podobno nie miał do tego smykałki, a w ogóle w Detroit ciężko było o odpowiedni ryż, więc jakoś się bez nich obywał, jednak tutaj sprawy musiały przedstawiać się nieco inaczej. Viktor z trudem powstrzymywał więc łzy, mogąc cieszyć się posiłkiem autorstwa Yuuriego oraz jego nieśmiałymi spojrzeniami z rodzaju "no co, przecież to tylko kulki z ryżu...". Nie, nie tylko. To była namiastka szczęścia, jakiego mieli okazję doświadczać jako narzeczeni, ale o tym Yuuri wiedzieć przecież nie mógł.
Potem Nikiforov wrócił do właściwego treningu, a Katsuki przystanął za bandą i zaczął śledzić poczynania broniącego tytułu mistrza, wydając z siebie pełne podziwu westchnienia za każdym razem, gdy skakał on quada. Te nieśmiałe komplementy dość szybko jednak przycichły, a zamiast tego Viktor zauważył, że Yuuri chucha w dłonie i rozciera ścierpnięte przedramiona. Łyżwiarz natychmiast przerwał ćwiczenia i podjechał do towarzysza, prosząc go, aby wracał już do domu albo chociaż poszedł do salki z konsolą się ogrzać. Tylko że Yuuri nie chciał. Tak zwyczajnie odpowiedział, że jeśli Viktorowi zajmie to jeszcze z godzinkę, to zaczeka. Yuuri, któremu zawsze było zimno. Yuuri, który nie należał do najcierpliwszych osób na świecie. A przede wszystkim Yuuri, którego teoretycznie nic nie łączyło z łyżwiarstwem. Ten właśnie Yuuri uniósł podbródek i ignorując zaczerwieniony nos i tak samo spąsowiałe czubki uszu, spojrzał na niego prosząco.
Jego oczy... W tamtej chwili przypominały one oczy dawnego Yuuriego. Błyszczały tym specyficznym blaskiem jak wówczas, gdy milczący mężczyzna szukał odpowiedzi na trapiące go problemy. Czy to znaczyło, że wciąż myślał o propozycji? Rozważał ją? Może dlatego tak bardzo chciał zostać na hali, aby dowiedzieć się, czy łyżwiarstwo dalej było dla niego ważne? Cokolwiek to było, Viktor nie umiał się temu sprzeciwić. W ogóle rzadko kiedy umiał i gdyby tylko dawny Yuuri zdawał sobie sprawę z tego, jak często Nikiforov nie potrafił mu odmówić, grając na zwłokę lub marszcząc brwi, aby podtrzymać wizerunek surowego trenera... Byłby stracony. Teraz również nie był w stanie powiedzieć "nie", więc poprosił tylko, żeby zmarznięty Katsuki narzucił na siebie rosyjską kurtkę i szalik, bo inaczej Hiroko potrąci Viktorowi dokładkę obiadu, jeśli narazi jej syna na przeziębienie.
I, o Boże wszechmocny w niebie, naprawdę to zrobił. Jego anioł stał w jego kurtce, wytrwale śledząc każdy ruch na lodowisku. To cud, że Viktor nie zabił się przy poczwórnym lutzu, kiedy jednocześnie próbował nie spuszczać oczu z Yuuriego. Może jednak trzeba było poprosić Takeshiego o tę polisę...
Leżący w futonie Rosjanin uniósł drugą rękę i rozcapierzył palce, jakby chciał czegoś sięgnąć. Przez cały ten czas obawiał się trochę tego, że Yuuri znów się wycofa, tak jak miało to miejsce po wspólnej kąpieli w onsenie, albo w najlepszym razie zacznie trzymać na dystans. Właściwie to Viktor podświadomie spodziewał się, że jak zwykle wszystko spieprzył. Spieprzanie miał niemal tak samo obcykane jak choreografię programu dowolnego. Był niekwestionowanym mistrzem spieprzania, niszczenia i tracenia szans, bo tak bardzo nie umiał w Yuuriego. A jednak... A jednak tym razem stało się inaczej. Chociaż Japończyk trochę przycichł i przez resztę dnia nawet nie zająknął się na temat propozycji o wspólnym założeniu szkoły, towarzyszył Viktorowi praktycznie cały czas: w drodze do Yu-topii, podczas obiadu, nawet na spacerze z Makkachinem. Tak jakby cały ten miniony tydzień nagle przestał istnieć, a jeden dzień stanowił wynagrodzenie za wszystkie dotychczasowe krzywdy i rozpaczliwie bolące serce.
Coś zaczęło się zmieniać.
Viktor patrzył przez palce na pogrążony w szarawym cieniu sufit, starając się pochwycić to, co go trapiło. Za czym tęsknił. Co dodawało mu otuchy i jednocześnie szeptało "jeszcze nie teraz, jeszcze za mało". Wyciągał dłoń ku ukochanej osobie, poświęcając jej każdą myśl. Pragnął przycisnąć jej ciało do swojego, odszukać ustami jej usta. Podawał dłoń by...
Zamrugał. Ręka na piersi i ręka przed nim. To, czego nie dało wyrazić się słowami, lecz zawsze z łatwością przychodziło gestami. Powód, dla którego wszystko się zaczęło. Och. Przecież to takie proste. Wiedział, co powiedzieć, nie mówiąc praktycznie nic.
Viktor tak gwałtownie poderwał się do siadu, że biedny pudel uniósł łeb i postawił czujnie uszy, zdziwiony zachowaniem pańcia. Rosjanin machinalnie wyciągnął dłoń i pogłaskał pupila za uszami, powtarzając uspokajające "to takie proste, Makkachin, takie proste". Tak proste, że aż to przeoczył. Znał odpowiedź od samego początku, lecz w natłoku emocji, wydarzeń i zaskoczeń zapomniał, że liczyło się tylko jedno - miłość. Uczucie, które dostrzegł w oczach patrzącego na jego ćwiczenia Yuuriego.
Mężczyzna wysunął się z futonu i tak jak stał, wyszedł z pokoju, nie poświęcając nawet sekundy uwagi by zerknąć na komórkę wskazującą kwadrans przed północą lub by założyć zieloną yukatę. Cztery zamaszyste kroki w lewo. Mniej więcej cztery metry do granicy z pokojem, gdzie niczym ukryty przez Schrödingera kot istniał zarazem Yuuri obcy i Yuuri znajomy. Którym z nich okaże się teraz? Który Yuuri otworzy drzwi i spojrzy na Viktora okrągłymi, niewinnymi oczami? I czy w ogóle mu otworzy?
- Yuuri! - Rosjanin zapukał, niespokojnie przestępując z nogi na nogę. Lecz jeśli dobrze odczytał tamten wyraz twarzy, jeśli ten poranek na lodowisku nie był żadnym zbiegiem okoliczności ani pomyłką i naprawdę wreszcie się odnaleźli... przyjdzie. Na pewno. - Yuuri, już wiem!
W sypiali Katsukiego rozległo się podwójne stuknięcie, coś w stylu pospiesznie odkładanych na biurko słuchawek, a potem do kompletu doszedł jeszcze dźwięk nerwowo zatrzaskiwanego laptopa. Dopiero po tym znajomym miniaturowym koncercie Viktor uświadomił sobie, że była noc. No tak, każdy normalny człowiek powinien już spać. Mało tego - każdy pięciokrotny mistrz świata o tej porze już dawno by drzemał, wtulony w pierś swojego narzeczonego, podczas gdy ten jak na przykładną sowę przystało nadrabiałby łyżwiarskie fora internetowe albo oglądał w kółko stare programy takiego jednego łyżwiarza... Czy właśnie dlatego Viktor wiedział, że Yuuri jeszcze nie spał? Że potrafił siedzieć przy komputerze do tak późna, że zbulwersowany Rosjanin już dawno zamknąłby klapę laptopa i zignorował prośby "jeszcze tylko ostatnie Stammi vicino", wciągając nieposłusznego Japończyka pod kołdrę?
- Viktor? - Zza drzwi doszedł przytłumiony, niepewny głos. Odgłos szurania, jakby przesuwanego krzesła, a potem kilka głuchych kroków. Potem drzwi ustąpiły, a w szparze między nimi a framugą pojawiła się sylwetka Yuuriego. – Viktor, dlaczego ty jeszcze nie...?
Wraz z kolejnymi wypowiadanymi słowami wzrok Yuuriego zaczął opadać coraz niżej, a kiedy dotarł gdzieś w okolice pasa Rosjanina, szpara między drzwiami zmniejszyła się do szerokości milimetra. Maksymalnie. Viktor uniósł brwi jak zawsze, gdy musiał mierzyć się z napadem zażenowania Yuuriego. No ej, no. Jak miał w ogóle spać w tej duchocie, jeśli nie w samych slipach? Przecież mieli marzec, prawie kwiecień tak w sumie. W Petersburgu nawet nie opłacałoby się zamykać okien na noc.
Viktor postanowił jednak zignorować słaby wstęp i zacząć jeszcze raz, tym razem trochę spokojniej. I może mniej w stylu Archimedesa.
- Yuuri - zawołał ciszej, słysząc delikatny szmer. Dotknął dłonią drzwi, za którymi Japończyk prawdopodobnie umierał, stykając się czołem z framugą. - Yuuri, proszę, chodź ze mną do Ice Castle.
- Co? - Zdziwienie okazało się na tyle silne, że Katsuki znów wychynął z pokoju, spoglądając na Nikiforova z pewnym przestrachem. - Znowu? Teraz?
- Nie no, nie teraz, przecież jest ciemno. Chodziło mi bardziej o jutro - wyjaśnił Viktor z łagodnym uśmiechem. Tylko Yuuri mógł to zinterpretować w ten sposóbi wziąć na serio podobnie nagłą propozycję. I w sumie gdyby Japończyk rzeczywiście wyraził taką chęć, Viktor bez zastanowienia chwyciłby go w ramiona i pobiegł na lodowisko choćby w tej chwili. - Na przykład po południu. Chcę ci coś pokazać.
Chwila ciszy. W tym milczeniu dało się usłyszeć oczywistą ulgę, ale i pewien zawód. Jakby Katsuki naprawdę spodziewał się czegoś znacznie bardziej szalonego.
- Ale to nie będzie nic do oglądania ze środka lodowiska, prawda? - upewnił się.
- Nie, nie będzie - obiecał Viktor. - Żadnych zaawansowanych lekcji łyżwiarstwa, jeśli o to ci chodzi. I tak już nadużyłem twojej cierpliwości.
- Znaczy, to nie tak, że mi się nie podobało - zaprzeczył natychmiast Yuuri, z ledwością powstrzymując się przed wyłamywaniem sobie palców - tylko trochę bolą mnie nogi po dzisiejszych ćwiczeniach i muszę odpocząć. Chyba obudziło się we mnie kilka mięśni, o których istnieniu już zapomniałem.
- Och, no tak - przyznał. Durny Viktor. Oczywiście, że durny. To, że Yuuri uczył wychowania fizycznego nie znaczyło przecież, że był mistrzem świata w każdej dziedzinie. Nawet najlepszy sztangista czy pływak przy pierwszym kontakcie z lodowiskiem byłby zupełnie bezbronny. To elementarne. - Na pewno to wiesz, ale na zakwasy dobra jest gorąca kąpiel. A skoro jesteśmy w onsenie...
- Jakoś nie miałem na to czasu. Musiałem pomóc Mari w sprzątaniu podwórza i w ogóle - wyjaśnił Yuuri, patrząc gdzieś w kierunku zawiasów. Rosjanin zmrużył oczy. Znał ten typ spojrzenia. Widywał go nieustannie w ciągu ostatniego roku, a już szczególnie na początku tworzenia pewnego programu dowolnego.
- Nie miałeś czasu? Ale przecież jak poszliśmy z Makkachinem na plażę to mówi-
- Wypadło bez zapowiedzi. Nie przewidziałem - przerwał mu Yuuri i i Viktor odniósł wrażenie, że Japończyk schował się nieco głębiej w pokoju.
Wycofywał się. Niedobrze.
- No nic. Sam wiesz najlepiej, co ci pomoże. - Nikiforov zrozumiał, że nie warto naciskać, inaczej straci to, co z takim trudem właśnie wypracował. - W takim razie to... do jutra? - zapytał ostrożnie, czekając na potwierdzenie. Proszę, niech się zgodzi, niech się zgodzi, niech powie, że...
- Tak, do jutra - potwierdził z nieśmiałym uśmiechem Katsuki, a Viktorowi wydawało się, że jego żołądek skoczył potrójnego axla, tak piękny był Yuuri. - Czy tam dziś, bo chyba jest już po północy.
- Ale że przyjdziesz? - upewnił się Rosjanin.
- Przyjdę.
- I nie zabiorę ci czasu?
- Nie, nie.
- No to super.
- Tak, super.
Super. Istotnie, super. Super-hiper-ekstra i w ogóle. Viktor czuł, że jest mu gorąco nawet bez pidżamy, a jak serce biło tak okrutnie szybko, że wcale by się nie zdziwiłby, gdyby na jego piersi odznaczył się odpowiedni kształt. Ciekawe, czy było to widać bez koszulki? Serce uderzające o żebra jak oszalałe na myśl o kolejnej randce... I drugie serce, które od pewnego czasu zdobiło jego rozciągnięte w uśmiechu usta.
- Późno się zrobiło - zagadnął Nikiforov, zerkając w prawo na okna. Kilkadziesiąt metrów dalej w oświetlonej lampami szarości rysował się dach właściwej części Yu-topii. Ciemno. Nawet onsen zakończył już pracę na dziś.
- Trochę - przyznał Yuuri, podążając za spojrzeniem Viktora.
- To ja lepiej już pójdę - zarządził Rosjanin, przenosząc wzrok na Japończyka, po czym uśmiechnął się z wdzięcznością. - Makkachin pewnie strasznie się niepokoi, że tak nagle zniknąłem.
- W takim razie pogłaskaj go ode mnie. Tak w ramach przeprosin za zajmowanie czasu - poprosił Yuuri.
- Wyczochram za wszystkie czasy. Chociaż na pewno byłby o wiele szczęśliwszy, gdybyś to ty go pomiział - zdradził Viktor, na co Katsuki wdzięcznie spuścił oczy.
- Jutro - zapewnił.
- Tak, jutro.
Cisza. Yuuri westchnął, skinął głową na pożegnanie i już szykował się do zamknięcia drzwi, kiedy Viktor na ten widok poczuł niemiłe ukłucie w żołądku. Nie chciał wracać do oglądania sufitu i łapania sennych marzeń, tych wspomnień o udanym, minionym życiu, które z rana okaże się tylko mrzonką. Tym razem pragnął pochwycić w ramiona prawdziwego ukochanego, powiedzieć mu, że boi się koszmarów, w których Katsuki znika, że chce się do niego przytulić i zasnąć, czując ciepło drugiej osoby... I wystarczy, jeśli mógłby chociaż chwilkę dłużej porozmawiać...
Dlatego Viktor w niekontrolowanym odruchu wyciągnął za nim rękę.
- Yuuri! - zawołał.
Tak bardzo chciał go dosięgnąć, że zanim pomyślał dwa razy nad tym, co robi, zdążył wsunąć palce między framugę, by pochwycić skraj japońskiej koszulki. Nie udało mu się, a zamiast tego powoli zamykające się drzwi ścisnęły Viktorowi dłoń. Rosjanin syknął, wystraszony bardziej samym zajściem niż faktycznym bólem, i zaraz wycofał rękę spomiędzy szpary. Okej, w porządku, nic się nie stało, śródręcze było całe, tylko skóra trochę pulsowała od otarcia. Miał nauczkę, żeby nie-
Nikiforov uniósł wzrok i wtedy zamarł. Nie był pewien, czy Yuuri wyczuł, że coś jest nie tak, natrafił na przeszkodę czy może zaalarmowało go wołanie, ale praktycznie natychmiast z powrotem otworzył drzwi, patrząc nieruchomo na Viktora. Katsuki potrzebował jakiejś sekundy, aby zrozumieć, dlaczego obcokrajowiec trzyma się za dziwnie wyciągniętą dłoń i kiedy tylko dotarło do niego, co się właśnie stało...
- Viktor! - Japończyk wyskoczył z pokoju, pospiesznie łapiąc Rosjanina za rękę. Nawet w połowicznej ciemności widać było jego rozszerzone w przestrachu oczy. - O mój Boże, Viktor, nie chciałem!
- Nie, nie, nic się nie stało. Jest tylko lekko otarte, to wszystko - uspokoił od razu łyżwiarz, zaskoczony nagłym pojawieniem się mężczyzny. Yuuri niemal wpadł mu w ramiona, sam z siebie, i teraz stał może paręnaście centymetrów od Viktora, próbując zorientować się, co mu dolegało. Praktycznie owiewał rosyjską dłoń swoim oddechem, a palcami obu dłoni starał się wyczuć, czy któraś z kości się przesunęła, przy tej niewinnej okazji robiąc Viktorowi pierwszorzędne zwarcie w mózgu. - Ja... Ruszyłem bez pomyślenia. Jestem idiotą. Przepraszam.
- Nie, to ja. To przeze mnie. Mogłem zareagować wcześniej - obwiniał się dalej Katsuki.
Viktor przez chwilę nie słuchał. Nie był w stanie. Widok rozciągniętego, czarnego T-shirtu, który okrywał ramiona Yuuriego oraz bijące od mężczyzny ciepło zaprzątały praktycznie całą uwagę Rosjanina. Nie rozumiał, czemu jeszcze nie pochwycił ukochanego w objęcia i nie zaczął tłumaczyć, że to jego wina, tylko jego, że on tu był samolubny, że nieustannie skupiał się na tym, aby wszystko szło po jego myśli... Ale to również byłoby samolubne. To on chciał przytulić. Tylko on tego chciał.
- Gdybym tylko... - dosłyszał w pewnym momencie cichnący głos Japończyka, a dotyk jego dłoni zaczął słabnąć. Wtedy Viktor postanowił wreszcie zareagować.
- Yuuri, to nic. To nie twoja wina - powiedział ta tyle głośno, żeby Katsuki uniósł głowę. - Nie pozwalam ci tak myśleć.
Chwilę potem Viktor złapał prawą dłoń Yuuriego, wsunął palce między jego palce i delikatnie wzmocnił chwyt. Nie był już pewien, kto tu kogo pocieszał i ratował.
- Widzisz? Nawet w tej chwili mógłbym się siłować na ręce - zażartował, ale zamiast próbować swoich szans w walce przysunął dłoń Japończyka do swojej piersi. - To wszystko przez to, że chciałem ci podziękować za cały dzisiejszy dzień, ale wygląda na to, że przez moją nieuwagę powinienem ci jeszcze podziękować za troskę, więc... Dziękuję, że przy mnie jesteś.
Zmarszczka na czole Yuuriego powoli się wygładziła, a na ustach Japończyk po raz pierwszy od sytuacji na lodowisku pojawiło się coś na kształt ledwie widzialnego uśmiechu.
- Dziękowałeś mi dzisiaj już chyba z milion razy. Jesteś pewien, że to przystoi takiemu mistrzowi? - zauważył cicho.
- Naprawdę było tego aż tak dużo? O rany. To chyba więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek mi dziękował. I o jakiś milion razy więcej niż robił to mój trener - stwierdził Viktor, wzdychając z rozbawieniem. - W milionach mogę za to liczyć jego wrzaski, żebym wziął się do roboty i nie wydurniał się z nowymi pomysłami.
- Niemożliwe. Nigdy ci nie dziękował? Przecież zasługujesz na same komplementy! - zdziwił się w odpowiedzi Yuuri, nieco napierając ciałem na Viktora. Rosjanin przełknął ślinę. Jeszcze nie słyszał u niego podobnego zaaferowania, jak gdyby złościł się i chwalił w tym samym momencie. - Właśnie obejrzałem kilka filmików i wiesz, jesteś taki... taki pewny siebie i delikatny jednocześnie. Potrafisz przekazać tyle emocji, przedstawić tyle historii. Po prostu czuje się, że to wszystko jest szczere i autentyczne. To niesamowite.
- Cieszę się, że ty mi to mówisz. To dla mnie naprawdę ważne - powiedział cicho Viktor, mogąc jedynie zgadywać, czy to drgnięcie Yuuriego oznaczało, że się zarumienił. W tamtym momencie łyżwiarz zmienił swoje plany. Nadal chciał zaprezentować ukochanemu występ, w którym przekaże swoje uczucia, lecz zrezygnował z „Yuri on ICE". To nie był program, w którym mógł się tak od razu odnaleźć. Trawiąca go tęsknota była znacznie prostsza, a zarazem głębsza. - Ale wiesz co? Na żywo wygląda to jeszcze lepiej.
- Tak? - Yuuri uniósł nieco brwi, jakby już-już domyślał się, co może szykować Viktor, ale wciąż szukał potwierdzenia w błękitnych oczach. Rosjanin uśmiechnął się lekko, nie mogąc doczekać się jutra. Czy tam dziś.
- Zobaczysz.
Viktor nie był pewien, jakim cudem właściwie udało mu się zasnąć po czymś takim, ale jednak zasnął i lepiej - spał jak niemowlę przez kolejne siedem godzin, wczepiony w futro Makkachina niczym huba w drzewo. Jakby tego było mało, łyżwiarz spędził poranek z prawdziwie głupkowatym uśmiechem przyklejonym do twarzy, który poszerzał się ilekroć Nikiforov napotkał spojrzeniem na Katsukiego. Na dodatek w czasie przedpołudnia rozpromieniony obcokrajowiec tak bardzo rozpędził się z pomaganiem mamie przy sprzątaniu, że zaplecze zaczęło błyszczeć jaśniej niż sam onsen (do którego umycia również się zobowiązał, w ramach zachowania równowagi).
Lecz kiedy minęło południe i zbliżył się czas treningu w Ice Castle, nastrój nieco stężał, a myśli Viktora znów nabrały ostrości. Miał nadzieję, że dzień wcześniej nie wyczerpał całego przydziału cudów na życie i że zbliżający się występ nie okaże się totalnym niewypałem. Znaczy, nie będzie niewypałem, bo był absolutnie pewien swoich umiejętności, ale czy uda mu się jednocześnie przekazać Yuuriemu wszystko to, co pragnął, stanowiło już całkiem oddzielną kwestię.
Zimny wdech i spojrzenie w górę. Strop w Ice Castle wyglądał tak samo jak zawsze. Dobrze. Jeszcze tylko...
- Viktor? Wszystko gra? - usłyszał obok siebie. Viktor zamrugał i obejrzał się przez ramię.
- Tak, zł... spokojnie - zająknął się, widząc na sobie czujny wzrok Japończyka. - Właśnie przypomniałem sobie kroki.
Yuuri nie dopytywał. Potulnie skinął tylko głową, okręcił się i oparł się całym ciałem o bandę, czekając na to, co zrobi łyżwiarz.
Zamilkli, wpatrując się w oczyszczoną przez zamboni, błękitnobiałą taflę, która błyszczała delikatnie niczym lustro. Dla Yuuriego przedstawienie już się zaczęło i wyglądał tak, jakby mógł tam stać całymi godzinami, patrząc przed siebie i szukając odpowiedzi w chłodnej ciszy. Na szczęście Katsuki nie popełnił pod rząd tego samego błędu i dlatego od razu po wejściu na halę założył na siebie grubą, sportową bluzę. Viktor co prawda nieco żałował, że nie dostanie kolejnej szansy aby zaproponować w ramach dogrzewania swoją kurtkę, ale może to i lepiej. Tym razem musiał być absolutnie skupiony.
Rosjanin wszedł na lód ubrany tylko w czarne spodnie i czarną koszulkę z rękawem do łokci. Nie potrzebował niczego więcej, bo intensywny ruch ogrzewał znacznie lepiej niż ubrania, a poza tym ten zestaw... Cóż, wybrał go celowo. Na podobieństwo innego kostiumu.
- Jesteś pewien, że ci nie przeszkadzam? - zaczął Yuuri chyba piąty raz tego popołudnia. - Przecież zostało ci tak mało czasu.
- Ciii. - Viktor podjechał do bandy i przystawił przed ustami Yuuriego palec, prosząc go o ciszę. - Dziękuję za troskę, ale nie musisz się aż tak o mnie martwić. To też będzie trening, tylko innego rodzaju. A dokładnie próba generalna. Zamierzam użyć tego programu na galę, więc chcę sprawdzić, czy jest skuteczny.
- Skuteczny? - nie zrozumiał Japończyk, na co Rosjanin uśmiechnął się tylko do swoich wspomnień, nie odpowiadając już nic więcej, po czym ruszył na środek lodowiska.
Przez kilka minut jeździł i ćwiczył zaplanowane na występ elementy, czując się na lodowisku zdecydowanie pewniej niż na ziemi. Potrójny axel. Poczwórny salchow. Kilka kroków sekwencji choreograficznej, rzut oka na śledzącego jego ruchy Yuuriego. W porządku, wciąż wszystko pamiętał. Zresztą, nie miał prawa zapomnieć, skoro tyle razy widział ten program w wykonaniu podopiecznego, który raz po raz przekraczał jego najśmielsze oczekiwania. Mimo to tętno w naczyniach krwionośnych zaczęło wybijać coraz szybszy rytm, jakby dopasowując się do czekającej na niego muzyki. Viktor odetchnął. Bał się czy może raczej... ekscytował?
Po krótkiej rozgrzewce potrzebnej na rozruszanie się i złapania balansu Rosjanin stwierdził, że jest już prawie gotowy. Prawie. Zanim jednak dał znać Japończykowi, aby włączył odtwarzacz, musiał zrobić jeszcze jedną, ostatnią rzecz. Pewien ceremoniał, którym Yuuri zawsze rozpoczynał występ, starając się pochwycić ciekawość oraz serca widowni jeszcze przed pierwszymi nutami utworu.
Viktor zbliżył się do bandy, do miejsca, gdzie czekał Katsuki. Yuuri zdziwił się, dlaczego mężczyzna od razu nie rozpoczął występu, ale zanim zdążył go o cokolwiek zapytać, łyżwiarz zareagował jako pierwszy. Delikatnie złapał Japończyka za rękę i przyciągnął do swoich ust, by pocałować koniuszki palców. Potem odważnie nachylił się w stronę Yuuriego i ignorując rozlewający się po policzkach rumieniec, wbił w niego drapieżne spojrzenie. Na ten jeden moment zerwał zasłonę, ukazując całą kryjącą się w jego wnętrzu tęsknotę i pragnienie.
- Viktor... - rozległ się zduszony szept.
Bursztynowe oczy. Piękne, pełne, okolone ramą czarnych rzęs. Widział tylko je, a one były skierowane tylko na niego. Istnieli tylko oni.
- Nie odrywaj ode mnie wzroku - poprosił Viktor, tak jak kiedyś rozkazał mu to Yuuri, po czym odwrócił się i pomknął na środek lodowiska, nie oglądając się za siebie.
Drobne gesty i proste słowa. Może to nie było zbyt wiele, jednak liczył, że tyle wystarczy, aby pobudzić resztki uczuć i wspomnień, jakie tliły się głęboko w pamięci ukochanego. Może Yuuri nie umiał ich nazwać. Może to nawet nie było to, na co liczył Viktor, ale jeśli dzięki temu znów staną się sobie bliscy, jeśli zrozumieją się choć odrobinkę bardziej, to chciał spróbować.
Viktor stanął na środku tafli i przybrał nonszalancką pozę - ugiął jedno kolano, ustawiając stopy prostopadle do siebie, a ciało przechylił w taki sposób, aby wyeksponować kuszącą linię bioder. Ściągnął łopatki, ręce opuścił wzdłuż ciała, palce rozluźnił: swobodnie, ale nie bez pewnej gotowości, jakby panująca na hali cisza była tak samo ważną częścią występu. Pochylił głowę lekko do dołu i wreszcie przymknął oczy, pozwalając szarej grzywce opaść na lewe oko. "Patrz na mnie. Pożeraj mnie wzrokiem" mówiła ta sylwetka, chociaż on nie patrzył wcale. W końcu był całkowicie świadomy każdego centymetra swojego ciała. Musiał być, bo właśnie tego wymagał ten program.
Nie tylko z taką myślą Viktor go stworzył, ale przede wszystkim widział zbyt wiele razy, jak bardzo zjawiskowy i uwodzicielski potrafił być, gdy jechał do niego najlepszy łyżwiarz na świecie. Nie po tym, jak z uwagą śledził każdy występ Yuuriego i jakie emocje w nim wzbudzał. Ile razy z trudem przełykał ślinę, ile razy pragnął chwycić podopiecznego w ramiona jeszcze w trakcie programu i ile razy rozsuwany w szatni kostium nęcił, aby nagrodzić pobicie rekordu pocałunkiem w zaczerwieniony kark.
Bo to było coś więcej niż kilkuminutowy spektakl, więcej niż jakaś prosta historia o cielesnym uniesieniu czy namiętności.
Przede wszystkim była to opowieść o pasji.
Po kilku nieruchomych sekundach z głośników odtwarzacza wreszcie popłynęła muzyka, rozpoczynając się tak nagle, że po plecach łyżwiarza przemknął dreszcz ekscytacji. Nie słyszał tej melodii praktycznie od Czterech Kontynentów, ale wreszcie znów tu była - znajoma, bliska, gorąca. Jedyna miłość. Eros.
Gitara ruszyła do przodu niczym narowisty rumak, a razem z nią podążył Viktor. Otworzył oczy i obrzucił halę uwodzicielskim spojrzeniem spod rzęs, po czym uniósł ręce i zaczął powabnie poruszać dłońmi wokół siebie, wczuwając się tym samym w przygotowaną przez utwór rolę. Mężczyzna czarował już od samego początku, niby bawidamek, który przyszedł do miasta pełnego pięknych kobiet, by odnaleźć satysfakcję chociaż na tę jedną, krótką jak mgnienie oka noc. Przyjemność goniła przyjemność, dotyk był odpowiedzią na dotyk, szepty i czułe słówka stały się pokarmem kochanków...
Ale gdzieś między jednym a drugim krokiem choreografii wzrok Rosjanina na przelotną chwilę zatrzymał się na Yuurim, który złożył dłonie i przyciskał je sobie do ust, starając się nie wydawać z siebie nawet najlżejszego westchnienia. Nie. To nie tak. Viktor nie tańczył dla wszystkich, bo "wszyscy" od początku go nie obchodzili. Zawsze należał tylko do jednej osoby. Chciał być tylko z Yuurim.
Kochał go. Pragnął. Pożądał. Wciąż i wciąż przypominał sobie wszystkie szczęśliwe chwile, każdy najdrobniejszy krok i czułość, które powoli zmieniały się w coś więcej. Coś, co miało swój finał pewnego dawno wyczekiwanego wieczoru w ciepłym, petersburskim mieszkaniu.
Skrzypce bawiły się z gitarą, a nuty skakały wokół siebie niczym igrający ze sobą kochankowie, to rzucając zalotne spojrzenia, to ignorując zbyt oczywiste starania. Viktor wykonywał kolejne przemyślane ruchy sekwencji choreograficznej, mając przed oczami wspomnienia ich pierwszej nocy. Paella, świece, słodkie wino, jeszcze słodszy śmiech ukochanego, który żartował z jego kuchni... Szum prysznica, gdy Yuuri brał kąpiel, a Viktor tego nasłuchiwał, siłą woli powstrzymując się przed pójściem za nim. Szum prysznica, gdy Viktor traktował się zimną wodą, powtarzając uparcie, że to jeszcze nie teraz, jeszcze nie tym razem. Lecz kiedy wydawało się, że noc łagodnie przeobrazi się w poranek, Yuuri go zaskoczył i kolejny raz wyszedł mu naprzeciw.
Viktor zawirował w śmiałym, pełnym gracji piruecie w pozycji wagi. Niewinne łaskotki i bardzo winne myśli. Czułe słówka zmieniły się w śmiałe wyznania, a dotyk zaczął obejmować coraz to nowe rejony, rozpalał, podniecał... Kto został uwiedziony, a kto był uwodzącym? W ich historii nie miało to znaczenia. To nigdy nie była opowieść o nieszczęśliwej miłości, tylko o uczuciu gwałtownym i płochym zarazem, tak jak ich pierwszy raz mógł być tylko jedyny w swoim rodzaju. Noc, która nigdy nie wróci, choć była tak piękna. Przepadła bezpowrotnie, pozostawiając po sobie cudowne wspomnienia oraz miłość, która miała przynieść nieskończoną ilość innych razy.
...miała...
"Żadne miała. Przyniesie. Na pewno" pomyślał Viktor, kończąc kolejną kombinację piruetów, by chwilę potem wykonać potrójnego axla. Zaczynała się druga połowa występu, trudniejsza nie tylko pod względem technicznym, ale i emocjonalnym. Tuż po lądowaniu łyżwiarz dostrzegł kątem oka, jak Japończyk wciąż trzyma się za klatkę piersiową i patrzy na tańczącego mężczyznę z mieszaniną trudnych do zinterpretowania uczuć. Jakby rozumiał, lecz nie wiedział, jak ma zareagować na to wezwanie.
Viktor przelotnie się uśmiechnął, przypominając sobie interpretację programu według Yuuriego, którą kiedyś zdradził mu Nishigori. Nikt nie mówił, że historia porzuconej kobiety skończyła się źle. Tym razem to ona mogła odszukać zaginionego bawidamka i rozkochać go tyle razy, ile trzeba było, aby ostatecznie oboje byli szczęśliwi. W końcu czy inaczej stało się za pierwszym razem, wtedy, kiedy ten szalony człowiek na bankiecie w Soczi oczarował Viktora bez reszty, uwiódł, a potem porzucił, uciekając do innego miasta? I co zrobił Viktor? Oczywiście pognał za nim jak pierwszy lepszy zauroczony wariat, tylko dlatego, że zobaczył filmik, w którym Katsuki znów wyciągał ku niemu swoją dłoń.
Yuuri pociągał go już od dawna i choć najpierw chodziło głównie o jego łyżwiarski potencjał, bardzo szybko Viktor został zniewolony przez jego niewinność, ciepło oraz ukrytą charyzmę. Raz za razem zakochiwał się w jego kolejnych odsłonach... a może było odwrotne? Dlatego go kochał, ponieważ miał tyle twarzy i niespotykanych nigdzie indziej uczuć?
Ale kochali obaj i obaj chcieli być kochani. Poczwórny salchow był niczym wstęp do czegoś większego. Był początkiem fizycznej relacji.
Druga noc, o wiele bardziej gwałtowna i gorętsza niż pierwsza. To Yuuri chciał i nawet jeśli dawał, brał niewiele mniej. Nie wiadomo kiedy nieśmiałe pocałunki zmieniły się w te głębokie, kiedy ubrania zgubiły się gdzieś bezpowrotnie razem z wyszeptanym na dobranoc "jesteś moim skarbem", kiedy Yuuri porzucił swoje miejsce z prawej strony łóżka, żeby usiąść na biodrach Viktora ani kiedy szepty stały się bardziej niż jednoznaczne. Kochali się. Kochali siebie, a teraz kochali się ze sobą. Świeżo umyte ciała pokrył pot, usta błyszczały od dzielonej śliny, uda stały się lepkie od hojnie użytego lubrykantu.
Pierwszy raz przestał być jedyny.
- Viktor... Vik... tor... - jęknął Katsuki, obejmując znajdującego się pod nim mężczyznę za szyję. Przycisnął go do swojej piersi i powtarzał w kółko to jedno najdroższe mu imię, żeby na dobre nie stracić głowy. W tym samym czasie Viktor trzymał kochanka za biodra, pozwalając, aby Yuuri prowadził, narzucając odpowiednie dla nich obu tempo.
A było szybkie, szaleńczo szybkie. Jakby zachłanne i niepewne.
- Yuuri... Co w ciebie dziś wstąpiło... - pytał Rosjanin, próbując zrozumieć tę niespodziewaną gwałtowność Japończyka. Cieszył się z jego inicjatywy, bo to znaczyło, że Yuuri chciał, że nie czuł się do tego wszystkiego przymuszony, że naprawdę było mu dobrze... oby tak dobrze jak jemu... ale nie znał przyczyny tego zachowania. Nie chciał, żeby ta noc była ucieczką od jakichś problemów.
- Nie wiem. Ja... Nie wiem. - Yuuri oddychał ciężko, patrząc na Viktora spod półprzymkniętych powiek. W świetle nocnej lampki jego oczy błyszczały inaczej niż zwykle. Najbliżej było im do wzroku Erosa, który z niebywałą śmiałością łapał krawat i przyciągał niepokornego trenera do siebie, niemal muskając jego usta swoimi. Ale to dzisiejsze uczucie nie było tylko zagrywką na pokaz. Było prawdziwe. - Chcę się upewnić. Że to nie przypadek. Że jesteś mój.
Uniósł dłoń i dotknął nią twarzy Viktora. Potarł kciukiem kość policzkową, a potem dotarł do ust, muskając opuszką zaczerwienioną dolną wargę. Gdzieś w ciemnych, brązowych oczach pojawiła się wątpliwość, że może to nie tak, że to wszystko było jednostronne, że pierwszy raz okazał się rozczarowaniem. W nocy każda sugestia wydawała się prawdziwa, a wszystkie lęki ulegały zwielokrotnieniu. Ukoić mogła je jedynie bliskość innej osoby.
Ciemne brwi drgnęły, kąciki oczu zwilgotniały jeszcze bardziej, a Viktorowi na ten widok pękało serce. Nie chciał widzieć jego łez, nie tych smutnych. Jedyny płacz, do jakiego chciał jeszcze kiedykolwiek doprowadzać, to ten ze szczęścia.
- Jestem. Oczywiście, że jestem, złoto moje - odpowiedział, przygarniając Yuuriego do siebie. - Tylko twój.
Ich ciała, ich serca, ich miłość. Jedyna, bo najszczersza i najprawdziwsza. Pocałunki przedarły się przez mur wątpliwości, dotyk uśmierzył ból i rozgrzał mimo chłodu styczniowej nocy. Palce umykały na śliskiej zakrętce butelki, rozgorączkowane myśli plątały się i kończyły na szeptanych jak zaklęcia imionach, a połączone ciała trwały w objęciach tak długo, aż obaj odnaleźli w nich spełnienie.
Viktor zastygł z ramionami oplecionymi wokół torsu, oddychając znacznie ciężej niż się tego spodziewał. Zapodziała się gdzieś w jego pamięci kombinacja poczwórnego-potrójnego toeloopa, zniknął piruet ze zmianą nogi, stanowiący zwieńczenie upojnej nocy. Pamiętał już tylko muzykę, która rozbrzmiewała wysokim credscendo, gdy nadchodził szaleńczy finał... a potem...
A potem widmo trzymanego w ramionach kochanka rozwiało się, pozostawiając Nikiforova sam na sam z echem niknącej melodii "Erosa" oraz żarem, który palił go od środka. Zaraz, czy to gorąco pochodziło z wysiłku, czy...? Rosjanin powoli wyswobodził się z pozy, uniósł dłoń do twarzy i dotknął policzka. Płonął jak nigdy wcześniej. Jakby nigdy do tej pory tak naprawdę nie wczuł się w żaden program.
Dopiero po chwili do Viktora dotarło, gdzie się znajduje, dlatego szybko obejrzał się przez ramię. Yuuri.
Stał tam. Nie gratulował, nie klaskał, nie mówił żadnego "to było wspaniałe!". Nie uśmiechał się. Stał wczepiony palcami w bandę i wyglądał tak, jakby zaraz miał upaść.
- Yuuri, czy wszystko...
"...w porządku?" miał zamiar zapytać, ale to nie miało sensu. Widział, że nic nie było w porządku. Nie po czymś takim. Yuuri trwał nieruchomo, z twarzą czerwoną jak szkarłatna róża w rozkwicie, i rozchylał usta, ni to tkwiąc w niemym zachwycie, ni to próbując złapać oddech. Viktor wreszcie ruszył z miejsca i ostrożnie, w milczeniu podjechał do Yuuriego, nie mogąc przestać patrzeć na te pokryte rumieńcem policzki i oczy błyszczące jak dwa klejnoty. Tak jak się spodziewał, łyżwiarstwo było językiem, który on i Yuuri rozumieli mimo wszelkich barier i zmian, bo ciało zawsze wyczuwało więcej niż mówiły jakiekolwiek słowa. Nie istniał wszechświat, w którym nie rozumieliby tego języka.
- Yuuri - zwrócił się szeptem, a potem w przypływie emocji Viktor uniósł rękę. Pragnął dotknąć twarzy Yuuriego, poczuć, czy jego skóra paliła tak samo jak jego, ale w ostatniej chwili rozmyślił się i położył dłoń na dłoni Katsukiego. Była zimna i zdrętwiała od nieustannego ściskania. - Yuuri, czy teraz rozumiesz?
To było głupie pytanie, bardzo, bardzo głupie, ale nie przez jego oczywistość. Przede wszystkim było niewłaściwie ze względu na to, co stało się zaledwie chwilę potem. Bo kiedy tylko Viktor skończył mówić, Yuuri nagle zabrał ręce z bandy, patrząc rozszerzonymi oczami wprost na łyżwiarza. Wzrok spłoszonej ofiary. Kogoś, kto wie i boi się tej wiedzy, bo nie rozumie, co powinien z nią zrobić. Yuuri zaczął kręcić głową, nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa, aż wreszcie obrócił się i przyciskając ręce do piersi, tak po prostu zwyczajnie uciekł.
Viktor stał jak zmrożony przez kilka przeraźliwie długich sekund. Podobną scenę widział już dwa razy: raz, gdy wszystko zaczęło się psuć, a drugi, gdy psuć się skończyło. Skończyło na amen. W obu przypadkach Nikiforov zarzekał się, że już nigdy nie doprowadzi do czegoś podobnego, że Yuuri nie będzie już musiał uciekać ani unikać kontaktu przez jego niefrasobliwość. Że tak jak obiecał "jego łzy będą wyłącznie łzami ze szczęścia".
A potem coś w Viktorze pękło.
Wyskoczył z lodowiska i prawie zdzierając sobie siłą łyżwy ze stóp, na bosaka popędził w stronę drzwi, gdzie zniknął Yuuri. Nie przejmował się zimnem ani bólem otartych podeszw. Miał gdzieś swoje problemy, pomysły, plany. W dupie miał to całe życzenie. Nigdy nie zamierzał realizować swoich pragnień kosztem uczuć najważniejszej osoby. Chciał mu tylko uchylić nieba, tylko i aż. Sprawić, że Yuuri uwierzyłby w siebie, by poczuł się bezpieczny i kochany... I zupełnie jak na złość wszystkie te zamiary nigdy nie szły w parze z rzeczywistością. Szlag. Niech to jasna cholera.
Viktor wybiegł na mały korytarz prowadzący między przedsionkiem a halą i rozejrzał się dookoła. Ice Castle nie było duże, więc na pewno zdoła go znaleźć. Musiał znaleźć. Nie było innej opcji. Zapobiegawczo wyjrzał na zewnątrz, przeszukał całą toaletę, zerknął nawet do schowka ze starym sprzętem, ale nie znalazł nikogo. W końcu Viktor ruszył do ostatniego możliwego pomieszczenia. Złapał za klamkę, odetchnął głębiej i otworzył drzwi do szatni.
Kolejne deja-vu niemal zmroziło mu serce, gdy natrafił spojrzeniem na skuloną, praktycznie nieruchomą sylwetkę. Yuuri. Och, Boże, Yuuri... Siedział na ławce i drżał, pochylony, przygaszony, szczelnie ukrywając twarz w dłoniach. Osaczony, pogrążony we własnych destruktywnych myślach próbował znieść w odosobnieniu napad lęku. Nie chciał być widziany, a Viktor nawet w tym mu przeszkodził.
Stare błędy w nowym wydaniu bolały jeszcze mocniej niż kiedyś.
- Yuuri... - zaczął Nikiforov, a wtedy z piersi Katsukiego wyrwał się gorzki płacz, który najpiewniej wstrzymał, gdy usłyszał odgłos zbliżających się kroków. - Yuuri, dlaczego...
- Dlaczego mi to pokazałeś?! - wszedł mu w słowo, wciskając głowę głębiej między kolana. Było jasne, że Yuuri za wszelką cenę stara się zniknąć sprzed oczu, chociaż jednocześnie całym jego ciałem wstrząsał gniew i lęk. - Nie powinieneś! Tak nie wolno! Nie ja...
Rosjanin zbliżył się i przytłoczony rozmiarem winy klęknął tuż przed Yuurim. Próbował pochwycić jego spojrzenie, ale bezskutecznie - widział tylko czarne włosy, które poruszały się, gdy Japończyk bezradnie kręcił głową, trąc oczy w zaciśnięte w pięści dłonie. Jakby starał się zaprzeczyć, że ten program wcale nie był skierowany do niego.
Viktor nabrał powietrza i delikatnie, by nie spłoszyć płaczącego mężczyzny, szepnął:
- Ty, Yuuri. Tylko ty. Tylko ciebie. Tylko twój - wyjaśnił w ten sam sposób co kiedyś.
Yuuri uniósł głowę, ukazując opuchniętą twarz i czerwone od płaczu oczu. Sklejone powieki uniosły się, brwi podjechały do góry, pięści drżały z powodu źle ukrywanych emocji. Cały on. Kiedy płakał, robił to całym sobą, wyrzucając nie tylko łzy, ale i całą niepewność, frustrację oraz strach. Niejednokrotnie mówił, że nie cierpi takiego siebie, że w tych momentach był brzydki, słaby i tak godny politowania, jak to tylko możliwe, ale Viktor ani przez chwilę tak nie uważał. Przecież go kochał. Tak bardzo, bardzo go kochał. Na wszystkie możliwe sposoby.
Viktor pochylił się i przytulił do nóg Yuuriego. Oparł skroń o złączone kolana, po czym przymknął oczy, słuchając ciszy przerywanej spazmatycznie zaczerpywanym oddechem. Nie wiedział, jak ma przeprosić, czy to cokolwiek da, ale za żadne skarby świata nie chciał zostawiać go samego. Żeby chociaż zaczął na niego krzyczeć, żeby go uderzył albo coś, to byłoby łatwiejsze do zaakceptowania. Ale tak...
I właśnie wtedy poczuł, jak czyjeś drżące ręce otaczają jego głowę, a policzek przytula się do włosów. Viktor zacisnął usta. Nie prosił o wybaczenie, a otrzymał więcej niż mógł marzyć.
- Nie odchodź. Nie po czymś takim - powiedział zachrypniętym głosem Yuuri, a przy każdym słowie jego wargi nieznacznie muskały grzywkę Viktora. - Proszę, nie zostawiaj mnie za sobą.
W tej rozpaczliwej prośbie kryła się cała lista pragnień Yuuriego. Że chciał być przy Viktorze, by móc widzieć jego uśmiech w kształcie serca lub by złapać go za rękę, kiedy tylko poczuje taką potrzebę. Że przysiągł sobie, że zaprowadzi go na plażę, żeby wskazać to dobre do surfowania miejsce. Że nie wyobraża sobie dnia, w którym nie mógłby pogłaskać Makkachina po grzbiecie i nie pójść z nim na spacer.
Że Yuuri już nigdy przenigdy nie będzie w stanie cieszyć się tak samo, jeśli zniknie. I że nigdy o nim nie zapomni.
Viktor uśmiechnął się gorzko. Jak w ogóle mógłby go zostawić, to jego dobre, zahukane kochanie? Czy naprawdę przypominał jakiegoś bawidamka? Och, Yuuri...
- Przecież chcę z tobą pracować, zapomniałeś? - przypomniał cicho, starając się nie poruszyć choćby o milimetr. - Nie opuszczę cię. Ani na chwilę.
Faktycznie, nie opuścił. Został w tej pozycji tak długo, jak było trzeba, tak długo, aż oddech Yuuriego wreszcie się unormował, a on sam zapadł w coś na kształt letargu. Został z nim dotąd, aż wreszcie odnalazł ich Nishigori i nawet trochę po, gdy Viktor przyłożył palec do ust, prosząc bezgłośnie, by dać im jeszcze chwilkę.
Został. I zamierzał zostać w tym świecie już na zawsze.
Przypisy-chan
Witajcie po przerwie i witajcie z całego gorrrącego serca w rozdziale pod wezwaniem samego Erosa. Tak jak zapowiadałam, lecą teraz piosenki, które dla YoI znaczą naprawdę dużo. No a skoro tytułem tego rozdziału jest "In Regards to Love: Eros", to czy mogło zabraknąć tu większych namiętności? Biedny Viktor... Chciał oczarować Yuuriego na podobieństwo samego siebie z zawodów z Sofii, ale chyba przesadził z efektem.
Ktoś może mi tu zarzucić dość szybkie tempo rekonwalescencji uczuć Yuuriego. Tak, jestem świadoma, jak powolny był proces rozwoju miłości Viktora i Yuuriego w anime i jak bardzo oparty był na tym, że Viktor odpuścił sobie szybkie podrywy i cierpliwie poznawał sposób działania Japończyka. Powiem jednak wtedy tak, że ten sam Yuuri w anime po około miesiącu od przybycia Viktora do Hasetsu potrafił go przytulić już bez większych trudności (scena z trzeciego odcinka), a macanki były na pewnym porządku dziennym (odcinek czwarty). Dlatego takie spokojne tempo starałam się zachować do momentu wspólnego (?) snu, kiedy to striggerowany Yuuri mocniej się otworzył (a wątek soulmatesów zaczął bardziej dawać o sobie znać). Dlatego wiem, że naginam nieco zasadę działania prawdziwego Yuuriego oraz Viktora, ale robię to świadomie i z uzasadnieniem fabularnym.
To jak wyglądał drugi raz możecie uznać za "kanoniczny według Dziabowersum". Jeśli kiedykolwiek zabraknie mi pomysłów na porno z fabułą, to możecie być pewni, że po ten wątek sięgnę, bo mam już go całkiem dobrze opracowany w głowie. Ale póki co chciałam wykorzystać maksimum sugestii przy minimum szczegółowych opisów. To zwyczajnie nie ten typ fika, gdzie chciałabym poruszać takie wątki. Owszem, to ma znaczenie, jak blisko byli już ze sob,ą Viktor i Yuuri i że to również dlatego rozłąka tak mocno boli, ale jednak nie jest to kluczowa sprawa.
Sprawa się komplikuje, czas się kończy... A może już żaden czas? Skoro Viktor zdecydował się zostać z Yuurim i nie dążyć do swoich dziwnych zachcianek, które znów mogłyby zrobić więcej złego niż dobrego, to co się stanie teraz? No cóż, tego dowiecie się za dwa tygodnie.
A czas do wielkiego finału możecie zacząć odliczać, bo w grudniu czeka na nas upragniona meta...
:*
