Słońce mocno przypiekało, gdy wspinał się po stopniach wiodących do świątyni. Mijał gromady wiernych śpieszących na popołudniowe modły. Za plecami pozostawił zalany słońcem plac, gdzie w centralnym punkcie stał pomnik upamiętniający Czempionkę Kirkwall. Fenris nigdy nie był w stanie zdusić ironicznego chichotu, gdy patrzał na kamienny posąg Hawke ubranej w szaty kręgu. Ta propaganda była bezsensowna. Nie był tajemnicą fakt, że Mari Hawke była apostatką.
…
Elf wstąpił w chłodne wnętrze świątyni. W ławkach przed nim zasiadali ludzie, z głowami pochylonymi do modlitwy. Z wysokiego podestu, spod stóp oblanego złotem posągu Andrasty, melodyjny i ciepły głos Ealthiny głosił światu słowa Oblubienicy Stwórcy.
Oczy Fenrisa przebiegły rząd ław w bocznej nawie, jakby spodziewał się tam zobaczyć białą zbroję i kasztanowe włosy przyjaciela. Gdyby Mari żyła nigdy nie pozwoliłaby mu ruszyć samotnie na karkołomną wyprawę, która zakończyła się publiczną egzekucją na głównym placu Starkhaven. Ale jej już nie było, tak jak wielu innych...
…
Fenris wsunął się w boczną nawę, a stamtąd wąskim przejściem wiodącym za głównym ołtarzem, do wewnętrznej części sanktuarium. Pod jego sfatygowaną i zakrwawioną zbroją, na szyi spoczywał medalion Flemeth. Rzecz bardzo dziwna, uczyniona ze smoczych łusek, włosów i piór. Amulet musiał zawierać silne zaklęcie. Przy każdym kroku niekomfortowo ocierał się o jego skórę sprawiając, że lyrium pulsowało nieprzyjemnie. Elf zacisnął zęby, jeśli to miało pomóc odzyskać mu to, co stracił, był zdolny znieść znacznie więcej, zapewne będzie zmuszony znieść więcej. Flemeth niewiele mu wyjaśniła. Powiedziała, że jest zdolna poprzez rozdarcie w zasłonie przeciągnąć go wstecz, tak by miał czas zapobiec nieszczęściu. Teraz, gdy o tym myślał wydawało mu się to całkiem niedorzeczne, ale gdy patrzał w żółte oczy wiedźmy był skłonny uwierzyć. Instynkt podpowiadał mu, że to jedyna szansa naprostować skrzywioną rzeczywistość.
…
Korytarz był pusty i ciemny. Fenris był przekonany, że zdoła się wsunąć niepostrzeżenie. Tymczasem, gdy był w połowie drogi, jego wrażliwe uszy wychwyciły dźwięk ostrożnie stawianych kroków. Ktokolwiek nadchodził, podobnie jak elf nie chciał przyciągać uwagi.
Wojownik wsunął się w wąską niszę, w której umieszczono niewielki posąg Andrasty. Zdmuchną świecę palącą się u stóp rzeźby i skrył się w mroku. Nie pozostał tam jednak długo. Dosłyszał znajomy szelest materiału, do jego nozdrzy dobiegł zapach ziół, lyrium i stęchlizny Mrokowiska. Dłoń elfa wystrzeliła z cienia chwytając mijającego go osobnika za pierzasty kołnierz.
- Co ty tu robisz? – warknął elf, przyciskając do ściany śmiertelnie bladego czarodzieja.
Anders czuł się bardzo niekomfortowo, można było to poznać po jego zachowaniu. Drżące dłonie, rozbiegany wzrok.
Fenris obrzucił go pobieżnym spojrzeniem, nim puścił jego płaszcz i pozwolił abominacji odkleić się od ściany, do której go przyparł.
- Mam tu swoje interesy – warknął mag, spoglądając wrogo na elfa. To prawda nigdy nie byli przyjaciółmi, gdy Hawke jeszcze… przy niej, zachowywali względny spokój. Bez niej nie musieli nawet udawać, że się tolerują.
- Przyszedłeś się wyspowiadać? – sarknął Fenris.
- Nie wszyscy zgadzają się z traktowanie magów, jak niewolników.
- Nie masz pojęcia o niewoli – warknął elf.
Anders zerknął za siebie. Jego twarz była nadal spięta. Wyglądał, jak cień samego siebie. Wychudły, z potarganymi włosami i podkrążonymi oczami. Na dalsze złośliwe uwagi wojownika wzruszył tylko rękami.
- Nieważne – mruknął z rezygnacją, odwracając się do elfa plecami.
Fenris nie zatrzymywał go. Poruszając się w przeciwnym kierunku, nieprzyjemne podzwanianie medalionu Flemeth skutecznie wygnał z jego myśli nawiedzonego maga.
…
Siedział skulony w jednej z bocznych ław refektarza. Msza w głównej sali zakończyła się już i słyszał z daleka kroki sióstr zmierzających do swoich cel. Wszystkie one musiały przejść przez refektarz. Fenris zastanawiał się, co powie kobietom, gdy odkryją jego obecność. Do środka weszła właśnie Elathina. Jej liturgiczne szaty naszywane złotem połyskiwały w słabym świetle.
- Co to właściwie… - posłyszał jej głos. Nie usłyszał jednak końca. Na samym środku sali, gdzie stał kolejny z posągów Andrasty, w powietrze zaczęła unosić się świetlista mgiełka.
- Anders – wymruczał elf, podnosząc się z siedzenia. Mgła uformowała się w kulę pulsującą powoli bladym, nienaturalnym światłem. Fenris powoli wysunął się z ławy czując, jak lyrium pod jego skórą zaczyna drgać. Podobnie zachowywał się medalion. Cokolwiek się działo, nie mogło to być nic dobrego. Gdy stał już w drzwiach, z zamiarem odejścia, kula spęczniała, wypełniając całe pomieszczenie silnym światłem. Kobiety wokół zaczęły krzyczeć. Fenris postanowił, że najlepiej zrobi wycofując się.
Naraz wszystko utonęło w powodzi światła. Miał wrażenie, że to jasność przenika przez grube mury świątynne, unosi go jakby był piórkiem. Potem jego uszy wypełnił przerażający grzmot mieszający się z piskiem przerażonych mieszkanek Zakonu. Krzyczałby z bólu, gdyby chociaż mógł zwinąć się w kłębek, ale jego ciało wydawało się być bezwładne. Oczami obolałymi od za silnego blasku dostrzegł grudki ziemi. Nie, to były fragmenty kamieni wirujące wokoło. Cały świat rozpadał się na jego oczach. Fala cierpienia zalała go tamując oddech, przez chwilę wydawało mu się, że ktoś stara się go wepchnąć w zbyt mały otwór. Coś okryło go ściśle, wessało, posyłając głębiej w mrok, gdzie nie było już przerażającego grzmotu, krzyków, bólu i światła.
…
Obraz okrytej cieniem komnaty, szerokie rzeźbione łoże, czerwone zasłony, skulona postać kobiety okrytej jedynie prześcieradłem.
- Proszę nie odchodź – mówiły jej szare oczy.
Patrzał jak zahipnotyzowany, gdy w koło niego wszystko się zmieniało, przekształcało. I po chwili stał już w szerokiej, jasno oświetlonej sali ze złoconymi lustrami i mozaikami na podłodze. Echo jego przeszłości. Wszystko tak dokładnie odtworzone, że zmroziło mu krew w żyłach. Przy marmurowej kolumnie stała jasnowłosa kobieta o błękitnych oczach. Nie pamiętał jej, czy to jedna z niewolnic?
- Proszę idź już, uciekaj – w jej głosie brzmiała desperacja. – Idź…
…
- Dumacie dopomóż – usłyszał nad sobą młody, męski głos. Ciepło emanowało gdzieś z bliska, wyrywając obolałe ciało z nieistnienia.
- Musisz to przełknąć, słyszysz mnie? – Głos wydawał się dobiegał gdzieś znad niego, chociaż Fenris nie miał pojęcia czy stoi, leży, a może siedzi.
- No Marcus, nie daj się, nie możesz… - w głosie słychać było desperację.
Zaczerpnął powietrza. Wydawało mu się, że nie oddychał od wieków. Doleciał go zapach ziół i lyrium. To nie mogą być jednak klinika Andersa, nie czuł zapachu zgnilizny i pleśni, a głos, który rozpaczliwie wzywał go do przebudzenia nie był głosem maga.
Gdy Fenris otworzył wreszcie oczy, przed nim zamazany obraz pokoju skakał, przesłoniony ciemnymi plamami. Po chwili był już w stanie dostrzec szczegóły. Znajdował się bogato umeblowanym komnacie. Czerwone story na oknach nie przepuszczały światła. Na kominku płonął ogień. Zapach medykamentów mieszał się z dymem. Nad nim pochylał się młody mężczyzna, zaledwie na progu dorosłości. Jego wielkie bursztynowe oczy patrzały na niego ze strachem.
- Marcus!?
Fenris poruszył powoli głową. Wziął głęboki oddech, jeden i drugi. Naprężył mięśnie. Czuł się obolały, zastany, słaby.
- Na wszystkich Bogów, ale mnie nastraszyłeś. – Obcy opadł na posłanie tuż obok niego, rękawem otarł spocone czoło. – Nie rób tego nigdy więcej, ja nie wiem… nie wiem, co bym bez ciebie zrobił… - Chłopak pochylił się w przód, twarz zakryła mu fala blond kędziorów.
To że chłopak tak po prostu się rozkleił przy nim nie zdziwiło go. Nie zdziwiło go to, że leżał w szerokim łożu z baldachimem, odziany w jedwabie. Zdziwiło go to, że chłopak mówił do niego płynnie w Taven, z akcentem jakiego nikt, kto nie urodził się w imperium nie byłby w stanie się nauczyć. Elf zacisnął mocno oczy. Czy była tok kolejna sztuczna Danariusa? Znienawidzony mag bawił się jego kosztem? Medalion uwieszony na jego szyi zadrgał. Machinalnie chwycił go poprzez delikatny jedwab koszuli. A więc to nie sen.
Podniósł się powoli. Chłopak przestał łkać, spojrzał na niego wielkimi, wilgotnymi oczami.
- Co… się stało? - Wyrwało mu się nim zdołał się powstrzymać i odkrył, że nawet jego głos jest inny.
- Twój eksperyment… nie wiem co… Marcus…- zaczął nieznajomy. – Cokolwiek robiłeś… musisz przestać, to cię w końcu zabije…
Fenris wygramolił się ze sterty poduszek i kaszmirowych pledów. Postawił nogi na posadzce.
- Nie powinieneś…
Wstał, nie zwracając uwagi na protesty chłopca. Teraz dopiero czuł słabość mięśni. Cokolwiek mu się stało, nie wiedział, czy to również nie przyćmiło jego rozumu, uszkodziło jego pamięci. Pokój wydawał się trochę znajomy, miał rozmiary takie, jak sypialnia w jego rozpadającej się rezydencji. Stylem umeblowania przypominał komnaty domu Hawke.
Hawke! To jedno imię posłało impuls w całe jego ciało. Zaczął powoli przesuwać się pomiędzy przedmiotami. Wysokim biurkiem zasłanym książkami, na wpół otwartą szafą. Masą menzurek i flaszek ustawionych na stołach wokół. Ignorował wystraszonego jego zachowaniem towarzysza.
Co się właściwie działo, gdzie był, i najważniejsze, gdzie była Hawke? Czy w ogóle była?
Zamarł przed wielkim zwierciadłem. Zakręciło mu się w głowie i chwycił się rzeźbionej ramy. Powoli podniósł oczy na swoje odbicie. Z lustra patrzył na niego… człowiek. Wysoki, szczupły, nie więcej niż trzydziestoletni. Odziany w bogate stroje, takie jak nosili arystokraci Kirkwall. Dłonią przesuną po tafli lustra, potem uniósł ją do swojego oblicza, ciągle nie wierząc. Miał pociągłą twarz, prosty klasyczny nos i oczy koloru topazu. Ciemnobrązowa fala włosów opadała mu na ramiona. Wziął głęboki oddech spoglądając na swój podbródek, przedramiona, dłonie. Nie było widać lyrium. Znikły tatuaże, zastąpione złocistą opalenizną gładkiej skóry. Och, ale czuł w palcach mrowienie, jego ciało nie było takie słabe, jak się zdawało. Czuł w sobie spory zasób energii. Śpiewała do niego, podzwaniała cicho, płynęła w jego żyłach. Lyrium musiało się skryć gdzieś głębiej. Ciągle jednak było gotowe na jego wezwanie. Ta myśl uspakajała.
- Marcus? Może lepiej wezwać uzdrowiciela?
Chłopak stał za nim, teraz widoczne było podobieństwo. Te same rysy twarzy, ten sam kolor oczu, jedynie włosy miał jaśniejsze. Syn, brat czy kuzyn – zastanawiał się Fenris.
- Gdzie jesteśmy – zapytał odwracając się nagle tyłem do lustra. Jego oczy przeskanowały pokój w poszukiwaniu jakiejś broni. Jego miecz nie udał się w podróż wraz z nim.
- Co?
- Gdzie jesteśmy? – warknął. Usiadł na fotelu i zaczął zakładać wysoko sznurowane buty. Jego elfie ciało było przyzwyczajone do chodzenia boso, miał wrażenie, że to ciało nie było.
- Górne Miasto – bąknął chłopa nieco zbity z tropu.
Fenris wziął głęboki oddech. Na krześle leżał długi płaszcz, obszyty futrem. Najwyraźniej należał do tego „ciała" bo pasował idealnie.
- Który dzisiaj?
- Dwudziesty piąty Eluviesta.
Fenris zmarszczył brwi, miesiąc Smoka, więc środek zimy.
- Który rok? – warknął, podchodząc do kominka, nad którym wisiał szeroki miecz jednoręczny wraz z pięknie zdobionym pasem. Fenris zdjął go z haków, przyjrzał się ostrzu. Nie było najostrzejsze, ale na razie musiało wystarczyć.
- Marcus? Zachowujesz się… co najmniej dziwnie…
- Który rok? – Zapytał przypinając pas z mieczem.
Chłopak mrugnął kilka razy.
- Który!?
- 9. 37
Fenris zamarł. Dwudziesty piąty, trzeciego miesiąca trzydziestego siódmego roku ery Smoka. Spojrzał na zdezorientowanego chłopca, potem podszedł do okna, odgarnął zasłony. Ostatnia zorza wieczorna gasła purpurową smugą na niebie. Do jego uszu dobiegł dźwięk dzwonu Świątyni wzywającego na wieczorne modły.
- Hawke – wyszeptał zaciskając dłoń.
To był ten dzień, to był ten zmierzch. Ona była tam, nieświadoma czającej się w zaułkach zagłady. Pchnięty ślepym strachem wybiegł przez drzwi, goniony przez wystraszonego chłopaka. Nie miał czasu by powiedzieć mu żeby został, kazać mu się odczepić. Nie miał ani chwili do stracenia. Hawke tam była, czekała na swoją zgubę w ciemnej uliczce Dolnego Miasta, a on miał do pokonania kawał drogi jeśli chciał ją uratować.
…
Nie był tu od tamtego strasznego wieczoru, instynktownie omijając miejsce, które przynosiło ze sobą okrutne wspomnienie, pamiętał jednak każdy najdrobniejszy szczegół. Zaniedbany magazyn po prawej. Porozbijane szyby w oknach pobliskiego domu. Pijaka śpiącego na schodach wiodących do Mrokowiska. Puste skrzynie leżące w kącie. Z oddali dobiegło go wycie psa, a potem cisze przeszył dźwięk zgrzytającego metalu i skowyt rannych. Włosy zjeżyły mu się na karku. Przyśpieszył, chociaż jego pożyczone ciało nie było tak silne i wytrzymałe, jak tego oczekiwał. Gnał, z trudnością łapiąc oddech.
Jeszcze dwa kroki i wypadł na niewielki skwer. Głębiej w mroku uliczki po prawej połyskiwała biała tunika Isabeli, dosłyszał też śmiech Varrica.
Obrócił się w bok patrząc poprzez plac. Zamarł widząc kobietę, która stała w przeciwległym końcu dziedzińca. Jego wspomnienia o Mari wydawały się blednąć w porównaniu z jej osobą, oddychającą, żywą, energetyczną.
Patrzał na nią nie zwracając uwagi na promieniującego bladym blaskiem elfa, który wyciągał dłoń ku mieczowi zawieszonemu na plecach. Znał każdy ruch, sekunda po sekundzie. Czuł się tak, jak nie raz w koszmarnym śnie, oglądając wszystko z boku. Trzech napastników umknęło bełtom Bianki. Czuło się wyraźnie Pustkę otwierającą się tuż obok. Jeden z łotrów padł na ziemię porażony zaklęciem, drugi wpadł wprost na miecz śnieżnowłosego elfa. Trzeci niespodziewanie obrócił się ku przybyłemu. Fenris miał jedynie sekundę, by rzucić się w tył i uniknąć pchnięcia sztyletem. Był za wolny, to ciało nie reagowało tak, jak jego własne, brakowało mu giętkości. Płytkie zadraśnięcie przedramienia, gdyby miał na sobie swoją zbroję nic by mu nie było. Jego szabla zaświstała w dłoni, trafiając przeciwnika w ramię, ostrze zazgrzytało o skurzany napierśnik. Venhedis, broń była tempa. Szybki unik i jedno cięcie w odsłonięty kark. Łotr padł na ziemię. Ponad ciałem Fenris spojrzał na kobietę.
Mari Hawke stała parę kroków od niego, żywa. Na jej twarzy malowała się ciekawość, uśmiech błąkał się na ustach.
Kątem oka dostrzegł ruch w jednym z ciemnych okien opuszczonego magazynu, za jej plecami. Jego serce przed chwilą całkiem nieruchome podeszło do gardła, zadrgało boleśnie i zaczęło walić z oszałamiającą szybkością, pompując w żyły adrenalinę.
- Uwaga! – krzyknął do Hawke i swojego sobowtóra. Puścił się biegiem w ich kierunku ale wiedział, że jest za daleko. Widział teraz wszystko jakby w zwolnionym tempie. Cień w oknie poruszył się. Coś błysnęło w świetle bladych, zimowych gwiazd. Hawke chwyciła za ramię towarzysza pociągając go w bok i za siebie.
Fenris patrzał wielkimi oczami pełnymi strachu, jak srebrna, pierzasta strzała mknie poprzez powietrze. Był za daleko, był za wolny. Nie! To nie mogło się tak skończyć. Wyciągnął dłoń jakby chciał złapać mknący pocisk chociaż wiedział, że go nie dosięgnie. Gdzieś pod skórą lyrium odpowiedziało wezwaniu. Dłoń cała zalśniła jasnym światłem, i nim Fenris zrozumiał, co tak naprawdę się dzieje, jasna wiązka elektryczności wystrzeliła z palców trafiając wprost w strzałę zmieniając tor lotu tak, że ugrzęzła w ścianie kamienicy, kilka cali ponad głową jego połyskującego lyrium sobowtóra.
…
Z niedowierzaniem spojrzał na własną rękę. To było niemożliwe. Gdyby nie był tak potwornie zdziwiony pewnie kląłby i śmiał się z własnej głupoty. Flemeth jakimś cudem przeciągnęła go w przeszłość i umieściła w ciele jakiegoś… maga. Ironia losu, czy może złośliwość wrednej jędzy?
- Świetny strzał – z szoku wyrwał go kobiecy głos, po to tylko, by znów go doznał, kiedy uniósł wzrok na Hawke zmierzającą w jego kierunku. Jego „ja" z przeszłości postępowało za nią mrucząc kwiecistą wiązankę Tevinterskich obelg pod adresem nieznajomego maga.
- Fen? – Mari obejrzała się przez ramię na swojego towarzysza – czy to jest tevinterski sposób na podziękowanie za uratowanie życia? - Uśmiechnęła się pobłażliwie, jej srebrnowłosy elf zmarszczył jeszcze mocniej brwi patrząc na obcego z wrogością.
- Marcus! Na wszystkie Smoki Imperium, coś ty sobie myślisz wybiegać bez obstawy w środku nocy? – dosłyszał gdzieś zza siebie zziajanego chłopaka, którego już wcześniej widział. Za młodzikiem podążało w ślad czterech uzbrojonych po zęby najemników.
Jego ja z przeszłości warknęło gniewnie. Sam Fenris czuł niepohamowaną chęć walnięcia kogoś czymkolwiek. W palcach czuł mrowienie jakby kolejny ładunek elektryczności chciał koniecznie wydostać się z jego ciała. Nic z tego, wziął głęboki oddech i rozluźnił się.
- Twój przyjaciel spisał się, jak prawdziwy bohater, ratując nas z opresji – Odezwała się Hawke spoglądając na chłopaka, potem przeniosła wzrok na stojącego przed nią maga.
Zamrugał oczami, zastanawiając się, czemu nagle zrobiło mu się bardzo gorąco, potem zimno, świat zaczął skakać mu przed oczami. Dotknął dłonią rany na przedramieniu. Trucizna – pomyślał. Nim zdołał coś powiedzieć osuwał się już w dół.
- Marcus?
Wszystko w koło pociemniało, niejasno zdawał sobie sprawę, że teraz siedzi na bruku, świat przed jego oczami zblakł. Trucizna, to słabe ciało nie miało odporności.
- Marcus? – Panika w głosie chłopca, który starał się potrząsnąć nim.
- Nasz wybawca chyba jest ranny – gdzieś ponad nim głos Varrica.
- To tylko drobna rana, zaraz się tym zajmę.
Przyjemne ciepło rozpłynęło się po drżącym ciele. Uzdrawiająca magia Hawek, poznałyby to uczucie nawet w czeluściach Pustki.
- Więc nazywasz się Marcus? – Jej miękki głos tuż obok.
- Marcus Avicus, ja jestem jego bratem. Wiwiusz. – Z pośród sennej niemocy, jaka go opanowywała usłyszał groźne warknięcie swojego sobowtóra.
- Ja jestem…
- Mari Hawke – wymruczał podnosząc na nią oczy. Tak bardzo brakowało mu tego spojrzenia.
- Fasta Canavarum, to pieprzony magister, rodem z Tevinter – doleciał do niego niebezpieczny niski pomruk elfa, pełen nieukrywanej nienawiści. Dziwnie było patrzeć na siebie samego, jeszcze dziwniej wiedzieć dokładnie, co ten drugi Fenris czuje.
Nie dość, że mag, to jeszcze magister? Flemeth miała zapewne niezły ubaw.
