Drobny chłopiec, jeden z kurierów Varrica, zapewnił im popołudniową rozrywkę. Malec wpadł zziajany do Wisielca, ze świstkiem w dłoni. Krasnolud rzucił okiem na papierek, na jego twarzy pojawił się grymas.
- Łowcy niewolników na wybrzeżu – stwierdził sucho, rzucając karty na stół.
Dwóch ich towarzyszy, Fenris i Marcus, poderwali się od stołu. Obaj mierząc się wzrokiem, z zawziętością wymalowaną na twarzach.
- Jacyś twoi znajomi? – warknął Fenris.
Marcus obdarzył go grymasem, którego nawet ponury elf by się nie powstydził.
- Raczej ofiary – padła odpowiedź.
...
- Ha, najwyraźniej nasz nowy przyjaciel ma tyle samo sympatii dla łowców, co Fenris – skwitował krasnolud stojący obok niej.
Hawke miała problem ze skupieniem uwagi, wzrokiem podążała za dwiema figurami uwijającymi się pomiędzy grupą najemników.
- To nie jest standardowa strategia dla maga – oświadczyła, patrząc za Marcusem, który zaskakująco dla wszystkich, walczył w centrum, szablą. Od czasu do czasu częstował wrogów wyładowaniami elektrycznymi, zbijając ich z tropu. Srebrzyste iskry tańczyły na ostrzu jego broni, przeskakiwały pomiędzy napastnikami, wyrywając z ich ust wrzaski bólu. Trochę dalej, w prawo Fenris siał pogrom swoim olbrzymim ostrzem.
- Może i nie, ale jakie to widowiskowe – podsumował Varric, gdy ostatni ze stojących na nogach łowców został poczęstowany elektrycznością, a potem Fenris odseparował jego głowę od reszty tułowia.
- Ehm, czuję się niepotrzebna – skwitowała Isabela, pojawiając się obok. Jej ostrza były zakrwawiona, ale ona sama nie była nawet spocona. – Nie zostawili mi nic do roboty.
Piratka westchnęła teatralnie. – Przynajmniej było na co popatrzeć.
- Wy tewinterczycy nie jesteście zbytnio przyjacielscy dla swych rodaków – zawołał Varric, zabierając się do przetrząsania sakw pokonanych wrogów.
Oczywiście Hawke wiedziała, co zaraz usłyszy. Fenris wyraźnie akcentował, że nie ma nic wspólnego z zepsutym społeczeństwem Tevinter.
- Nie jestem tewinterczykiem – usłyszała słowa wypowiedziane jednocześnie przez Fenrisa i Marcusa. – Pochodzę z Seheronu – dokończyli.
Spojrzała na nich, chcąc stwierdzić, czy to jakiś żart. Obaj mężczyźni patrzeli na siebie spod mocno ściągniętych brwi. W oczach Fenrisa widziała irytację i zaskoczenie, na twarzy Marcusa malowało się coś, jakby rozbawienie.
Po chwili usłyszała mruczenie Varrica.
- No, to robi się coraz dziwniejsze.
…
- Nigdy nie przyszło mi do głowy używać w ten sposób magii – przyznała Hawke.
Szli w stronę miasta, wąską ścieżką między klifami. Słońce przeświecało przez nisko wiszące chmury. Chłód ciągnący z gór był mniej odczuwalny na wybrzeżu, a wiatr osuszył kałuże na ich drodze. Na dodatek sprawnie uporali się z dużą grupą łowców niewolników i tym samym ocalili kilka niewinnych istnień od widma niewolnictwa.
Fenris odczuwał zadowolenie. Tym bardziej, że obok niego szła Hawke, wesoła i równie zadowolona z siebie. I żywa – dodał w myślach.
- Nie wiedziałam, że tak dobrze władasz bronią.
Fenrisu odgarnął z twarzy włosy. Nadal nie do końca przywykły do ich długości i koloru.
- Nie lubię polegać na magii.
Z tyłu dobiegło go gniewne prychnięcie. To jego sobowtór podążając za nimi dawał upust swemu niezadowoleniu. Mag udał, że go nie słyszy. Nie winił swojej kopi z przeszłości za takie zachowanie. W normalnych warunkach byłby wściekły. Utkwić w ciele maga i to tevinterskiego, o którym nic nie wiedział, to było ciężkie do przełknięcia. Cały czas musiał przypominać sobie, o co toczy się stawka. Łatwiej było, gdy patrzał na Marii. Widok jej promieniejących radością życia oczu uspokajał go, zacierał obraz jej bezwładnego ciała, jakie tuli do siebie, z grotem wystającym groteskowo z piersi.
- To musiało wymagać wiele wysiłku. Ja spędziłam wieki żeby opanować podstawy – tutaj Hawke obróciła lekko głowę, szukając wzrokiem siwowłosego elfa idącego za nimi.
Fenris pamiętał te długie godziny, gdy starał jej się wpoić podstawowe reguły walki mieczem. Salwy jej perlistego śmiechu, litry wylanego potu, jej ciepłe ciało tak blisko, gdy zdołał przyprzeć ją do muru.
- Może mógłbyś nauczyć mnie tej sztuczki z elektrycznością? – jej głos przywrócił go do rzeczywistości. Patrzyła na niego z dozą ciekawości, przemieszaną z ekscytacją. To, co zawsze go w niej pociągało to fakt, z jakim entuzjazmem podchodziła do nowości, bez strachu i obawy, z radością, jakby każda nowa rzecz była darem losu.
- To nie wyglądało na bardzo trudne, może mógłbyś mi pokazać? – W jej głosie słychać było nadzieję i szczyptę niepewności.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Z jednej strony bał się tego. Nie był magiem, nigdy nie trenował rzucania zaklęć. To, co działo się na polu walki, ta cała energia uciekająca z jego ciała, robił to bezwiednie. Pomiędzy kolejnymi cięciami i unikami nie miał czasu zwracać uwagi na to, że zmienił się w naładowaną kulę elektryczności. Do tej pory odkrył jedne z sekretów magów. Potknięcia zdarzały się, gdy emocje brały górę. W jego przypadku gniew był dominującym uczuciem. Dlatego niemal przysmażył pewnego sprzedawcę trucizn, dlatego łowcy niewolników zmieniali się w skwarki nadziane na jego szablę.
Skoro nie umiał nad tym panować, jak mógłby ją nauczyć. Pomijając ten fakt, nie znalazł się tu po to, by bawić się w maga. Miał chronić Hawke, dorwać tych, którzy czatowali na jej życie i upewnić się, że fatalne zdarzenie z jego przeszłości nigdy nie dojdzie do skutku.
Jedno spojrzenie na twarz Mari, pełną nadziei i uśmiechniętą sprawił, że nie umiał odmówić. Odwzajemnił uśmiech i odkrył, że Hawke rumieni się lekko.
…
- To może kufelek piwa? – Zaproponował Varric, gdy dobrnęli wreszcie do miasta. Hawke miała ochotę na chłodny napój, jakkolwiek rozwodniony, ale z malującym się strapieniem na twarzy odmówiła.
- Jest czwartek, pamiętacie, jem kolację w domu, z mamą – w jej głosie dało dosłyszeć się więcej niż odrobinę znużenia. Jej przyjaciele pokiwali głowami ze zrozumieniem i znikli wewnątrz gwarnej tawerny. Pozostała tylko ona i jej nowy, tajemniczy towarzysz.
Gdy spojrzała na niego pytająco, wzruszył jedynie ramionami.
- Chyba idziemy w tym samym kierunku.
Słaby uśmiech, nie więcej niż drgnięcie kącika ust, i Marii przez chwilę poczuła się jak, jakaś głupiutka nastolatka. Nie miała pojęcia czemu ten prawie obcy człowiek tak na nią wpływał. W szybko zapadającym zmroku przemieszczali się ku Górnemu Miastu, prawie nie rozmawiając. Co było dziwne, Hawke wcale nie czuła się skrępowana tą ciszą, wręcz przeciwnie, odczuwała to, jak zupełnie naturalny stan. Kątem oka zerkała czasem na Markusa. Nie umiała pojąć czemu ma wrażenie, jakby go znała od bardzo dawna, chociaż poznali się zaledwie przedwczoraj. Czyżby to było to, o czym mówiła jej matka… Hawke parsknęła cicho, ubawiona setnie tokiem swoich myśli. Bhaaa, miłość od pierwszego wejrzenia, jak w jakimś orlaisiańskim romansidle…
Ale gdy Marcus obrócił się do niej, jego brwi uniosły się lekko w zdziwieniu, a potem uśmiechnął się tym swoim krzywym niby uśmiechem, Marii poczuła, że w tych bzdurach rodem z książek może być cień prawdy.
...
Gdy stanęli wreszcie przed domem jej mina zrzedła. W środku będzie czekać na nią mama, utyskując na brak manier córki, bo oczywiście się spóźniła, była niestosownie ubrana i w ogóle nie zachowywała się tak, jak wypadało.
- No więc? Kiedy znajdziesz czas żeby mnie trochę pouczyć?
Najwyraźniej zaskoczyła go, na twarzy Marcusa pojawiło się coś takiego… jakby niepewność.
- Oczywiście nie chcę się narzucać…
Nie miała szansy dokończyć bo drzwi wejściowe otwarły się i na zewnątrz wyjrzała Leandra.
- Och na miłość Stwórcy, znów się spóźniłaś i…
Najwyraźniej dopiero teras dojrzała stojącego obok Hawke człowieka. Marii widziała dokładnie chwilę, w której brwi matki zmarszczyły się, Leandra nie aprobowała towarzystwa w jakim się obracała córka. Zaskakujące, po chwili z twarzy kobiety znikł nieprzyjemny grymas, pokryty dobrze wyćwiczoną maską uprzejmości.
- Tego jegomościa chyba jeszcze nie znam, gdzie twoje maniery Marii, przedstaw mnie.
Hawke przewróciła oczami.
- Droga matko to jest Marcus Avicus, mój… znajomy. Marcus to moja szanowna matka, Leandra Amell – Hawke.
Mag wychynął z cienia i z niewymuszoną elegancją skłonił się Leandrze. Marii dostrzegła, jak wzrok pani Hawke prześlizną się po jego postaci oceniając. Z pewnością dostrzegła, że ubranie przybysza jest dobrze skrojone i przedniej jakości, w mroku nie było widać plam krwi i błota.
- Cóż, może zaprosisz swojego towarzysza do środka – stwierdziła sucho Leandra – przecież nie będziemy tak stać w progu, chyba zaczyna padać.
Rzeczywiście parę lodowatych kropel spadło na twarz Hawke.
- W zasadzie właśnie zamierzałem się pożegnać.
- Oj, nie możemy serach dopuścić żebyś zmókł – zaczęła starsza kobieta.
- Moja posiadłość jest parę kroków stąd…
- Posiadłość? Ach, więc mieszkasz w Górnym Mieście?
Hawke usłyszała tą szczególną nutkę zainteresowania w głosie matki, a może zdziwienia.
- Tak, droga mamo, nareszcie osoba godna twojej uwagi – pomyślała zrzędliwie.
- Mimo to nalegam, co ludzie powiedzą jeśli wypuścimy serach Avicusa w taką pogodę.
Mari prychnęła cicho. Nie to żeby parę kropel deszczu mogło zaszkodzić komukolwiek, a jednak myśl o zatrzymaniu na dłużej przystojnego maga wydała się bardzo pociągająca.
- Może zechcesz zjeść z nami kolację? – wyrwało jej się. Oczywiście poczuła na sobie badawczy wzrok matki, tym razem jednak nie karcący, raczej zaintrygowany.
...
Tego wieczoru ze zdziwieniem stwierdziła, że posiłek z matką nie musi być torturą. W obecności Marcusa Leandra powściągnęła swój język, obyło się bez narzekania, gderania i łajania. Po raz pierwszy od dawna uwaga matki skupiona była całkowicie na kimś innym niż jej niesforna córka. Zaskakująco, Marcus w towarzystwie pani Amell nie czuł się skrępowany. Wręcz przeciwnie jego maniery podczas konwersacji były bezbłędne i w oczach Leandry uzyskał wysoką notę. Nie można było powiedzieć, że był mrukowaty, ale też nie przesadnie rozlewny, raczej powściągliwy, ale grzeczny. Szczerze mówiąc Marii z ciekawością słuchała go, spragniona jakichkolwiek informacji na temat przystojnego tevinterczyka. Niestety nowy znajomy był bardzo tajemniczy, nawet próby lady Amell pociągnięcia go za język nic nie dały.
Gdy po skończonej kolacji Marii pożegnała gościa i miała się już udać do swojej komnaty, matka przydybała ją na schodach.
- Powinnaś częściej go do nas zapraszać – usłyszała jej głos – wcale bym się nie obraziła na takie towarzystwo. Nareszcie ktoś odpowiedni – dorzuciła podchodząc do córki i szczypiąc ją lekko w policzek. - Tylko pamiętaj, następnym razem załóż sukienkę.
- Mamo!
- No, nie prychaj mi tu, to pierwszy przyzwoity młodzieniec jakiego przyprowadziłaś do domu odkąd… od…, nie pamiętam.
Hawke westchnęła ciężko, doskonale wiedziała do czego to zmierza.
- Wcale go nie przyprowadzałam, po prostu szedł w tym samym kierunku, co ja.
- Może zaprosiłabyś go do nas na niedzielny obiad… a czy on chodzi na nabożeństwa do zakonu? Może mógłby nam towarzyszyć…
- Mamo!
- No co? – Leandra dopiero teras zwróciła uwagę na córkę, jej ściągnięte brwi i zaciśnięte usta. - Nie rozumiem twojej irytacji – westchnęła. – Po raz pierwszy polubiłam jednego z twoich… współpracowników… a ciebie to drażni.
- Jeśli zaczniesz na siłę wpychać mnie w jego ramiona… na pewno ucieknie – wyrwało się Marii. Leandra odwróciła się do niej z szczerym uśmiechem na twarzy.
- Och nie, tego byśmy nie chciały ptaszyno – i chichocząc cicho udała się do swojej komnaty.
Hawke patrzyła na nią z lekkim niedowierzaniem.
- Czasem mnie przeraża – pomyślała.
…
Varric pochylał się nad swoim biurkiem, jego dłoń, w której trzymał pióro szybko przemieszczała się po kartce. Po męczącym dniu pełnym wrażeń miał jeszcze sporo notatek do przejrzenia i zapisania.
Niespodziewane pojawienie się tajemniczego maga wprowadziło chaos w jego wizję. Sprawa nibyzwiązku Fenrisa i Hawke została zepchnięta na dalszy plan. Varric jeszcze nie wiedział, czy Avicus jest tylko tymczasowym nabytkiem, czy może zostanie na dużej. Jego zainteresowanie Hawke, które starał się, jakkolwiek nieudolnie ukrywać, sprawiało, że krasnolud czuł się w obowiązku sprawdzić, co to za jeden. Od tamtego zdarzenia z przed tygodnia, gdy Marcus wkroczył w ich życie niczym książę na białym koniu, ratując Marii, siatka wywiadowcza Varric pracowała pełną parą. Jedyne czego się dowiedział to, to, że mag miał złożoną w depozycie, w Gildii Kupieckiej pokaźnych rozmiarów fortunę, i że pieniądze te ustanowił jego ojciec w oddziale Gildii w Minrathus. To oczywiście nie wykluczało podejrzenia, że przystojniak jest łowcą posagów, ale nieco uspakajało. Varrica trapiła jednak inna myśl. Zadziwiające, serach Avicus wydawał się czysty, jak łza, było to bardziej martwiące, niż gdyby okazało się, że w piwnicy trzymał trupy zamordowanych kochanek. Na każdego można było coś znaleźć, na każdego normalnego człowieka. Ten brak informacji niepokoił krasnoluda na tyle, że postanowił zbadać sprawę głębiej. Oczywiście na wieści z Tevinter przyjdzie im trochę poczekać. Tymczasem mag zaprzyjaźnił się z Marii, wkupił się w łaski Aveliny i nawet przekonał do siebie Sebastiana.
Zupełnie naturalne, że Fenris niemal błyszczał z gniewu, gdy go widział. Zaskakujące obaj darzyli taką samą antypatią Merrill i wręcz wyczuwalną odrazą Andersa.
Rozmyślania nad kartką papieru przerwał mu jakiś hałas tuż za drzwiami. Nim zdołał wyłapać cokolwiek z wrzasków, drzwi rozwarły się z hukiem, do środka wpadł najpierw jakiś chłopak, potem Fenris. Elf był wyraźnie rozzłoszczony, można to było poznać po połyskiwaniu tatuaży. Jego stalowe szpony zaciskały się na oszywce chłopaka. Dopiero po chwili Varric rozpoznał Wiwiusza, młodszego brata Marcusa.
- Zobacz kogo znalazłem węszącego wkoło tawerny – warknął elf popychając przed sobą śmiertelnie wystraszonego chłopaka.
- Proszę, messere, niech on mnie puści – dzieciak był bliski płaczu. Paskudny siniec nad prawym okiem świadczył o tym, jak bardzo poirytowany musiał być wojownik.
- No, Ponuraku, ładnie to tak bić Stwórcy ducha winnego chłopca
Fenris prychnął pogardliwie.
- Gdyby się nie podkradał, nic by mu się nie stało.
- Wcale się nie podkradałem – zaprotestował Wiwiusz patrząc z nadzieją na Varrica. – Szukałem brata.
- Jeśli dobrze pamiętam Marcus wybrał się w odwiedziny do Merrill w Obcowisku, wraz z Hawke. Mieli, zdaje się, obejrzeć jej lustro?
Na jego słowa Fenris syknął, Wiwiusz z niedowierzaniem pokręcił głową.
- Nic z tego nie rozumiem – wymruczał pod nosem, najwyraźniej zaniepokojony. Krasnolud bardzo chciał się dowiedzieć, co go tak martwi. Hawke może nie miała najlepszej reputacji, ale bez przesady…
- A co tu jest do rozumienia, poszedł sobie pogadać z demonem, pieprzony magister – warknął gniewnie Fenris.
Varric z ciekawością obserwował minę chłopca, który z przestraszonego stał się nagle piekielnie zły.
- Mój brat nie jest magistrem! – Wrzasnął na całe gardło. W słowie „magister" zawarte było tyle nienawiści, że mógłby rywalizować z Fenrisem.
- Ani on, ani ojciec – dodał drgającym od emocji. – Tato był uzdrowicielem, bardzo dobrym uzdrowicielem…
Varric wstał od stołu, przysunął chłopakowi krzesło. Gdy Fenris skrzywił się rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. Krasnolud nalał szklankę wina, podał ją chłopakowi i wskazał krzesło. Gdy zasiadł przed swoim biurkiem, spojrzał na niego z wyrazem zafrasowania.
- Był?
- Był. – Dłonie chłopaka zacisnęły się na kielichu. Po czym wziął wielki haust wina, nie spodziewał się najwyraźniej tak mocnego trunku, bo oczy zaszły mu łzami. A może nie chodziło wcale o wino. – On go otruł – dodał po chwili konspiracyjnym szeptem. - Magister.
Jego złote oczy zaszkliły się, ale chłopak zagryzł usta starając się nie rozpłakać. Krasnolud uśmiechnął się dobrodusznie, pochylił się nad stołem żeby nalać jeszcze trochę wina do kubka młodego tevinterczyka.
- Posłuchaj Wiwiuszu, nikt z nas nie życzy wam źle, tobie i twojemu brat. Jesteśmy po prostu trochę zaniepokojeni. Hawke ma wielu wrogów…
Fenris stojąc teraz przy oknie prychnął tylko.
- Pojawienie się twojego brata, nocą, w tym ciemnym zaułku, było dość… nieoczekiwane.
- Nie tylko dla was – rzucił cicho chłopak. Varric przytaknął zachęcając go do dalszej wypowiedzi.
- On nigdy nie zachowywał się tak dziwnie, grzebał w księgach, przeprowadzał te swoje eksperymenty, potrafił całymi tygodniami nie wychodzić z domu. – Wiwiusz upił następny łyk i nieco bardziej rozluźniony rozsiadł się na krześle.
To by się zgadzało – pomyślał Varric, zapewne dlatego elita Kirkwall miała tak mało do powiedzenia o przystojnym i bogatym mężczyźnie, mieszkającym w najlepszej dzielnicy miasta.
- A teraz? Zachowuje się dziwnie?
- Sam już nie wiem. – Wiwiusz potarł dłonią czoło, w miejscu, gdzie ciągle było widać purpurowy siniak. – Może kiedyś był inny, może… ja nie pamiętam jaki był zanim TO się stało…
Krasnolud starał się nie uśmiechnąć szeroko. Jego talent w wyciąganiu z ludzi informacji był nieocenioną pomocą.
- To? – delikatnie zapytał.
Avicus westchną ciężko, przez chwilę mocował się ze swoimi myślami, jakby nie pewny, czy powinien cokolwiek mówić. Po jego zachowaniu pisarz mógł stwierdzić, że już od dawna chciałby to z siebie wyrzucić, wystarczyło tylko odrobine wyrozumiałości i zaufania.
- Marcus miał kiedyś… narzeczoną. Ale… był też taki magister… i ją porwał... – twarz chłopca pociemniała, a jego oczy wypełnił gniew. - A gdy próbowała uciec kazał ją zabić, zrzucił winę na Marcusa, i tata musiał go wysłał za granicę.
- Liczył, że sprawa ucichnie? – dobiegł go głos Fenrisa.
- Bał się, że i Marcusa dopadnie, ten magister, myślę że na końcu… to on otruł ojca. Dlatego ich tak nienawidzę – dodał chłopak. – Ja, i Marcus też…
Pisarz patrzał uważnie na młodzika. Taka prosta, oklepana historyjka. A jednak wierzył chłopcu. Jego twarz wydawała się absolutnie szczera, tak w żalu, jak i w gniewie, emocje, gdy o tym mówił prawdziwe. Jeśli to, co powiedział było prawdą, informatorzy w Minrathus na pewno dotrą do takich sensacji. Wtedy będą mogli stwierdzić, co czai się pod maską Marcusa Avicusa.
Tymczasem mieli inne zmartwienia. Minął kolejny tydzień, a nadal nie wiedzieli nić o tajemniczym skrytobójcy.
…
Poznał to miejsce natychmiast. Szara falująca przestrzeń, rozmazane kontury, zielonkawo-bure niebo nad nim. W koło niego unosiły się okruchy skał, połamane gałęzie drzew, dziwny połyskujący pył. Pustka, pomyślał posępnie. Ile jeszcze niespodzianek go czeka? Nieważne – powiedział sobie, wszystko zniesie byle tylko zapewnić Marii bezpieczeństwo.
Zastanawiał się, czy jest jakiś trik by wyzwolić się z tego miejsca, może powinien się obudzić? Przynajmniej był sam… I jak tylko pomyślał o tym przed nim wyrósł, jak z pod ziemi demon. Musiał z nim walczyć gołymi dłońmi, bo dopiero, gdy skręcił paskudztwu umięśniony kark przypomniał sobie, że w Pustce liczy się to, co myślisz, nie to co masz. Teoretycznie więc, gdy wyobrazisz sobie, że jesteś uzbrojony po zęby, właśnie tak się stanie.
Na pojawienie się kolejnego demona był już przygotowany. Był to kolejna, bezrozumna pokraka atakująca na oślep. Jeśli większość istot, które magowie spotykali w pustce było tak bezmyślna, ta cała gadka Zakonu o opętaniu nie trzymała się kupy. Skarcił się w myślach. Zapewne tak powtarzał sobie każdy cholerny mag.
W pustce myśli miały rzeczywiście sprawczą moc, przekonał się o tym błyskawicznie. Gdy był już zdecydowany nie przedłużać tej wizyty coś przed nim zamigotało. Jakiś ciemny, niewyraźny kształt. Demon nie zaatakował go, jego postać powoli materializowała się, przybierała kształt. Coś w tej nowej formie było znajome. To stworzenie, które teraz krok po korku podchodziło, było ostrożne.
- Ciężko cię było znaleźć – usłyszał głos, melodyjny, uwodzący swym tonem.
- Idź precz, albo cię zniszczę – wycedził przez zaciśnięte zęby. Jedno czego nauczył się od czasu, gdy wraz z Hawke wszedł do Pustki, to, to że nie należy pozwolić demonowi mówić.
- Och, drogi Marcusie, czy tak się zwracasz do dobrej znajomej?
Po chwili był już w stanie dostrzec kontury postaci. Zacisnął dłoń na broni ale nie natarł. Przed nim stała złotowłosa kobieta, która tak często nachodziła go w snach.
- Widzisz jaka jestem miła. Możesz znowu podziwiać to co ci zabrano. - Słowa demona potwierdziły jego przypuszczenia. Ta kobieta była jakimś strzępem pamięci Avicusa, świeża i młoda, i zawsze tak smutna.
- Powiedziałem idź precz!
Tym razem wziął zamach i uderzył, ale istota była szybka. Ostrze ledwie ją musnęło. W następnej chwili uzbrojona w szpony dłoń sięgnęła mu do szyi. Demon odskoczył jednak błyskawicznie, sycząc jednocześnie. Błękitne oczy rozwarły się ze zdziwienia. Fenris poczuł pulsowanie pod koszulą, sięgnął dłonią wyjmując zza kołnierza medalion Flemeth, pulsujący zielenią w takt bicia jego serca. Obraz kobiety jaki obrał demon zachwiał się i zakołysał. Kontury straciły wyrazistość. Jedynie głos był wyraźny, ostry, jak brzytwa.
- Nie jesteśśśś nim – wysyczało. – Kim jesteśśśś, nosisz jego twarz ale nim nie jesteś, złodzieju…
Pomyślał, że ma tego już dość, że pora się obudzić, że ma ważniejsze sprawy niż rozmowa z demonem. I o dziwo, obudził się, ale głos demona pozostał w jego myślach na długo. Głos demona i obraz smutnej jasnowłosej kobiety.
