Ocknął się tuż przed świtem, gdy szare, ponure światło ledwo zaczęło rozpraszać mrok nocy. Obudził się zdyszany i mokry. W jego umyśle ciągle jeden obraz, w uszach tych kilka słów, wypowiedzianych urywanym, słabnącym głosem.
Podniósł się z posłania powoli wracając do rzeczywistości, która wcale nie była lepsza od jego koszmarów. Przeczesał dłonią splątane włosy. Z niejakim zdziwieniem spostrzegł, że sięgają już ramion. Powinien pomyśleć o strzyżeniu.
Rutyna stała się jego drugą naturą, czymś, co kierowało nim, gdy umysł błądził. Mózg nie rejestrował prostych czynności, które wykonywał mechanicznie, ciągle skupiony na tamtym obrazie, zanikającym już śnie. Miał tyle pięknych wspomnień, a ciągle śnił o tamtej nocy. Bał się tego, a jednocześnie starał się zapamiętać każdą chwilę, każdy kadr przerażającego koszmaru. Tylko tak mógł widzieć ją, słyszeć znowu. To nic, że w kałuży krwi, bladą, zdziwioną, że metalowe ostrze wystaje z jej piersi. Kiedyś nienawidził tego snu. Z czasem jednak pojął, że tylko tak mógł zatrzymać ją przy sobie.
Rutyna. Lodowata zimna woda, którą ochlapywał spoconą twarz. Kilka ruchów ręką, by zmienić koszulę, kilka, by zapiąć stalowy napierśnik. Szklanka wody i zeschła kromka wczorajszego chleba. Ręka sięgająca po miecz stojący w rogu komnaty. Jeden rzut okiem na ostrze. Ignorowanie własnego odbicia w wypolerowanej klindze.
…
- Wyglądasz jakbyś potrzebował się napić – oznajmił Varric stawiając przed nim kufel piwa. Fenris jedynie skinął głową. Miał za sobą męczącą noc i jeszcze gorszy dzień. Od przypadku brał zlecenia, jakie dawała mu Avelina. Poprzedniego wieczoru dołączył do gwardzistów patrolujących zaułki Dolnego Miasta. Koteria robiła się coraz bardziej bezczelna. Wczorajszej nocy uliczki doków spłynęły krwią. Fenris zakończył swoją zmianę z paskudnym sińcem pod prawym okiem. Spał zaledwie trzy godziny. Nie był jeszcze całkiem przytomny, gdy do jego rozpadającej się rezydencji wpadła zziajana Orana, prosząc by zainterweniował.
Jak zwykle źródłem problemów był Carver a raczej jego notoryczne pijaństwo. Fenris nigdy nie wylewał za oszywkę, ale musiał przyznać, że młody Hawke przeginał. Gdyby nie pomoc Varrica, który pilnował za niego interesów rodzinnych Amellów, elf przypuszczał, że chłopak skończyłby, jak Gamlen, wiecznie pijany, bez grosza przy duszy, w jakiejś zatęchłej norze Dolnego Miasta.
Wojownik spędził całe przedpołudnie niańcząc przyjaciela, słuchając jego wybuchów gniewu i szlochów. Jakby samo patrzenie na tą twarz, tak podobną do ukochanej kobiety nie była dla elfa udręką. Nie, musiał jeszcze słuchać bełkotu pijaka, łez wylewanych za zmarłą siostrą i zaginioną matką, która zniknęła, bez śladu, w parę tygodni po śmierci Marii. Nikt nie znał jej losu, szukano jej ale po pół roku uznano za zmarłą. Carver został sam. Ironia losu. Zawsze chciała wyrwać się spod opiekuńczych skrzydeł rodziny, wyjść z cienia wszechwładnej bohaterki Kirkwall. Teraz, gdy pozostał sam na estradzie, wydawał się bardziej zagubiony niż kiedykolwiek. Fenris go nie winił. Sam czuł się podobnie, a może nie całkiem. Dla niego wszystko, co zdarzyło się od tamtej tragicznej nocy ciągle wydawało się nierealne, jakby rzeczywistość była tylko chorym snem jego zmęczonego umysłu.
- Ciężki dzień?
- Ciężki dzień, ciężka noc – ciężki rok, albo dwa – dodał w myślach.
- Hej, wybierzesz się ze mną do Juniora? - - Varric nigdy nie nazywał Carvera Hawke'iem, chociaż byłoby to zupełnie na miejscu, zwarzywszy, że był jedynym, jaki pozostał.
- Myślę, że powinieneś odpuścić – mruknął elf znad kupla.
- Kolejny pijacki wybryk?
Fenris nie skomentował. Varric doskonale zdawał sobie sprawę ze stanu, w jaki potrafił wprawić się Junior. Krasnolud ciągle starał się go jakoś pozbierać do kupy, może z czystej życzliwości, może przez wzgląd na Mari.
…
Noc się jeszcze dobrze nie zaczęła, gdy kilku pijanych jegomości nie spodobał się widok białowłosego elfa. Cudowny powód żeby zacząć bójkę. Mogłoby nawet zrobić się interesująco, gdyby do środka nie wparowała nagle Avelina z kilkoma jej podkomendnymi. Pijacy zostali odholowani do lochów w twierdzy.
- Popsułaś nam zabawę – skwitował zajście krasnolud.
Avelina siadła naprzeciw nich mrucząc coś pod nosem.
- Muszę się napić – warknęła w końcu.
Obaj jej towarzysze popatrzeli po sobie, a potem na poirytowaną panią kapitan. Avelina nieświadoma zainteresowania, jakie wzbudziła, zawołała kelnerkę.
- Nora znajdź mi coś mocniejszego, co nadaje się do spożycia.
Chwile potem trzymała w dłonie kubek wypełniony po brzegi rumem. Cierpki zapach trunku przypominał im pewną Rivainkę. Fenris nigdy za nią nie przepadał, ale i on był zaniepokojony nagłym zniknięciem piratki. Varric próbował dowiedzieć się czegokolwiek, ale skończyło się na kilku plotkach i niepotwierdzonych domniemaniach, według których Castilion w końcu ją dopadł lub ona sama postanowiła opuścić Kirkwall w poszukiwaniu nowych przygód. Elf nie tęsknił za nią, chociaż czasem zastanawiał się nad jej stosunkiem do Hawke. Nigdy wcześniej nie sądził, że Isabela mogła być do kogoś przywiązania. Dopiero tamtego popołudnia, gdy oboje stali przed dopalającym się stosem dostrzegł łzy w jej brązowych oczach i przekonał się, że ta beztroska, swawolna kobieta ma również serce, które można złamać.
…
- Mam tego dość – stwierdziła Avelina nachylając się ponad pustym kuflem. Sala tawerny była już niemal pusta, po kątach chowało się kilku stałych bywalców.
- Czym znowu nabruździła ci ta stara jędza?
Pani kapitan spojrzała smętnie po pustych stołach wokół.
- Nie mogę dłużej przymykać oczu na to, co wyprawiają templariusze. Co rusz giną jacyś Stwórcy winni ludzie, których ktoś podejrzewał o sprzyjanie magom. Nie wspominając o tych, których podejrzewano o magię. Jak mam bronić to miasta przed zbirami, skoro oni kryją się w szeregach Zakonu.
Fenris nic nie odpowiedział. Varric pokiwał smutno głową.
- Słyszałem, że pozbyła się Cullena.
- Ponoć dostał jakiś przydział, gdzieś na krańcu świata, ale słyszałem też inne plotki. – Fenrisowi żal było tego rozsądnego i dobrodusznego człowieka. Ostatnimi czasy templariusz popadał coraz bardziej w niełaskę Meredith, sprzeciwiając się jej na każdym kroku. To była tylko kwestia czasu, aż zniknie z miasta.
- Wracam do Fereldenu – oświadczył nagle Avelina wstając zza stołu.
- Jesteś tego pewna? A co z Donicem? – Wszyscy wiedzieli o jej nieszczęśliwej miłości. Kiedyś nawet próbowała z nim porozmawiać, ale skończyło się bardzo niezręcznie.
Kobieta popatrzyła na elfa zmęczonymi oczami.
- Co z nim? Nie słyszałeś? Żeni się. – Odwróciła głowę, ale i tak dostrzegł wyraz jej twarzy, zniechęcenia, beznadziei, samotności.
…
Poruszając się w górę po kamiennych stopniach, minęła go spora grupa templariuszy. Patrzyli na niego uważnie, ale nie zdecydowali się go zaczepić. Zapewne zauważyli pokaźnych rozmiarów miecz na jego plecach. Teraz każdy na kogo padł cień podejrzenia o sprzyjanie magom lądował w lochu. Dziedziniec Kręgu roił się od wyciszonych. Ulice patrolowali templariusze o wiele liczniejsi niż gwardziści. To dlatego Anders nie wyściubiał nosa ze swojej kliniki, w obawie, że ktoś go wreszcie wyda, gdy tylko wypełznie na powierzchnię. Fenris słyszał od Varrica, że kilkakrotnie templariusze przetrząsali klinikę, ale jakoś zawsze przeklętej abominacji udawało się ukryć. Gdyby nie krasnolud, elf nawet nie wiedziałby, czy mag wciąż jeszcze żyje. Ostatni raz widział go, gdy wspólnie z Carverem szukali Merrill. Głupia, naiwna elfka. Znaleźli jej ciało w starej świątyni, nad jej zwłokami czatowała paskudna abominacja.
…
Zdając się całkowicie na swój zmysł, powoli uchylił drzwi do swojego pokoju. Coś było nie tak, czuł zmianę w atmosferze tego miejsca. Nie umiał dokładnie tego uchwycić, opisać, ale coś ciężkiego wisiało w powietrzu.
Ostrożni zajrzał do wnętrza. W środku zdołał dostrzec jedynie wiotką postać kobiecą. Po szczupłej sylwetce domyślał się, że to była Orana. Carver pewnie znów się do niej dobierał po pijaku, w takich wypadkach elfka chroniła się tutaj.
Wsunął się do wnętrza i… jego znaki nagle rozbłysły wyczuwając magię, ale było już za późno. Glif rozciągnięty pod jego stopami zamigotał jasno, unieruchamiając go skutecznie. Fenris parsknął gniewnie. To było bardzo nierozważne. Przez ostatnie lata stracił całkiem czujność. Nie to żeby Danarius choć raz dał o sobie znać od czasu śmierci Hadriany.
Kobieta podeszła do niego. W jej dłonie jasne światło rozjarzyło się oświetlając jakby znajomą twarz.
- Pamiętasz mnie Leto?
Zielone oczy, rude włosy, szata magistra.
- Verenia – wysyczał, poznając twarz ze strzępków wspomnień. Nieuniknionym było, że wraz z nimi przypomniał sobie tamtą piękną, cudowną noc, gdy na moment wróciła do niego przeszłość. Złote, drobne ciało Hawke rozciągnięte pod nim. Miękka skóra, brązowe włosy rozsypane wokół jej głowy, karminowe usta, szarozielone oczy lśniące pożądaniem.
Magini podeszła do niego, ostrożnie by nie nadepnąć na glif.
- Myślałeś, że możesz żyć sobie tutaj w spokoju, nie płacąc za błędy przeszłości?
Nie mógł jej odpowiedzieć, ale nawet gdyby mógł, nie wiedział co. Niewiele pamiętał. Uderzyła go jednak niesłychana nienawiść promieniująca od kobiety stojącej cale od niego.
- Wiesz chociaż na co nas skazałeś, mnie i matkę? - Wysyczała wyciągając dłoń przed siebie tak, że światło płonące ponad jej palcami oślepiało go teraz.
- Wolność, powiedziałeś. Nie było nic prócz rozpaczy, głodu i śmierci.
Elf zdołał przymknąć powieki, chroniąc oczy przed bolesnym światłem i jeszcze boleśniejszym widokiem jego siostry, w szatach uczennicy magistra, z wyrazem pogardy malującym się na jej szczupłej twarzy.
- Wolność – powiedziała – jest nie dla ciebie, niewolniku. Zwrócę memu mistrzowi zaginioną własność.
Zza jego plecami zaroiło się od łowców. Glif tracił już moc, ale było za późno. Pierwszy cios padł w potylicę nim czar całkiem prysł, posyłając Fenrisa na klęczki. Kolejny cios w głowę i obraz przed jego oczami zaczął ciemnieć.
Tracąc przytomność wojownik pomyślał, że może jednak powinien napisać do siostry trzy lata temu, kiedy Hawke go do tego namawiała. Czekanie aż Danarius uczyni pierwszy krok okazało się błędem.
….
-Fen…
- Nie ruszaj się Hawke, nie ruszaj się…. – Isabela biegnij po Andersa!
- Fen… - wilgotna od krwi dłoń zaciśnięta na jego koszuli.
- Venhedis, nic nie mów... – z jej piersi wyzierał stalowy grot, połyskujący złowrogo w blasku gwiazd. Zapach magii mieszał się z wonią krwi.
- Nie boli – wymruczała, jakby zdziwiona tym faktem. Jego spokój załamał się, pozwalając panice zalać go gorzką falą.
- Mari…! - jej rzęsy zatrzepotały.
- Mari…!
…
Byli już kawał drogi za miastem, gdy odzyskał na dobre przytomność. Trzymano go w klatce, ustawionej na wozie, ciągniętym przez jednego woła. Z tyłu za furą maszerowało ze dwudziestu strażników. Dostrzegł też dwóch magów. Gdzieś z przodu doleciał go zgrzytliwy głos Vereni. Dziwne, ale nie czuł już potrzeby walki, wszystko się w nim wypaliło.
Trakt wiódł przez nagie, kamieniste pagórki. Słońce prażyło niemiłosiernie. Niebo było krystalicznie czyste, dlatego zdziwił się, gdy padł na niego cień.
Wół ciągnący wóź, zaryczał przeciągle i szarpnął się w bok. Woźnica zaklął siarczyście. Dwaj żołnierze idący bezpośrednio za wozem unieśli głowę ku górze. Ich wpół przerażone, wpół zdziwione okrzyki wyrwały go z półsnu.
W koło nagle zrobiło się całkiem głośno. Słyszał donośny głos Vereni, w którym rozpoznawał strach. Obok wozu eksplodowała kula ognia. Wół oszalał, wóz skręci w prawo i osunął się ze zbocza. Klatka z więźniem zsunęła się i pokoziołkowała w dół, lądując w płytkim jarze. Stąd Fenris mógł podziwiać atak rozsierdzonego smoka.
Purpurowa bestia wzięła sobie na cel karawanę. Elf przez chwilę rozróżniał postać Vereni ochraniającej się przed ognistym podmuchem bestii. Smok zakołował nad karawaną w rozsypce i zioną ogniem, przelatując nisko nad zdębiałymi ze strachu najemnikami. W mgnieniu oka cała kolumna uzbrojonych po zęby ludzi zmieniła się w dymiące zgliszcza. Sczerniała postać jego siostry pozostała niczym przestroga dla przyszłych wędrowców. Smok opadł ciężko na ziemię. Jednym kłapnięcie uzbrojonej w szerokie zębiska paszczy, rozszarpał kwiczącego wołu. Podobny los spotkał kilka ciał nie całkiem spalonych.
Fenris patrzał obojętnie na smoczą ucztę.
Olbrzymi zwierz w końcu nasycił się. Parsknął przeciągle, po czum zwrócił swój gadzi łeb w stronę uwięzionego elfa. Zmrużył swoje żółte ślepia przyglądając mu się niby z ciekawością, było w nim coś znajomego.
Elf nie poruszał się, mając nadzieję, że smok dojdzie do wniosku, że jest czymś niejadalnym. W obecnej sytuacji , w klatce, bez miecza niewiele mógł zrobić.
Bestia powoli zaczęła dreptać w jego stronę, niezgrabnie schodząc w dół zbocza, podpierając się skrzydłami.
A więc to koniec – pomyślał wojownik, patrząc w bystre ślepia potwora.
Smok wyciągnął do niego spiczasty szpon, pragnąc najwyraźniej wyłuskać go z metalowej klatki. Bardzo precyzyjnie pochwycił dwa pręty, rozginając jeden po drugim.
A potem stało się coś czego Fenris w ogóle się nie spodziewał. Nagle potężny podmuch wiatru uniósł tumany pyłu, drobnych liści i kamieni z dna wąwozu. Wszystko to utworzyło wir wokół smoka, który po chwili znikł. Lyrium pod jego skórą zaczęło reagować na magię unoszącą się w powietrzu. Gdy wszystko opadło, w miejscu potwora stała szczupła kobieta w łuskowym, skórzanym gorsecie przypominającym zbroje, z długimi, siwymi włosami splecionymi w masywne rogi, jej żółte oczy zdawały się skrywać niewypowiedzianą głębię.
- Flemeth? – wysyczał elf, wysuwając się powoli z pomiędzy rozgiętych prętów.
- Ileż to lat minęło, hm… a ty ciągle w okowach, niewolniku.
Fenris nic nie odparł, nie miał zamiaru rozgniewać kobiety-smoka, która właśnie ocaliła go. Nie ważne, że przyjął to z niejakim rozczarowaniem.
- Powinienem…. Powinienem podziękować za … - skinął głową ku ścieżce, gdzie unosił się dym z tego, co zostało z ludzi Danariusa.
- Powinieneś to zrobić, oj tak, powinieneś… a może nie… sama jeszcze nie wiem… wszystko jest takie zamglone – mruknęła Flemeth, przyglądając się mu badawczo.
- Czego chcesz w zamian? – zapytał nie mając cierpliwości do enigmatycznej wypowiedzi, z których słynęła wiedźma.
Czarownica zaśmiała się krótko, po czym spoważniała, przeszywając go spojrzeniem.
- Jak zawsze rzeczowy. Ha, niech i tak będzie. – Uniosła twarz do słońca, przymykając oczy. Potem znów popatrzyła na niego. – Co byś dał żeby ją odzyskać?
Nie musiał pytać o kogo chodzi, oboje to wiedzieli. Oboje też znali odpowiedź. Wszystko.
- Mogę ci w tym pomóc.
- Dlaczego?
Flemeth przekrzywiła głowę spoglądając to na niego, to za niego, gdzieś w przestrzeń.
- Jej śmierć spowodowała chaos, wszystko runęło, jak domek z kart… - mruknęła tajemniczo. – Równowaga została… zakłócona.
- Czemu teraz?
- Eh, pytania, pytania… myślisz, że zmiana ścieżki przeznaczenia to coś prostego? Nawet dla mnie… potrzebna jest olbrzymia dziura w Zasłonie… i nie tylko… mnóstwo krwi… mnóstwo istnień…
Fenris zmarszczył brwi. Nie podobało mu się to, ale dawno zdał sobie sprawę, że dla cofnięcia tego, co się stało był wstanie zaprzedać duszę demonowi. Kto wie, może właśnie to robił.
- Czego potrzebujesz?
- Twojej krwi i… być może twojego życia…
Spojrzała na niego uśmiechając się drapieżnie. W jej dłoni błysną mały sztylet.
- Zgoda.
6
