Wrażenie ciągnącej go w dół grawitacji powoli pochłaniało Viktora coraz głębiej i głębiej w bezkresną ciemność. Czas wydawał się rzeczą abstrakcyjną, kompletnie nieistniejącą, nieodczuwalną, nienamacalną... Być może spadał tylko chwilę, być może minęły całe godziny, ale skąd miał o tym wiedzieć, skoro całe jego życie tonęło w bezsensie, a on, bezsilny i bezradny, raz na jakiś czas w zaledwie przebłysku świadomości czuł niepokojący ucisk gdzieś w dole brzucha.
Tylko tyle. Przeklęte tylko tyle.
Ale sen wciąż był tylko snem i oznaczało to, że organizm dalej działał według ściśle określonego planu. Właśnie dlatego w pewnym momencie mózg chcąc sprawdzić, czy mężczyzna aby na pewno właściwie śpi i czy odcięte na bodźce z zewnątrz nerwy dalej robią to poprawnie, sprawił, że mięsień w prawej nodze skurczył się. Nic wielkiego, typowy tik, jaki przytrafiał się praktycznie każdemu człowiekowi, który nie zdążył na dobre pogrążyć się w niebycie lub trafił w nieodpowiednią fazę snu. Zwykle całkowicie nieodczuwalny i niezauważalny... ale tym razem zadziałał.
Wrażenie podobne do poślizgnięcia się rzuciło całym ciałem Viktora, a serce nagle przyspieszyło, rozprowadzając porcję adrenaliny po całym krwioobiegu, chociaż tak naprawdę nie stało się nic. Ale miało się stać. Zmieszane snem zmysły zaczęły stopniowo odzyskiwać swoją pierwotną ostrość, nawet jeśli myśli wciąż wydawały się płynne i ulotne jak mgła pełzająca nad moczarami. Zmysł równowagi jako pierwszy podszepnął Viktorowi, że znajdował się on w pozycji poziomej, a mrowienie w całej tylnej części ciała było tylko złudzeniem i tak naprawdę wiązało się z faktem, że mężczyzna na czymś leżał. Właśnie wtedy słuch przypomniał mu, żeby się nie martwił, bo był bezpieczny. Przecież niedaleko cicho buczała lodówka, a tak poza tym nieregularnie odzywały się odległe klaksony, warkot silników oraz syreny przejeżdżających karetek. Był dokładnie tam, gdzie trzeba. W domu, w przewiewnym, oddzielonym od świata salonie. Węch i smak za to zgodnie milczały, twierdząc, że nie mają w całej sprawie zbyt wiele do powiedzenia poza tym, że ledwie wyczuwalny zapach cytrusów istotnie gdzieś tam się znajdował, jednak czy pochodził od odświeżacza powietrza, czy jakiegoś kosmetyku - nie było wiadome. No bo i skąd? Przecież człowiek wciąż niewiele pamiętał. Jako ostatni do dyskusji włączył się dotyk, czy może raczej poczucie, że leżący w swoim mieszkaniu Viktor tak właściwie nie powinien już dłużej spać. Coś mu to bowiem poważnie utrudniało. Było i czekało, coś przytłaczało i istniało.
Ciężar.
Coś spoczęło na jego piersi, coś legło dokładnie na brzuchu. Coś zacisnęło się wokół pasa, coś delikatnie oplotło się dookoła nóg. Coś poruszało się nieznacznie, miarowo, bezgłośnie, coś było tuż obok, tuż na, tuż przy sercu. Bo to coś ciepłego i dziwnie znajomego leżało wprost na Viktorze, wpychając mężczyznę głębiej w objęcia niebieskiej kanapy. Lecz jakkolwiek mebel nie byłby wygodny i bezpieczny, z tym czymś było jeszcze wygodniej i bezpieczniej.
Pamiętał to uczucie. Miłe, swojskie, domowe. Jedyne w swoim rodzaju. Prawie jak wtedy, kiedy po długim spacerze wracał z Makkachinem do mieszkania, zasypiał z pudlem wprost na sobie, jakby ten był jakimś uroczym, futrzanym kocem, i drzemał, aż z lodowiska nie-
- Wracaj.
Właśnie, aż nie wrócił. Bo wracał. Wracał. Wracał... Kto...?
Ciężar. Jedyny w swoim rodzaju, jedyny taki na całe życie. Jakby zawsze tam był.
Zawsze.
Viktor powoli otworzył oczy, zamrugał ostrożnie, pozbywając się rozmywających obraz łez i ujrzał przed sobą widok, od którego serce zatrzymało się w piersi, a krew odpłynęła z policzków. Zamiast kudłatego pupila i jego czarnych jak koraliki ślepi ujrzał przed sobą ludzką twarz oraz brązowe oczy, patrzące na niego z miłością i ulgą. Już nie błyszczały obcą, ciemną czerwienią. Znów przypominały swoją barwą bursztyny, gładkie, czyste... jego najpiękniejsze klejnoty. Najukochańsze.
Yuuri. Yuuri.
- Jestem, Vitya. Jestem - odpowiedział, zupełnie jakby czytał mu w myślach. - Witaj w domu.
Po czym Yuuri podciągnął się na rękach i złożył na czole narzeczonego lekki, powitalny pocałunek.
Dopiero co Viktor odegnał jedną porcję łez, a już kolejne cisnęły mu się do oczu. Rosjanin był jednak zupełnie bezradny wobec tak przytłaczającej ilości emocji oraz faktu, że ukochany mężczyzna objął go wokół ramion i przytulił się do klatki piersiowej, uniemożliwiając otarcie twarzy. Więc nie ocierał, pozwalając łzom płynąć wedle woli, uciekać za szczękę, przemykać przez zagłębienia pod uszami i wsiąkać w granatową poduszkę. Viktor płakał i uśmiechał się, głaskał dolną część pleców Yuuriego i obcałowywał czubek ukochanej głowy, do której był w stanie sięgnąć. I chociaż czuł się jak spętany więzień, to nie miał absolutnie nic przeciwko, aby być pod nadzorem tej jednej osoby. Mężczyzny, który go ocalił - od śmierci i od samotności.
- Nie znikniesz, prawda? Tym razem zostaniesz? - szepnął Nikiforov łamiącym się głosem, a łkanie szarpnęło jego piersią, gdy z trudem przełknął wzruszenie. Yuuri uniósł głowę i spojrzał wprost na błyszczącą od łez twarz Viktora. - Zostaniesz przy mnie i nigdy nie odejdziesz?
- Oczywiście, że zostanę - zapewnił cicho Yuuri. Ściągnął rękaw swetra i zaczął wierzchem dłoni ocierać jeden z mokrych policzków. - Przecież to nigdy nie była rzecz podlegająca dyskusji. Zawsze byłeś i będziesz dla mnie najważniejszy.
Szklane okruchy serca stopiły się w cieple tego gorącego zapewnienia, scalając się na powrót w jeden lśniący, twardszy niż wcześniej fragment. Viktor nie był pewien, czy Yuuri chociaż po części zdawał sobie sprawę, jak wiele znaczyły dla niego te słowa i dlaczego w ciągu ostatniego czasu tylko ta kwestia do głębi przerażała utalentowanego mistrza. Nie "czy zdobędę kolejne złoto", nigdy "ile moje ciało wytrzyma", żadne "kiedy zakończyć karierę". Od kiedy poznał smak rodzinnego życia, a może nawet wcześniej, jeszcze kiedy przesiadywał zimą na ławce i patrzył w niebo, próbując zrozumieć, czym jest ten nawracający niepokój, Viktor pojął, że boi się samotności. On miał tylko sędziwego Makkachina i pasję, która nie była wieczna, więc po stracie jedynej osoby, którą szczerze kochał, o mało co się nie poddał. Yuuri natomiast miał tylu znajomych, przyjaciół, rodzinę, wszędzie i zawsze był otoczony przyjaznymi mu osobami, w lepszy bądź gorszy sposób dawał sobie radę, zjednywał sobie sympatię wielu ludzi, nawet w tym innym... nawet gdzieś w innym... świecie...
Na wspomnienie tych ostatnich chwil ciężka gula znów pojawiła się w gardle Viktora. Właśnie, inny świat. Klub, lodowisko, pożegnalny taniec, rozpadająca się hala, istota o nieznanej twarzy ani imieniu.
Życzenie.
- Jak? Jakim cudem? Dlaczego w ogóle... - Viktor poruszył ustami, przygotowując się na zadanie pierwszego i najważniejszego pytania, lecz wtedy nagła prawda dotarła do niego z całą mocą. Rozejrzał się przelotnie po pomieszczeniu, szukając potwierdzenia na to, czego właściwie już się domyślił. Znów byli w Petersburgu, w domu, na znajomej, niebieskiej kanapie, a ścienny kalendarz w małym, czerwonym okienku wskazywał na... na dwudziestego drugiego stycznia. Dokładnie wtedy, kiedy pierwszy raz miał miejsce ten specyficzny ze wszech miar "koszmar". - ...kłamał.
Ta cholerna, cienista szuja od początku zasłaniała się wymówką, że zawartych paktów się nie pamiętało. Ale przecież jeśli nic nie zawierał, to o tym również nie mógł pamiętać, bo naturalnie nic nie zaszło. Bo wszystkie sukcesy były tylko jego zasługą. Całe życie było jego. Jego Yuuri był... jego.
Więc "to" naprawdę żerowało jedynie na ludzkich pragnieniach i ambicjach. Co za farsa. Od kiedy Viktor zyskał coś tak wspaniałego jak miłość, razem z nimi narodziły się również te mniej piękne i wzniosłe uczucia. Zazdrość. Gniew. Żal. Lęk. Wszystko to i jeszcze więcej, co napędzało ludzi do tego, aby chcieć, nie marzyć, a cierpliwość zaczęła walczyć z wątpliwościami.
- Ale ja wiedziałem - wyznał cicho Katsuki, patrząc na Viktora z pewnego rodzaju skruszeniem. - Byłem pewien, że osiągnąłeś to wszystko własnymi siłami i że zawsze pozostaniesz wspaniałym łyżwiarzem. Tylko bałem się, że mimo to... Że to ja coś mogłem zrobić. Że nie powinienem na ciebie zasłużyć. Dlatego to wyszło tak... tak dramatycznie. Przepraszam.
- Nie, to ja przepraszam, Yuuri. Przepraszam, że tak mało przepraszam. I że tak mało jeszcze wiem. - Viktor wreszcie uniósł dłonie i dotknął nimi policzków Yuuriego. Żaden sen nie potrafił oddać tego wrażenia, tej miękkości, ciepła, bicia serca, które ledwie wyczuwalnie poruszało całym ukochanym ciałem. - Ale chcę się dowiedzieć więcej. O tobie, o przeszłości, o tym, co myślisz, co cię niepokoi. Opowiedz mi o sobie jak najwięcej. Tym razem bez żadnych wymówek. I bez żadnego "no comento".
- Ale że jak? Teraz? Zaraz? - upewnił się Japończyk, na co Rosjanin prędko pokiwał głową. - Wariat. Z ciebie jest taki nieprzewidywalny wariat, Vitya, tylko... tylko... dlaczego?
Dlaczego? Viktor zamrugał. Właściwie dlaczego...
Wspomnienia zaczęły robić się mgliste, niewyraźne. Oczywiście chciał wiedzieć, żeby nigdy nie popełnić już tych samych błędów co kiedyś i żeby zapobiec tym jeszcze nieznanym. Tym nieporozumieniom, tym... kłótniom na tle zatajonych problemów... Ale sedno sprawy wciąż i wciąż umykało Viktorowi. Najpierw miał przed oczami całą sytuację, której nie znał jedynie finału, potem szukając zakończenia zgubił po drodze jakiś ważny, wcześniejszy etap historii, a gdy starał się rozpaczliwie powtarzać zdanie, które miało zapewnić, że nie zapomni tego, czego jeszcze pamiętał, nagle stracił jego kontekst. Jakby genialny, narodzony gdzieś we śnie pomysł po przebudzeniu okazywał się tylko zabawną, nielogiczną myślą.
Zdołał zrozumieć jedno. Zapominał. O tym wszystkim, co było, co przeszli, co przecierpieli - wszystkie dobre i złe momenty odejdą w niepamięć razem z całym metafizycznym bełkotem oraz życzeniami, na które nie było miejsca w ich świecie. Lekcja tak po prostu nie zostanie przyswojona. Karta tej opowieści zblednie i zostanie usunięta. Bajka zakończy się bez morału.
Ale coś pozostało. Ta obecna, ulotna chwila, aby coś zapoczątkować, wyjaśnić, ruszyć do przodu. Mała szansa, aby Viktor się zmienił i zaczął troszczyć nie tylko o jedną osobę. Nie tylko o Yuuriego, ale o nich obu.
- Mniejsza o to. Po prostu o wszystkim opowiedz. Dlaczego tak dobrze mnie znasz. Dlaczego... - Viktor potrzebował chwili, aby złapać słowo, które usilnie starało się wymykać z pamięci. - ...widziałeś.
Yuuri przez chwilę patrzył jak oniemiały, pewnie rozumiejąc jeszcze mniej niż przed chwilą, ale niespodziewanie jego twarz rozświetlił delikatny uśmiech i Katsuki odparł bez dalszego zastanawiania się:
- Pewnie dlatego, że całe moje życie należy do ciebie.
Powiedział to tak zwyczajnie, tak bez zawahania, z lekkim, pąsowym rumieńcem i miną oznaczającą "no przecież to takie oczywiste", że ciężko było uwierzyć, że ten sam człowiek regularnie zaperzał się, że on nie umiał w miłość ani w wielkie wyznania. Viktora uderzyło jednak coś jeszcze. Ta fraza była tak podobna do czegoś, co już słyszał... Gdyby miał skorzystać z zasobu rosyjskiej poezji, powiedziałby, że to jakieś przeznaczenie, coś jak déjà vu świadczące o pokrewieństwie dusz albo że byli jak kochankowie rzuceni w bezmiar historii, którzy raz za razem odnajdywali się na nowo... Ale Nikiforov był też dziwnie pewien, że gdyby powiedział coś w tym stylu, Yuuri kolejny raz by mu wytknął, że był strasznie poetycki.
Hm, kolejny raz. Ciekawe czemu kolejny...
Więc Viktor powstrzymał się przed deklamowaniem Puszkina, na którego miał jeszcze czas, jeszcze dużo, dużo czasu, wiele romantycznych wieczorów po Mistrzostwach Europy, Czterech Kontynentów czy Świata, mnóstwo okazji przed wspólnymi śniadaniami, w trakcie wspólnych spacerów, po wspólnych kąpielach. Zamiast starego, dobrego wieszcza Rosjanin zdecydował się na coś zgoła innego. Mniej słów, a więcej gestów. Na to, na co z takim utęsknieniem czekał i zapomniał, jak poprawnie smakuje. Dlatego w odpowiedzi na zapewnienie Yuuriego Viktor oplótł go ramionami wokół klatki piersiowej, przygarnął bliżej siebie i po pełnym napięcia momencie, gdy mężczyźni bezgłośnie wpatrywali się sobie w oczy, upewniając się, że nic się nie zmienili i że wciąż kochali za mocno, aby to było zdrowe, wreszcie odszukał ustami ukochane usta.
I tak z kolejnymi pocałunkami jak bańki mydlane rozwiewały się wszystkie minione chwile, stając się częścią bardzo odległych snów i niewyraźnych wspomnień. I dobrze. Nie chciał się zadręczać, ale chciał wiedzieć. Poznawać Yuuriego krok po kroku, słodkie pieszczoty rozdzielać nocami spędzonymi na opowiadaniu sobie przyjemnych głupstewek i całkiem poważnych historii o minionych błędach. Zrozumieć, że miłość to nie tylko szczęście, spełnianie wzajemnych zachcianek, czytanie w myślach i wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom. A skoro kochał Yuuriego, bo był niedoskonały i inny, to Viktor również mógł być niedoskonały i inny, i zapominalski, i lekkomyślny, i gapowaty w kuchni, i beznadziejnie romantyczny w łóżku, i zmęczony po ciężkich treningach. Każdy mógł być taki, jaki chciał, każdy mógł robić głupstwa i mieć chwile załamania, byleby nie był w tym wszystkim sam. Żadna żywa legenda nie stanowiła w tej kwestii wyjątku. Bo potrzebował drugiego człowieka, ale nie tylko w teorii.
Chciał popracować nad bliskością. W praktyce.
Przypisy-chan
Tak, tym razem to już na serio koniec "Teorii bliskości". Nie ma odwołania od tego szczęśliwego zakończenia i nie przyjmuję zażaleń odnośnie przekroczenia normy odnośnie obcałowanych Viktorów. Bo dziś mu się należy jak nigdy. Wszystkiego najlepszego, Vitya. Bądź szczęśliwy w starym-nowym Dziabowersum.
To była mega długa i mega bolesna podróż przez sny, alternatywne wymiary oraz pojęcie "bratnich dusz" (czyli dlaczego złe tłumaczenia są gorsze od oryginalnego "soulmate"). Jeśli macie jeszcze siły, polecam raz jeszcze zapoznać się z krótkim prologiem, który dzieje się kilka chwil przed obudzeniem Viktora z epilogu. Tak, to klamra spinająca całą fabułę, która przy pomyślnym główkowaniu mogła stanowić rozwiązanie zagadki już na samym początku. Pamiętacie może słowa, że Yuuri widział tańczącego Erosa? Nie zdziwiło was to? W końcu nie mógł to być on sam (a na pewno nie mógł być po rozdziałach 0), więc to znaczyło, że działo się coś więcej. A dokładnie wydarzyło się całe czternaście rozdziałów.
Przepraszam, że nie było żadnych przypisów do poprzedniego rozdziału, ale jak pewnie podejrzewacie, chciałam was zostawić z silnym zwrotem akcji w zawieszeniu. Krótkim, oczywiście, bo żal mi było na was patrzeć przez te trzy dni, ale zależało mi na tym, żeby ten ciężar, który spadł nagle na Viktora, był jak najmocniej odczuwalny. "History Maker" z tytułu poprzedniego rozdziału to oczywiście Yuuri zmieniający świat życzeniem o braku życzeń (czyli wymazaniu istnienia Pragmy jako całość i cofnięciu wszelkich życzeń). Gruba sprawa. Każde spełnione życzenie było bowiem skokiem osoby zawierającej pakt do jakiejś innej linii czasowej, dlatego z perspektywy Yuuriego i Viktora cofnięcie ich życzeń to powrót do ich przeszłości, nie dalej. Inni ludzie teoretycznie też to odczuli, ale ze względu na to, że nie mają żadnej świadomości z perspektywy tej tutaj historii... Znaczy... No, mniejsza z tym. Dla innych ludzi powstały inne rozgałęzienia, ale dla Viktora i Yuuriego znów ważna stała się linia Dziabowersum ;)
O ile jakkolwiek rozumiecie mój bełkot.
Gwiazdki w imieniu Pragmy to oczywiście jego ubywające istnienie. Zresztą, jakiego Pragmy? Kim jest Pragma? Czy ktoś zna jakiegoś Stefana Cieniochujka?
(I kim jest Rem? A nie, nie ta bajka...)
A co do życzeń Viktora - kto czytał uważnie rozdział 1, ten powinien dawno temu wiedzieć, że Pragma kłamał. Viktor nigdy wcześniej się na nic nie umawiał, to wszystko był blef, ponieważ dopiero ostatnio Viktor zaczął się bardziej stresować tym "co powie Yuuri, jak coś przegra". Kiedyś zwycięstwa były oczywistym dodatkiem do ciężkiej pracy, a nie celem jak teraz. Dlatego właśnie szczęśliwe zakończenie było gwarantowane.
A co do tytułu tego rozdziału, to oczywiste nawiązanie do prologu i "Arii", gdzie obudzony był tylko Yuuri (tutaj już są w duecie). I co to ja tam w tym prologu mówiłam...
"This story that has no meaning
Will vanish tonight together with the stars
If I could see you, eternity will be born from hope"
Więc tak, cała ta historia tak naprawdę nie ma sensu. Przecież zatoczyła koło i zostałą zapomniana przez jej głównych bohaterów. Początek był od razu jej końcem, wszystko minęło i rozpłynęło się w niepamięci (oraz gwiazdami nad rozpadającym się Klubem). Ale przynajmniej "Stammi vicino" stało się niezaprzeczalnym faktem.
Amen.
Autorowi zwykle trudno jest kończyć książkę, na którą poświęciło się tyle czasu, ale ja w sumie czuję ulgę. W pierwotnym założeniu "Teoria" nie miała być aż tak smutna, ale dobry-zły duszek w postaci DaryavonDayern, który czuwał nad postępami prac i przez którą historia w ogóle wyszła poza dwa rozdziały 0, postanowił mocno interweniować. Być może momentami za mocno, ale czasami zbyt łatwo daję się urobić. Niemniej mogę uwolnić się od ciężaru "cierpień młodego Viktora", który przeszedł zdecydowanie za dużo... ale przynajmniej nauczyło go to, że w miłości trzeba się starać i być ze sobą szczerym. W obie strony.
Mam nadzieję, że historia okazała się mimo wszystko znośna. Jeśli mam być szczera, to po raz pierwszy opublikowałam coś tych rozmiarów i z tak bardzo własną fabułą, przez co nie wiem, jaki może być tego odbiór. Chociaż od samego początku (jak już wiecie dzięki prologowi-epilogowi) wiedziałam, co i jak się wydarzy, nie wiem, czy dobrze to opisałam. Wiadomo, zawsze można lepiej, jak mówi mi Dar (nie cierpię jej za to). Ale to było najlepiej, jak na tę chwilę umiem.
Dziękuję wam, wszystkim czytającym i komentującym, bo wasza obecność tutaj jak przy żadnym innym projekcie dodawała mi sił. Naprawdę nie spodziewałam się, że tu dotrę, dlatego cała w tym wasza zasługa, że "Teoria" osiągnęła szczęśliwą pętelkę. Dziękuję wam. Dziękuję ;u;
Życzę wam wszystkim raz jeszcze pogodnych, ciepłym, leniwych jak leniwe kluseczki świąt, a Viktorowi życzę, żeby go Yuuri dziś nie oszczędzał i...
Do zobaczyska kiedyśtam!
:*
