Gwar ożywionych rozmów wreszcie ustał, a samolot przestał się tak trząść i huczeć jak to miało miejsce jeszcze na początku podróży. Właściwie to wcale już nie trzęsło i nie huczało, jakby cały ten dotychczasowy lot przypominający jazdę po wertepach tak naprawdę nie miał miejsca. Ale miał, z pewnością. Przecież oparty o głowę Yuuriego Viktor sam widział przez delikatnie zaszronione okienko, jak zachodnia strona nieba, do której zmierzali, z granatowej zmienia się w niebieską, gdy nowy dzień dogonił maszynę mimo systematycznie pokonywanych przez nią stref czasowych. Jak gdzieś tam w dole migają wielobarwne prostokąty obrabianych na wiosnę pól, jak błyszczą metropolie, jak rzeki wiją się w nieskończonych splotach między wzgórzami i jak cały ten widok ostatecznie przysłaniają chmury. Ciężkie, ciemne, zwiastujące monsunowy deszcz. A teraz... Teraz nieprzenikniona ciemność zasłaniała cały ten widok niby kurtyna w teatrze. Nic pod nimi i nic nad nimi. Nic.
Nic... dziwnego. W końcu Viktor stracił kontakt z rzeczywistością jakieś pół godziny po wylocie z Tokio.
Rosjanin właśnie chciał obrócić się na drugi bok i wcisnąć nos w postawiony na sztorc kołnierz płaszcza, jednak nie mógł tego zrobić, bo nie za bardzo umiał stwierdzić, gdzie jest ten drugi bok, nie mówiąc już o pierwszym. Ach, może to właśnie przez to. Wszystko zniknęło nie przez ulewny deszcz ani bezkresny błękit nieba, ale przez to, że faktycznie znalazł się w pustce. Chyba... W pustce... Wiedział co prawda podświadomie, że nie był już "tam", ale wcale nie miał pewności, że znalazł się "tu", gdziekolwiek ono było. Lecz co się właściwie stało? I co się z nim działo? Leżał? Siedział? Stał? A może lewitował? Od tych niekończących się pytań aż kręciło mu się w głowie, chociaż jednocześnie brak możliwości określenia kierunków świata zaprzeczał całej idei kręcenia czy nawet posiadania głowy. Nawet zwykłe stwierdzenie, że Viktor istniał, wydawało się określeniem mocno na wyrost, bo "bycie" powinno wiązać się z czymś więcej, czymś, co pozwoliłoby odpowiedzieć chociaż na tak podstawowe pytania jak "gdzie", "kiedy" oraz "w jakim stanie". Tymczasem pewien był jedynie dwóch rzeczy - miał swoje imię oraz niejasne poczucie, że to już.
A potem, choć nie był zdolny wymyślić, kiedy właściwie działo się to "potem", skoro nie umiał nawet wytłumaczyć, kiedy kończyło się "wcześniej", do Viktora zaczęły docierać nowe bodźce. Nicość zmieniła swoją konsystencję i przekształciła się w zwykłą ciemność, a ciemność przestała być tak gęsta, bo powoli wyłoniły się z niej kształty, formułując na nowo zmysły łyżwiarza. Wtedy dopiero Viktor dostrzegł, że jednak siedział (no tak, to naturalne, że siedział, skoro był w samolocie), a przed nim ciągnęły się rzędy foteli... Tylko że to nie były już dłużej fotele. To były krzesła. Plastikowe siedzenia ustawione w trzy długie rzędy po jednej stronie hali, z widokiem na przeciwległe okna oraz taflę pustego obecnie lodowiska.
Czy może raczej - niemal pustego
Rosjanin powoli wstał z zajmowanego miejsca, zszedł na dół, podszedł do bramki w bandzie i bez najmniejszego wahania przekroczył ją, absolutnie pewien, że jeśli tylko podeszwy dotkną lodu, łyżwy same pojawią się na stopach. Wiedział, że ten moment prędzej czy później musiał nadejść, tak samo jak wiedział, kim była ciemność w kształcie człowieka, która zajmowała miejsce naprzeciwko niego. Bez tego spotkania Viktor prawdopodobnie nie byłby w stanie ruszyć dalej, a on... ona... "to" zwyczajnie nie mogło się powstrzymać, aby nie uderzyć jeszcze ten jeden, finałowy raz.
- Dzień dobry, drogi Viktorze... A może powinienem raczej powiedzieć "dobranoc"? - Istota przestała wymachiwać nogami i skinęła głową na przywitanie, spoglądając na rozmówcę z ulubionej wysokości. - Chociaż po twojej minie widzę, że wcale nie jest taka dobra. No cóż, tak czy inaczej witaj w swoich skromnych progach. Dawno cię tu nie było. Tęskniłeś?
- Obyś sczezł - odpowiedział Rosjanin z całkowicie martwym wyrazem twarzy, na co Pragma zaśmiał się na głos.
- Jak zawsze oziębły. Prawdziwy król łyżwiarstwa oraz wypranych, sztucznych emocji... No ale dziś powinieneś pokazać nieco więcej entuzjazmu! - przypomniał i rozejrzał się dookoła, zataczając wzrokiem szeroki łuk od lewej do prawej. - Przecież to już ostatni raz, kiedy widzimy się w tak niekorzystnych warunkach.
- I o ostatni za dużo - uciął Viktor. A przynajmniej bardzo chciał uciąć, lecz cień ani myślał przestać drążyć tematu.
- Nie zaprzeczę. Paskudnie było tu siedzieć przez te kilka tygodni - przyznał Pragma, szczerząc zęby w przekornym, pełnym satysfakcji uśmiechu. - Poza tym strasznie nudne zrobiły się te twoje pragnienia. Co to tam było? Ach, tak, prawda. Żeby Yuuri uwierzył w siebie, żeby znalazł cel w życiu, żeby czuł się kochany i wrócił na lodowisko... Wygodne, co nie? Zadowolony on to zadowolony ty?
Viktor nie umiał już dłużej wytrzymać tego bezsensownego podjudzania. Zbliżył się do Pragmy, jakby znów szykował się do ataku, ale zamiast łyżwy wbił w istotę przeszywające spojrzenie. Naprawdę rzadko kiedy te błękitne oczy nie przypominały swoim odcieniem zimne, bezwzględne w razie niepowodzeń lodowisko.
- Czego tu jeszcze szukasz? Co ci to w ogóle daje? - zapytał cichym, ostrzegawczym tonem. - Przecież już znasz odpowiedź.
- Po prostu jestem ciekawy, czy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Skoro za dwa dni zaczynają się mistrzostwa, to chciałem sprawdzić, w jakim nastroju się znajdujesz. To wszystko - wyznał przymilnie Pragma. - Chociaż gdybyś życzył sobie jakiegoś amuletu na szczęście albo coś to...
- Zamknij się.
- ...to i tak nic bym ci nie dał - dokończył cień, rozkładając bezradnie ręce. - Za to zawsze chętnie coś zabiorę. Kilka zmartwień. Poczucie winy. Żal za minionymi chwilami. Słowem wszystko, czego tylko nie zechcesz.
Viktor to pamiętał. Cały cennik pragnień oraz każdy rachunek sumienia, jakie sam sobie wystawiał, gdy tylko coś spieprzył. Jak w ogóle mógłby o czymś takim zapomnieć jak te dwa miesiące pomyłek.
A jednak pamiętał coś jeszcze. Wciąż miał przed oczami wyraz twarzy śpiącego Yuuriego, który oszołomiony lotem mężczyzna wtulił się w niego i zasnął, ukojony bliskością. To właśnie Viktor zyskał sam, własnymi rękami - miłość oraz miejsce na ziemi. Żadnych dróg na skróty, żadnych łatwych rozwiązań, wyłącznie stres, kłótnie, niezrozumienia i masa wystawianej na próby cierpliwości. Dlatego właśnie po tych wszystkich zajściach, po nagłym przyjeździe, wspólnej kąpieli, treningach w Ice Castle, po ostatniej kłótni i pojednaniu Nikiforov uświadomił sobie, że przecież nie tylko Yuuri wnosił wszystko co wartościowe do ich związku. Viktor również miał w nim swój równoważny udział, dlatego musiał się starać, aby tak zwyczajnie czuli się ze sobą dobrze. Nie przyjść na gotowe i nie świecić blaskiem perfekcji, bo to była tylko rola, w którą zbyt mocno wczuł się przez te minione lata. Tym, z czego powinien zdawać sobie sprawę, był ciężar spoczywającej za dwoje odpowiedzialności. Żeby naprawdę byli parą, nie duetem.
To wcale nie znaczyło, że utracona przeszłość nie sprawiała mu bólu. Bolało, bardzo. Z pewnością jeszcze przez długi, długi czas Viktor miał budzić się w środku nocy i plątać się w gąszczu myśli, by odgadnąć, które wspomnienia były tymi właściwymi. Bo w momencie, gdy Yuuri stracił coś bardzo dla siebie ważnego, coś, bez czego stał się o wiele mniej spełnionym człowiekiem, Viktor stracił podwójnie - za niego i za siebie. Więc to było okrutnie oczywiste, że gdyby tylko mógł, zwróciłby ukochanemu jego dawne życie, jego pasję, szczęście oraz motywację. Ale jednocześnie ponowne zaryzykowanie paktu z czymś takim i w efekcie utrata Yuuriego wydawała się czymś nieporównywalnie gorszym niż świadomość, że lodowisko bez niego stało się miejscem nieco bardziej zimnym i pustym.
- Zatem? - ponaglił szeptem Pragma, pochylając się ku Viktorowi. - Jaka jest twoja odpowiedź?
Rosjanin uniósł wzrok. I co? Miałby to wszystko stracić po raz drugi, bo nie umiał spojrzeć prawdzie w oczy, że nie był idealny? Nie, nigdy w życiu. Żadnych decyzji w imię drugiej osoby. Nigdy więcej.
Wziął wdech. "Dziękuję, Yuuri. Widzimy się za chwilę."
- Nie chcę-
To miało być proste, krótkie, stanowcze stwierdzenie. Ostatnie słowa, ostatnie spojrzenie w ciemne, martwe oczy. Po tym miał bezpowrotnie zerwać kontakt z istotą i jej sennym światem, by wrócić do samolotu, podróży do Helsinek oraz do drzemiącego Yuuriego. Ale jak sam Viktor zaledwie chwilę temu pomyślał - istniały przecież dwa wyjścia. Albo nikt, albo... obaj.
Stuk. Stuk. Stuk. Wyraźne stąpnięcia, którym towarzyszyło szuranie przesuwanych o taflę płóz, nagle zagłuszyły cichą wypowiedź mężczyzny. Dalsze słowa zawisły w powietrzu i umarły na ustach oniemiałego Viktora, gdy wrażenie deja vu niemal całkowicie ścięło go z nóg. Stuk, stuk, stuk... Łyżwiarz odwrócił głowę i ujrzał, że kłęby ciemności wiszące nad drugą częścią hali przerzedziły się, choć równie dobrze można było powiedzieć, że skumulowały się w jednym miejscu, formując ludzką sylwetkę. Czarne łyżwy, czarny kostium, czarne włosy... I tylko skryte pod rozwichrzoną grzywką oczy, które płonęły bardziej niż zwykle, właściwie bardziej niż kiedykolwiek, zdawały się przełamywać ponurą paletę tego miejsca.
Obraz słodkiego, zagubionego Japończyka wciśniętego w samolotowy fotel w jednej chwili został zastąpiony przez ucieleśnienie ludzkiej determinacji. Bo ktokolwiek miałby w tamtej sekundzie wskazać postać, która nie należała do rzeczywistego świata, z pewnością nie byłby to osobnik na bandzie. A jednak to wcale nie bezduszny bóg pojawił się na lodowisku, tylko zwykły, milczący człowiek, który swoim przybyciem wywołał absolutnie sprzeczne uczucia nie tylko u żerującej na wszelkich nadnaturalnych zjawiskach istoty, ale również u własnego narzeczonego.
- Widzę, że twoja odpowiedź przyszła sama. Znowu - syknął Pragma lodowato. Nie był zachwycony. Właściwie to chyba nie tego się spodziewał, tak samo jak nie spodziewał się Viktor, który stał z rozchylonymi ustami i patrzył, jak Yuuri powoli się do nich zbliża. - Uwielbia bawić się w bohatera, który wkracza na salę za pięć dwunasta, co? Ciekawe od kogo to przejął...
Możliwe, że Viktor powinien poczuć się winny za to, że sam nauczył podopiecznego tak zaskakiwać i że nie ograniczało się to nawet do wprawiania w stupor samego trenera, ale w tej chwili żartobliwe wymówki nie miały absolutnie żadnego znaczenia. Bo był tu. Naprawdę tu był. Nie tylko głosem czy wspomnieniami, ale Yuuri... cały... w tej ostatniej konfrontacji... Razem. Czy w takim razie oznaczało to, że więź między nimi... i ta bezgłośna, zakopana gdzieś głęboko na dnie serca prośba, aby wrócić do tego, co dawniej...?
Nie, nie, to było zbyt zuchwałe tak sądzić. Równie dobrze to mógł okazać się przypadek, splot nieoczekiwanych wydarzeń, zbieg okoliczności, że to najzwyczajniej w świecie nie był ten sam Yuuri co kiedyś. O wiele ważniejsze wydawało się w tej chwili to, że Yuuri był tu. Gdzie nie powinno go być i gdzie groziło mu wielkie niebezpieczeństwo, jeśli nie zdawał sobie sprawy, z czym właściwie ma do czynienia.
Szlag.
- Yuuri... - szepnął Viktor, wybudzając się z transu. W jednym momencie porzucił swoje miejsce tuż przed Pragmą i ruszył w stronę ukochanego, który właśnie do nich dojeżdżał. - Yuuri, co się dzieje? Powiedz mi, dlaczego-
Japończyk jednak zatrzymał się i uniósł dłoń na wysokość klatki piersiowej, prosząc Viktora o ciszę. Nawet na niego nie spojrzał, chociaż był na wyciągnięcie ręki, tylko skupił się na siedzącej na bandzie postaci, patrząc na nią nieruchomo. W ramach rewanżu istota wlepiała błyszczące niczym guziki oczy w Yuuriego i milczała, czekając na kolejny ruch człowieka. Bezgłośny pojedynek trwał przez dłuższą chwilę, z perspektywy Nikiforova trwał właściwie miniaturową wieczność, ale w końcu Katsuki rozłożył ręce w geście prezentacji i otworzył usta.
- O to chodziło, prawda? - powiedział spokojnie. - W takim razie jestem.
Jego głos był niesamowity. Inny niż normalnie, inny niż... w ogóle inny. Głęboki tembr przypominał swoją gładkością słowa, które Yuuri wypowiadał tuż przed występami, jak to pamiętne "nie odrywaj ode mnie wzroku" albo że "przedstawienie już się zaczęło". Tylko tym razem Japończyk był o wiele bardziej skupiony i chłodny w tym, jak się zachowywał. Zupełnie nie widział Nikiforova, a odważne słowa były w całości skierowane do jednej pary uszu, należącej do skrytej w mętnym cieniu postaci.
Poważnie zaniepokoiło to Viktora. Bo to zupełnie nie tak miało być. Żadnych tajemnic, żadnego zgrywania kogoś, kim się nie było. I przede wszystkim żadnego poświęcania się. W obie strony.
- Yuuri. - Viktor ponownie zwrócił się do ukochanego, ale ten wciąż nie reagował, zupełnie jakby został zaklęty albo... albo w ogóle zapomniał, że to jego imię. - Yuuri!
Rosjanin przystąpił jeszcze jeden, ostatni krok w stronę Katsukiego, ujął jego twarz w dłonie i zmusił Japończyka, by na niego spojrzał. Viktor nie wiedział, o co zapytać, a nawet gdyby potrafił, to bałby się zdradzić cokolwiek w obecności Pragmy. Starał się więc bezgłośnie przekazać Yuuriemu, żeby ten się nie wychylał, żeby odpuścił, że Viktor kochał go w każdej postaci, więc mogą wrócić i zacząć na poważnie obmyślać plany założenia szkółki łyżwiarskiej... Lecz wtedy ostre spojrzenie Katsukiego wreszcie złagodniało, ramiona się rozluźniły, a mężczyzna nieznacznie pokręcił głową, dalej zachowując milczenie. Poruszył się tak delikatnie, że Viktor bardziej wyczuł ruch palcami niż go dostrzegł, a mimo to przekaz był wciąż przedziwnie jasny. "Spokojnie, wiem, pamiętam. Ale mówiłem też, że nie zamierzam z ciebie zrezygnować".
Czyli jednak.
Viktor nie miał innego wyjścia jak wycofać się i dać Yuuriemu działać. Choć przychodziło mu to z ogromnym trudem, bo nie miał pojęcia, co takiego konkretnie planował ukochany, wciąż zdawał sobie sprawę z tego, kto ocalił ich ostatnim razem. Nie, nie tylko to. Wyczuwał o wiele więcej. Gdy Yuuri pokręcił głową, odniósł przelotne wrażenie, że na tę jedną chwilę odczytał absolutnie wszystkie kryjące się w tym ruchu uczucia, zrozumiał kogoś lepiej niż samego siebie i nawet jeśli po sekundzie to doznanie minęło, pozostawiło pewność, że tak trzeba. Jak wtedy, na zawodach, kiedy nie rozumiał zachowania Yuuriego praktycznie wcale, lecz wiedział, że nie opuści tego człowieka za żadne skarby.
"Miej więcej wiary w moje zwycięstwo niż ja mam. Nie musisz nic mówić. Po prostu zostań przy mnie i nigdy nie odchodź."
- Nie chcę, żebyś traktował to jako swój triumf, ale... Proszę bardzo. Udało mi się. Sprowadziłem Yuuriego. - Viktor wreszcie zwrócił się w stronę Pragmy, starając się nie pokazać, że to nie jest odpowiedź, którą zamierzał dać za pierwszym razem. Zacisnął dłoń w pięść, praktycznie zmuszając się do wypowiedzenia kolejnych słów. - A teraz cofniesz życzenie i dasz nam wreszcie spokój.
- Tak? Udało ci się? No popatrz - zagadnął nieco spokojniej cień, a chwilę potem stało się coś dziwnego. Chociaż istota wciąż poruszała ustami, jej głos, ten cichy, szeleszczący i paskudnie obezwładniający głos zdawał się trafiać bezpośrednio do mózgu Viktora. - A może jednak powinienem ci przypomnieć, co takiego działo się w chwili, kiedy ostatnim razem pojawił się Yuuri, żebyś przestał stawiać mi warunki, co?
Zanim się pojawił? Przecież przed tym, jak Yuuri podszedł i wypowiedział swoje życzenie, to oni... on... Cień uśmiechnął się drapieżnie, a Viktor zbladł, gdy przypomniał sobie, co działo się w chwili, gdy Katsuki zawołał go po imieniu, odciągając tym samym uwagę od Pragmy. To Rosjanin praktycznie ściskał dłoń istoty, zgadzając się na spełnienie życzenia. To on dał się skusić na propozycję o złotym medalu. I to on miał się wtedy... poświęcić.
W takim razie jeśli Yuuri się nie pojawi, a nie pojawi się z pewnością, bo taki rozwój wypadków przygotuje Pragma, wtedy nic nie stanie na przeszkodzie, aby to Viktor zawarł pakt, oddając w zamian resztę swojego ze wszech miar niedorzecznego życia. To był koniec. Nawet jeśli jakimś cudem Viktor zachowa swoją obecną świadomość i zechce zrezygnować z umowy, ta cienista szuja zadba również o to, żeby łyżwiarz nie zdążył wycofać ręki. W ten sposób przegrał swój własny pojedynek, zanim ten w ogóle się rozpoczął.
- Ty... - Oczy Rosjanina rozszerzyły się w wyrazie niemego niedowierzania, ale istota natychmiast pokiwała palcem w geście przestrogi.
- A-a-aaa - zanuciła ostrzegawczo. - Nie radzę. Jeśli piśniesz choćby słowo, wtedy znikam i zostawiam cię z wyrzutami sumienia, że pozwoliłeś Yuuriemu być tylko trzeciorzędnym pracownikiem twojej mizernej szkółki. A wyraźnie widzę, że przybył tu po coś zupełnie innego. - Pragma zmrużył oczy i prychnął z pogardą, widząc zawahanie na twarzy Viktora. - Serio sądziłeś, że uszczęśliwisz go czymś takim? Że będziesz świecił nazwiskiem i zgrywał ważniaka, a on stanie się twoim podnóżkiem do odwalania brudnej roboty, który nigdy nie będzie jeździł nawet w połowie tak dobrze jak ty? Albo że nikt tu nic nie straci? Wolne żarty... Wy, ludzie, uwielbiacie myśleć za dużo. Pragnienia was niszczą. Albo zdychacie w pogoni za nimi, albo dostajecie, czego chcecie i żądacie coraz więcej i więcej. Nigdy nie wystarcza wam to, co macie.
Cień przyglądał się przez chwilę stojącym obok siebie mężczyznom, aż wreszcie uniósł ręce przed siebie, by wskazać na nich obu. Dla postronnego obserwatora mogło to być coś w rodzaju otwartego, życzliwego powitania, jednak prawda prezentowała się zgoła inaczej.
- Wybieraj, Viktor. Zdecyduj, kto ma dalej żyć jako łyżwiarz. Ty czy Yuuri?
Na to pytanie nie istniała właściwa odpowiedź, nie istniała nawet zła i jeszcze gorsza. Jeśli wybierze siebie, okaże się pazernym dupkiem, lecz jeśli wskaże Yuuriego - będzie to oznaczać, że niczego się nie nauczył i że własna śmierć wciąż stanowi rozwiązanie czegokolwiek. Viktor poczuł się zmęczony, ale zdecydowanie silniej, bardziej i głębiej niż kiedykolwiek przy jakiejkolwiek kontuzji czy chorobie. Słabość ogarnęła nie tylko wszystkie mięśnie i kości, ale sięgała nawet samych komórek, sprawiając, że Nikiforov nie mógł się ruszyć. Nie umiał nawet istnieć, bardziej niż wtedy, gdy czekał w nicości na jakąkolwiek zmianę. Stał, jednak czuł się w tej pozycji obco. Patrzył przed siebie, ale jednocześnie gorączka zalewała mu oczy. Oddychał, lecz każdy haust powietrza zdawał się kosztować go więcej energii, niż jej zdobywał. Kłuło. Paliło. Bolało. A najbardziej bolało uwięzione w ściśniętej klatce piersiowej serce.
A potem spojrzał na Yuuriego. Na to groźne bóstwo, które w spokoju czekało na decyzję mającą rozstrzygnąć o jego losie - o tym, czy zostanie strącony i zdegradowany do roli nauczyciela, czy nadal będzie Erosem, wspaniałym i samotnym, bo ukochana osoba go zostawi. Lecz im dłużej Viktor wpatrywał się w to nieruchome oblicze, tym paradoksalnie więcej uroku w nim dostrzegał i pewniej się czuł. Jak księżyc błyszczący na nocnym niebie, tak piękna była jego jasna twarz kontrastująca z nieprzeniknioną czernią stroju, włosów i rzęs. Yuuri nie musiał tańczyć, nie musiał nawet nic mówić ani się starać, bo sama jego obecność stanowiła czar przełamujący atmosferę tego miejsca. A choć można by go pomylić z rzeźbą, oczy zdradzały, ile życia znajdowało się w tym stworzeniu. Z tej perspektywy i w tych warunkach, gdy hala tonęła w matowych półcieniach, błyszczący bursztyn przybrał odcień ciemnoczerwonego granatu. Jakby był żarem, od którego węglowa ciemność miała zaraz zapłonąć.
Rozpaczliwie kołatające się w piersi serce zaczęło stopniowo zwalniać, a myśli rozjaśniać. Właśnie na to liczyła istota. Że Viktor zawaha się i zacznie pragnąć łatwej ucieczki, zapominając, że nie był w tej sytuacji osamotniony. Nigdy nie był.
- Myślisz, że znowu mnie przestraszysz? Wybacz, ale tym razem cię zawiodę. Nie będę decydował o czymś tak idiotycznym, bo już rok temu oddałem całe moje życie w ręce Yuuriego. - Viktor zmierzył Pagmę wzrokiem, a potem szepnął: - I wiesz co? Dalej w niego wierzę.
Po tych słowach mężczyzna wycofał się o dwa kroki, zostawiając Yuuriemu całkowicie wolną drogę do istoty. Pragma uniósł podbródek i spojrzał na łyżwiarzy spod rzęs.
- Gratuluję ładnej mowy pożegnalnej - usłyszał Viktor w głowie, w trakcie gdy spojrzenie cienia sztyletowało go na wskroś. - A teraz pozwólmy Yuuriemu dołączyć do nas w tej... ostatniej posłudze.
Istota rozpogodziła się i odchrząknęła niczym radiowiec, który sprawdzał, czy głos znajdował się na swoim miejscu. Znajdował. Przymilny, radosny i obłudny jak to tylko możliwe.
- W takim razie cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. No to co? Może nie będziemy dłużej zwlekać i przedstawimy sobie nawzajem swoje żądania? - zaproponował Pragma, kiwając dłonią na Yuuriego, by podszedł bliżej. - Bo chyba wiesz, po co tu jesteś?
- Mniej więcej. Słyszałem, że mam wyprostować z tobą jedną sprawę, żeby świat mógł stać się taki jak dawniej - odparł Yuuri, podjeżdżając do bandy. - Cokolwiek to znaczy. To kto i od czego ma zacząć?
- Skoro pierwszy wyszedłem z propozycją... - Pragma wyszczerzył się, jakby wieść o amnezji Yuuriego była mu bardziej niż bardzo na rękę, choć jednocześnie Viktor odniósł wrażenie, że cień zachowuje się o wiele ostrożniej niż przy rozmowach z Rosjaninem. Najwyraźniej on również pamiętał, że walczy z graczem na nieco wyższym poziomie niż pozostali. Pytanie tylko, czy oznaczało to, że uznawał go za równego sobie. - Niech będzie, że ja. I bardzo chciałbym, mój drogi Yuuri, abyś wycofał się ze swojego poprzedniego życzenia.
- Rozumiem. - Japończyk skinął na znak potwierdzenia, że przyjął warunki przeciwnej strony, ale zaraz przechylił głowę i dodał: - Tylko jak ono brzmiało? Bo wydaje mi się, że nie pamiętam zbyt dobrze naszego wcześniejszego spotkania.
- Chciałeś dożyć ze mną późnej starości - wyjaśnił szybko Viktor, zanim Pragma zdołał się odezwać i skorzystać z okazji, by przeinaczyć wypowiedź. - Dokładnie stu dwudziestu dwóch lat. Cztery mniej dla ciebie, żebyśmy mogli umrzeć w tym samym momencie.
- Uhm, w ten sposób. W takim razie rozumiem, że powinienem po prostu życzyć sobie odwołania tego życzenia, tak? - dopytał Yuuri.
- Dokładnie - przyznała istota. - Życzenie i uścisk dłoni, tak to właśnie szło.
- W sensie... tak?
Yuuri bez najmniejszego ostrzeżenia czy zapowiedzi wyciągnął rękę przed siebie, ale zanim zdołał choćby zbliżyć się do rozmówcy, Pragma nagle się zdematerializował i pojawił jakieś kilkadziesiąt centymetrów obok. Wyraźnie wychylał się do tyłu, a palce miał zaciśnięte na barierce, jakby w ogóle nie zamierzał wyciągać którejkolwiek kończyny na zgodę. Bał się.
- O, nie, nie. Nie tak szybko - przestrzegł cień, pospiesznie rozluźniając spięte mięśnie, żeby znów sprawiać wrażenie dumnego i pewnego siebie. Ale nie był, z pewnością. - Najpierw powiedz życzenie, a dopiero potem zastanowię się, co z nim zrobić. Tylko pamiętaj, że jeśli mi się nie spodoba, co zrobisz, nie będziesz miał drugiej szansy.
- Oczywiście, jak wolisz. W takim razie... - Yuuri na chwilę zwinął dłoń, zastanawiając się nad dalszymi słowami, a kiedy podjął ostateczną decyzję, wyprostował się i wyciągnął rękę do przodu. Pewnie, ale nienachalnie. - Moim życzeniem jest to, że nie chcę żadnych życzeń.
Viktor wstrzymał oddech, chociaż z zewnątrz wyglądało to tak, jakby nie drgnęła mu nawet powieka. Nie spodziewał się tego. Nie przypuszczał, że Yuuri postawi wszystko na jedną kartę... i to taką. Teraz wszystko zależało od tego, jak cień zinterpretuje tę propozycję i co takiego spróbuje...
Lecz kiedy tylko Viktor przeniósł spojrzenie z Yuuriego na Pragmę, zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Nie wyglądało to dobrze. Istota wciąż zwlekała z zaakceptowaniem kontraktu, najwyraźniej uważnie analizując słowa. Gdy w końcu powoli podniosła wzrok, jej usta rozciągnęły się w szerokim, paskudnym uśmiechu. Zupełnie jakby znalazła wyraźną lukę w planie.
- Myślałeś, że tego nie zauważę? - Cień zaczął stukać palcem w policzek, myśląc nad swoim ruchem. Przeciągał moment podjęcia decyzji i bawił się widokiem coraz mniej pewnych sytuacji ludzi. - Że uwierzę, że nic a nic nie pamiętasz? Idiota. Przecież widzę, że rozszerzyłeś zakres życzenia. Nie tylko cofasz ostatnie, ale i dodałeś zabezpieczenie, żeby już więcej nie mieć ze mną do czynienia. I wiesz co...? Idealnie.
Dłoń Yuuriego drgnęła, jakby mężczyzna nie tego się spodziewał, ale wtedy Pragma wystrzelił do przodu, pochwycił ją i uściskał, zanim Japończyk zdołał się wycofać. Viktor sam zdążył w tym czasie wyciągnąć rękę do przodu i nawet otwierał usta, żeby krzyknąć, ale było już za późno. Cień zaczął oplatać złączone dłonie, a istota śmiała się pod nosem, święcąc swój długo oczekiwany triumf.
- Jak to miło z twojej strony, że sprawiłeś mi taki prezent. Bo wiesz, ja również miałem w planach zerwać z tobą wszelkie kontakty. Żebyś już nigdy więcej nie przeszkadzał mi przy wykorzystywaniu twojego kochasia - wyznał Pragma, przyjacielsko poklepując drugą dłonią trzymaną w garści rękę Katsukiego. - A tak dzięki tobie będę mógł za jednym zamachem zinterpretować życzenie na swoją korzyść i zyskam w ten sposób nieograniczony dostęp... do... co?
Pragma nagle zawiesił głos i powoli przeniósł wzrok z twarzy Yuuriego na swój nadgarstek. Pełgały po nim drobiny ciemności świadczące o inicjacji życzenia, ale coś jeszcze bliżej nieokreślonego przykuło jego uwagę. Może nie spodobało mu się to, że Japończyk zupełnie się z nim nie siłował i nie próbował panicznie wyrwać ręki. A może zaniepokoiła go ilość uciekającej z jego ciała materii. Bo było jej stanowczo za dużo.
- Coś ty... powiedział...? - wydukał w końcu cień. - Że jakich życzeń...?
- Powiedziałem "żadnych". To takie przeciwieństwo "wszystkich". Chcę, żebyś nie zawierał żadnych paktów już nigdy więcej... - doprecyzował spokojnie Yuuri, a potem nagle zbliżył się do istoty i spojrzał na nią, marszcząc groźnie brwi. - ...i nigdy wcześniej. Z nikim.
- Ty przeklęty...! Pamiętałeś! Wiedziałeś! - krzyknął Pragma, próbując strząsnąć z ręki drobiny ciemności, ale na próżno. Zdołał co prawda wyswobodzić dłoń z uścisku, ale nie zatrzymało to postępu samego życzenia. Cień zza okien właśnie rozpoczynał swą niszczycielską działalność, pochłaniając ściany hali. - Ty...! Wiedziałeś...!
- Czytanie z ruchu ust - zdradził Yuuri, odstępując na krok od szamoczącego się Pragmy. - Powiedzmy, że przydaje się na kolokwiach.
- Ty...! Ty gnido...! Zniszczę cię!
Pragma rozcapierzył palce i w ostatnim akcie desperacji chciał się rzucić Yuuriemu do gardła, ale łyżwiarz zadziałał instynktownie: nagle uchylił się i wykręcił tułów w łuk, zupełnie jakby robił Inę Bauer w miejscu, a potem złapał cień za nadgarstek i natychmiast naparł do przodu, spychając przeciwnika plecami na bandę. Gdyby chodziło o parę taneczną, to ten ruch mógłby być zaliczony do całkiem ciekawej choreografii tanga... Tylko że nie chodziło. Bo walka była bardzo, ale to bardzo prawdziwa. I właśnie zaczęła zbierać swoje ostateczne żniwo.
- Zniszczę...! Zniszczę...! - charczał cień, tracąc przy okazji resztki swojego osobowości. Zamiast człowieka, Pr*gma zaczął przypominać zaledwie koncepcję istoty.
- Nie, nic już nie zniszczysz. Zresztą, nie miej pretensji o zasady, które sam przyjąłeś. W końcu ty też zacząłeś pragnąć. Naszej zguby - zdradził Yuuri, patrząc w oczy stopniowo rozwiewającej się postaci. Pr**ma wydał z siebie tylko skrzekliwy jęk, nie będąc w stanie wyartykułować już żadnego zdania. - Tak bardzo skupiłeś się na zaimkach, szukając potwierdzenia na ludzką chciwość, że nie zauważyłeś nawet, że życzenia wcale nie miały być tylko moje. Gorzej. Właściwie jestem już tak samolubny, że wciągnąłem w moje zachcianki cały wszechświat - przyznał cicho Japończyk. - Tylko na ciebie jednego nie ma w nim miejsca.
Świetliste rysy pojawiły się na sylwetce P***my, jakby cień popękał niczym krucha waza i zaraz miał się rozpaść na drobne kawałki. Zanim to jednak nastąpiło, Yuuri zbliżył się jeszcze odrobinę, po raz ostatni spoglądając w ciemne, rozpływające się oczy.
- Nie lekceważ ludzi - szepnął i odsunął się do tyłu, upuszczając P****ę wprost na lodowisko.
P***** nic na to nie powiedział, nic nie wycharczał, nie wydusił. Cień samego siebie, cień dawnego cienia o zaledwie ludzkim zarysie wił pałąkowatymi kończynami, próbując uciec z tafli, ale był już tak słaby, że nie miał nawet siły się podnieść. Wreszcie skurczył się tak bardzo, że przypominał zwinięte w kulkę zwierze, a potem jeden delikatny powiew wiatru przez nieistniejące już okno spowodował, że cały rozwiał się w pył i zniknął z powierzchni wymiaru.
Tak właśnie zakończył się ich ostatni, wspólny koszmar.
Katsuki odprowadził wzrokiem ciemną mgiełkę po odchodzącym w niebyt *******, którą ostatecznie wchłonęła szalejąca na skraju budynku nicość, a potem odetchnął i spojrzał na bandę, tam, gdzie jeszcze przed chwilą śmiał się dumny z siebie handlarz życzeniami.
- W sumie zawsze chciałem powiedzieć coś w tym stylu - powiedział lekko żartobliwie Yuuri, oglądając zbliżający się koniec sennego świata jakby to była tylko projekcja. - Pewnie Phichit by mnie za to obśmiał, że brzmiałem za bardzo jak jakiś główny bohater słabych filmów akcji, ale w sumie to niczego nie-
- Yuuri.
Na dźwięk swojego imienia Japończyk zamilkł i wreszcie obrócił się za siebie, natrafiając spojrzeniem na oczy Rosjanina. Ściągnięte brwi natychmiast się rozluźniły, mina złagodniała, ramiona stały się bardziej wiotkie. Z barków nagle spadł ogromny ciężar stawienia czoła przeszłości i przyszłości. Eros odszedł w niepamięć razem z ulotną jak mgła istotą, pozostawiając na lodowisku tylko dwoje tęskniących za sobą ludzi.
- Viktor.
Tyle wystarczyło, żeby Yuuri ruszył do przodu i w jednej chwili przylgnął do piersi pędzącego ku niemu Viktora, otulając go szczelnie rękami. W zamian Viktor uniósł dłonie i objął nimi Katsukiego, tak dokładnie, że czerń ich koszulek zlała się w jedność, a ciemna czupryna niemal wtopiła się w ramię ukochanego mężczyzny. Razem, nareszcie razem. Dwa lodowiska znów stały się jednym, dwoje ludzi na powrót stało się jedną parą. Viktor przycisnął policzek do czubka ciemnej głowy i w tym samym momencie ze zdziwieniem uświadomił sobie, jaki Yuuri był szczupły i drobny mimo swojej dobrze zbudowanej sylwetki. Ach, no tak, oczywiście, że dobrze zbudowanej, w końcu czekały na nich Mistrzostwa Świata... Boże, jakie to dziwne. Przecież jeszcze przed chwilą sprawiał wrażenie groźnego, niemal złowrogiego ducha, a teraz, tu, z nosem w zagłębieniu nad lewym obojczykiem znów był tylko Yuurim. Tym dobrym, wrażliwym, pełnym wątpliwości oraz lęków Yuurim.
- Viktor. Viktor... - powtarzał Katsuki raz za razem, nie mniej cicho i desperacko co Rosjanin wymawiał imię Japończyka. - Viktor...
Yuuri nie płakał, ale w jego głosie dało się słyszeć ogrom strachu, ulgi i tęsknoty. Jakby przepraszał i dziękował jednocześnie, chociaż nie było za co przepraszać ani dziękować. Viktor nie zrobił nic, a jeśli na coś jego wariacka miłość zasługiwała, to na porządny opieprz. Dużo porządnego opieprzu. Dwie karne noce na kanapie. I przygotowana w ramach zadośćuczynienia kolacja. Ale tym wszystkim mogli zająć się później.
- Już, kochanie, już. Jestem tutaj - przypomniał Viktor, głaskając swoje kochanie po plecach. W sumie tylko tyle umiał. Naprawdę musiał poważnie popracować nad tą rolą odpowiedzialnego trenera... - Byłeś wspaniały. Spisałeś się na medal.
Krótki śmiech wyrwał się z gardła Yuuriego.
- Na złoty? - zapytał. Nikiforov parsknął w odpowiedzi, po czym złożył delikatny pocałunek na skroni Katsukiego.
- Tak jakbyś zasługiwał na jakikolwiek inny.
Wzmianka o złotym medalu uruchomiła jednak ciąg skojarzeń w głowie Viktora odnośnie trofeum, po które dopiero co zmierzał, zanim nie zapadł w sen. Co miało się teraz stać z tym drugim, porzuconym światem? Czy inny-Viktor i inny-Yuuri dalej będą lecieć samolotem do Helsinek? Z jakimi wspomnieniami się obudzą? I czy wobec tego dalej będą się kochać? Ale wtedy Viktor pomyślał o sobie, pomyślał o śpiącej w fotelu obok piękności i pozie, w jakiej zasnęli, i stwierdził, że będzie dobrze. Był dziwnie pewien, że zakocha się w tym człowieku za każdym razem, kiedy spotka go na swojej drodze.
Mimo to Viktor nie mógł powstrzymać wzruszenia na myśl, że znów coś tracił. Bardzo zżył się z tamtymi ludźmi, znanymi, ale odrobinkę obcymi. A przecież chciał jeszcze podziękować Yurio za poświęcony czas, a Chrisowi za rady, chciał dopingować Takeshiego, powiedzieć milion komplementów Hiroko, uściskać Toshiyę, porozmawiać więcej z Mari. Chciał po mistrzostwach odnaleźć resztę ludzi, dowiedzieć się, co z nimi, przedstawić im Yuuriego, odbudować trochę więzi... Tak, tam również zostawił część serca. Bo w gruncie rzeczy nie było lepszych ani gorszych światów. Były inne. Inne drogi, inne decyzje, ktoś coś zyskiwał, ktoś z pewnością tracił, ale suma zysków i strat powodowała, że świat dalej się kręcił, a czas płynął do przodu. Nie istniała żadna recepta ani uniwersalne rozwiązanie, żeby zapewnić wszystkim szczęście. Wystarczyło jednak zwyczajnie nie żałować. Zaakceptować przeszłość, żyć teraźniejszością i walczyć o przyszłość. I choć może był to tylko frazes, jeden z wielu, który mógł przemknąć przez głowę Nikiforova z każdej linii czasowej, ale jednocześnie dzięki niemu czuł się odrobinę bezpieczniej.
Ale to już należało do historii. Teraz ponad ramieniem Katsukiego Viktor zauważył, że ciemność zaczęła pożerać trybuny i nieubłaganie zbliżała się do lodowiska. Przełknął ślinę. Tym razem destrukcja Klubu nie przebiegała łagodnie. Coś dzikiego i jakby absolutnego kryło się w życzeniu, które niszczyło kolejne fragmenty hali i pełzło w stronę łyżwiarzy. I kiedy wydawało się, że tak właśnie skończą, przytuleni, cisi, oczekujący na koniec ostateczny, Yuuri wyswobodził się z objęć Viktora i trzymając go za dłonie, skierował oczy ku sufitowi. Viktor podążył za jego przykładem i uniósł głowę, po raz drugi w ciągu tego snu dostrzegając widok wprost zapierający dech w piersiach.
Bo oto stała się rzecz niespodziewana - ciasna klatka tego wymiaru nagle pękła, a w dachu wysokiej hali pojawiły się rosnące z każdą chwilą dziury, przez które widać było... niebo. Nie ciemność, nie kłęby dymu, żadnej nicości. Tylko granatowy firmament pełen gwiazd, błyszczący niczym znajomy, japoński, zdobiony mnóstwem cekinów kostium. Nieboskłon wyglądał praktycznie tak samo, jak to Viktor zapamiętał z nielicznych podróży, gdy zimą udawało mu się wyjechać na kilka cudem wykradzionych dni na rodzinną daczę. Tam, z dala od sztucznych świateł Petersburga, świat iskrzył od nietkniętego śniegu oraz bezmiaru konstelacji mrugających z oddali do zadzierających głowy ludzi. Z tych dziesiątek, dziesiątek tysięcy i tysięcy tysięcy lat świetlnych... Wtedy, na wakacjach, wydawało się to wprost niesamowite, lecz teraz, gdy budynek Klubu niczym planetarium otworzył się na zewnątrz, a dach w ciszy rozpadał się i rozwiewał w pył, widok okazał się dosłownie nieziemski. Zresztą, inna sceneria nie miałaby chyba sensu. Lepszego końca świata, nawet tego wyśnionego, po prostu nie było.
Nagle Viktor poczuł, jak coś ciągnie go do przodu, a kiedy spojrzał przed siebie, zrozumiał, że to Yuuri prowadził mężczyznę za sobą, zachęcając go do jazdy. Więc jeździli. Prowadzili. Byli prowadzeni. Wirowali i obejmowali się, trzymali się za splecione dłonie, dotykali przelotnie twarzy, odgarniali włosy za uszy. W milczeniu, pod osłoną nocy, w blasku gwiazd, gdy scena była tylko ich. Stammi vicino, non te ne andare - wyznawali sobie miłość. Na środku roztapiającej się tafli, ignorując rozpadający się na kawałki kosmos, dwójka łyżwiarzy nie odrywała od siebie oczu i uśmiechała się, tańcząc ze sobą na nieistniejącym lodowisku ten ostatni raz. Właściwie... dlaczego ostatni? Przecież kiedy wrócą do swojego świata, będą mogli wybrać się wspólnie za miasto, znaleźć jakieś zamarznięty na kość staw i pod osłoną nocy pobawić się na łyżwach jak na dwójkę szaleńczo zakochanych w sobie ludzi przystało. Znów będą mogli wspólnie trenować, wychodzić na spacery po Petersburgu razem z Makkachinem, stroić sobie żarty z Yurio, denerwować Yakova, zabierać Milę na lody, słuchać miłosnych opowieści Georgija, dzwonić do Phichita, lajkować zdjęcia Chrisa... To wszystko znów miało się stać częścią ich narzeczeńskiego życia dzięki Yuuriemu, który...
Który... zaprzeczył...
- Zaraz, Yuuri... - Krew odpłynęła Viktorowi z twarzy, choć Rosjanin za wszelką cenę starał się zignorować zimny dreszcz, jaki przebiegł przez zmęczone ciało. - Czy ty...?
Wtedy Katsuki puścił dłonie Nikiforova i odjechał na dwa metry do tyłu, zostawiając ukochanego samego. Nic nie mówił. Nie musiał. Już nic więcej nie dało się zrobić. Zaprzeczył istnieniu cienia, więc teraz Viktor mógł cieszyć się długim życiem, wolnością, sukcesami...
Oraz zmienioną historią.
Całe ciało Viktora ogarnął paraliż. Przepadnie to, co budował. Te sukcesy z młodości, wyleczone kontuzje, sukcesy kupione za lata życia. Każde pragnienie, każdy pakt, który zawiązywał - wszystko to miało zniknąć wraz z zanegowaną istotą. A skoro tak... Skoro Viktor przestanie być tym, kim był... Miało stać się dokładnie to, czego tak usilnie starał się uniknąć i o co walczył jak głupi. Viktor nie wygra tych konkursów co trzeba. Yuuri nigdy się nim nie zainspiruje i nie zostanie łyżwiarzem. Viktor nigdy nie pozna Yuuriego. Zmienią się.
Tym razem już na zawsze.
- Yuuri, nie... - Viktor zaczął powoli kręcić głową, chcąc jakimś ostatnim-z-ostatnich cudów zaprzeczyć całej sytuacji. - Ja nie chcę... Yuuri...
- Ciii, już dobrze - uspokoił Katsuki. - Przecież będziesz żyć. Wiem, że będziesz. Poradzisz sobie.
- Nie poradzę! - krzyknął Rosjanin. Znów zrobiło mu się ciężko, znów nie mógł przestąpić nawet kroku, znów ubywało powietrza w płucach, a kolory zaczęły się rozmywać. Rzeczywistość wzywała go do siebie. - Nie zależy mi na takim życiu! Jesteś okrutny! Samolubny! Nie chcę, żebyś podejmował takie decyzje!
"Wiem, że cokolwiek nie postanowisz, to nie robisz tego przypadkowo. Zawsze myślisz nad wszystkim bardzo intensywnie, rozglądasz się dookoła siebie i długo milczysz, zanim zabierzesz głos. Nie działasz pochopnie."
- Yuuri...! - Viktor chwycił się za pierś. Wydawało mu się, że Katsuki zacisnął dłonie w pięści, praktycznie wbijając je sobie w uda, ale nie ruszył się nawet na milimetr. Jakby pożegnanie miało być jeszcze trudniejsze, gdyby go przytulił. Jakby ostatnim, najwspanialszym wspomnieniem miał pozostać wspólny taniec. - Błagam, nie...
"I każda twoja decyzja jest dobra..."
- Nie, Yuuri... - wychrypiał. Był głupi. Tak bardzo, bardzo głupi. - Nie...
"...bo jest twoja."
- Pójdę przodem - wyszeptał Katsuki, siląc się na uśmiech. Jeszcze przed chwilą ten sam człowiek mógł konkurować bezwzględnością z rodzimymi bogami, a teraz wydawał się tak kruchy, bezbronny i smutny, że serce pękłoby mu na pół... gdyby przed chwilą nie rozbiło się w drobny mak. Kruche serce rosyjskiego łyżwiarza roztrzaskało się pierwszy i ostatni raz. - Ale wiesz co, Vitya? To wcale nie jest koniec. Przecież będę cię kochać...
Ciśnienie narastające w uszach zagłuszyło koniec wypowiedzi Yuuriego. Zanim ciemność po raz ostatni pochłonęła Viktora, zdołał on wyryć w pamięci ukochaną twarz, zaczerwieniony nos, usta poruszające się w kształt wypowiedzianego słowa oraz dwie toczące się pod policzkach łzy.
A potem zasnął, odprowadzany przez pożegnalne zapewnienie.
.
.
.
.
.
...zawsze.
