Całe nabożeństwo upłynęło mu na dyskretnym zerkaniu na siedzące obok niego kobiety. Zajęli miejsca w jednej z bocznych ławek, on, Hawke i jej matka. Dość daleko od grupy templariuszy służących przy świątyni. Fenris ciągle zapominał, że nie powinien zbytnio zbliżać się do templariuszy. Niezależnie od tego, czy mieli prawo, czy nie zaciągnąć go do Katowni, gnijąc w lochu nie mógłby chronić Hawke. Tymczasem nadal nic nie wiedzieli o zamachowcu. Było kilka poszlak ale nic pewnego, ostatecznie musiał zdać się na siatkę wywiadowczą Varrica. Teraz żałował, że cały okres żałoby, po tym strasznym wydarzeniu spędził półprzytomny z pijaństwa. Może gdyby zwracał większą uwagę… Teraz jednak nie było sensu gdybać. Tamto zdarzenie, które tak naprawdę nigdy nie miało miejsca powoli zacierało się w jego świadomości. Musiał tylko zadbać o to żeby się to nie powtórzyło.
Spotykając się z Marii, widząc jej lśniące oczy, słysząc jej śmiech ledwo uświadamiał sobie, że wszystko mogło być inaczej, dla niego było inaczej. Dwa ponure lata męki, każdy dzień, którego budził się z sennych koszmarów tylko po to, by kolejny raz odkryć, że rzeczywistość wcale nie jest lepsza.
Znowu zerknął na kobietę siedzącą obok, ledwie dostrzegał rysy twarzy w cieniu panującym w bocznej nawie. Leandra pochwyciła jego spojrzenie i uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo.
Inną sprawą był fakt, że w rzeczywistości, z której przybył Fenris Leandra Hawke zaginęła tuż po śmierci Marii. Widząc ją parę dni temu na progu rezydencji niemal nie zdołał ukryć zdziwienia. Teraz powstała nowa, paląca kwestia. Skoro już tu był i wiedział, że coś złego mogło przytrafić się Leandrze, czy mógł temu zapobiec? Chociaż Hawke zawsze twierdziła, że matka jest największym utrapieniem jej życia, wiedział, że gdyby coś się jej stało, Marii byłaby niepocieszona. I oto pojawiła się inna myśl. W świecie, z którego przybył Marii została zabita, zaraz potem zniknęła Leandra. To było podejrzane. Czyżby nie chodziło tylko o Czempionkę? Może ktoś chciał pozbyć się na dobre rodu Amellów, ale jeśli tak, czemu nic „przykrego" nie przydarzyło się Carverowi? Chyba że, brat Marii maczał w tym palce, a powodem jego załamania nie był żal po stracie rodziny tylko wyrzuty sumienia.
Oto nowy cel stał przed nim. Po pierwsze chronić Hawke, pilnować Leandry i śledzić Carvera. I w żadnym z tych przypadków nie mógł liczyć na niczyją pomoc. Był sam.
- Powinniśmy wyjść przed nimi – usłyszał konspiracyjny szept Marii, głową wskazała na pełny kontyngent templariuszy szykujących się do wyjścia. Ze zdziwieniem odkrył, że w koło ludzie zaczęli podnosić się z ławek. Pogrążony w zadumie przegapił nabożeństwo.
Skinął jedynie głową.
- Och, idźcie beze mnie, widzę Carvera, chciałabym z nim porozmawiać, ale wy na mnie nie czekajcie – matka uśmiechnęła się konspiracyjnie do Marii. – Jestem pewna, że syn odprowadzi mnie pod same drzwi.
Hawke jedynie przewróciła oczami.
…
Gdy wyszli na świeże powietrze poczuła się dużo lepiej. Nie to żeby nie lubiła słuchać melodyjnego głosu Sebastiana czytającego wersety Pieśni Światła. Potrafiła też docenić surowe piękno budowli.
Marcus szedł obok niej i patrzył na nią tymi swoimi złotymi oczami, jakby rozumiejąc to, co czuła. Uśmiechnęła się w myślach.
- Nie czujesz się tam swobodnie – stwierdził w końcu.
- W miejscu, w którym ciągle powtarzają, że magia to zmaza na duszy i kara Stwórcy? Ależ skąd.
Nie chciała żeby zabrzmiało to tak cierpko. Potrząsał głową, sprawiając, że jej włosy opadły ciemną falą na czoło.
- Nie wiesz jak to jest, gdy trzeba być cały czas ostrożnym, przygotowanym do natychmiastowego odwrotu, oczekując na każdym kroku zguby.
- Wręcz przeciwnie – usłyszała jego słowa. Zerknęła na niego ciekawie. Twarz Marcusa przybrała ponury wyraz, jakby opadły go dawne wspomnienia. Powinna ugryźć się w język. Varric poinformował ją o jego rozmowie z młodszym z braci Avicus. Wyglądało na to, że i oni żyli w ciągłym zagrożeniu. Cholera, nie chciała żeby popadł w melancholię, wystarczył jeden ponurak w ich kompanii.
- Gdy mieszkaliśmy w Lothering, zimą po nabożeństwie tata zabierał nas nad staw.
Avicus uniósł jedną brew spoglądając na nią z lekkim niedowierzaniem.
- Łowić ryby?
- Ślizgać się! - Oświadczyła. Kierowali się w stroną jej rezydencji. Powietrze było lepkie i wilgotne, chłodne ale nie mroźne. – Chyba mieliście w Minrathus lodowiska?
- W Minrathus jest zawsze ciepło, nawet zimą – mruknął.
Ach, wspominanie miasta, z którego musiał uciekać nie było najlepszym pomysłem na rozweselenie go.
- Pokarzę ci – stwierdziła z entuzjazmem. Rozejrzała się dokoła. Akurat przechodzili przez niewielki plac, otoczony ze wszystkich stron rzeźbionymi fasadami domów. Wystarczyło drobne zaklęcie i mokry bruk przed nimi pokrył się lodem. Hawke uśmiechnęła się szelmowsko. Cofnęła się do tyłu po czym puściła się biegiem wprost na lodową tafle. Z gracją gazeli prześliznęła się na podeszwach parę metrów, po czym akrobatycznie wyrżnęła o bruk.
Gdy próbowała pozbierać się z ziemi, silne dłonie Avicusa postawiły ją do pionu. Widziała wyraźnie, mag powstrzymywał się by nie buchnąć śmiechem.
- Czy każde „śliźnięcie" powinno kończyć się spektakularnym upadkiem?
Prychnęła udając obrażoną, ale gdy się tak do niej uśmiechał nie sposób było się na niego gniewać.
- Wyszłam z wprawy – stwierdziła płaczliwie.
Już miała zachęcić go do spróbowania, gdy z od strony, z której przyszli dało się słyszeć złowróżbne podzwanianie zbroi.
- Daje słowo, że coś czułem – doleciał ich głos z drugiego końca placu.
Hawke niewiele myśląc chwyciła Marcusa za rękę i pociągnęła w wąskie przejście pomiędzy dwoma kamienicami.
Marii przyłożyła do ust palec, nakazując ciszę.
W tym momencie na plac wyszło kilku templariuszy, na szczęście ślizgawka rozmarzła, zacierając wszelkie ślady magii.
- Jesteś nadwrażliwy – stwierdził jedne z przybyłych. – Nic tu nie ma.
Templariusze przeszli obok, rozglądając się po kontach. Gdy stanęli prze ich kryjówką, Marcus chwycił ją za rękę i wcisną w najciemniejszy kont, osłaniając ją własnym ciałem. Ciemnoszary płaszcz, którym był okryty idealnie zlał się z otoczeniem. Hawke poczuła, jak robi jej się gorąco i to wcale nie z obawy przed Templariuszami. Ci nie zauważywszy ich poszli dalej swoją drogę. Zapadła cisza. Dłonie maga złożone lekko na jej ramionach paliły przez ubranie, czuła się jakby pełzały po niej płomienie. Zapach był oszałamiającą mieszanką drogiej wody kolońskiej, czyścidła do zbroi i czegoś znajomego, czego nie potrafiła zdefiniować. Będąc tak blisko czuła nawet bicie jego serca, pośpieszne, gwałtowne łomotanie, zlewające się z jej własnym. Zupełnie zbita z tropu spojrzała w górę. Przywitało ją ciemne złoto jego oczu. Chcąc wyswobodzić się z pod tego dziwnego zaklęcia opuściła wzrok niżej, na jego pełne wargi.
- Marii? – cichy szept, i ten szczególny ton głosu.
Wszystko w nim wydawało się tak ekscytująco nieznane a jednocześnie tak znajome, jakby nagle odkrywała na nowo coś co już kiedyś znała i… kochała? Przerażona tą myślą wysunęła się z jego objęcia. Jeden krok, potem drugi, opuściła ciemny kąt, świadoma, że Marcus podąża za nią. Głęboki oddech i chwila by uspokoić serce.
Na słodka Andrastę, nie mogła pozwolić na to kolejny raz, nie gdy jej serce było nadal w strzępach po tym, jak Fenris…
…
Tej nocy zaczęło się od snów, niepokojących wizji z przeszłości, pomieszanych wspomnień. Trzy rzeczy zawsze w tych snach powtarzały się niezmienne. Danarius z ustami wykrzywionymi w tryumfalnym uśmiechu. Jasnowłosa kobieta o twarzy anioła, patrząca na niego ze łzami w oczach. Marii, poszarzała, znieruchomiała w zdziwieniu, ze strużką krwi spływającą z na wpół otwartych ust.
Po tej karuzeli obrazu nagle znalazł się w głębokiej dolince. Westchnął ciężko. Znowu Pustka. Coś w odległym krańcu doliny zakołysało się w powietrzu, jakiś cień, sylwetka.
- Złodziej – usłyszał cichy szept. – Złodziej ciała.
- Nie chcę tego słuchać! – Instynktownie cofnął się o kilka kroków w tył.
- Twoje myśli cię zdradzają złodzieju – usłyszał głos, który odcieniem i barwą przypominał głos Marii – a może powinnam powiedzieć niewolniku?
Gdy zbliżała się ku niemu, jakby sunąc ponad powierzchnią stawała się coraz bardziej wyraźna i po chwili mógł rozpoznać ją, ciemne, falujące włosy, lekko zadarty nos, zielono-szare oczy. Wysunął do przodu szable, niepewnym ruchem.
- Skrzywdziłbyś ją? – zapytał demon. Powoli podchodził bliżej, ale nadal pozostawał poza zasięg jego broni.
- Ależ tak – odpowiedział sam sobie. Spojrzała na niego z drapieżnym uśmiechem – Skrzywdziłeś ją nie raz, czyż nie?
Wiedział, że to prawda, demon czytał w jego myślach, wydobywał to, o czym nie chciał myśleć. Oczy demona, do złudzenia przypominające oczy Hawke skupiły się na medalionie zawieszonym u jego szyi. Demon przechylił głowę, rozważając coś.
- Tak stara magia, taka… zapomniana… Co było twoim celem, niewolniku? Za co sprzedałeś swój los?
Nie chciał odpowiadać na te pytania ale odpowiedzi same wykwitły w jego umyśle i demon wyłowił je z łatwością. Złośliwy uśmiech pojawił się na ustach sobowtóra Hawke, taki nie ma miejscu w tej twarzy zawsze radosnej i szczerej.
- A więc jej życie za twoje?! Ha, myślisz, że to takie proste? Że ci się uda? Bez wskazówek?
Demon odsunął się od niego. Twarz Marii rozmyła się, znów stał się bezkształtną masą, cieniem.
- Nie chcę nic od ciebie – rzucił pewnie, gdyby jednak był taki pewny w duchu.
- Mam odpowiedzi, mogę ci je podać niczym na srebrnej tacy…
- Nie…
Demon odsunął się całkiem, zaśmiał się nieprzyjemnie, sycząco.
- Nie wierzysssssz mi – stwierdził. – Nie ssssszkodzi. Poczekam aż zrozumiessssz… - i z tymi słowami znikł, pozostawiając Fenrisa z nieprzyjemnym przeświadczeniem, że jeszcze go zobaczy.
…
Lata przyzwyczajenia robiły swoje – pomyślał przemierzając uśpiony dom. Na zewnątrz niebo różowiało na wschodzie, blady sierp księżyca blaknął z każdą minutą. Fenris zszedł na parter, ostrożnie otworzył drzwi i wymknął się na wewnętrzny dziedziniec rezydencji Avicusów. Powietrze było chłodne i czyste, niebo bezchmurne, dzień zapowiadał się nieźle.
Przyzwyczajony do standardowych ćwiczeń z długim mieczem, zaczął od nich. Szybko przekonał się, że jego „nowe" mięśnie nie były do tego przyzwyczajone. W ciągu kilku tygodni zdołał co prawda wzmocnić wątłe ciało, ale nadal daleko mu było do siły i zwinności, do jakiej przywykł. Z niezadowoleniem porzucił długi miecz i zaczął ćwiczyć z krótkim mieczem i sztyletem. Sztukę to opanował w stopniu przyzwoitym, w ciągu pierwszych paru lat po otrzymaniu znaków. Danarius chciał mieć wszechstronnego ochroniarza. Ostatecznie jednak wybrał długi miecz dwuręczny, może dlatego, że uwydatniał dysproporcję a Danarius lubił, gdy jego niewolnik robił wrażenie. Jego stary miecz był niemal tak długi, jak on sam.
Tymczasem teraz musiał powrócić do podstaw. Zaczynał powoli, aż po kilku tygodniach przeszedł do bardziej zaawansowanych ćwiczeń.
Wstajesz coraz wcześniej – zaspany głos Wiwiusza sprawił, że Fenris obrócił się gwałtownie. Dał się zaskoczyć, jego słuch też nie był, jak dawniej.
- Co tu robisz? – mruknął wracając do wymachów.
- Zdajesz sobie sprawę, że ćwiczysz pod moim oknem – zaczął Wiwiusz. – Ten cały szczęk żelaza…
Fenris przyjrzał się chłopcu. Młodszy z Avicusów był szczupły, wiotki i raczej leniwy sądząc po stanie jego sylwetki. Gdy jednak rzucił mu sztylet, rękojeścią do przodu, chłopak złapał go w locie. Tak, jak myślał, była jeszcze dla niego nadzieja. Wiwiusz spojrzał ze zdziwieniem najpierw na treningowe ostrze potem na swojego brata, jakby chciał zapytać, co ma z tym zrobić.
- Skoro już nie śpisz, przydaj się do czegoś – powiedział mu i natarł na niego.
Chłopak nie był tak beznadziejny, jakby się mogło spodziewać. Brak mu było siły i jakiegokolwiek obycia z bronią, nadrabiał to jednak szybkością i refleksem.
Gdy już przeciągnął Wiviusza przez podstawową partie kroków i uderzeń dzieciak sapał ze zmęczenia.
- Nie rozumiem, skąd to nagłe zainteresowanie bronią?
Fenris jedynie uniósł brew. Sam się zastanawiał, czemu nagle uznał, że powinien nauczyć Wiwiusza podstaw walki wręcz.
- Jesteś magiem? – zapytał w końcu.
Chłopak spojrzał na niego z lekkim niedowierzaniem i może odrobiną smutku. Najwidoczniej nie rozumiał, jakie miał szczęście.
- Wiesz dobrze, że nie.
- Więc jak zamierzasz się obronić, jeśli zajdzie potrzeba?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Mamy przecież strażników.
- A jeśli ich zabraknie?
Wiwiusz znów wzruszył ramionami, jego obojętność zaczynała denerwować Fenrisa.
- A pro po, gdzie posłałeś naszych strażników? W domu zostało tylko dwóch.
Fenris nie miał zamiaru odpowiadać. Prawda była taka, że dwóch, najbardziej rozgarniętych posłał na przeszpiegi. Jeden z nich stale obserwował Carvera w Katowni, drugi czatował w okolicach rezydencji Hawke, podążając krok w krok za Leandrą. Fenris miał tylko na dzieje, że się nie pomylił w ocenie ich umiejętności. Jeśli któreś z członków rodziny Amell zorientuje się, że jest śledzone, sprawa może wymknąć się z pod kontroli.
- Zjemy razem śniadanie? – z zamyślenia wyrwał go Wiwiusz.
- Nie mam dużo czasu – stwierdził sucho Fenris, na dzisiaj Marii zaplanowała rundę po Okaleczonym Wybrzeżu, w poszukiwaniu zbiegłych magów. Chłopak jednak patrzył na niego z taką nadzieją, że Fenris poczuł się podle. Zagarną ciało jego brata, z pewnością mógł poświęcić dzieciakowi trochę czasu. Hawke, sądząc po stanie w jakim wrócili wczoraj z wisielca, i tak nie ruszy się z domu przed południem. Marii nie należała do rannych ptaszków.
…
- Nie pamiętam żebyś kiedykolwiek uczył się walki wręcz - Wiwiusz był bardzo zadowolony ze wspólnego śniadania. – Chyba nie ćwiczyłeś w tej swojej pracowni prze te wszystkie miesiące?
Fenris zachowywał się ostrożnie, co mógł odpowiedzieć skoro zupełnie nie znał poprzedniego „właściciela" ciała, w którym obecnie przebywał.
- I to twoje niezdrowe zainteresowanie Czempionką… - chłopak urwał w pół zdania widząc mocno zmarszczone brwi brata. – To znaczy, nic mi do tego… jeśli… jest nawet ładna ale… - Wiwiusz zaczął się jąkać – ona nie jest nawet podobna do Lily…
Fenris milczał, nie miał pojęcia kto to jest Lily, wiedział tylko, że jeśli młody Avicus dostrzegał jego zainteresowanie Marii, inni też zapewne już to pojęli. Ten fakt martwił go. Dobrze wiedział, że przyjaciele Hawke byli w stosunku do niej bardzo opiekuńczy, i w przypadku pewnego wytatuowanego elfa niezwykle zaborczy. Milczenie brata Wiwiusz przyjął, jako objaw gniewu.
- To nie moja sprawa – stwierdził, opuszczając oczy. – Nie rozumiem tylko, czemu nagle… spędzałeś całe dnie w pracowni, po tym ostatnim eksperymencie, myślałem że… tak długo byłeś nieprzytomny… - dłonie chłopaka zacisnęły się nerwowo na obrusie. – Myślałem … nie wiem, co bym bez ciebie zrobił…
Fenris poczuł paskudne uczucie podejrzanie przypominające wyrzuty sumienia. Cokolwiek stało się tamtego dnia, gdy Flemeth przeciągnęła go na drugą stronę, poprzedni właściciel tego ciała był prawdopodobnie martwy, no, w pewnym sensie. Czy nie tak powiedziała czarownica? Potrzebowała wolnego ciała. Wiwiusz stracił brata, tylko jeszcze o tym nie wiedział.
- Po prostu nie wiem, co o tym myśleć, serach Hawke jest naprawdę miła, ale wiedzie niebezpieczne życie… słyszałem… łowcy niewolników… magowie krwi, różne oprychy…
Fenris wstał od stołu ignorując paplaninę chłopaka.
- Mam do ciebie prośbę – zaczął wiedząc, że chłopak i tak nie miał zbyt wiele do roboty. Z pewnością jeśli mu znajdzie jakieś pożyteczne zajęcie Wiwiusz przestanie nadmiernie przyglądać się mu.
- Lady Amell…
- Matka Hawke?
- Miej na nią oko…
- Chcesz żebym ją śledził – oczy chłopca zrobiły się wielkie, jak spodki.
- Mam powody żeby sądzić, że ktoś chce jej zrobić krzywdę…
- Powiedz to Hawke.
- To tylko przypuszczenia, nie chce ją martwić i tak ma dużo na głowie.
Wiwiusz przechylił głowę przyglądając się mu, powoli uśmiech wykwitł na jego twarzy.
- Ty ją naprawdę lubisz.
Fenris potrząsnął grzywką, długie włosy opadły mu na oczy. Przeczesał je dłonią niepewny, co powinien powiedzieć.
- Miej na nią oko, jeśli zobaczysz coś podejrzanego…
- Możesz na mnie liczyć braciszku. – stwierdził Wiwusz uśmiechając się szeroko.
- Po prostu miej na nią oko, natychmiast daj znać, gdy zauważysz coś podejrzanego.
