- Więc...? - Yurio zawiesił głos, czekając tym samym na dokończenie wypowiedzi, co obudziło w Viktorze jakieś niekoniecznie przyjazne skojarzenia. Zaczynał mieć nawet pewne podejrzenie, że nastolatek czerpał sadystyczną przyjemność z grania roli złej teściowej. Czy może raczej Yakova Juniora Zgryźliwego, Drugiego Tego Imienia. I Paskudnej Miny też.
- Więc tak, startuję w zawodach - odparł całkowicie spokojnie starszy Rosjanin, czując na sobie skupienie wielu tysięcy pikseli. - Wylądujemy w poniedziałek po południu.
- Wreszcie - burknął nastolatek. - A spróbowałbyś nie, ty... Ty idioto skończony.
Lecz nawet jeśli Yurio powitał jego decyzję wyjątkowo cierpkimi słowami, to i tak był w zdecydowanie lepszym humorze niż jeszcze przed chwilą. Ba, jak na jego wiecznie wzburzoną fizjonomię, która za jakieś trzydzieści lat gwarantowała mu łatkę zawałowca oraz nie lada problemy z nadciśnieniem, chłopak był wręcz szaleńczo szczęśliwy. Zmarszczka przecinająca czoło nie wydawała się już tak głęboka jak na początku rozmowy, brwi wreszcie przestały być chorobliwie ściągnięte, a grymas ust przy odrobinie dobrych chęci (oraz przy udziale bujnej wyobraźni... bardzo bujnej wyobraźni) można by uznać za zapowiedź uśmiechu. Kpiącego. Tuż przed wypowiedzeniem jakiejś miażdżącej złośliwości.
- Długo ci zajęło szukanie mózgu - dorzucił jeszcze tak dla świętego spokoju Plisetsky. Oczywiście tylko dla swojego świętego spokoju, żeby korzystającemu z uroków życia Nikiforovowi nie zrobiło się zbyt miło, przytulnie i bezpiecznie w Hasetsu. - W ogóle Yakov już miał po ciebie jechać osobiście i przy tej okazji zrobić ci z dupy drugi Plac Czerwony, ale na twoje szczęście wciąż jest zajęty wykopywaniem koczujących pod Klubem dziennikarzy albo odgryzaniem nam głów i nabijaniem ich na pale. Przynajmniej metaforycznie. Na razie.
- Spokojnie, nie zrobiłby wam tego. Yakov należy do tradycjonalistów. - Nikiforov uśmiechnął się, wspierając głowę na dłoni. Kąsający ripostami nastolatek sprawiał, że miał przemożną ochotę go testować i sprawdzać, jaką granicę zdoła przekroczyć tym razem. - Jakby co to trudnych podopiecznych pozbywa się cicho i bez świadków. Jak to zwykł powtarzać? Kulka w łeb i do Newy, tak jak się to robiło za starych, dobrych, sowieckich czasów.
- Taaak? To niby dlaczego nie załatwił jeszcze ciebie? Po czymś takim jak ta pieprzona ucieczka do Japonii powinieneś być na szczycie jego listy do odstrzału - zarzucił mu Yurio, na co Viktor zaśmiał się beztrosko.
- A myślisz, że kto mu pomaga i pociąga za spust, kiedy on odwraca uwagę krzykami? - odparł pytaniem na pytanie i mrugnął, jakby zdradzał tajemnicę, która i tak miała nią pozostać. - No i przede wszystkim nie zabiłby kogoś, kto zdobywa dla niego złote medale. A wiesz, który z nas dwóch to robi, prawda? Och, Jura... Musisz się naprawdę mocno postarać, żebym przestał być niezastąpiony.
Plisetsky zgrzytnął zębami, po czym łypnął złowrogo na mężczyznę, który (na swoje szczęście) znajdował się po drugiej stronie internetowego połączenia. Viktor niespecjalnie przejął się jednak klątwami i gromami ciskanymi przez zielonkawe oczy. W sumie to nawet cieszył się, że Yurio znów zaczynał traktować go mniej formalnie, a bardziej jak zwyczajny wrzód na dupie. Mając tak poważne plany założenia szkoły Nikiforov zamierzał zrobić przecież jeszcze jedną, ostatnią rzecz, zanim definitywnie zakończy karierę... A skoro Yuuriego-łyżwiarza już nie było, ktoś inny musiał zająć jego miejsce i sprowokować młode pokolenie zawodników do podjęcia rękawicy zamiast, jak do tej pory było, do wpatrywania się z nabożnym podziwem w nieosiągalnych "sempajów".
- Przymknij się. Pociągnąć to ty se możesz co najwyżej za... sznurówki w łyżwach - odburknął wreszcie Plisetsky, jakimś ocalonym ostatkiem przyzwoitości powstrzymując się przed dosadniejszym komentarzem. - Jak jesteś taki mądry, to lepiej byś nie doprowadzał do takich sytuacji, tylko wyżywał się poza sezonem. Ja pierdolę, takie szopki odstawiać. Nawet nie chodzi na Yakova, bo on to byłby chory, jakby nie przekroczył dziennego limitu decybeli. Po prostu przestań zachowywać się jak jakiś pieprzony pępek świa-
- Viktor, już jestem gotowy! - rozbrzmiało w tym samym momencie od wejścia do sali bankietowej. Viktor podniósł głowę i cały aż się rozpromienił na dźwięk znajomego zawołania, na co Yurio po drugiej stronie komunikatora urwał wypowiedź w pół słowa i zmarszczył brwi. - Naładowałem ci telefon tak jak prosiłeś i jeszcze spakowałem yukatę, bo mama twierdzi, że będzie ci bez niej nieswojo. A, i jakby co to Makkachin znów wkradł się do mojego łóżka, więc jeśli chcesz się z nim pożegnać, to szyb... ko... go...
Yuuri zdążył wetknąć głowę przez rozsunięte drzwi z zamiarem czułego pogonienia towarzysza, jednak kiedy tylko zauważył, że Viktor rozmawia z kimś przez komputer, od razu stracił cały animusz.
- Przepraszam! Nie chciałem przeszkadzać! - wydukał Japończyk i już miał się czym prędzej wycofać, ale Rosjanin powstrzymał go przed ucieczką.
- Nie, nie, to nic takiego, nie musisz wychodzić. Nawet się dobrze składa. Już od dawna planowałem to zrobić - ucieszył się Viktor i zanim Katsuki zdołał zniknąć za drzwiami, wyciągnął ku niemu rękę. - Yuuri, chodź do mnie. Chcę ci kogoś przedstawić.
Katsuki rzucił okiem na łyżwiarza, na laptop i znów na Viktora, a potem zerknął z powątpiewaniem na wytarganą na korytarz walizkę, jakby bał się, że pozostawienie bagażu na kilka minut bez opieki we własnym domu może grozić utratą całego majątku. Wreszcie jednak zacisnął usta, wszedł do pokoju i z niespecjalnie radosną miną zbliżył się do siedzącego przy stoliku Viktora. Starał się jednocześnie zauważyć i zignorować to, z kim rozmawia Rosjanin, jakby spodziewał się, że będzie to co najmniej audiencja u królowej i że ona sama siedzi w kuckach tuż za plecami Nikiforova.
- Yurio, a to jest właśnie osoba, o której... hm... o której tyle ci opowiadałem. Katsuki Yuuri - przedstawił po angielsku Viktor, podczas gdy nastolatek zaczął wyginać się na wszystkie strony jak pląsająca kobra, próbując dojrzeć przedstawianego mężczyznę, który wciąż jeszcze wahał się, czy wypada mu zająć miejsce przy Nikiforovie. - Yuuri, poznaj mojego młodszego kolegę z zespołu. To Jurij...
- ...Plisetsky - dokończył Yuuri. - Tak, wiem. Ciężko nie kojarzyć kogoś równie sławnego, kto na dodatek ma tak samo na imię jak ja. Może nie jeżdżę na łyżwach, ale wiem, jak działa Internet. Oglądałem coś od czasu do czasu. - Japończyk w końcu nieśmiało wsunął się w zasięg obiektywu, usiadł przy Viktorze i pomachał ręką do ekranu laptopa. - Cześć, jestem Yuuri. Miło mi cię poznać.
Yurio zmierzył Katsukiego wzrokiem, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mu na to kamera.
- Więc to jest ten cały Japończyk? Ale lama - podsumował dobitnie Plisetsky, na co Yuuri przestał machać i zamarł, wykrzywiając usta w nerwowym uśmiechu. - Przecież on się niczym nie różni od innych. Czarne włosy, ciemne oczy, ryj niepodobny do nikogo. Jeszcze na dodatek jest gruby i ślepy. Na coś ty się niby połaszczył, co, Viktor?
Pytanie aktywowało Nikiforova. Rosjanin już nabierał tchu, aby wyrzucić z siebie litanię pochwał na temat Yuuriego, jak to mężczyzna wspaniale gotował, jak jeździł, jak chodził, jak mówił, jak oddychał, jaki miał cudowny akcent, jaki był czarujący, uprzejmy, dobry, zabawny, pracowity, jak bardzo pokochał go Makkachin, jak sam Viktor kochał go bez pamięci - ale nim choćby jedna sylaba zdołała wyjść z jego ust, Katsuki zaśmiał się z wyraźną skruchą.
- W sumie też o to pytałem i do dziś nie doczekałem się odpowiedzi - przyznał Yuuri ni to żartem, ni to na poważnie... Zaraz, chwila, czemu na poważnie?! - W ogóle wydawało mi się, że to jakaś jedna, wielka pomyłka, że Viktor zwrócił na mnie uwagę. Przecież nie zasłużyłem, żeby ktoś taki jak on tutaj był.
- Yuuri! - Rosjanin zerknął z wyrzutem na towarzysza, przygotowując się w zamian do długiej, motywującej tyrady na temat pewności siebie, ale Katsuki od razu potrząsnął głową.
- Wydawało mi się - powtórzył cicho i z naciskiem na czas przeszły. Obłaskawiony Viktor po kilku sekundach otwierania i zamykania ust postanowił ostatecznie skapitulować. - Chociaż dalej nie wiem, czemu akurat ja...
- Dobra, cokolwiek z tą gębą - wciął się Yurio. - Muszę przyznać, że ten otoczak ma przynajmniej odrobinę więcej oleju w głowie niż wygląda. I na pewno zna się na Internecie lepiej niż ty - wytknął z dumą.
No tak. Nazwisko Plisetsky'ego zostało rozpoznane nawet przez jakiegoś laika z zapuszczonej japońskiej wsi... Nawet jeśli ta wieś mimo wszystko miała w sumie sto tysięcy mieszkańców... A że przy okazji Yurio mógł jeszcze dowalić starszemu koledze za atak paniki, gdy Yuuri zniknął, tym lepiej dla niego. I gorzej dla Viktora, oczywiście.
- Ja po prostu chadzam po innych częściach Internetu - wytłumaczył Nikiforov, ale Plisetksy wydawał się mieć to, najłagodniej rzecz ujmując, gdzieś.
- To raczej twoje myśli chodzą innymi drogami - prychnął, nachylając się w stronę kamerki, by obrzucić Viktora pogardliwym spojrzeniem. - Co tam chodzą. One raczkują. Pełzną. Szorują brzuchem o dno. Leżą i kwiczą.
- Chyba nie ma o tobie zbyt dobrego zdania - stwierdził szeptem Yuuri, utrzymując kontakt wzrokowy z Yurio jakby co najmniej miał do czynienia z hipnotyzującą go bestią, na co Viktor zaśmiał się półgębkiem.
- Po tym, co zrobiłem? - rzucił, myślami wracając do wyskoku sprzed roku. Tak, obecna sytuacja była bliźniaczo do niego podobna. - Zdziwiłbym się, gdyby nie zaplanował już mojej śmierci na jakieś czternaście sposobów. Chociaż jak tak na niego patrzę, to piętnasty chyba właśnie powsta-
- Ja to wszystko słyszę, patafiany! - huknął Yurio.
Och, ojej. Dobrze wiedzieć, że mikrofon miał aż taką czułość. Viktor uśmiechnął się więc najniewinniej jak tylko umiał, a trzeba przyznać, że umiał całkiem nieźle. W końcu miał za sobą lata praktyki. Setki wywiadów. Tysiące zdjęć. I jednego wiecznie świdrującego wzrokiem trenera, który codziennie po trzydzieści razy słownie wieszał go pod sufitem za przydługie kudły lub inne wystające części ciała, a którego to szkoleniowca teraz zastępował kolega z drużyny.
- Nie bądź taki sztywny, Yurio - odparł Viktor, przekrzywiając głowę na bok, aż grzywka lekko zafalowała. - Inaczej nie będziesz w stanie zrobić Bielmann!
- Dupek. - Ostrość spojrzenia wskazywała na to, że nastolatek w swojej wyobraźni właśnie wbijał łyżwę w plecy Nikiforova.
- Czyli już szesnaście - mruknął niepocieszony Viktor, zakładając ręce na piersi, jednak Yurio nie zareagował na tę zaczepkę. Wytrącony z równowagi chłopak miał już inne plany co do dalszego przebiegu rozmowy.
- A wracając do ciebie. - Plisetsky zmienił kierunek oskarżycielsko wytkniętego palca, lecz chyba nie zorientował się, że strony pokazywane na ekranie nie korespondowały z przekazem kamery, więc i tak końcem końców spoglądał na Nikiforova. - Słuchaj, ty japońska podróbo. Nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale jeśli Viktor zjebie przez ciebie te zawody, to już po tobie. Przyjdę i nakopię ci do tego tłustego zada za to, że postanowiliście rozpieprzyć całe Mistrzostwa Świata swoimi fanaberiami. Nie, nie mam zamiaru słuchać potem pitolenia wszystkich dziennikarzy, którzy zamiast skupić się na zwycięzcy będą do usrania gadać, że legenda upada przez jakieś durne, zdziadziałe pomysły... W ogóle nie chcę słyszeć żadnego gadania o Viktorze. Ma pojechać na maksa i spadać ze srebrem na bambus czy co to tam za kije u was rosną.
- Yurio... - Viktor już miał skarcić nastolatka za to, że zaczynał zbyt mocno wywierać poczucie winy na Yuurim, którego odporność psychiczna prezentowała obecnie dość znikomy poziom, ale znów nie zdążył na czas. I znów szybszy okazał się niepozorny Japończyk.
- Wiem - odpowiedział Katsuki, z którego twarzy zniknął nawet ten niewielki, skruszony uśmiech, jakim starał się obłaskawić Plisetsky'ego. - Wiem i dlatego wezmę to na siebie jeśli tylko będzie trzeba.
- Co? - Yurio wydawał się nie mniej zaskoczony co Viktor, tylko ten pierwszy wciąż był w stanie cokolwiek z siebie wydusić. - Czy ty wiesz, o czym w ogóle pieprzysz? Przecież to jest mistrz świata. Pięciokrotny. Cholerny Phelps lodowiska normalnie. Twoje harakiri, sashimi czy inne japońskie przeprosiny na klęczkach to możesz sobie wsadzić w-
Yuuri potrząsnął głową.
- Przeproszę wszystkich publicznie, przed kamerami. I jeśli tylko w czymkolwiek to pomoże albo zmniejszy gniew trenera Viktora, to jestem gotów wziąć na siebie nienawiść całego świata - stwierdził cicho i poważnie, na co Plisetsky już do reszty zapomniał języka w gębie. - Oczywiście wiem, że jestem nikim. Jestem nikim i nic nie mam, więc nie mam również nic do stracenia. To niewiele, żeby zadośćuczynić Viktorowi za jego zaangażowanie, ale zrobię wszystko, co tylko w mojej mocy, aby zachował swoje dobre imię.
Viktor, który siedział tuż obok Katsukiego, praktycznie ramię przy ramieniu, nie dowierzał w to, co słyszy, chociaż jednocześnie słyszał wszystko naprawdę głośno i wyraźnie. Tak właściwie to wydawało mu się, że znalazł się gdzieś zupełnie indziej. W swoim starym, szczęśliwym życiu, kiedy wszystko było prostsze, a te bursztynowe oczy, gdy Japończyk wypowiadał podobnie odważne deklaracje, należały do kogoś innego. Nie do Yuuriego-nauczyciela, rozmawiającego z buntowniczym Plisetskym, jakby to był uczeń zadający trudne, choć trafne pytania, ale do jego dawnego, wspaniałego narzeczonego...
- Ale wierzę w Viktora i wiem, że pokaże coś niesamowitego - dodał jeszcze po chwili Yuuri, po czym zerknął na oniemiałego Viktora i skinął głową, uśmiechając się na jego widok. - Tak, jestem pewien. Będzie walczył ze wszystkich sił.
- A pies was wszystkich... - Yurio zmełł w ustach przekleństwo, gdy wreszcie odzyskał panowanie nad gardłem. - W dupie mam wasze problemy i ckliwości, w dupie mam was wszystkich. Cokolwiek za bajki zaczniecie sprzedawać dziennikarzom czy Yakovowi, to i tak to ja będę tym, który zdobędzie złoto. Gwarantuję to! Choćby wam na złość, złamasy!
I zanim ktokolwiek zdążył wciąć mu się w ostatnie słowo, Plisetsky dramatycznie uniósł rękę i zdecydowanym ruchem uderzył w klawiaturę. Obraz praktycznie natychmiast zgasł, a na ekranie laptopa, w miejsce okienka Skype'a, pojawił się komunikat o zakończonym połączeniu.
Viktor zamrugał, powoli wracając do siebie. To nie była szczególnie długa rozmowa, ale miał wrażenie, że odkąd zasiadł do komputera, wydarzyło się zdecydowanie za dużo rzeczy jak na jedną głowę. Dostał standardowy słowny opierdziel przez wszystkie osoby, rodzaje i przypadki, zdołał streścić najbliższe plany wyjazdowo-mistrzostwowe, przedstawił sobie obu "Yurich", przetrwał konfrontację ich sił oraz motywacji i wreszcie dowiedział się, jak niewiele jeszcze wiedział o ukochanej osobie - koniec pobytu w Yu-topii przedstawiał się właściwie nie mniej emocjonująco co nadchodzące zawody.
A biedny Yuuri siedział jak gdyby nigdy nic, spoglądając to na laptop, to na Viktora, i robił przy tym tak strapioną minę, jakby nie wiedział, o co powinien zapytać w pierwszej kolejności. Rosjanin postanowił go w tym wyręczyć.
- Okej! - Viktor przerwał ciszę wesołym okrzykiem, przybierając na tę okazję swoją zwyczajową maskę pogodnego lekkoducha, i zamknął zbędnego Skype'a. - Czyli wszyscy w Rosji są zdrowi i zadowoleni. Dobrze słyszeć.
- Jak dla mnie to brzmiało bardziej jak deklaracja wojny niż rozmowa o pogodzie - zauważył Yuuri, a uniesiona brew świadczyła o szczerym zaniepokojeniu, czy tak właśnie powinny wyglądać zdrowe kontakty między współzawodniczącymi kolegami. I to jeszcze z tego samego teamu. - Jesteś pewien, że się dogadujecie?
- Najzupełniej - zapewnił beztrosko Viktor, ale nieruchome spojrzenie Japończyka nie dało za wygraną. Noż naprawdę, czy ten Yuuri musiał być taki dobry w przewiercaniu duszy na wskroś? - Chociaż przyznaję, że Yurio może czuć się teraz nieco... hm... odtrącony.
- To znaczy?
Viktor wyłączył komputer i po chwili zamknął klapę, żeby móc schować urządzenie do pokrowca i dalej, do walizki. Opuścił wieko i zasunął wypełniony po brzegi bagaż, przygotowując się do czekającej ich za jakąś godzinę podróży. Yuuri prze cały ten czas nic nie mówił, tylko patrzył pytającym wzrokiem na Rosjanina, czekając na rozwinięcie lakonicznej odpowiedzi. Tylko co tu powiedzieć? Przecież nie wyzna mu, że już przez to przechodził, więc wie, jak działała ta rozjuszona koszka. A działała idealnie tak samo.
- Po prostu... Do tej pory Yurio miał straszny kłopot z określeniem tego, co chce osiągnąć w życiu. Chciał mieć ciastko i zjeść ciastko - rzucił w końcu Viktor, siląc się na mądrość. Myślał o swojej sytuacji sprzed roku, kiedy to nastolatek ślepo podziwiał rosyjskiego mistrza seniorów i jednocześnie zapowiadał zdobycie złota. Nie był głupi, dostrzegł problem już wtedy. Tylko co innego wiedzieć, a co innego coś z tym zrobić. - Teraz wygląda na to, że wreszcie wziął się w garść i widzi przed swoim nosem medal, a nie moje plecy. Chociaż pewnie jego samego niekoniecznie to cieszy... Ale to chwilowe, zobaczysz. Poburczy, pojęczy, ogarnie co trzeba i jeszcze będzie się cieszył, jak mi dokopie.
- Skoro tak twierdzisz - mruknął Katsuki, spoglądając na bagaż, jakby spodziewał się tam zobaczyć obraz naburmuszonego nastolatka, ale granatowa walizka pozostawała niewzruszona.
- W każdym razie nie musisz się tym przejmować. Moje kontakty z nim to i tak skomplikowana sprawa... - uspokoił Rosjanin, po czym dodał - ale bardzo się cieszę, że cię polubił.
- Polubił? Mnie? - Yuuri rozejrzał się wokoło, sądząc, że Viktor kierował te słowa do jakiegoś obcego człowieka. - Nie wiem, czy da się lubić kogoś, na kogo się patrzy tak, jakby się miało rozstrój żołądka. Wydawało mi się raczej, że nadepnąłem mu na odcisk. A właściwie na nim stepowałem.
- No właśnie. A to znaczy, że cię lubi - przytaknął Viktor, wyprowadzając walizkę na korytarz. Może nie był to ten stopień adoracji, na którą dawny Yurio pozwalał sobie wobec dawnego Yuuriego, ale podobieństwo do tamtych kontaktów wydawało się całkiem żywe. - Gdyby cię nie znosił, po prostu zacząłby cię ignorować. Ale jeśli dużo fuka i drapie jak młody kocurek, to będzie dobrze. W ogóle jeśli kogoś naprawdę nie lubi, to raczej osób, które się do niego na siłę przymilają. Najlepiej traktować go normalnie albo wręcz zupełnie oschle - wyjaśnił, myśląc o Lilii i Otabeku.
- Och. Okej. Teraz rozumiem. - Yuuri wstał z podłogi i podążył za Viktorem, który właśnie zaglądał do sypialni Katsukiego, aby pożegnać się z odpoczywającym na łóżku pudlem. - W sumie to nawet mi ulżyło.
- Naprawdę? Czemu? - zapytał Rosjanin, zerkając przez ramię na Japończyka i zaraz sapnął, udając lekkie oburzenie. - Czyli jednak jesteś jego fanem! No normalnie czuję się zazdrosny...
- Nie, nie żeby fanem, tylko po prostu... chyba... To głupie, ale chyba czuję z nim jakąś więź. To pewnie przez imię i łyżwy - wydukał w końcu. Yuuri zaplótł ręce za sobą, a potem zaczął się delikatnie kiwać do przodu i do tyłu. - Ostatnio nachodziły mnie takie myśli, że może gdybym nie zrezygnował z łyżwiarstwa, to jakimś cudem to ja mógłbym tak zadebiutować. Przy tym "Yuri" mogło być inne nazwisko. Mógłbym robić tak piękne rzeczy i być doceniony przez kogoś... Kogokolwiek.
Viktor nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Mając w pamięci ten wymuszony trening nie spodziewał się, że Yuuri w ogóle darzy łyżwiarstwo aż takimi ciepłymi uczuciami i że w ogóle jakimiś darzył. Skoro zarzucił własną karierę, było zupełnie naturalną sprawą, że całkowicie odseparował się od tego sportu. Lecz z drugiej strony przecież Yuuri wiedział, kim jest Nikiforov, gdy ten zjawił się w Yu-topii. Może Katsuki tylko przeglądał niusy albo oglądał zawody, gdy nic ciekawszego nie leciało w telewizji, ale Viktor powinien był odgadnąć, że to wciąż coś dla niego znaczyło.
Nieco przygaszony Yuuri zbliżył się w tym czasie do łóżka i kiedy Viktor odsunął się na bok, objął Makkachina, wtulając się policzkiem w jego włochate jestestwo. Pies cichutko zaskomlał i polizał Japończyka w policzek. No tak. Yuuri nie umiał jeszcze równie chętnie szukać pocieszenia w ramionach Viktora, ale jednak niebywałym postępem było to, że zdobywał się na podobne chwile szczerości.
- I wiesz... Pewnie wyjdę teraz na jakiegoś hipokrytę, ale były chwile, kiedy myślałem... sądziłem... wydawało mi się że może dałbym radę wrócić do łyżwiarstwa. Że jeśli tylko dostałbym od losu jakiś znak, że powinienem spróbować, to to zrobię. - Yuuri opuścił głowę jeszcze niżej, a słowa utonęły razem z nosem w futrze pudla. - Ale nie zrobiłem... I kiedy przez jakiś przypadek mój nick... i tytuł programu... Tak, byłem naiwny. I było już za późno - wyszeptał.
- Za późno? - zapytał Viktor, nachylając się w stronę Yuuriego. Bardzo chciał go przytulić, ale nie wiedział, czy to był już ten moment.
Wtedy Katsuki sam wyswobodził się z pudlowego uścisku i z łagodnym uśmiechem zwrócił się do Viktorowi. Nie wyglądał jak ktoś, kto przegapił swoją szansę, ale raczej jak ktoś, kto po wielu ciężkich latach wreszcie na nią natrafił.
- Nie, to nic takiego. - Yuuri wyciągnął rękę i splótł ją z palcami Viktora. Trochę zimna, trochę drżąca dłoń rozluźniła się, odnajdując swoje właściwe miejsce. - Już nic takiego.
Wiele rzeczy zmieniło się przez te ostatnie dni. Dopięte na ostatni guzik (a może raczej zawiązane na ostatnie ściśnięcie sznurowadeł) programy na Mistrzostwa Świata wydawały się perfekcyjne w każdym calu, Yu-topia dzięki przyrostowi gości stała się trochę żywszym i przyjemniejszym miejscem, poprawiła się nawet kondycja Makkachina, który mógł całymi dniami hasać na świeżym powietrzu... Ale przede wszystkim największą metamorfozę przeszła relacja między Viktorem a Yuurim. Przez cały pobyt Rosjanina w Hasetsu znajomość ta przeżywała już takie wzloty i upadki, że każdy dostałby mdłości od podobnego diabelskiego młyna i najzwyczajniej w świecie by sobie odpuścił. Każdy, tylko nie Viktor, który kochał całym sercem, i nie Yuuri, który był złakniony bezwarunkowej akceptacji. Mur między nimi w końcu upadł i przez ostatnie trzy dni mężczyźni spędzali ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę. Daleko było jednak temu do jakiejkolwiek normalności, typowości i schematyczności. To było gdzieś bardziej na skraju między byciem ze sobą blisko a byciem parą, poznawaniem się, a głębszą znajomością. Dlatego właśnie nieustannie próbowali i szli na ustępstwa, szukali kompromisów i odnajdywali nowe schematy postępowania. Viktor zdołał zdusić w sobie dziką chęć wyskakiwania z czymś więcej i zaczął po prostu cieszyć się z tego, że może na dobranoc pocałować ukochanego w policzek, a znów Yuuri wychodził poza swoją dotychczasową ciasną strefę komfortu i odnajdywał swoje nowe miejsce na szerszej orbicie, razem z Makkachinem i Viktorem przytulonymi do obu jego boków podczas wspólnych śniadań.
A zwieńczeniem tych wszystkich uczuciowych perturbacji była wspólna podróż do Finlandii.
Po dojechaniu wczesnym rankiem do Fukuoki i dostaniu się na tamtejsze lotnisko, mężczyźni obrali swój kurs na Tokio, gdzie czekała na nich przesiadka do właściwego celu podróży. Viktor umieścił bagaże podręczne w luku nad ich głowami, po czym wsunął się w rząd i usiadł na środkowym fotelu, wydając z siebie przeciągły, zadowolony jęk. Może kanapa w domu to to nie była, ale musiał pochwalić japońskie samoloty, że nawet w krajowym locie standardy podróży przedstawiały się całkiem nieźle. No a jak wyczytał z ulotki, na ponad dziesięciogodzinny lot do Helsinek przewidziano Boeinga z jeszcze większą ilością miejsca na nogi niż zwykle. Sasuga, Japan Airlines. Może był to mały krok dla japońskich podróżujących, ale wielki dla Rosjanina z nogami do samego nieba. Nawet taka zwykła klasa ekonomiczna potrafiła zyskać szacunek w oczach żywej legendy.
Po odnalezieniu swojej idealnej pozycji zen godnej kwiatu lotosu, łyżwiarz położył się policzkiem o oparcie fotela i bez skrępowania patrzył na ostrożnie moszczącego się na swoim miejscu Yuuriego. Z jednej strony Japończyk starał się jak mógł, aby nie wyróżnić się z tłumu i w ogóle nie dać po sobie poznać, że jest to jego pierwszy kontakt z samolotem w życiu, ale z drugiej strony ktoś, kto choć trochę znał Katsukiego, bez problemu był w stanie wychwycić niepozorne ruchy, które świadczyły o czymś więcej. Z jaką ciekawością rozglądał się on na boki, jak nieśmiało wyglądał przez małe okienko i jak jego oczy pięknie błyszczały, gdy mimowolnie cieszył się nowym przeżyciem. Natomiast rozpływający się Viktor nie mógł się nie cieszyć, gdy takie sceny znów stały się częścią jego prywatnej kolekcji szczęścia. A że przy okazji nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz umierał na cukrzycę, zawał, wysokie ciśnienie oraz wylew wielonarządowy, mogąc przyglądać się reakcjom Yuuriego, to trudno. W końcu jego zachowanie zasługiwało na wszelką atencję. A uśmiech leczył raka.
- Viktor? - Yuuri niespodziewanie obrócił głowę w lewo, zerkając znad okularów na rozmarzonego Rosjanina. - Już od dłuższego czasu się nie odzywasz. Żyjesz?
- Ciężko powiedzieć, czy żyję, ale na pewno jestem w niebie - odparł beztrosko Viktor, powstając z martwych na widok skierowanych ku niemu brązowych oczu.
- Raczej nie. Na takie atrakcje musisz jeszcze trochę poczekać - odpowiedział bez cienia podejrzenia Yuuri, wskazując na to, co działo się z przodu kabiny pasażerskiej. Stewardessa właśnie kończyła prezentację procedur związanych z awaryjnym lądowaniem i opuszczaniem samolotu. - Póki co nadal jesteśmy na ziemi.
- Yuuri... To był cios poniżej pasa - westchnął Viktor, lecz jego mina wcale nie świadczyła o jakimś głębokim zawodzie. Wręcz przeciwnie, takie spacyfikowanie jego romantycznych prób było właściwie czystą, choć lekko masochistyczną przyjemnością. - Nie wolno tak traktować zawodników przed ważnymi mistrzostwami.
- Co? Co się dzieje? To wina stresu? - zaniepokoił się Katsuki, na co Nikiforov pokręcił głową, z ledwością powstrzymując się od wdzięcznego chichotu.
- Raczej nie chcę, żeby na testach wykryto mi obecność tak niezdrowych ilości endorfin - zdradził. – Mógłbym zostać posądzony o doping.
Druga, tym razem nieco bardziej biologiczna aluzja trafiła prosto w upatrzony cel. Yuuri zarumienił się i czym prędzej wbił wzrok w oparcie poprzedzającego fotela, nie przypuszczając nawet, że ta reakcja tym bardziej rozochoci siedzącego obok Viktora. No bo naprawdę, po czymś takim to powinni od razu zbanować całą Federację.
Tymczasem samolot po wydaniu wszystkich komunikatów od załogi maszyny oraz uprzejmym powitaniu kapitana wreszcie ruszył z miejsca i przy akompaniamencie niskiego, leniwego buczenia, powoli potoczył się po asfalcie niczym ociężały autobus. Odjechał spod terminala, kierując się na wolny pas startowy, a kiedy znalazł się na jego początku, ustawił się nosem ku wolnej przestrzeni i zatrzymał.
- Hmm. Myślałem, że będziemy poruszać się jakoś, no wiesz... szybciej - zagadnął po jakimś czasie Yuuri, nachylając się w kierunku szyby. - A w sumie to wcale nie jest strasznie. I naprawdę będziemy w Tokio już za półtorej godziny? To niesamowite.
Och, no tak. W sumie to nie tylko jet-lag będzie dla Yuuriego nie do końca miłą nowością. Nawet zwykły start okaże się dla niego... cóż... nie lada przeżyciem. I z pewnością należałoby go przed tym nieco przestrzec.
- Yuuri - zaczął Viktor, patrząc na wyglądającego przez okno Katsukiego. Szkoda go było od tego odciągać, ale istniały rzeczy ważne i odrobinę ważniejsze. - Właściwie to...
- To co? - zapytał Yuuri. Zwrócił głowę ku Rosjaninowi i spojrzał na niego tak niewinnie, że to powinno być karalne. Szczególnie w tym wieku. W takim momencie. W takim miejscu. Tak po prostu.
Do diaska. A Viktor z przyjemnością zostałby recydywistą.
- Właściwie to radzę ci się wygodnie... - zapowiedział, wyciągając rękę, żeby łagodnie przyciągnąć Yuuriego do siedzenia, ale słowo "oprzeć" zagłuszył ryk uruchamianych silników.
Zaczęło się. Najpierw uszy zaatakował hałas pracującej maszyny, a potem samolot szarpnął i ruszył do przodu z taką siłą, że Yuuri i tak został praktycznie wepchnięty w fotel. Potem było tylko gorzej, bo gdy po kilkunastu sekundach drżenie sunących po pasie kół ustało, a samolot oderwał się od ziemi, rosnący ciąg trafił ciężką pięścią prosto w żołądki pasażerów. Dla niektórych było to całkiem przyjemne przeżycie, coś jak adrenalina uderzająca do głowy przy okazji skoku na bungee, ale wiele osób nawet mimo regularnych lotów musiało zamknąć oczy bądź chwycić się poręczy, gdy siła ciążenia ściskała ciało niczym imadło. Viktor należał natomiast do typu, dla którego była to raczej obojętna atrakcja i niespecjalnie przejmował się startem ani lądowaniem, nawet wtedy, gdy siedział w mało komfortowym fotelu. Może dlatego, że sam był specem od startów i lądowań na lodzie, być może dlatego, że zbyt często latał na różne zawody i się po prostu przyzwyczaił, a może dlatego, że bywał już w takich samolotach, że na ich wspomnienie do głowy automatycznie przychodził obraz sokowirówki albo bębna rozklekotanej pralki. I w porównaniu do nich japońskie linie stanowiły ostoję bezpieczeństwa.
Ale raczej nie dla Yuuriego. Wzrost ciśnienia oraz ten wszechogarniający hałas, przez który momentami ciężko było myśleć, sprawiały mu oczywisty dyskomfort, jeśli nie ból. Rozszerzone z przestrachu oczy usilnie wpatrywały się gdzieś w punkt między kolanami Japończyka, a jego pierś unosiła się i opadała nienormalnie wręcz głęboko, jakby w zapowiedzi ataku strachu. Viktor kiedyś o tym czytał (pod pretekstem zainteresowania łaciną oraz anatomią ciała dla innych aspektów ich życia), ale do tej pory nie był pewien, czy gdyby taki moment faktycznie miał miejsce, to czy poza rozpoznaniem byłby w stanie cokolwiek zaradzić. No i proszę. Ostateczny test sam do niego przyszedł. W najgorszych możliwych warunkach.
- Yuuri? - zawołał Nikiforov, próbując skoncentrować uwagę Katsukiego na sobie. - Yuuri, jestem tutaj. Co się dzieje?
Mężczyzna ocknął się, popatrzył błędnym wzrokiem w lewo i niemal natychmiast wczepił się kurczliwie w przedramię towarzyszącego mu Rosjanina.
- Viktor - jęknął. - Boże, Viktor, czy to powinno tak być?
- Tak, to absolutnie normalne. Nieprzyjemne, ale normalne. - Drżenie samolotu i nieustające dudnienie niespecjalnie potwierdzały słowa łyżwiarza, ale on sam z niezachwianym spokojem patrzył na Yuuriego. - Wszystko w porządku, oddychaj spokojnie. Przełykaj ślinę, bo może trochę blokować bębenki. Jak tylko samolot znajdzie się na właściwej wysokości, to wszystko wróci do normy.
- Nie wiem. To takie dziwne. Nie wiem, co robić - mamrotał ni to do Viktora, ni to do siebie, dlatego Rosjanin czym prędzej położył drugą dłoń na dłoniach Japończyka i zaczął je delikatnie gładzić. Były zimne i trzęsły się. Czy to z powodu lotu, czy głównie ze strachu?
- Więc myśl o czymś innym. Nie skupiaj się na samolocie. Mów do mnie - tłumaczył powoli Nikiforov. - Co ty na to? Może chcesz mnie o coś zapytać?
- Viktor... Ja... - Yuuri zacisnął powieki, z ledwością powstrzymując się przed zwinięciem się w wystraszoną kulkę. - Czy myślisz, że to, co robię, jest słuszne? Nie popełniam błędu? To nie głupota?
Viktor zawahał się. Jeśli coś tu było głupie, to raczej pytanie, które zadał mu Katsuki. No bo czego Yuuri się właściwie spodziewał? Przecież to wydawało się całkowicie oczywiste, że Rosjanin odpowie "kochanie moje, nie robisz nic złego, wszystko się uda, w ogóle będzie wspaniale, a jednorożce zaczną hasać po tęczy, zobaczysz". Tylko... Tylko że nie. Fraza "Yuuri, wszystko się ułoży" przestała działać gdzieś przed pierwszymi poważnymi zawodami w Okayamie i szczerze wątpił, żeby w tej rzeczywistości było lepiej.
Viktor cały czas głaskał Yuuriego po dłoniach. Więc co właściwie robić? Jakiej odpowiedzi oczekiwał? Czemu podobna myśl nadal zaprzątała jego głowę, teraz, tutaj, w samolocie, w którym jeśli istniała jakaś droga ucieczki, to chyba wyłącznie do toalety? Jedyne, co Viktor uznał za możliwe do zrobienia, to konfrontacja z problemem i dowiedzenie się o nim czegokolwiek więcej.
- A ty? - zagadnął. Yuuri otworzył oczy i spojrzał z zaskoczeniem na Viktora. - Jak ty się z tym czujesz?
- Ja... Trudno mi powiedzieć... - wydukał Katsuki.
- Czyli coś cię męczy? Ktoś ci coś powiedział? Skrytykował?
- Nie... Nie wprost. - Czyli jednak. Na dodatek Yuuri umknął spojrzeniem w stronę okna, które zasnuło się mlecznobiałą warstwą szronu. Potem na szczęście odetchnął, jeszcze raz przełknął ślinę i zaczął powoli wyjaśniać, próbując zignorować wibracje samolotu. - Nie mówiłem ci, ale w szkole nie wydawali się zbyt zachwyceni, kiedy na tydzień przed rozpoczęciem roku powiedziałem im, że chcę wziąć jeszcze tydzień urlopu. Oczywiście dyrektor nie powiedział nic niemiłego, ale jego mina była... nieciekawa. Najłagodniej mówiąc. W domu też miałem cały czas wrażenie, że Mari patrzy na mnie tak, jakbym uciekał od obowiązków i tylko zmuszała się do tego, aby mi nie powiedzieć tego w twarz. No a rodzice... Pewnie cały czas myślą o tych pieniądzach na bilety, które mogłyby się przydać w onsenie...
Ach, więc to w tym tkwił problem. Inni. Yuuri nie bał się sam o siebie, ale co powiedzą wszyscy dookoła. Siedziało to w nim tak długo, aż w końcu znacznie bardziej realne zagrożenie dało mu się we znaki i obudziło skumulowane lęki. Cóż, może jeśli chodziło o tego całego dyrektora podstawówki, to pewnie faktycznie nie emanował szczególnie życzliwą aurą i raczej nie cieszył się na myśl o tym, że jego pracownik będzie w tym czasie spełniać marzenia (oraz zastanawiać się nad odejściem), jednak w kwestii Mari czy rodziców Viktor był pewien, że Yuuri nadinterpretowywał ich reakcje. W końcu Rosjanin sam z nimi o tym rozmawiał, zapewniając przy okazji, że naprawdę pragnie założyć z najmłodszym Katsukim szkołę. Wszyscy byli tym pomysłem zachwyceni. Tylko jak to właściwie przekazać, żeby znów nie wywrzeć niepotrzebnej presji...?
- Yuuri - zaczął wreszcie Viktor po namyśle. - Przede wszystkim nie słuchaj ludzi. Oczywiście mogą ci dawać rady, mogą cię nawet upominać i mówić, że się nie znasz, ale nic im do tego, jakie decyzje ostatecznie podejmiesz, o ile nie dążysz do zagłady ludzkości. - Viktor nachylił się w stronę Yuuriego. - Bo nie dążysz, prawda?
- Nie - odpowiedział on i zamrugał niepewnie, nie wiedząc, czy to żart, czy pytanie na serio. - Nie celowo.
- No właśnie. Poza tym wiem, jak to działa. Mnie też kiedyś mocno krytykowano za jedną, dość spontaniczną decyzję. - Tę ostatnią i najważniejszą w całym życiu. Trenowanie Yuuriego. Lecz cokolwiek twierdził Yakov i cała Federacja, ten przyjazd do Japonii nie był żadnym bezmyślnym porywem serca, ale przede wszystkim świadomą decyzją opartą na wiedzy, że w Hasetsu tkwił łyżwiarz o ogromnym potencjale. - Wszyscy uznali to za żart, za przedstawienie albo jakiś rodzaj chwilowej odskoczni. Nikt nie wziął tego na poważnie. Ani trener, ani koledzy, ani nawet przyjaciele.
Właściwie tylko jedna osoba uwierzyła w to właściwie bez żadnych obiekcji. Sam Yuuri. Owszem, po Grand Prix chciał za wszelką cenę nakłonić Viktora do powrotu do zawodów, ale jednocześnie nigdy ani razu nie stwierdził, że był złym trenerem. Że jego zajęcia to pomyłka. Że wolałby kogoś innego, że Viktor w ogóle nie ma do nauczania predyspozycji (jak mu to wielokrotnie wytykał Yakov) albo że żałuje spędzonego razem czasu. Pewnie częściowo za tak pokorną postawę odpowiedzialny był jego charakter, przez który Japończyk nie umiał być agresywny i całą winę za jakiekolwiek porażki brał na siebie, ale tak czy inaczej Yuuri nie zdecydował się również na ucieczkę. Został i walczył. Zamiast krytykować Viktora, skupił się na dawaniu z siebie maksimum, aby nie przynieść samozwańczemu trenerowi wstydu. I nawet gdy to Viktor zawodził w swojej roli, Yuuri bez słowa skargi przejmował funkcję i opiekował się Rosjaninem. Właśnie. Bo tak zwyczajnie potraktował go jak człowieka.
A Viktor odwdzięczył mu się za to na swój sposób - docenił starania, był wdzięczny za wytrwałość i z tego powodu pokochał Yuuriego z całego swojego serca.
Łyżwiarz przymknął oczy i uśmiechnął się do swoich wspomnień. Cokolwiek ludzie myśleli o Nikiforovie, że bywał nierozsądny, lekkomyślny, artystyczny do przesady, a nawet nieodpowiedzialny, nie był jednak głupi. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, czego się wobec niego oczekuje, jak zachowywać się w towarzystwie lub co powiedzieć, aby zadowolić rozmówcę. Ale nawet jeśli wiedział, nie zawsze robił to, czego od niego chciano. Robił to, co było w zgodzie z nim samym. I bardzo chciał, żeby Yuuri również tak myślał.
- I wiesz co? - rzucił Rosjanin, kontynuując przerwany wątek. - Kiedy tylko okazało się, że robię to coś bardzo na serio, zaczęto mnie mieszać z błotem albo usilnie namawiać do powrotu do wcześniejszych zajęć. Nikt nie wierzył, że sprawdzę się w nowej roli, nawet wtedy, kiedy jeszcze na dobre nie zacząłem. Jakby przywłaszczyli sobie prawo decydowania o moim życiu. - Viktor uśmiechnął się pod nosem, trochę gorzko, trochę z rozrzewnieniem. Stare dzieje, kiedy to ze wszystkim musiał mierzyć się sam. I jak bolesne wydawało się to teraz, z perspektywy czasu. - Sądzisz, że tak powinno być?
- Ale przecież ty to ty. - Yuuri powiedział to takim tonem, jakby wyjaśnił zasady kierujące wszechświatem, a "Viktor" był synonimem na kogoś, kto rządzi i wydaje polecenia.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak dalekie było to od prawdy. Jak każdy wybryk był obserwowany przez Federację, jak często Feltsman go opieprzał, wymagał bądź zakazywał, jak co zawody publiczność oczekiwała większych niespodzianek, jak koledzy liczyli na wyrównaną rywalizację, jak wyniki były oskarżane o overscorowanie i zawyżanie PCSów za samo nazwisko...
- No, powiedzmy. Mimo to w moją karierę sporo razy interweniował Yakov - wyjaśnił zwięźle Rosjanin. Straszenie Yuuriego ilością zobowiązań, jakie wisiały nad głową mistrza, raczej nie było dobrym pomysłem na ten konkretny moment. - Chociaż nie powiem, bo równie często odbijał się od mojego oślego uporu.
- To trochę co innego - odpowiedział Yuuri. Chyba już całkowicie zapomniał o stresie, a zamiast tego skupił się całym sobą, aby udowodnić Viktorowi, że on mógł wszystko, podczas gdy byle Japończyk był tylko "byle Japończykiem". - To trener, powinien ci doradzać. Od twojej pracy zależy też jego, więc te wszystkie komentarze na pewno są po to, żebyś był lepszy. Jasne, pewnie nie zawsze ma absolutną rację, ale przecież jesteś w stanie wyczuć, kiedy powinieneś korzystać z jego doświadczenia, a kiedy może lepiej zaryzy-
- Widzisz? Właśnie o to mi chodziło. Skoro ja mogę ignorować Yakova, to dlaczego ty nie możesz ignorować kogoś, kto zaraz będzie twoim byłym pracodawcą? - Viktor delikatnie poklepał Yuuriego po dłoniach. - Każdy jest sobą. Każdy ma prawo decydować o tym, co mu się podoba, w czym się czuje dobrze, co chce robić. Dlaczego ktokolwiek miałby być wyjątkiem? Ludzie mogą gadać, co chcą, ale to tylko rady. Masz swój rozum i możesz decydować o sobie na tyle, na ile nie robisz pozostałym krzywdy. Tylko i aż tyle. A poza tym... Wiem, że cokolwiek nie postanowisz, to nie robisz tego przypadkowo. Zawsze myślisz nad wszystkim bardzo intensywnie, rozglądasz się dookoła siebie i długo milczysz, zanim zabierzesz głos. Nie działasz pochopnie. I każda twoja decyzja jest dobra, bo jest twoja.
- Nie jestem taki pewien... - próbował jeszcze oponować Katsuki, ale Nikiforov od razu się uśmiechnął.
- Ale ja jestem. I dlatego jako twój przyszły partner wiem, że twoje miejsce jest na lodowisku - zapewnił. - Skoro w razie mojej przegranej masz stawić czoło całemu światu, to nie mogę być gorszy.
- Nie mów tak - powiedział cicho Yuuri. - Wygrasz.
Viktorowi w tym momencie wyczerpał się zasób argumentów. Właściwie to już nawet nie argumentów, ale farmazonów dla ubogich, bo cała jego czcza gadanina została pobita przez jedno jedyne nieśmiałe stwierdzenie. A Yuuri jeszcze nawet na dobre nie skończył mówić.
- Ale ty nie zrezygnowałeś, prawda? Przecież zawsze robisz dobre rzeczy. Na pewno miałeś ważny powód, żeby zdecydować się na to... to coś. - Katsuki zawahał się. - Bo nie chodziło o zagładę ludzkości?
- Nie, nie chodziło. - Viktor zaśmiał się i ułożył głowę na oparciu fotela, nie spuszczając wzroku z twarzy ukochanego. - Nie, dla czegoś takiego nie byłbym w stanie zrezygnować. To była najlepsza decyzja w całym moim idiotycznym życiu. Dziękuję, Yuuri. Dziękuję.
Japończyk spojrzał na niego tymi pełnymi, brązowymi, błyszczącymi od pospiesznego mrugania oczami, nie będąc w stanie za żadne skarby odgadnąć, za co Rosjanin mu dziękował, skoro dopiero co pomógł Yuuriemu z jego problemami. Ale gdyby tylko wiedział, jak długa była lista rzeczy, za które Viktor był wdzięczny i jak nieustannie powiększała się o kolejne punkty... Punkt o docenieniu starań, punkt o wierze w słuszność decyzji, o której nie miał zielonego pojęcia, punkt o obronie dobrego imienia Rosjanina, nawet gdyby chodziło o konfrontację z całym światem...
Może z czasem się o tym dowie, może. Ale na pewno stworzą na tej liście kolejne, tym razem wspólne hasła.
- No nic. Odpocznij. - Viktor sięgnął za siebie i podał Yuuriemu zakrzywioną poduszkę podróżną. - Wstaliśmy bardzo wcześnie, musisz być wykończony. Jak wylądujemy w Tokio to dam ci znać. Póki co załóż słuchawki i spróbuj się choć trochę przespać.
Yuuri po chwili wahania skinął głową i przyjął zaoferowaną podkładkę, choć jego mina wskazywała na to, że raczej nie wierzył, żeby możliwy był odpoczynek w takim szumie. Mimo to podłożył poduszkę za kark, włączył muzykę w telefonie i przymknął oczy, starając się skupić uwagę na czymś spokojniejszym. I najlepiej czymś oddalonym od samolotu jak się tylko da.
W tym czasie Viktor dla zabicia nudy zajął się zatkniętą w kieszeń oparcia japońską gazetką. Przez jakiś czas przerzucał stronice, przeglądając przelotnie zawarte w niej fotografie, ale znajdująca się w czasopiśmie mnogość kanji sprawiła, że po kilku minutach się poddał. Tylko że tak nie mogło być. Skoro już brnął w zakładanie szkółki w Hasetsu, to przecież powinien znać także rodzimy język. Sporo znaków co prawda nawet rozpoznawał, ale składanie tego w pełne wyrazy szło trochę opornie, bo zajęty treningami Yuuri nigdy nie miał czasu mu tego wszystkiego poprawnie wyjaśnić. Ale to były wymówki. Skoro czuł potrzebę, to mógł równie dobrze potrenować to sam, tak jak zawsze to robił. I choćby zaraz. Dzięki temu przy pomyślnych wiatrach po wylądowaniu w Helsinkach Viktor mógłby przeczytać bez zająknięcia całe menu, a wtedy Yuuri zrobiłby pięknie zaskoczoną minę i może nawet dałby mu za to w nagrodę całusa.
Zmotywowany Viktor natychmiast wziął się do pracy. No dobra, to co to za mięsne danie zostało zaprezentowane na pierwszym zdjęciu... Hm... To pierwsze to chyba był znak na "prawo"... Nie, nie, raczej na "żelazo", tak, na "żelazo"... Potem było kanji na "ogień"... O, a najłatwiejsze na koniec! Dobrze znana mu "miska", czyli oczywiście "don". Razem dawało to coś w stylu... te... tekka...
Wtedy Viktor nagle poczuł z prawej strony jakiś dziwny, łagodnie narastający ciężar, dlatego uniósł wzrok znad gazety i zastał widok, którego nie spodziewał się ujrzeć przez najbliższe tygodnie.
Oparty o jego ramię Yuuri zasnął.
Viktor był pewien, że spał, bo dobrze znał te rozluźnione brwi oraz lekko otwarte usta, z których przy dłuższej drzemce niemal zawsze spływała kropelka śliny. Czyli jednak zmęczone podróżą oraz krótką nocą ciało Japończyka ostatecznie się poddało, a organizm przeszedł w stan zasłużonego spoczynku. I dobrze. I bardzo, bardzo dobrze... Rosjanin zamknął katalog i ostrożnie odłożył go na miejsce, starając się nie poruszyć ramieniem ani o jotę, po czym zaplótł ręce na kolanach i zamarł. Kątem oka obserwował śpiącego Yuuriego, który nieświadomie lub podświadomie przytulił się do Nikiforova, szukając w mężczyźnie potrzebnego oparcia.
Viktor uśmiechnął się do siebie. Kanji mogły poczekać, Helsinki i gniewny Yurio też. Właściwie wszystko mogło zaczekać, nawet medale, bo Rosjaninowi naprawdę wystarczyło to jedno trofeum. Śpiące jak suseł, zawinięte jak Beduin w czasie burzy piaskowej i najwspanialsze na całym świecie.
I teraz mógł to powiedzieć bez żadnych wątpliwości - bo to naprawdę był jego Yuuri.
Przypisy-chan
Dzień dobry, cześć i czołem. Wybaczcie delikatną obsuwę, ale choroba i obowiązki naprawdę nie biorą jeńców. Na szczęście już jesteśmy na właściwych torach, a konkretnie dobiliśmy do przedostatniego, trzynastego rozdziału "Teorii bliskości". Sprawy się poukładały lepiej niż dobrze, a Yuuri znów będzie "on ice" (zgodnie z najważniejszym programem dowolnym anime).
A czy pamiętacie jeszcze pewną aferę z programem Yurio, który nazywa się "Yuri on ICE"? Nie wiem, na ile to wyłapaliście, ale w tym rozdziale rzucony został hint dlaczego, gdzie i z czyjego powodu Yurio mógł znaleźć tę nazwę. Celowo nie eksponowałam jednak tego wątku bardziej, bo chciałam go tylko podkreślić jako taki symbol, że nic w przyrodzie nie ginie, że ludzie tak czy siak są ze sobą związani, w ten czy inny sposób. Brzmi właściwie całkiem podniośle i bajkowo, ale tak jest naprawdę i myślę, że każdy może się pochwalić podobnym przykładem z życia. Ot, chociażby moja znajomość z an_nox. Kiedyś znalazłyśmy się w fandomie Hetalii i Noxi pomagała mi nawet wtedy betować fanfika, ale to było blisko dziesięć lat temu i kontakt nam się szybko urwał. A teraz znów trafiłyśmy do tego samego fandomu i znów obrabiamy nawzajem fiki, chociaż ścieżki połączyły nas zupełnie inaczej. Więc chcę powiedzieć, że w "Teorii" dzieje się podobnie. Gdyby Viktor nie zainterweniował i nie pojechał do Hasetsu, to być może Yuuri i Yurio prędzej czy później jakoś nawiązaliby ze sobą kontakt... a może nie. Ale nie jest to wykluczone. Po prostu podobni ludzie zawsze będą się przyciągać.
Nieco technicznie:
sasuga - brawo
Najkrótszy i względnie najtańszy lot między Fukuoką a Helsinkami to taki z przesiadką w Tokio i zajmujący blisko 15 godzin. Oba samoloty należą do Japan Airlines, wylot z Fukuoki jest o godzinie siódmej, a lądowanie o piętnastej w Helsinkach. Pochwalny jeszcze Japan Airlines, ponieważ na loty między Tokio a Helsinkami podstawiony Boeing ma aż 84 centymetry na nogi. Toż to tam można gimnastykę prawdziwą uprawiać! (Żarty żartami, ale jako osoba z naprawdę długimi nogami często cierpię w autobusach, więc to moja pasja zajmować się takimi niedogodnościami dla dużych osób).
Danie, które oglądał Viktor, to tekkadon, taka jakby odmiana katsudonu, tylko zamiast wieprzowiny jest surowy tuńczyk. Pisze się go znakami "鉄火丼", czyli właśnie "żelazo", "ogień" i "miska". Pomyłka Viktora nie jest przypadkowa, ponieważ znak na "prawo" jest może nie bliźniaczo podobny, ale delikatnie zbliżony w konstrukcji (法 ). Nie, swoją drogą nie umiem absolutnie w kanji, znam tylko znak na "miłość", ale starałam się skonstruować to chociaż odrobinę logicznie.
To moment, kiedy chcę podziękować DaryavonDayern za wszystkie konsultacje, za wsparcie, zachęcanie mnie do napisania tego fanfika i za masę cierpliwości, kiedy narzekałam, że ja już nie chcę, że to smutne, że nikt tego nie czyta. No cóż, może nie czyta, czy raczej czytają, ale ukrywają się w szafach. Ale za każdym razem przy becie wraca do mnie myśl, że przekazałam tyle mądrych rzeczy, ile byłam w stanie i że z czasem to nabierze wartości.
Tymczasem ja się z wami żegnam i widzimy się w grande finale całej serii. Czy będzie leciał z nami pilot i czy wszyscy wylądują bezpiecznie? A tak serio - co stanie się w Helsinkach, czy Viktor wygra złoto i jaką ostatecznie przyszłość wybierze dla siebie Yuuri, o tym dowiecie się za dwa tygodnie.
Do zobaczyska!
:*
