Miłość była... skomplikowana.
Pomyślał to. Mistrzostwo banałów. Złoty medal w kategorii frazesu roku. Laur konsumenta za najbardziej oczywistą oczywistość wszech czasów. I Coelho łyżew, zupełnie tak, jak wytknął mu to Yuuri.
Viktor westchnął i spojrzał w bok, wprost na siedzącego w kucki Japończyka, który właśnie przygotowywał wiadro ze zmydloną wodą do sprzątania onsenu. A jednak ta oczywista oczywistość idealnie oddawała to, co działo się przez ostatnie dwa dni. Od czasu zaprezentowania "Erosa", czy może raczej od momentu, kiedy atak histerii Katsukiego wreszcie minął i do spłakanego mężczyzny doszło, że siedzi wczepiony w klęczącego u jego stóp Nikiforova, wszystko stało się takie... takie poplątane. Tak, to było najlepsze słowo na określenie tej sytuacji. Poplątane. Jak kanji na "smoka" lub jak gar pełen rozgotowanego spaghetti, które nigdy Rosjaninowi nie wychodziło. Poplątane były myśli Viktora, który wreszcie zdecydował się porzucić nierealne życzenie i zaakceptować Yuuriego takim, jakim był, ale już zupełnie zaplątane okazały się uczucia Yuuriego, który przestał nawet poprawnie się komunikować.
Viktor westchnął. Naprawdę przysiągłby, że w tamtej cichej prośbie Yuuriego dostrzegł coś więcej niż tylko rozpaczliwe wołanie wypowiedziane pod wpływem chwili. Że to było to typowe japońskie wyznanie miłości, takie pokrętne "stammi vicino", wersja okrojona... A potem Yuuri nagle zaczął zachowywać się tak, jakby jego logiczne reakcje się zepsuły. Najpierw zachrypniętym od płaczu głosem przeprosił go za cały ten kłopot i że się zagalopował, potem spytał, czy mimo wszystko może zostać, bo to było dla niego ważne, a ostatecznie na czas treningu ukrył się w salce z konsolą, jakby bał się kolejnego zbyt erotycznego występu. W Yu-topii to samo. Katsuki raz z nieśmiałym uśmiechem zagadywał go i robił sugestie na przyszłość, że pokaże mu to lub zabierze go na spróbowanie tamtego, a w kolejnej sekundzie ni z tego, ni z owego cichnął i skupiał się na sprawach teraźniejszych. Docierał w rozmowach do pewnego punktu, po czym nagle się zawieszał, natrafiając na jakąś niewidzialną granicę.
Viktor westchnął. Utknęli obaj. Możliwe, że na amen.
- Viktor, czy ty masz jakąś astmę? - Zaniepokojony Japończyk przerwał płukanie ścierki i zerknął w górę na przebierającego się w robocze dresy Rosjanina. Gdy ten pokręcił głową, Yuuri rozprężył się odrobinę i przechylił głowę na prawo, jak w momentach, kiedy go coś gryzło. - Jakby co to możesz darować sobie to sprzątanie, naprawdę. Przecież wiem, że jesteś bardzo zajęty, więc nie musisz sobie jeszcze dokładać obowiązków. Mamą się nie przejmuj, wszystko jej wytłumaczę.
- O nie, nie wykosisz mnie z tej roboty. Przecież powiedziałem, że zajmę się onsenem, więc nie zamierzam się z tego zadania wycofywać. A w ogóle to szczycę się tym, że nigdy nie łamię danego słowa - pochwalił się Viktor, z dumą wypychając do przodu okrytą w pożyczony T-shirt pierś. - Co najwyżej o nim zapominam!
- A to nie to samo? - zapytał z powątpiewaniem Yuuri, na co Viktor sapnął z udawanym oburzeniem.
- Zupełnie nie! Bo to oznacza, że jeśli będzie przy mnie ktoś, kto mi o tych obietnicach przypomni, to jestem w stanie wypełnić wszystko co do joty - odpowiedział z typową dla siebie beztroską, a potem dodał nieco łagodniej, niespodziewanie przypominając sobie o pewnej bardzo, bardzo starej rozmowie: - Ale o tych naprawdę ważnych rzeczach zawsze będę pamiętać.
W tym momencie kucający Katsuki niespodziewanie zadrżał, a potem zamarł, wbijając oszołomione spojrzenie w Viktora. Wyglądał co najmniej tak, jakby nagle objawiła się przed nim zjawa albo jakieś widmo przeszłości. Tak mocno zacisnął dłoń w pięść, że praktycznie wyżął z trzymanej ścierki całą wodę i w sumie mało brakowało, a ze szmatki zostałaby jedynie sprasowana kulka. Oczy pozbawione okularów zrobiły się wielkie jak spodki, pot obficie zrosił Japończykowi czoło, a usta otwierały się i zamykały naprzemiennie, upodabniając go do karpia wyjętego z jeziora.
- T-tak, no jasne. Tak. To logiczne - wydukał wreszcie z wymuszoną wesołością Yuuri, po czym obrócił głowę i wrócił do maniakalnego płukania ścierki. - Są ważne. Obietnica to obietnica. Obiecałeś sprzątać. Haha... Ha...
Waśnie. Yuuri zachowywał się swobodnie i całkiem normalnie, tylko że nie. Jakby cały czas miał się na baczności i w razie problematycznego tematu wycofywał się z niego jak żołnierz do okopów. Jakby bał się, że tamtego dnia powiedział nie o jedno, ale o dwa słowa za dużo. O "nie zostawiaj".
Viktor westchnął i zamknął szafkę z ubraniami, dochodząc do wniosku, że nawet ta astma wykryta tuż przed Mistrzostwami byłaby łatwiejszym przypadkiem do rozwiązania.
Mgła unosząca się nad gorącymi źródłami nadawała temu miejscu urokliwej, jakby nieco tajemniczej aury, ale Viktor bardziej niż o "uroku" czy "tajemniczości" myślał w tej chwili tylko o jednym. Ciepło. Za ciepło. Stanowczo zbyt gorąco i zbyt parno, ale nie taki w sposób, o jakim marzyłby jeszcze jakiś czas temu. Nigdy do tej pory nie sprzątał łaźni, bo przez większość czasu spędzonego w Yu-topii nikt niczego od niego nie wymagał. Był przede wszystkim gościem oraz trenerem. Domownikiem stał się potem. Teraz jednak Viktor tak bardzo chciał wskoczyć na wyższy etap zażyłości, że co chwila zgłaszał się na pomocnika, byleby tylko mama i tata czuli się przy nim dobrze... I w ten oto sposób skończył w nie do końca komfortowej dla siebie sytuacji. Wygrzewanie się w kąpieli to jedno, jednak konieczność sprzątania posadzki w podobnej duchocie działała na Rosjanina bardziej destrukcyjnie niż ukrop na bał się zwyczajnie nie dało żyć. A przynajmniej nie w koszulce i spodniach, jak to sobie ta japońska etykieta uwidziała.
W ogóle czyszczenie gorących źródeł było prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jaką broniący tytułu mistrz świata w łyżwiarstwie figurowym powinien robić na trzy dni przed wylotem przez całą długość Azji do Helsinek. W tym ciężkim czasie powinien z zapałem trenować, powinien wysłuchiwać ostatnich wskazówek trenera, powinien... Jasne. Powinien. Tak jakby Nikiforov kiedykolwiek przejmował się tym, co musi, a czego nie może robić.
W każdym razie Viktor wiedział, że programy, w których wyrażał swą miłość do Yuuriego, a które nie były znane w tym świecie, w zupełności wystarczą, aby wprawić w osłupienie nawet najbardziej znudzonych i sceptycznych sędziów. W sumie nie musiał się dodatkowo katować technicznie (z czterema różnymi quadami w arsenale i tak nie było potrzeby), żeby wywołać potrzebną do wysokiej oceny za komponenty sensację. Nikt przecież nie spodziewał się, że ktokolwiek byłby na tyle szalony, żeby na ostatnie kluczowe zawody w sezonie zmieniać cały swój repertuar... No chyba że akurat miało się na nazwisko Nikiforov. Wtedy nawet mycie posadzki było bardziej naturalną rzeczą niż mordowanie się z krawędziami przy lutzu.
Tylko co z tego, że dla normalnych ludzi to było oczywiste? Gdyby w tej sielskiej sytuacji zobaczył go Yurio, i tak pewnie wylałby na niego kubeł pomyj (oby chociaż zimnych), a kto wie, czy w ruch nie poszłyby jeszcze jakieś odziane w łyżwy stopy. Gdyby znów widział go Yakov, chyba dostałby zawału, drgawek, szczękościsku, toczyłby pianę z ust i pewnie jeszcze zacząłby przeklinać w pradawnych językach, ze starocerkiewnym na czele. Gdyby natomiast ujrzał go Chris, Szwajcar pokręciłby tylko głową, rozebrałby się do rosołu, wskoczył do onsenu i zapytał, czemu właściwie Viktor jeszcze nie zajął się swoim uroczym Japończykiem. Bo przecież jeśli Rosjanin nie wypluwał płuc na lodowisku jak wszyscy pozostali łyżwiarze, to powinien przynajmniej siedzieć gdzieś w Las Palmas i popijać razem z Yuurim jakiegoś kolorowego drinka. Przez słomki. I najlepiej z jednej szklanki.
No właśnie. Viktor też się nad tym zastanawiał. Praktycznie od dwóch tygodni żaden inny temat nie zaprzątał mu myśli, lecz na próżno. Nic mu do tej pustej, łysiejącej głowy nie przychodziło. A w kwestii ukropu...
- Yuuri! - zawołał Nikiforov. Wsparł się na szczotce, odciążając nieco zmęczone od pochylania plecy i spojrzał na przeciwległy brzeg, gdzie Katsuki ze skupieniem szorował kamienną posadzkę. Viktor zaczął się nawet zastanawiać, czy to była wina miłości, czy jednak jakiejś odmiany dewiacji, skoro po tych wszystkich problemach, dramatach i przysięgach czystości wciąż nie mógł oderwać wzroku od pewnych pośladków. - Hej! Yuuu-ri! - zaśpiewał.
- Co? - Katsuki poderwał głowę i zerknął na Viktora z drugiego krańca jeziorka. Dobrze, że chociaż jego reakcje znów wróciły do normalności. - Coś się stało?
- Tak jakby - rzucił Rosjanin, zataczając nosem wymowny łuk nad onsenem. - Nie jest ci za ciepło?
- Nie - odparł mechanicznie, a potem zerknął na swoją klatkę piersiową, jakby dopiero do niego dotarło, że owszem, ta bawełniana koszulka mogła się jednak trochę do niego kleić. Ba, Yuuri miał wszelkie powody do tego, żeby się zmęczyć. Termoregulacja musiała wołać o pomstę do nieba, a spodnie powinny kurczyć się bezpośrednio na nimod tej wysokiej temperatury. - Nie, nie jest.
- Na pewno? - dopytał Viktor, próbując zdmuchnąć lepiącą się do twarzy grzywkę, ale prędzej by się opluł, niż dałby radę przy tym poziomie wilgotności zrobić jakiś czarujący trik.
- Na pewno. Wszystko w porządku - zapewnił Japończyk z przelotnym, nieco wymuszonym uśmiechem i wrócił do przecierania posadzki.
Viktor tymczasem otarł grzbietem dłoni pot z czoła. Twarda sztuka. Prawdziwy, nieprzejednany zmarzluch, dokładnie taki, jakim go pamiętał, gdy próbował wykopać narzeczonego spod petersburskiej kołdry, a Yuuri jęczał, że "nie chce", "zimno" i "dlaczego nie zaręczył się z jakimś Brazylijczykiem, byłoby prościej". Może i byłoby, ale pech chciał, że żadni Brazylijczycy nie startowali na oficjalnych zawodach łyżwiarstwa figurowego, żeby oczarować japońskiego zawodnika swoją jazdą. A nawet gdyby to robili, to ze świecą byłoby szukać takiego o srebrzystych włosach, uśmiechu w kształcie serca i nieziemskiej cierpliwości, która sprawiała, że Viktor w końcu sam wpełzał do kołdrogloo i pocałunkiem wywabiał ofiarę na zewnątrz. Nic dziwnego, że sprzątający onsen Katsuki wyglądał tak, jakby towarzyszący im wietrzyk przywędrował co najmniej z Irkucka, powstrzymując mężczyznę przed zdjęciem choćby gumowego klapka. Bo Yuuri po prostu był Yuurim.
Ale Viktor ani myślał cierpieć dalej. Był Rosjaninem. Łyżwiarzem. I zmęczonym pracą człowiekiem. Potrójna kombinacja za maksymalną ilość punktów oraz GOE solidne plus dwa. Dlatego właśnie rozgrzany temperaturą otoczenia oraz pracą Nikiforov nie wahał się już ani chwili dłużej, aby pozbyć się zbędnych ubrań, przy okazji opracowując w głowie Kolejny Genialny Plan.
- Yuuri! - zawołał ponownie, tym razem jednak o wiele radośniej niż przed chwilą. Wreszcie odzyskał upragnioną wolność, gdy pozbawione T-shirta plecy i tors poczuły delikatny, przyjemny chłód powietrza. - Chodź, zrobimy sobie małą przerwę!
- Co? - Kiedy Yuuri ponownie się obrócił, tym razem nie dał rady utrzymać niewinnego, obojętnego wyrazy twarzy. Brwi podjechały mu praktycznie aż pod grzywkę, kiedy ujrzał, jak Rosjanin swobodnie majta koszulką nad głową, a naga klatka piersiowa błyszczy od potu. - Nie, Viktor, zapomnij! Jesteśmy w trakcie sprzątania!
- Tylko na momencik. Zresztą sam pomyśl. Rozgrzejesz się, umyjesz i znów wrócimy do pracy z nową porcją energii. Wtedy uwiniemy się ze wszystkim raz-dwa! - kusił dalej Rosjanin, pospiesznie podwijając nogawki spodni.
- Nie, ja nie potrzebuję żadnego... VIKTOR!
A Viktor oczywiście nie słuchał. Ledwie pozbył się klapków, a już wycofał się o dwa kroki do tyłu, zrobił rozbieg i wskoczył ze śmiechem na płyciznę, wzbijając dookoła siebie istny gejzer wody. Yuuri jęknął, kiedy fala trafiła również w niego, przemaczając mu do reszty dół dresowych spodni.
- No! To teraz łatwiej będzie cię tu przyciągnąć - ucieszył się Viktor i zaśmiał się, gdy Katsuki uniósł jedną nogę i ostrożnie nią potrząsnął, niczym nieszczęśliwy kot po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z wodą. Ale Japończykowi wcale nie było do śmiechu.
- Ja ci dam łatwiej... - Yuuri błyskawicznie przyskoczył do samego brzegu i wyciągnął rękę, starając się pochwycić Viktora, ale ten szybko odsunął się poza zasięg. O nie. Pan Katsuki nie będzie miał tak lekko. Zresztą, Yakov nie takie groźby karalne stosował pod jego adresem w trakcie całej kariery, więc jedno "dawanie" nie robiło na nim wrażenia. A nawet z chęcią by się na takowe zapisał. - Viktor! Wracaj tu natychmiast!
- Nie! - odpowiedział Rosjanin, chichocząc i kręcąc piruety jak wodna rusałka. Zmęczenie ustąpiło nagle miejsca dziecięcej radości oraz chęci, aby zrobić coś nieprzewidywalnego, jakąś psotę, która wyprowadzi rozmówcę z równowagi. W końcu Viktor przystanął i zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy: zanurzył rękę w toni i bez słowa ostrzeżenia rozchlapał garść wody w stronę Yuuriego. - A masz! Skoro nie chcesz przyjść do onsenu, to onsen przyjdzie do ciebie!
Tym razem rozbryzg trafił Japończyka prosto w koszulkę, na co Yuuri spazmatycznie nabrał powietrza i zamarł z otwartymi z bezgłośnego oburzenia ustami. Mężczyzna trwał przez jakąś chwilę w stanie zwiastującym jeśli nie wybuch, to chociaż solidną porcję złości, aż wreszcie zmarszczył brwi i zagrzmiał:
- Viktor...
Katsuki nie powiedział już nic więcej. Żadnego żartobliwego "dostajesz szlaban na kąpiele" ani poważnego "mam cię dość". W niespodziewanej reakcji Yuuri ukląkł i wsunął obie dłonie pod taflę, jakby chciał nabrać wody do picia, ale zamiast tego nagle wyrzucił ją do góry. Krótki, ulewny deszcz spadł na głowę próbującego się osłonić Viktora, ale na niewiele się to zdało. Jeśli przed chwilą jego szara czupryna wydawała się smętna niczym pióra przemoczonego kurczaka, to teraz ten kurczak zupełnie się utopił.
- Już. Mamy remis. - Lekkie zmęczenie przez kilka sekund walczyło ze wzburzeniem, ale ostatecznie skończyło się na tym, że Yuuri wciąż marszczył czoło, trzymając ręce w wodzie. Pewnie na wypadek, gdyby coś głupiego znów chodziło Viktorowi po głowie. I w sumie tak właśnie było. - A teraz wracaj.
- To stanowczo za mało, żeby mnie przestraszyć! - Viktor zaśmiał się posępnie, po czym zaczesał włosy do tyłu i wyciągnął dłoń w stronę Yuuriego. - Chodź do mnie, mój padawanie. Przejdź na mokrą stronę mocy - zamruczał niskim, prawie mrocznym głosem.
- Nie będę... przechodził... na stronę... jakiegoś wodnika-szuwarka! - Przy każdej frazie zniecierpliwiony Yuuri znów nabierał wody, rozchlapując ją w stronę chichoczącego, wyraźnie odprężonego Viktora. - Dość już tego! Tracimy tylko czas!
- A właściwie dlaczego nie? Ja się całkiem dobrze bawię - wyznał z uśmiechem Rosjanin, kołysząc się na wzburzonej wodzie, by uniknąć ataków. - I chcę, żebyś ty też się rozluźnił!
- Nie potrzebuję tego! - odparł zapalczywie Yuuri, a jego ruchy stały się jeszcze bardziej zawzięte. - Niczego nie potrzebuję!
- Nie byłbym taki pewien! - Viktor uznał zaprzeczanie Yuuriego za typowo nieśmiałą reakcję, dlatego kontynuował młócenie wody.
- Chyba lepiej wiem, co mnie cieszy, a co nie! - zawołał, uderzając w wodę tak silnie, że powstająca fala zalała Viktora po pas, przemaczając mu do reszty i tak nie pierwszej suchości spodnie.
- O nie! Ten atak jest super-efektywny! - zażartował Nikiforov, biorąc zaangażowanie Japończyka za dobrą monetę, jednak Katsuki szybko go z tego błędu wyprowadził. I to bardzo boleśnie.
- No jasne, że jest! - wypalił Yuuri bez większego zastanowienia. - Nie po to tyle lat grałem jak ostatni idiota na Game Boyu, żeby tak po prostu dać się jakiemuś mistrzowi łyżwiarstwa!
Uśmiech powoli spełzł z twarzy Viktora razem ze ściekającą ze zmoczonej grzywki wodą. Nic już z tego nie rozumiał, absolutnie nic. Przecież tak bardzo się starał, robił co w jego mocy, aby Yuuri nie czuł się gorszy, żeby miło spędzili czas, a on... a ten... A Yuuri użył jego profesji jakby to była jakaś obelga. To, co zawsze było przedmiotem niesamowitego podziwu, powodem, dla którego dawny Katsuki tak mocno angażował się w zawody, teraz brzmiało zwyczajnie jak wyrzut. Że był zbyt idealny, zbyt wspaniały. Zbyt odległy, żeby taki przypadkowy japoński nauczyciel mógł się z nim równać, dlatego Yuuri przekornie starał się udowodnić swoją wartość w tej drobnej, nic nieznaczącej rzeczy. Tak nic nieznaczącej, że przez pokazanie różnicy talentów jednocześnie starał się powiększyć między nimi dystans.
Viktor zacisnął zęby. Zawsze był dla wszystkich miły, zawsze, ale Yuuri... Yuuri nigdy nie był "wszystkimi". Czasami po prostu go nie rozumiał. Nie był w stanie rozgryźć jego sposobu myślenia, nie nadążał za jego decyzjami, nie umiał w niego. A to w prostej linii prowadziło do irytacji.
- Ach tak? - rzucił Viktor, a w tonie jego wypowiedzi pojawiła się jakaś mniej przyjazna nuta rozdrażnienia. - A ja nie po to urodziłem się w Rosji, żeby teraz dać się ugotować w japońskim basenie!
- Przeszkadza ci nasz onsen? To z niego wyłaź! - warknął w odpowiedzi Katsuki, trochę zbyt gwałtownie jak na powód, dla którego się sprzeczali.
Bomba w końcu wybuchła.
- Wyjdę, jak ty wreszcie wyjdziesz z siebie! - krzyknął Nikiforov.
Tym razem to Yuuri zamilkł i spojrzał okrągłymi oczami na przeciwnika. Nie, już nie na przeciwnika. Na Viktora.
- Coś ty... powiedział...? - wydusił szeptem, prawie całkowicie zagłuszonym przez plusk fontanny, ale było już za późno.
- Wyjdź wreszcie z tej skorupy! - powtórzył Viktor, a potem znów zanurzył ręce w wodzie, by z każdym chluśnięciem wyrzucić również nową porcję cisnących się na usta słów. - Mów do mnie! Pouczaj mnie! Powiedz, że jestem głupi albo emocjonalny! Ale nie milcz więcej, do diabła!
- B-będę milczał! - zaperzył się Yuuri, zaskoczony zarzutami Viktora. Jego zbolały wyraz twarzy dobitnie świadczył o tym, jak bardzo się tym wszystkim przejmował. - Będę się zamykał! Będę robił, co mi się podoba, bo to ja jestem debilem!
- Nie jesteś debilem! Ile razy mam ci to powtarzać, ty zakuta makówko! - skontrował Viktor.
- Sam jesteś makówka!
- Nie większa niż ty!
- Byś się na coś zdecydował!
Mężczyźni zaczęli się wzajemnie ochlapywać, a oskarżenia płynęły nie mniejszym strumieniem co woda z fontanny. Parskali, złorzeczyli, bili pięściami w taflę i wymyślali sobie od takich i owakich, jakby starali się za wszelką cenę zdekoncentrować jeden drugiego. Pierwszy raz tak ze sobą walczyli. Kiedyś, kiedy Yuuri czasami nie dawał sobie z czymś rady i decydował się podnieść głos, Viktor był zbyt oszołomiony, żeby wydukać cokolwiek na swoje usprawiedliwienie. Kiedy znów zły był Viktor, Yuuri praktycznie zamykał się w sobie i pokornie przyjmował zarzuty. Ale teraz, gdy wrzeszczeli obaj, wszystko wyglądało inaczej. Chociaż wykrzykiwana prawda wciąż była prawdą, niemal natychmiast traciła na wartości, gdy wlatywała jednym, a wylatywała drugim uchem. Zresztą, to nie tak, że ta kłótnia miała jakikolwiek cel. Ona po prostu się zaczęła.
- Po co w ogóle przejmujesz się kimś takim jak ja? - krzyknął w przypływie ostateczności Yuuri. - Czemu tak się poświęcasz? Nie chcę tego! To podłe! Nie jestem wart takiej uwagi!
- Przestań zwalać winę na siebie! - Viktor wyglądał na nie mniej rozeźlonego. - Nikt mnie do niczego nie zmusza! Sam tu przyjechałem! Niby z jakiego powodu miałbym nie być szczery? I co, może ktoś mnie przekupił? Żeby tu teraz stać i wrzeszczeć na jakiegoś przemoczonego, wydzierającego się Japończyka? Tak?
- Nie wiem! Skąd mam wiedzieć?! Nie rozumiem, co tobą kieruje! - krzyknął desperacko Yuuri, na co Viktor natychmiast się żachnął.
- To może wreszcie przyjąłbyś do wiadomości, ile dla mnie znaczysz!
Yuuri zatrzymał w połowie pochylenia, przez co ostatni rozbryzg trafił go prosto w twarz. Woda spłynęła mu po przemoczonych kosmykach i zalała oczy, lecz on ani drgnął. Znów się zawiesił, wpatrując w Viktora jak w ducha. Jakby patrzył gdzieś przez niego i poza nim. Wszystkie te emocje, które sprawiły, że Yuuri wreszcie się otworzył, nagle zostały zablokowane przez jakąś niezrozumiałą, chorobliwą wręcz obojętność.
Po krótkiej, pełnej napięcia chwili Japończyk wreszcie wyciągnął ręce z wody i otarł przedramieniem czoło, przybierając dziwnie martwy wyraz twarzy.
- No i popatrz, co narobiliśmy - odpowiedział zupełnie spokojnie, unikając kontaktu wzrokowego z Viktorem. Rosjanin zaklął pod nosem. Nie, nie teraz, nie po tym wszystkim... - Nie dość, że muszę osuszyć podłogę, to jeszcze trzeba będzie się przebra...!
Urwał, a oczy w jednej chwili rozszerzyły się w niemym przerażeniu. Kiedy Yuuri wstał znad brzegu i obrócił się, zamierzając zrobić krok w lewo, prawa stopa nagle wysunęła się z gumowego klapka, który nieszczęśliwie przyssał się do ochlapanej płytki. Właściwie to mogło skończyć się tylko na zabawnym podskoku bez buta na jednej nodze, lecz skupione na innym ruchu ciało nie nadążyło za poleceniem mózgu. Palce stopy spróbowały w jakimś ostatnim akcie desperacji unieść klapek za sobą i wtedy było już po wszystkim - Katsuki stracił równowagę i po strasznie długiej sekundzie walki z przyciąganiem runął do przodu, wprost do onsenu.
- Yuuri! - zdążył krzyknąć Viktor i w odruchu skoczył mu na ratunek.
Łyżwiarz wyciągnął ramiona do przodu, próbując chwycić Yuuriego w objęcia, ale był odrobinę zbyt daleko, aby całkowicie zablokować upadek. Ledwie zdołał złapać lecącego mężczyznę pod ręce, kiedy impet bezwładnie lecącego ciała spowodował, że Japończyk i tak upadł, i to wprost na kolano. Viktor jęknął. Ciężar rozpaczliwie chwytających go dłoni dosłownie ściął Rosjanina z nóg, nie pozwalając mu na bezpieczne, a przede wszystkim pionowe wyratowanie się z opresji. Pozostała już tylko jedna droga wyjścia. I dlatego zanim grawitacja całkowicie pokrzyżowała im szyki, Nikiforov poleciał swobodnie do tyłu razem z Katsukim podtrzymywanym w ramionach, po czym wpadli do wody w towarzystwie chyba największego rozbryzgu, jaki udało im się do tej pory wytworzyć.
Na szczęście było tam na tyle płytko, że Viktor skończył bezpiecznie na tyłku, zanurzając się w gorących źródłach zaledwie po pas. Łyżwiarski refleks i błyskawiczna ocena sytuacji sprawiły, że praktycznie nic mu się nie stało. Poza tym od dawna był oswojony z upadkami, więc znajomy ból kości kulszowych nie zrobił na nim większego wrażenia. O wiele bardziej bał się jednak w tym momencie o kogoś innego, kto z podobnymi wypadkami raczej nie miał wiele do czynienia. Rosjanin parsknął więc i starając się zignorować krople wody wiszące wszędzie, łącznie z rzęsami, spojrzał na towarzyszącego mu Japończyka.
- Yuuri. - Viktor łagodnie zwrócił się do trzymanego w ramionach mężczyzny. - Yuuri, nic ci nie jest?
- Nie wiem... Chyba wpadłem na jakiś kamień i kolano... - odpowiedział niepewnie, a potem ostrożnie podźwignął się na rękach i prawie od razu się skrzywił. - Uch, tak. Kolano. Trochę boli.
- Ale żadna noga nie jest złamana, prawda? Nie jest? - dopytywał niemal desperacko Viktor, nachylając się nad Yuurim, by odczytać coś więcej z jego schowanej w cieniu grzywki twarzy. Katsuki potrząsnął jednak głową i odgarnął mokre włosy znad oczu.
- Nie, nie, w porządku. Gdyby była złamana, to nie mógłbym nią... - odparł spokojnie Yuuri, a potem podniósł wzrok i zamarł, gdy niemal tuż przed swoim nosem dostrzegł błękitne oczy - ...ruszyć.
Viktor również czuł, jakby głos uwiązł mu w gardle. Yuuri. Och, Yuuri. Był... był piękny. Zaczesane do tyłu włosy przypomniały Erosa z zawodów, a jego oczy połyskiwały niczym najprawdziwsze bursztyny. Krople jak łzy błyszczały na policzkach i podbródku Japończyka, czyniąc jego delikatnie zaskoczoną minę jeszcze bardziej czarującą i niewinną zarazem. Viktor ostrożnie uniósł dłoń i powoli, niemal centymetr po centymetrze zbliżył ją do twarzy Yuuriego. Dotknął skóry. Poczuł jej ciepło. Przesunął kciukiem po policzku, rozcierając krople wody, które zatrzymały się na ukochanym obliczu. Yuuri nie poruszył się. Zastygł na podobieństwo posągu i tylko te głębokie, brązowe, lekko drżące oczy mówiły, że był, widział, czekał. I nawet kiedy krople już zniknęły, Viktor wciąż raz za razem gładził palcem gorący policzek. Gorący od rumieńca czy może od temperatury panującej w onsenie? Nie wiedział. Viktor nie wiedział, co powiedzieć. Yuuri również.
To nie miało wyglądać jak zdarzenie rodem z komedii romantycznej. To wcale nie było tak, przecież Yuuriemu dolegało kolano, a jeszcze przed chwilą mężczyźni śmiertelnie poważnie się ze sobą kłócili. Tylko że teraz to wszystko jakoś tak nagle zniknęło. Mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu, zupełnie zapominając, że siedzieli w gorących źródłach, przemoczeni, jeden praktycznie na drugim, naruszając wszelkie święte prawa strefy komfortu i przyzwoitości. Pewnie dlatego, bo mogli zrzucić na głupi los to, że udało im się do siebie zbliżyć.
Wreszcie Viktor sięgnął kciukiem tak daleko, że musnął nim kącik ust Yuuriego. Wargi rozchyliły się nieznacznie, powabnie, jakby całkowicie podporządkowanie gestom Rosjanina. Nie odepchnął go. Nie odtrącił... Viktor poruszał się prawie jak we śnie, nie będąc w stanie zapanować nad własną dłonią. Spróbował jeszcze raz. I kolejny. I kolejny. Położył kciuk na dolnej wardze i gładził ją wciąż i wciąż, nie mogąc nadziwić się temu doznaniu. Lekko różowe usta były miękkie i wilgotne, tylko tak trochę inaczej niż wtedy, kiedy jako dobry trener lub czuły narzeczony nakładał na nie balsam. Usta Yuuriego były gładkie, bo nie narażał ich na spękanie z powodu wielogodzinnych treningów na zimnym lodowisku. Nie musiał również znosić mrozów kapryśnego Petersburga ani nie zaciskał warg, gdy był zniecierpliwiony wybrykami Viktora. Były gładkie, bo Viktor nigdy nie przygryzł ich zaczepnie w trakcie pocałunków...
Rosjanin nabrał powietrza, zamierając w pół ruchu. Co on najlepszego wyprawiał?
- Przepraszam Yuuri. - Nikiforov w jednej chwili się zreflektował i czym prędzej odsunął dłoń sprzed twarzy Katsukiego. - Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale obiecuję, że już nie będę więcej robił takich rze-
- Nie! Nie, poczekaj - wszedł mu w słowo Yuuri, mówiąc z takim samym pośpiechem co rozmówca. - To nie tak, nie jestem zły, nie w tym sensie. To wcale nie boli ani nic - wyznał.
- Nie boli? Ale co? - Viktor nagle stracił wątek, choć może temu oszołomieniu były winne pewne piękne, skierowane wprost na niego oczy. - Że kolano?
- Viktor... - Coś niepodobnego ani do jęku, ani do westchnienia wydostało się z gardła Yuuriego. Skrzywił się, a to skrzywienie było czymś na skraju uśmiechu oraz płaczu. - Och, Boże, dlaczego tak wali mi serce? Już nie mogę tego wytrzymać...
- Może to przez upadek? Adrenalina? Może gorąco? - zaniepokoił się Viktor, ciągle pogrążony w swoich medycznych skojarzeniach, ale Katsuki aż sapnął z oburzeniem.
- Nie, nie dlatego, bo to się zaczęło wcześniej! I za każdym razem jak cię widzę jest tylko gorzej! Więc nie, to nie kolano, bo co ma kolano do moich zwichrowanych uczuć. Po prostu to przez to, że ja chyba... ja cię... - Yuuri już miał zrobił Viktorowi kolejny solidny wyrzut, kiedy przed kluczowym słowem nagle się zająknął i umilkł, a uszy zapłonęły alarmową czerwienią.
Gorąco. Szybsze bicie serca. Możliwe, że jakaś bezsenność, mając w pamięci pewien wczesny ranek oraz spotkanie o północy. Unikanie kontaktu, zmiana tematu rozmów, chęć bycia blisko i daleko jednocześnie. Niejeden kardiolog mógłby być szczerze zaniepokojony takimi objawami, ale ludzkość znała inną, znacznie popularniejszą przyczynę. Kropki w głowie Viktora wreszcie się połączyły i zrozumiał on to, czego nie rozumiał Yuuri.
- Tak? - zachęcił Viktor, czując dawno zapomniane motyle w brzuchu. Pragnął pomóc Yuuriemu wrócić na właściwy wątek, ale na łagodne pytanie Rosjanina Japończyk do reszty spłonił się jak piwonia.
- Błagam, przepraszam, zapomnij o tym, to nieważne - wydukał na jednym wydechu. - Coś mi się przyśniło, to nie tak...
- Przyśniło? - powtórzył. Viktor ujął dłonie Yuuriego i położył je na swoich policzkach. Delikatnie odchylił jeden z japońskich kciuków i przytknął do swoich ust, muskając go z czułością, tak jak przed chwilą pieścił ukochanego. - A co jeśli śnilibyśmy ten sam sen? - szepnął.
To był koniec. Po czymś takim nie istniała szansa powrotu do normalności.
Pierś Katsukiego uniosła się, oczy powiększyły jeszcze odrobinę, dłonie wzmocniły chwyt, pewniej ujmując twarz Nikiforova. A potem świat równie nagle co dostał piękniejszych barw, tak po prostu przestał istnieć, przysłoniony burzą ciemnych włosów.
Onsen zniknął, gdy Yuuri nachylił się i bez słowa wytłumaczenia pocałował Viktora w usta.
Zaskoczony Rosjanin nie ruszał się może z sekundę, może ze dwie, doświadczając chyba całkiem podobnego uczucia co kończący program dowolny Katsuki na Cup of China... S potem wszystko do niego dotarło. Że on, że Yuuri, że znowu razem. Że jak nie teraz, to chyba już nigdy. Łyżwiarz wyciągnął ręce i objął Yuuriego w pasie, przyciągając go nieco bliżej siebie, tak blisko, że mokry podkoszulek przylgnął ściśle do jego piersi. Japończyk nie oponował. Był zaślepiony pocałunkiem, tak słodko niepewny, nieprzyzwyczajony i niedoświadczony, że nie dostrzegał niczego wokół siebie. Jakby od razu chciał się wspiąć na mistrzowski poziom, że skoro już całował, to tak zapamiętale, że traciło się głowę. I Viktor stracił. Już dobry rok temu.
To miał być jeden pocałunek, tylko jeden. Jeden słodki, szaleńczy, wywołany chwilą całus, na którym ich skomplikowana, poplątana znajomość prawdopodobnie by się zakończyła. Ale nawet to zepsuli. Nawet tej jednej rzeczy nie potrafili zrobił właściwie... i bez zaskoczeń. Bo kiedy Yuuri już miał zamiar się odsunąć, a nacisk jego warg zelżał, Viktor wysunął się nieco do przodu, by znów go pochwycić. Przechylił głowę i przywarł z powrotem do ukochanego, nie dając mu czasu na to, by się speszyć albo uciec. A potem zrobili to znowu. I znowu. I znowu. Otwierali spragnione usta i raz po raz zatapiali się w kolejnych pieszczotach, jakby każdy moment miał być tym ostatnim i najwspanialszym. Żaden nie był.
Aż wreszcie pocałunki zwolniły, oddechy stały się płytkie i urywane, a Viktor i Yuuri w końcu odsunęli się od siebie, wciąż tkwiąc we wspólnych, dość mocno mokrych objęciach. I to na tyle mokrych, że z tego powodu pierwszy do zmysłów wrócił Rosjanin.
- Czyli jednak do mnie... wpadłeś? - zagadnął Viktor, siląc się na delikatny dowcip, po czym uśmiechnął się z czułością i uniósł rękę, by zaczesać jeden z wystających, niepokornych kosmyków za ucho ciężko oddychającego Yuuriego. - To pewnie sprawka jakiegoś boga onsenów albo czegoś w tym rodzaju. Będę musiał mu dać jakiś porządny datek za tę interwencję. Myślisz, że w świątyni akceptują przelewy?
- Viktor - obruszył się Yuuri, mrugając tak zawzięcie, jakby nie mógł albo właśnie nie chciał złapać ostrości na twarz przytulającego go mężczyzny. Ostatecznie spuścił głowę, nie mogąc wytrzymać panującego między nimi napięcia. - Viktor, proszę cię, nie żartuj w takiej chwili. Nie wtedy, kiedy nie wiem, co mam teraz zrobić. Jak po tym wszystkim mam ci spojrzeć w oczy.
- Najlepiej po prostu patrz prosto w nie. Inaczej nie będę mógł poprawnie powiedzieć, jak bardzo mi na tobie zależy - poprosił Viktor, wsuwając dłoń pod podbródek Yuuriego, by unieść jego twarz. Kiedy ich oczy ponownie się spotkały, nachylił się nieznacznie w stronę Japończyka. - Dlaczego tak ci ciężko? Nie powinieneś się uśmiechać?
- Viktor - powtórzył Yuuri, a chwilę potem głos mu się załamał i w kolejnym szaleńczym odruchu objął Rosjanina za szyję i mocno się do niego przytulił. Cieszył się, płakał i praktycznie umierał z zażenowania. Wszystko naraz, jak to Yuuri. - Viktor, bo to był mój pierwszy raz - zdradził.
O jasna cholera. Tego Viktor się nie spodziewał, tak jakby w ogóle przewidywał, że dojdzie do podobnego obrotu spraw. No ale przecież Yuuri coś tam mu kiedyś przebąkiwał, że na jakiejś dawnej imprezie w akademiku miał się pocałować ze zna... jo... Niebieskie oczy zrobiły się okrągłe. Akademik. Akademik w Detroit. Akademik w Detroit i ta wielokulturowa uczelnia, która sprawiła, że Yuuri spróbował wielu rzeczy, od tajskich ciasteczek ciotki Phichita po tańca na rurze. Której tym razem nie było.
Brawo, panie Nikiforov. Normalnie idiota warty złota.
- I... jak było? - zapytał ostrożnie Viktor, głaskając ukochanego po włosach. Gdyby tylko wiedział o tym wcześniej, że może być pierwszym Yuuriego, inaczej by to wszystko przygotował. Jakąś kolację przy świecach, bukiet róż, może pokaz fajerwerków przygotowany specjalnie dla nich... A tak razem z pierwszym pocałunkiem udało mu się skraść od razu trzydzieści kolejnych.
- ...kry - wybąkał Yuuri, przerywając ciąg romantycznych rozmyślań.
- Co? - Rosjanin przechylił głowę, próbując usłyszeć zawstydzony ton Katsukiego, a wtedy Japończyk mruknął:
- Mokry.
Viktor zamrugał. A potem zamrugał jeszcze raz, tak dla pewności. Już myślał, że będzie musiał się kajać albo komisyjnie utopić się w ramach pokuty, ale... Ale pewne rzeczy się nie zmieniały.
I Bogu dzięki.
- Yuuri. Och, Yuuri. - westchnął, przytulając swoją głowę do czarnych włosów. - Oczywiście, że był mokry. Przecież jesteśmy w onsenie.
W sumie nawet dobrze, że siedzieli w tej wodzie i że panowała taka wilgoć, że para sama skraplała się na jego wiecznie zaczerwienionym nosie. Inaczej ktoś mógłby sobie pomyśleć, że Viktor łka. Z drżącymi od trzymania Japończyka ramionach, uśmiechem na ustach i ze spuszczonymi wdzięcznie rzęsami, na krańcach których perliły się drobne kropelki, Viktor po prostu niby-płakał, ciesząc się ze zwróconego szczęścia.
- Yuuri. Mój Yuuri. Tylko, tylko mój - powtarzał cicho, wprost do ucha Katsukiego. - Jesteś spełnieniem moich marzeń, wszystkim tym, co najwspanialsze, jesteś moim małym cudem. Chcę być z tobą już na zawsze.
- Ja też. Ja też... nie chcę, żebyś wyjeżdżał - odparł zachowawczo Yuuri, a wtedy jego ręce kurczowo zacisnęły się na szyi Viktora. - To takie głupie... Przecież nie wiemy o sobie praktycznie nic, ale czuję, jakbym znał cię prawie całe życie. Że wiem nawet to, jaki kolor ma kanapa w twoim mieszkaniu albo w jakim kubku pijesz kawę.
Po plecach Viktora przebiegł nagły dreszcz. Czyli jednak. Yuuri pamiętał, tylko sam nie wiedział co o tym sądzić, bo dla niego to były po prostu przypadkowe obrazy związane z jakimiś domysłami albo snami. Nie podejrzewał, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, że faktycznie żyli razem w Petersburgu, jeździli razem na łyżwach, obiecali sobie małżeństwo i...
Nie, to już nieważne. Dobrze, że te tlące się na dnie serca Yuuriego uczucia pozwoliły mu tak szybko zaakceptować Viktora i dopuścić go do swojego serca, ale to był jedyny cud, na jaki mogli liczyć. Resztę musiał odzyskać sam.
- Więc to dlatego ostatnio tak mnie zbywałeś? Nie wiedziałeś, co o tym myśleć? - próbował odgadnąć Rosjanin. Odpowiedziało mu trudne w zidentyfikowaniu przytaknięcio-potrząśnięcie.
- Bałem się. I wciąż się boję. - Yuuri ukrył twarz w ramieniu Viktora. - Że mnie oszukasz albo znudzisz się tym za parę tygodni, jak już zrozumiesz, jaki słaby jestem. Bo bycie ze mną wcale nie jest takie proste.
Tak bardzo chciał mu powiedzieć, że tak, właściwie to jest takie proste. Bo skoro dwójka ludzi się kocha, to po co robić problemy, przecież o to właśnie chodzi w związkach, a tak w sumie to Viktor już trochę rozumiał te jego lęki i sobie z nimi poradzą jak na dorosłych ludzi przystało, ale... Ale znał też Yuuriego. Oswajanie go było zadaniem praktycznie na całe życie. I nawet jeśli tak naprawdę bycie z nim wcale nie było usłane różami, że bywało ciężko, zdarzały się kłótnie, różnice zdań, w grę niejednokrotnie wchodził stres i problemy, to Yuuri był absolutnie wart całego wysiłku.
- W takim razie - zaczął Viktor i zawiesił głos, czekając, aż przyciągnie uwagę Katsukiego - co byś powiedział na to, gdybym zabrał cię do Helsinek? Na Mistrzostwa Świata?
Japończyk oderwał głowę od nagiego ramienia i wreszcie się wyprostował, spoglądając na Rosjanina tak, jakby był kompletnie zdezorientowany nieoczekiwaną zmianą tematu.
- Jak to? - zdziwił się. - Czemu?
- Bo bardzo chciałbym ci pokazać, jak wyglądają prawdziwe zawody, tak z bliska. Zupełnie nie ma porównania między mistrzostwami a tymi próbami w Ice Castle - wyjaśnił Viktor, unosząc dłoń, przy pogłaskać zgiętymi knykciami gorący policzek Yuuriego. - Żebyś poznał mnie trochę lepiej i uwierzył, że nie jestem żadnym zadufanym celebrytą. I żebyś pokochał mój świat.
- Przecież wiem, że nie jesteś zły. To ze mną jest problem. Tylko ze mną - odpowiedział smutno. - A poza tym nie stać mnie na takie wycieczki, że już nie wspomnę o tym, że zaraz zaczyna się szkoła i...
- Wejściówkę masz za darmo, a za przeloty zapłacę - zaoferował się Nikiforov. - To w poczet inwestycji. Żeby wyszkolić nowego pracownika.
Oczy Yuuriego jakby nieco się rozpogodziły, ale on sam pokręcił głową. No tak. Jego duma.
- Dobrze, to inaczej. Zapłacę, a ty mi z czasem oddasz - zaproponował Rosjanin. - Nie uważasz, że to może być całkiem dobre zabezpieczenie, że nigdzie nie ucieknę? W końcu nic tak nie cementuje związku jak solidny kredyt na koncie - stwierdził optymistycznie i na zakończenie puścił swoje markowe oczko, przykładając palec wskazujący do ust.
- Viktor... Jesteś... - Japończyk zająknął się, ale ostatecznie jego usta wygięły się w łamanym uśmiechu i wyszeptał: - Jesteś głupi...
- O. I na to właśnie czekałem całe życie. - Viktor nachylił się i tak naturalnie, jak to robił kiedyś, ucałował Katsukiego w czoło. - Kocham cię, Yuuri. Najbardziej na całym świecie.
Viktor przymknął oczy, czując, jak do jego tułowia przylega ciężar garnącego się do niego Yuuriego. Jak ręce owijają się wokół piersi, głowa spoczywa ponownie na ramieniu, a zduszony szloch niknie w tle szumu fontanny. Tym razem jednak Rosjanin nie pomyślał nawet jednego złego słowa na temat gorąca. Przestał przejmować się duchotą i wysoką temperaturą, chociaż przekornie od kilku minut moczył się w wodzie w całkiem miękkich, dresowych spodniach. To ciepło nie było wcale takie złe. Wręcz przeciwnie, było tak dobre, że każdy, nawet najbardziej uparty bałwan by to przyznał.
Dlatego wtulony w czarne włosy Viktor roztapiał się z uśmiechem na ustach, ukojony onsenem oraz bliskością Yuuriego.
Przypisy-chan
Dzień dobry, dobry wieczór! Tym razem rozdział jest odrobinkę wcześniej, bo piątek i sobotę będę zajęta na Comic Conie, ale myślę, że wcale nie narzekacie na taki obrót spraw. Niebawem urodziny Yuuriego, więc "Serenadę dla dwojga" uznajcie za swoisty prezent z tej okazji (co nie znaczy, że w same urodziny nie wpadnie jakiś one-shot). Piosenka z programu dowolnego Michele'a jest jedną z moich ulubionych i bardzo pasuje do romantycznego wydźwięku tego rozdziału. Wreszcie Viktor i Yuuri wyznali sobie miłość, każdy na swój sposób, ale nie ma co do tego wątpliwości, że chcą, żeby coś z tego wyszło. Coś dobrego. I do końca życia.
"Bardzo, bardzo stara rozmowa", o której mowa w pierwszym fragmencie, to ta z rozdziału 1, kiedy Yuuri narzeka na Viktora, że zapomniał o zakupach. Właśnie tam Viktor rzuca frazesem, że o ważnych rzeczach zawsze będzie pamiętał. A najważniejszy na pewno jest sam Yuuri, o którym Viktor pamięta od 12 rozdziałów :3
Scena zabawy w onsenie może się kojarzyć z pewnym innym moim fanfikiem ;) Tak, jestem świadoma podobieństw, bo poniekąd zrobiłam je celowo. Nie było możliwe umiejscowienie wydarzeń idealnie w tym samym czasie co "Hasetsu na lodzie", ale bardzo kusiła mnie myśl, aby przedstawić tu zasadę, że "nic w przyrodzie nie ginie" nieco mniej serio. Viktor rzucający żarty z "Gwiezdnych wojen" czy upadający na niego Yuuri - jak widzicie są rzeczy niezmienne nawet mimo zaginania czasoprzestrzeni i międzywymiarowych zmian XD
Sprawa z klapkami - jakkolwiek jest to dość przewidywalna zagrywka, jest ona uzasadniona prawami fizyki. Zalany klapek staje się swego rodzaju przyssawką, pod którym wytwarza się niewielkie podciśnienie, gdy próbuje się go pionowo oderwać. Można to bardzo łatwo zaobserwować w basenowych szatniach, gdzie niejeden klapek został na miejscu, gdy osoba poszła dalej. Wybaczcie mi to wyjaśnienie dla opornych, ale wiem, że zastosowany schemat jest mocno schematyczny, ale starałam się z nim pobawić jak się da. Gdyby to było haremowe anime, to bohater złapałby bohaterkę za cycki... Chociaż w YoI chyba lepiej byłoby łapać za pośladki... Dobra, nieważne, nie psujemy fanfika!
Coraz bliżej końca, coraz bliżej końca... Viktor proponuje Yuuriemu wyjazd na Mistrzostwa Świata. Czy zetknięcie się z wielkim, łyżwiarskim światem okaże się dla Yuuriego czymś dobrym, co popchnie go do działania? A co dalej zrobi Viktor? Kilka odpowiedzi poznacie za dwa tygodnie, w...
...przedostatnim rozdziale Teorii.
Tak, to już chyba moment, kiedy mogę wam zdradzić, że "Teoria bliskości" będzie mieć czternaście rozdziałów plus epilog. Nie jest to oszałamiająca liczba, co przy tempie pisania wydaje się pewną porażką... Ale no nic. Długo już cierpieć w niepewności nie będziecie, więc ja się odmeldowuję i widzimy się w kolejnym rozdziale!
:*
