~o~
Słońce prześwieca przez liście drzew. Zielonkawe światło pada na jej twarz, wyzłaca włosy rozrzucone wokół głowy. Oczy ma zamknięte, nuci pod nosem jakąś melodię. Wiatr porusza gałęziami niosąc ciężki zapach orientalnych kwiatów. Gorąc oszałamia, jak przystało na prawdziwe Tevinterskie lato.
Jej dłoń odnajduje jego palce.
- Mogłabym tak leżeć wieki – w jej głosie słychać cień smutku.
- Z tobą, tak – słowa wypowiedziane jego ustami, ale nie jego głosem…
Zerwał się ze snu tak, jak to bywało zazwyczaj, gwałtownie. Zmierzył otoczenie wzrokiem. To nie był tylko sen. Bogato umeblowany pokój. Zapach książek i lyrium. Spojrzał na swoje dłonie, ani znaku po odciskach wyrobionych przez lata dzierżenia miecza. To nie sen, histeryczny śmiech dusi go, to nie sen. Ale to oznacza, że Hawke… że ona żyje.
Chłopak, którego pamiętał z poprzedniego dnia wsunął się do pokoju.
- Serach Hawke ostrzegała, że możesz długo spać – powiedział stawiając na stole przy łóżku tacę z jedzeniem. – Co cię napadło żeby pakować się w sam środek rozróby?
Nic nie odparł śledząc ruch chłopca.
- Bójki w ciemnych uliczkach powinieneś zostawić takim, jak ona.
Na uniesioną brew chłopak pokręcił głową.
- Za dużo czasu spędzasz w pracowni, założę się, że nawet nie wiesz kim jest Hawke.
Wiedział, doskonale wiedział, ale pozwolił trajkotać chłopakowi licząc, że uzyska więcej informacji o swoim obecnym położeniu.
- No wiesz ,Hawke, jak Hawke Czampionka Kirkwall, pogromczyni Qunari, łowców niewolników i magów krwi.
Fenrisowi przyszło na myśl, że sam może jest łowcą niewolników albo magiem krwi. Z obawą obejrzał swoje dłonie, nadgarstki, przedramiona. Żadnych ran oprócz tej, którą uleczyła Mari.
- Była bardzo miła, jak na jedną z tych zwariowanych Fereldeńczyków, i ma takiego wielkiego zaślinionego psa, powinienem się tego spodziewać…
Chłopak gadał cały czas podczas, gdy Fenris zwlekł się z niejakim trudem z łóżka, narzucił na siebie kaftan i zasznurował buty.
-… I powiedziała, że będą dzisiaj wieczorem w tej śmierdzącej tawernie, gdybyś chciał porozmawiać… czekaj… chyba nie masz zamiaru tam iść… Marcus!
Popołudnie spędził na badaniu „swojej" rezydencji. Dom był ponury, chociaż dobrze utrzymany. Ze służby napotkał tylko gderliwą gosposię i czterech najemników, którzy jak wywnioskował stanowili ich osobistą ochronę. Z bezustannej paplaniny chłopaka dowiedział się, że zamieszkują Kirkawl od paru miesięcy i istotnie pochodzą z Tevinter. Pokoje były w większości puste. Do pracowni, którą wedle słów Wiwiusza rzadko opuszczał, nie miał ochoty wchodzić, zerknął jedynie przez uchylone drzwi. Pomieszczenie było ciemne, w oknach ciężkie story broniły dostępu światła. Na stołach i posadzce poniewierały się szklane naczynia i papiery. W powietrzu czuć było zapach magii. Na szczęście nie zauważył nigdzie zaschniętej posoki.
Po obejściu całej rezydencji, z młokosem dreptającym za nim krok w krok przekonał się, że nigdzie nie widać żadnych niewolników ani oznak magii krwi. W końcu wyjrzał przez okno. Ze zdziwieniem spostrzegł niewielki skwer, z rachitycznymi cyprysami przysłaniającymi wejście do zaniedbanej kamienicy. A to dopiero zbieg okoliczności. Stąd miał widok na tylne wejście domu należącego niegdyś do Danariusa. Wygląda na to, że przez tyle lat mieszkał obok tevinterskiego maga nawet o tym nie wiedząc.
- Marcus, powinieneś się położyć, zachowujesz się dziwnie – oznajmił chłopak mierząc go wzrokiem.
- Powinienem znaleźć coś do ubrania – mruknął patrząc na delikatną jedwabną tunikę, w którą go przebrano.
…
Hawke siedziała przy stole, w rogu Wisielca. Plecami opierając się o chłodną kamienną ścianę. Oczami powracała, co jakiś czas do drzwi. Nie była do końca przekonana, czy tajemniczy mag skorzysta z zaproszenia. Po jego wyglądzie i ubiorze można było wywnioskować, że obracał się w wysokich kręgach towarzyskich. Czemu ktoś taki miałby przyjąć zaproszenie na nocną pijatykę w Wisielcu? Z drugiej strony standardowy członek elity nie włóczył się po dokach nocą.
Jak na zawołanie w jej głowie powstał obraz przystojnego maga o złotych oczach. Sama nie wiedziała co, ale było w nich coś znajomego. Potrzasnęła głową uśmiechając się do swojego, pełnego kufla. Może widziała go gdzieś wcześniej, na jakimś przyjęciu, które urządzali znajomi jej matki.
Zatopiona w myślach nie zwracała uwagi na otaczających ją ludzi.
Mężczyźni właśnie skończyli kolejną partię gry karcianej. Tym razem to kieszeń Andersa odczuła dotkliwie wyjątkową dobrą passę krasnoluda. To zapewne sprawiło, że był dzisiejszego wieczoru drażliwy i naburmuszony.
- I oto czekała z zapartym tchem na swojego rycerza w lśniącej zbroi… – dopiero po chwili dobiegł do niej głos przyjaciela. Pisarz zgarnął na kupkę wygraną i mrugną do niej okiem.
-Tacy jak on nie odwiedzają takich dziur – sarknął elf marszcząc brwi.
- Na szczęście nie zawsze magowie są zmuszani do ukrywania się po norach Mrokowiska z obawy przed „sprawiedliwością" zakonu – stwierdził sucho Anders.
- A powinni – mruknął do siebie Fenris.
- Och, ale mamy humorek dzisiaj – zaczęła się droczyć pirtaka. Fenris odparł na to jedynie wzgardliwym prychnięciem. – Strasznie chciałabym zobaczyć to cudo, które wytrąciło Ponuraka z równowagi.
- Myślę, że jego występ nie tylko elfa wytrącił z równowagi –stwierdził Varric spoglądając wymownie na Hawke bawiącą się kosmykiem włosów.
- Myślisz Anders, że zna ten trik z elektrycznością – zaczęła Rivainka. Mag potrzasnął głową i chwycił za swój kufel.
- To tevinterski mag, zapewne zna dużo lepsze sztuczki.
Isabela uśmiechnęła się szeroko.
- Lepsze niż twoje?
- Abominacja to pestka w porównaniu z tevinterskim magiem krwi – warknął Fenris.
- Od razu zakładasz, że jest magiem krwi.
- Oni wszyscy są.
- Eh, muszę spytać tego Marcusa, czy wszyscy niewolnicy są tacy wyszczekani, czy może z twoją tresurą poszło coś nie tak…
- Nie jestem niewolnikiem – wysyczał Fenris zaciskając dłoń na kuflu.
- Nie bijcie się dzieci…- zaczął Varric czując wzrastające napięcie przy stole, urwał jednak widząc, jak Hawke wstaje i kieruje się w stronę drzwi.
- Czy my czekaliśmy na to ciacho? – wymruczała Isabela wskazując na ciemnowłosego mężczyznę wpatrującego się intensywnie w Hawke.
~o~
Nie musiał szukać jej w tłumie stałych bywalców Wisielca. Znał tą oberżę, jak własną kieszeń, wiedział też, że znajdzie całe towarzystwo siedzące w prawym rogu sali, blisko baru i schodów prowadzących do apartamentów Varrica.
Starał się powstrzymać dzikie bicie serca, gdy wszedł do środka wiedząc, że zachwilę znów ją spotka.
Po całym bólu rozłąki, nieprzespanych nocach, marach na jawie, widzieć ją tam, w tym zaułku, przekonując cały czas siebie samego, że udało się, naprawdę ją ocalił… To była ogromna ulga, a zarazem wielka niewiadoma. Uratował ją, wiedział jednak, że to nie koniec.
Te pierwsze tygodnie po jej śmierci pamiętał, jak przez mgłę, częściej pozostawał w stanie całkowitego otępienia, w jak wprowadzał się alkoholem. Wiedział jednak, że Varric i inni prowadzili dochodzenie. Gdy pozbierał się na tyle by wytrzeźwieć, dowiedział się, że był pewien trop. Strzała z czarnymi piórami nie należała do żadnego z członków gangu. Ktoś inny wykorzystał zamieszanie. Fenris musiał dopaść w swoje ręce zleceniodawcę. Skończyło się jednak na przesłuchaniu jednego ze zbirów, ten podał imię człowieka, który mógł być w to zamieszany. Gdy jednak do niego dotarli, ten już nie żył. Ktoś posprzątał po sobie ślady i to tak dokładnie, że nawet Varric nie był w stanie nic wywęszyć.
Teraz Fenris wiedział, że ma szanse. Ten człowiek, do którego nie zdążyli dotrzeć nadal żył. Mari była tymczasowo bezpieczna, on zaś postanowił za wszelką cenę odnaleźć źródło kłopotów i skończyć z nim raz na zawsze.
Fenris zanurzył się w tłumie pospólstwa ucztującego po ciężkim tygodniu w Wisielcu. Powitały go badawcze, zaciekawione spojrzenia. Powinien pamiętać, że nie był już sobą, w sensie fizycznym. Wszyscy znali opalonego, białowłosego elfa z dziwnymi tatuażami i starali trzymać się z daleka. Do Wisielca wszedł natomiast ciemnowłosy mężczyzna w eleganckim stroju. Jego urodziwa twarz i połysk nowiuśkiego puklerza wyzierającego spod płaszcza przykuwały wzrok nie tylko kobiet.
Niemal odruchowo pośpieszył w kąt, gdzie siedziała menażeria Hawke, w porę przypomniał sobie, że oni nie znają Marcusa i z pewnością nie przywitają go, jak swojego, szczególnie jego ciągle nachmurzona wersja, siedząca obok Hawke.
Marii spostrzegła go. W momencie, gdy ich oczy spotkały się, świat mu się zakołysał. Musiał się opanować, uspokoić. Jeśli miał ją chronić musiał trzymać się blisko, musiał zdobyć jej zaufanie tak, by nie nabrała podejrzeń, co do niego - Fenris prychnął w myślach, mógłby jej wyznać wszystko z ręką na sercu, a ona i tak by nie uwierzyła, nikt by nie uwierzył, dwa dni temu on sam by nie uwierzył.
- Nie sądziłam, że przyjdziesz – powiedziała podchodząc do niego. Obróciła się do baru i zamówiła butelkę wina. Gdy już trzymała ją w jednej dłoni, w drugiej dwa kieliszki uśmiechnęła się przepraszająco.
- To na pewno nie jest to, do czego przywykłeś – oświadczyła wskazując stolik w koncie, gdzie siedzieli Varric i Isabela pochłonięci aktualnie grą, oraz Fenris i Anders wyraźnie zajęci dogryzaniem sobie na wzajem.
- Wieczór w dobrym towarzystwie potrafi uszlachetnić każdy trunek.
- Chyba nie próbowałeś tutejszego piwa - Mimo harmidru panującego w tawernie usłyszał jej zduszone słowa. Uśmiechnął się do niej. Uroczy rumieniec na policzkach Mari sprawił, że poczuł przypływ ekscytacji. Hawke odwróciła się i ze zwykłą dla siebie gracją zaczęła przemieszczać się pomiędzy stołami.
…
Wieczór upłyną mu na słuchaniu i sporadycznie na odpowiadaniu na pytania. Otwarcie ignorował wrogie spojrzenia swojego sobowtóra. Oczywiście wiedział, że taka będzie reakcja Fenrisa-z-przeszłości. Sam był mocno poirytowany faktem, że wylądował w ciele maga i to jeszcze z Tevinteru. Nie zwracał uwagi na zalotne spojrzenia piratki i jej nieprzyzwoite komentarze. Ledwo odpowiadał na pytania Andersa, który usilnie starał się nawiązać kontakt z magiem.
Przez cały ten czas miał oczy tylko dla Mari. Starał się nie być zbyt oczywistym, ale przychodziło mu to z trudem. Każdy jej ruch, każdy uśmiech, słowo, nie uchodziło jego uwadze. Napawał się jej bliskością, grzał się w cieple jej szarozielonego spojrzenia. Byłby kontent do końca świata podziwiać ją, choćby z daleka.
…
- No, chyba pora na mnie – oznajmiła Hawke przeciągając się. – Kto idzie w moim kierunku?
Jej spojrzenie omiotło Fenrisa, zawiesiło się jednak na Marcusie.
Skinął jej głową i podał jej swoje ramie. Hawke zaśmiała się krótko ale przyjęła je. Poczuł, jak drobna dłoń wsuwa się w zgięcie jego łokcia. Oczy kobiety spojrzały w bok na pochmurną twarz elfa. Marcus zauważył smutek przebijający poprzez zwykłą maskę humoru. Ale szybko na jej twarz powrócił delikatny uśmiech.
…
Droga do Górnego Miasta była jednocześnie cudowna i bardzo niekomfortowa. Cudowna, bo wspaniale było muc czuć Mari przy swym boku, jej zapach, ciepło ciała, słyszeć jej głos.
Niekomfortowo, bo dwa kroki za nimi dreptał wrogo nastawiony elf z wielkim mieczem. Fenris miał wrażenie, że w każdej chwili może skończyć z wielkim ostrzem wbitym w plecy. Nie to żeby winił swoje drugie ja.
Gdy minął pierwszy szok po odkryciu, że Felemeth wcisnęła go w ciało maga, Fenris miał ochotę wyć, wrzeszczeć i śmiać się jednocześnie.
- Jesteśmy na miejscu – wyrwała go z zamyślenia Hawke.
Stali przed wejściem do jej rezydencji.
Spojrzała niepewnie na Marcusa potem na zachmurzonego elfa.
- Myślę, że ostatnimi czasy Górne Miasto jest całkiem bezpieczne, ale gdybyś przypadkiem potrzebował eskorty… – spojrzała na elfa.
Fenrisowi wydawało się, że słyszy niskie, gniewne mruknięcie ich towarzysza. Zdusił w sobie bardzo silną chęć buchnięcia śmiechem. Eksniewolnik jako niańka tewinterskiego arystokraty, sama myśl była nie do przyjęcia. Hawke zdawała się również pojąć swą pomyłkę.
Elf stojący obok niej warkną coś, co podejrzanie przypominało jedno z jego ulubionych, soczystych przekleństw w Taven.
- Hawke, muszę chwilę z tobą porozmawiać.
Kobieta wydawała się być zaskoczona. Markus dobrze wiedział o co chodziło. Fenris-z-przeszłości chciał uniknąć niemiłego spaceru w jego towarzystwie.
Nie chcąc dalej zwiększać dyskomfortu psychicznego eksniewolnika z długim mieczem, pożegnał się grzecznie. Nie to żeby jego dyskomfort był jego priorytetem. Gdzieś tam, w mroku czaił się morderca. Mari nie była bezpieczna puki on żył.
Kierując się do siedziby zamieszkiwanej przez braci Avicus, roztrząsał w pamięci to co działo się po śmierci Hawke. Niestety nie wiele tego było. Dni spędzał przeważnie pijany, obojętny na wszystko w koło. Śledztwo prowadzone przez Varric i Avelina doprowadziło ich do podejrzanego sprzedawcy różnych specyfików, który został znaleziony martwy. Wszystko co mieli to srebrna strzała, wyjątkowa perfidna trucizna i trup. Ślad się urwał.
Teraz jednak Fenris był o krok od mordercy i o krok od ekipy Hawke, wiedział gdzie szukać pokątnego zielarza, i jeśli dobrze kalkulował miał dużą szansę znaleźć go ciągle żywego.
Drodzy czytelnicy, już w trakcie pisania tego rozdziału objawił mi się pewien problem. Otóż, mamy Fenrisów dwóch. Zamierzam prowadzić narrację z punku widzenia obu i może to wprowadzić trochę bałaganu.
Główny bohater elf zapakowany w ciało Markusa Avicusa o sobie zawsze myśli per Fenris. Dlatego jeśli narracja prowadzona jest z jego punktu widzenia będzie on nazywany Fenrisem.
Gy narracja toczy się z punktu widzenia Hawke lub każdego z jej menażerii główny bohater będzie zawsze tytułowany Markusem.
Czy ma to dla was jakiś sens?
Aha, będę wdzięczna za jakiś odzew. Potrzebuję silnego kopa żeby dokończyć to opowiadanie, więc... zostawcie coś po sobie.
Inveleth.
