Misja, jaką zlecił im Orsino wydawała się bardzo prosta. Odnaleźć zbiegłych magów, przekonać ich do powrotu, albo wyprawić w drogę, tak by nie wpadli w łapy templariuszy. Fenris nie wiedział, jaka będzie decyzja Hawke w tej sprawie. Przypuszczał, że jeśli tylko będzie to możliwe Marii zaoferuje im pomoc w opuszczeniu terenów Kirkwall. Ten pomysł nie podobał mu się ale ugryzł się w język. Po pierwsze nie chciał zranić Hawke swoimi poglądami na kwestię wolności magów. Wystarczyło, że jego sobowtór wyraził swoją dezaprobatę, co widocznie zmartwiło Marii. Po drugie okazałby się zupełnym obłudnikiem w jej oczach odmawiając im swobody, której sam zażywał.
Okazało się, że sympatia czempionki Kirkwall dla magów nie jest szeroko znana. Gdyby tak było spanikowani magowie zamiast wzywać demony posłuchaliby jej i zastanowili się nad sobą. Oczywiście jednak przeważy gniew i strach. Dolinka, w której uciekinierzy rozbili obóz zmieniła się w pole walki. Demony, szkielety i cienia, a na koniec potężna abominacja, oto skutek popołudniowego spaceru po wybrzeżu.
- Nic ci nie jest? – zapytała go Hawke przysiadając na głazie, jej twarz była spocona i umorusana. Drobna rana na policzku krwawiła. Nim powstrzymał odruch sięgnął do jej twarzy, obejrzał cięcie. Varric przeszedł obok nich wyciągając z ofiar bełty i przeczesując kieszenie nieszczęśników. Fenris kątem oka dostrzegł swojego sobowtóra ocierającego miecz o szatę padłego maga.
- Nie powinnaś podchodzić tak blisko – przeniósł spojrzenie z powrotem na czarodziejkę, która usadowiła się obok. Zza puklerza wyciągnął atłasową chustkę, zwilżył ją wodą z bukłaka i zaczął przecierać zranienie. Hawke syknęła, gdy przesunął nią po ranie, ale oprócz tego nie poruszyła się. Jego palce przesunęły się po czystej teraz skórze, brzegi rany zdążyły opuchnąć i zabarwić się na fioletowo. Pomyślał, że po tej ranie zostanie ślad, blizna znacząca gładki policzek. Zupełnie niespodziewanie dla niego samego jego palce zaczęły emanować słabe błękitnawe światło. Nim pojął, co się dzieje rana pod dłonią zaczęła się zasklepiać. Hawke na chwilę zesztywniała, potem rozluźniła się. Jej zielonkawo-szare oczy znalazły jego spojrzenie. Teraz czuł to wyraźnie, pomiędzy ich ciałami, między swoją dłonią, a skórą jej policzka coś, jakby nić łączącą ich ze sobą, delikatną, jak pajęczyna ale sięgającą głęboko do wewnątrz. Z wzroku Marii wyczytał podobną myśl. Ciekawe, czy tak czuje się abominacja, gdy leczy pacjentów w Mrokowisku? Niemożliwe, to, co się działo nie mogło być jedynie efektem leczenia. Pomiędzy nim, a Hawke zawsze było coś takiego… nawet teraz, gdy był uwięziony w tym ciele, jakaś dziwna siła przyciągała ich ku sobie.
Varric przez chwilę przyglądał się tej scenie, notując w pamięci szczegóły. Błyszczące oczy Hawke, piękne rumieńce na jej policzkach, sposób w jaki Avicus patrzał na nią, niemal z nabożną czcią. Jego palce ledwo muskające ślad rany. Zza niego dobiegł odgłos podzwaniania zbroi, Fenris skończył czyścić swoje ostrze. Krasnolud chrząknął znacząco i oboje Hawke i Marcus odskoczyli od siebie, jakby jakieś nastolatki przyłapane na pocałunku.
- Nic więcej nie znajdziemy – stwierdził krasnoluda wpychając do kieszeni kilka złotych cacek.
- Po co z nimi w ogóle rozmawiać? – Ostra nuta w głosie Fenrisa upewniła Varrica, że musiał widzieć to samo, co on.
- A co mielibyśmy zrobić? – zapytała Hawke z lekką nutą rozdrażnienia w głosie. – Wpaść tu i wybić wszystkich bez słowa ostrzeżenia.
- A co, może to nie najlepszy sposób na tych zdradzieckich magów? – oczy siwowłosego wojownika były utkwione w magu i to najpewniej Avicusa elf miał na myśli. W swej złości, jak zwykle się zagalopował. Hawke zerwała się z kamienia, na którym siedziała.
- Będę o tym pamiętać, następnym razem, gdy cię zobaczę – głos Marii był chłodny i kontrolowany. Zacisnęła usta i pomaszerowała w kierunku, z którego przyszli, ale wszyscy trzej jej towarzysze dostrzegli ból malujący się w oczach magini. Elf miał na tyle przyzwoitości żeby się zmieszać. Mag natomiast przez chwilę patrzył za kobietą, potem jego oczy spoczęły na Fenrisie. Varric zastanawiał się później, czy dobrze zinterpretował to spojrzenie. Według niego było w nim tyle samo gniewu, co litości.
…
Gdy przemierzali pustoszejące ulice Dolnego Miasta znalazł ich Wiwiusz.
- Na wszystkie Smoki Imperium, dobrze, że cię widzę – zawołał podbiegając.
Nie miała nawet okazji przywitać się.
- Kazałeś jej pilnować – usłyszała syk chłopaka. Marcus uśmiechnął się przepraszająco do Marii i pociągnął brata nieco w bok. Niestety chłopak nie był zbyt dyskretny, a w tym miejscu akustyka była dość dobra.
- I poszła za nim… do Dolnego Miasta, od razu wydało mi się to dziwne, był za dobrze ubrany…
Marcus zapytał o coś przyciszonym głosem. Chłopiec jedynie pokręcił głową.
- Ten złodziej… chciał mu zabrać sakiewke… trochę krwi – usłyszała gorączkowe chłopca. Poszła go odprowadzić.
- Co w tym dziwnego? – Marcus wydawał się poirytowany.
- Jego ręka, widziałem wyraźnie, gdy tamten chciał mu wyrwać pieniądze, on miał mnóstwo ran o takich – i Liviusz zaprezentował ruchem dłoni na swoim nadgarstku.
Marii pomyślała od razu o magach krwi, z jakiegoś powodu rany po magii krwi nie goiły się tak szybko, maga krwi można było poznać po tych ranach.
- Jesteś pewien? – Jej towarzysz był coraz bardziej zaniepokojony.
- Tak, na pewno, i zaprowadził ją do tego magazynu.
- Zaprowadź nas, szybko – i nie czekając na Hawke Markus zaczął niemal biec w kierunku wskazanym przez jego brata. Czarodziejka pobiegła za nim, zrównała krok ale nie pytała o nic. Zaniepokojenie było widoczne gołym okiem na twarzy Avicusa. Zatrzymali się dopiero przed opuszczonym magazynem w jednym z zaułków we wschodniej części doków. Budynek wydawał się jej dziwnie znajomy, dopiero następne słowa Wiwusza uświadomiły jej dlaczego.
- Wydawał się taki miły, dał jej nawet kwiaty.
Marcus, który przez chwilę studiował fasadę budynku, oceniając którędy najszybciej dostać się do środka, teraz zwrócił uwagę na chłopca. Jego brwi zmarszczyły się.
- Jakie kwiaty?
- Lilie, takie białe, cały pęk lilii.
- Stwórco przenajświętszy – wyrwało się Marii. Dopiero teraz obaj bracia Avicus zauważyli jej obecność. Marcus mierzył ją zaniepokojonym wzrokiem.
- Morderca, morderca kobiet – wyjaśniła nieskładnie – dawał im lilie zanim, oh… to prawda, co mówił mag… ma kolejną…
- Ale… - Wiwusz wydawał się zdezorientowany, patrzał raz na nią, raz na Marcusa. Ten jednak nie dał mu dokończyć.
- Biegnij do Wisielca, znajdź Varrica, powiedz mu… powiedz, że znaleźliśmy mordercę od lilii. Niech przyjdzie najszybciej jak się da, on, Izabela, Anders… a potem leć po Avelinę, rozumiesz.
- A wy? – chłopak był bardzo przejęty.
- My idziemy do środka – powiedział Marcus dłonią sięgając do szabli…
…
Wewnątrz znaleźli ślady krwi i ukryte drzwi, których, jak potwierdziła Hawke wcześnie nie było. Zeszli w podziemia, po drodze minęli parę prymitywnych pułapek, kilka cieni. Wreszcie weszli do wysoko sklepionego pomieszczenia. Wydawało się, że kiedyś musiała to być piwnica, teraz przekształcona w groteskową namiastkę salonu. Stanęli pośrodku rozglądając się dokoła. Uwagę Marii przykuł obraz zawieszony na jednej ze ścian. Wkoło niego wisiały uschnięte, zwiędłe i świeże kwiaty, na stole ustawionym pod nim płonęły świeczki, ale nie to zmroziło Hawke. Twarz kobiety na obrazie, była znajoma, tak niesamowicie podobna do…
- Mama? – W jej głosie brzmiała panika.
- Tam są drzwi – usłyszała Marcusa. Mag kierował się w tamtą stronę, ale złapała go za ramię i obróciła go do siebie.
- Kim jest ta kobieta? Ta o której mówił Wiwiusz…?
Zobaczyła zmianę w jego twarzy, smutek i niepokój. Nie musiał odpowiadać.
…
Parli na przód, kolejne fale cieni i kilka pomniejszych demonów nie stanowiły przeszkody dla rozjuszonej Hawke, Marcus robił wszystko, co w jego mocy by trzymać napastników z dala od czarodziejki. Miał nadzieję, że Varric i reszta przybędzie szybko, nie wiadomo, co czekało ich na końcu korytarza ale zwlekać też nie mogli.
Za ostatnimi drzwiami znaleźli laboratorium. W koło pełno było ksiąg, naczyń, menzurek. Zapach magicznych składników mieszał się z odorem śmierci.
- Mamo – Hawke rzuciła się do przodu. W roku stał mag, starszy mężczyzna w długich szata. Obok niego Leandra nieruchoma i blada nawet nie drgnęła. Błagalnymi oczami patrzyła na córkę, do jej karku mag przystawił sztylet.
- To dość niefortunne spotkanie – syknął napastnik. – Ty nazywasz się Hawke? Miałem nadzieję, że zjawisz się trochę później, żeby podziwiać moje dzieło…
- Zostaw ją ty chory sukinsynu… - Marii podchodziła powoli do przodu, w jej dłoni zbierała się energia. Potężne wyładowanie elektryczne drgało pod palcami. Teraz nie czuła strachu, jedynie furie, czystą i nieokiełznana chęć mordu.
- Ani kroku dalej – ostrzegł mag, sztylet w jego dłoni drgnął znacząc szyję Leandry. – Twoja matka… dostąpi zaszczytu… przejdzie do historii…
- Ty przejdziesz do historii – wysyczała Hawke nie patrząc na maga. Jej oczy spoczęły na Leandrze.
…
Ach, tego się właśnie obawiałem – westchnął mag. Sztylet prześliznął się po gładkiej skórze lady Amell. Z początku widać było jedynie czerwoną pręgę, potem krew buchnęła z rany. Hawke wydała przeciągły krzyk, z jej dłoni wystrzelił snop iskier. Mag odskoczył w bok, Leandra wypadła z jego rąk, na podłogę, w kałużę własnej krwi. Przed nimi wyprysły trzy demony gniewu. Hawke rzuciła się w przód, jeden z demów został zmrożony na kość, kostur Marii roztrzaskała go na kawałki. Drugi nadział się Fenrisową szablę. I wtedy poczuł tę moc. Coś atakowało go. Rozejrzał się w koło. Mag stał nad Leandrą, w koło niego garść cieni kołysało się w mroku. Krew z podłogi unosił się i połyskiwała niczym krwawy deszcz uniesiona w powietrze siłą czaru. Hawke zawyła dziko. Znieruchomiała z dłońmi zaciśniętymi na kosturze w połowie rzucania czaru, płomienie zbierające się wokół niej zgasły. Fenris poczuł dziwne mrowienie na skórze, czar otaczał go, ale nie miał nad nim władzy. Dopiero gdy amulet, który skrywał się pod jego koszulą zaczął go parzyć, pojął, że dar Flemeth chronił go przed wpływem negatywnych zaklęć.
Mag krwi nie przypuszczał, że jego klątwa nie zadziałała. Ponad to nie spodziewał się, że mężczyzna towarzyszący Hawke, w zbroi i z mieczem w dłoni był w rzeczywistości magiem. Gdy nachylił się nad Leandrą, trafiła go kula elektryczności, siła zaklęcia odrzuciła go w tył. Bardziej zdziwiony niż wystraszony spojrzał na Fenrisa, który stał już nad nim. Tym razem to zimna stal przeszyła ciało maga. Z pomiędzy jego ust wydobył się zduszony okrzyk, a potem ciche gulgotanie, gdy ostrze wbiło się głębiej. Wreszcie jego bezwładne ciało zsunęło się z satysfakcjonującym mlaśnięciem z szabli. Dopiero wówczas Hawke została uwolniona z zaklęcia. Od razu podbiegła do matki, leżącej bez ruchu na posadzce i to Fenris musiał pozbyć się garstki cieni i demona gniewu, czego dokonanie nie było sprawą prostą w pojedynkę. Nim uporał się z ostatnim, dłoń całkiem mu omdlała, miał też paskudnie poszarpane ramię, bo jeden z cieni zdołał zajść go od boku. Najważniejsze jednak było to, że Marii zdołała zaleczyć ranę na szyi Leandry. Lady Amell była nadal nieprzytomna, ale mimo upływu krwi miała wyczuwalny puls i oddychała. Fenris wziął ją na ręce i oboje postanowili opuścić miejsce krwawej jatki.
…
Gdy odnaleźli drzwi wiodące do ciągu piwnic byli już mocno zdyszani. Młody Avicus miał szczęście, że Varric właśnie wrócił z ważnego posiedzenia gildii. Historia jaką opowiadał Wiwiusz mocno zaniepokoiła krasnoluda i nie chodziło jedynie o fakt, że najprawdopodobniej Leandra wpadła w łapy psychopatycznego maga. Dopiero, gdy w pierwszej z ciągu piwnic spotkali Hawke i Marcusa odczuł ulgę. Oboje były wyraźnie zmęczeni, brudni i zakrwawieni. I chociaż Varric przypuszczał, że skoro oni żyją, zabójca spotkał swój koniec, nie było widać tryumfu na twarzy Marii.
- Proszę, Anders… mama… - wysapała Hawke, patrząc błagalnie na uzdrowiciela. Dopiero teraz dostrzegli ciężar jaki spoczywał na rękach Avicusa. Leandra, ubrana w zżółkłą od starości suknie ślubną. Anders przyjrzał się nieprzytomnej kobiecie, nie było dla niego tajemnicą, że uzdrawiające talenty Hawke były niezbyt imponujące. Tevinterczyk też nie przejawiał żadnych zainteresowań w tym kierunku, ale wystarczył jeden impuls magii, by stwierdzić, że nie ma bezpośredniego zagrożenia życia.
- Niezła robota Hawke. – Gdy Anders uśmiechnął się do niej, wyraźnie rozluźnia się.
- Muszę obejrzeć ranę i pewnie potrzebna będzie spora dawka magii ale myślę, że wyjdzie z tego.
Przed wejściem do magazynu napotkali ich Avelina. Gdy spostrzegła Leandrę na rękach Marcusa, twarz jej przez chwilę ścisnęła się z bólu.
- Żyje – oznajmił Varric.
- To ten zabójca od lilii – oznajmiła Hawke, ostrym tonem, bo pamiętała jak pani kapitan kazała jej przestać się zajmować domysłami templariusza cierpiącego na paranoje. Wojowniczka wyczuła rozdrażnienie w głosie Hawke i spuściła wzrok, jakby czując się winną.
- Więcej już nikogo nie zabije – na słowa Avikusa skinęła jedynie głową.
Potem cudaczna procesja przeszła przez centrum Kirkwall, zapewne, gdyby nie późna pora, napotkała by na drodze zdziwienie i grozę.
…
Hawke wysunęła się po cichu z pokoju matki. Anders i Orana poradzą sobie świetnie bez niej. Kobieta wyciągnęła z torby fiolkę z niebieskawym płynem. Brak many i potworne zmęczenie sprawiały, że nie marzyła o niczym innym, jak tylko zawlec się do swojego łózka ale głos Varrica dochodzący z dołu przykuł jej uwagę.
- Wszystko to bardzo pięknie, ale chciałbym usłyszeć powód, dla którego kazałeś śledzić matkę Hawke. – głos krasnoluda był spokojny, jakby wspominał to mimochodem, Hawke jednak znała go zbyt dobrze. On nigdy nie pytał ot tak, z ciekawości. Dyskretnie przysunęła się do balustrady. W holu, przy kominku stał Varric, rozcierał zmarznięte dłonie. Obok Izabela zajęta była opróżnianiem zawartości kryształowej karafki. Avelina stała przy schodach, śledząc sytuację. Marcus siedział w fotelu, przysuniętym bliżej kominka. Wyciągnął przed siebie nogi, głowę odchylił do tyły. Jego potargane włosy opadały na oparcie, twarz miał bladą, ubranie zakrwawione i brudne. Wyglądał, jak sto nieszczęść.
- Sam przyznasz, że to trochę podejrzane.
Przez chwilę trwała cisza, jedynie chrzęszczenie zbroi Aveliny, gdy ta podeszła bliżej dało się słyszeć w ciszy panującej teraz w rezydencji. Jakby wszystko zamarło w oczekiwaniu na odpowiedź. Hawke już chciała się wychylić i powiedzieć im żeby dali zmęczonemu wyraźnie mężczyźnie spokój, gdy Marcus przemówił.
- Rozmawiałem z templariuszem… miał na imię… Emeryk?, tak, chyba tak…
- Tylko mi nie mów, że ciebie też napastował? – Avelina potarła czoło, Hawke wiedziała, że robi to wtedy, gdy czuje się nieswojo.
- Chciał sprawdzić, czy coś słyszałem – wyjaśnił rzeczowo mag.
- I powiedział ci o liliach? – Varric zmarszczył brwi.
- Nie on… ten drugi mag którego chciał… przesłuchać - teraz głos Marcusa był niepewny. Avelina przytaknęła, ale nawet z góry Marii dostrzegła sceptycyzm malujący się na twarzy krasnoluda. Niemal słyszała zrzędliwy głos Varrica w swoje głowie. „ Ach tak, i oczywiście osoby, które mogłyby to potwierdzić, wygodnie dla ciebie, nie żyją".
- I tak po prostu postanowiłeś zbadać sprawę? – Wyglądało na to, że Isabela wreszcie rozprawiła się z winem w karafce i szukała czegoś innego by zając ręce.
- Nie wierzyłem mu – stwierdził sucho Marcus, co przysporzyło mu sympatii pani kapitan.
- Skąd więc pomysł by śledzić Leandrę? – Varric nie dawał za wygraną, zdeterminowany znaleźć słaby punkt w opowieści Marusa. Hawke nie była naiwna, gdyby nie strach, stres i zmęczenie pewnie sama zadałaby mu te same pytanie. Co, jak co, ale ten mag zjawił się w jej życiu zaledwie miesiąc temu, a zadomowił się wśród jej dysfunkcyjnej rodzinki, jakby każdego z jej członków znał od wieków. Zdołał przekonać do siebie jej matkę, uratował życie jej i Leandrze, na dodatek był równie tajemniczy, co pociągający.
- Leandra zaprosiła mnie na kolację – zaczął mag. Hawke uśmiechnęła się do siebie, matka zadała sobie wiele trudu żeby wszystko było idealnie.
- Zauważyłem lilie – tu Marcus wskazał stuł po przeciwnej stronie holu, gdzie w wazonie stały kwiaty.
- Bothan wspomniał coś o jakimś adoratorze. Skojarzyłem fakty, wolałem nie ryzykować…
- I przysposobiłeś do tego zadania swojego niedorosłego brata?
- Zadziałało, prawda?
W głosie maga dało się wyczytać zniecierpliwienie. Hawke uznała, że na dzisiaj wystarczy mu przesłuchać. Niezależnie od tego, że podejrzanie pojawiał się zawsze w odpowiednim miejscu i czasie, winna mu była dozgonną wdzięczność.
Hawke powoli zeszła po chodach, na pytające spojrzenia przyjaciół uśmiechnęła się.
- Anders mówi, że wszystko będzie dobrze...
