Kobieta wydawała się mocno zaniepokojona niespodziewanymi odwiedzinami. Dopiero, gdy dostrzegła Sebastiana, jej twarz wypogodziła się i po chwili cichej rozmowy z bratem zakonnym zdecydowała się wpuścić trzech obcych mężczyzn do jej domu.

Varric obrzucił okiem pomieszczenie służące czteroosobowej rodzinie za kuchnie, jadalnie i salon jednocześnie. Meble były stare i zniszczone, pleśń wyłaziła w kontach, tynk odpadał od ścian, ale podłoga była świeżo zamieciona, nigdzie nie widać było wszechobecnego w Dolnym Mieście kurzu, a trójka bladych dzieci miała pocerowane i czyste ubrania. Krasnolud wywnioskował, że rodzina była przyzwyczajona do o wiele lepszych warunków niż tych, w których teraz żyli, co zresztą potwierdziło się w rozmowie.

- Dala, powiedz im dokładnie to, co powiedziałaś mi – zachęcił Sebastian, gdy wszyscy usadowili się na trzeszczących od starości krzesłach wokół stołu.

Kobieta skłoniła głową. Przez cały czas zerkała na swoje potomstwo, bawiące się w kącie kamykami, jakby szukała pociechy w ich widoku.

- Mój mąż Imri, był jednym z Książęcych Łuczników, służył przy pałacu, nim to wszystko się stało. – Dala spojrzała ze smutkiem na Sebastiana.

- Imri nie chciał służyć Goranowi, nie po tym, co zaszło w pałacu… - Zapadła chwila milczenia. Twarz kobiety posmutniała, jakby pamięć tamtych zdarzeń nadal ją bolała.

- Zmuszono nas… do opuszczenia domu…

- Goran i jego poplecznicy pozbywali się wiernych moim rodzicom żołnierzy.

Na słowa Sebastiana kobieta przytaknęła.

- Znaleźliśmy się tutaj – omiotła spojrzeniem izbę i Varric widział wyraźnie niechęć, jaką musiała żywić do tego miejsca, i nie chodziło tylko o dom, zapewne miała na myśli całe Kirkwall.

- Było znośnie, Imri… miał niezawodną rękę i celne oko, znajdował prace jako najemnik… ale ostatnie pół roku… było z nim źle… - tu kobieta uciekła wzrokiem w bok, jej oczy szklące się od łez spoczęły na dzieciach.

Sebastian złożył dłoń na jej ręce.

- Dala, wiem, że to trudne, ale musimy wiedzieć.

Kobieta uśmiechnęła się blado, otarła dłonią twarz, wzięła głęboki oddech.

- Byliśmy u tego uzdrowiciela, w Mrokowisku… powiedział, że nie da się nic zrobić… to coś rosło w moim mężu… karmiło się nim i… zabijało go… powoli.

Znów chwila ciszy, przerywana jedynie podzwanianiem zbroi. Fenris stawał się coraz bardziej niecierpliwy. Varric rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie i elf przestał się wiercić.

- Było z nim coraz gorzej… prawie nie mógł chodzić… a potem zniknął?

- Ma pani może jakieś podejrzenia, gdzie się mógł podziać?

- Wrócił jakiś tydzień potem, na chwilę, z sakiewką pełną złota. – Dala zacisnęła dłoń na fartuchu, jakby mówienie o tym było jeszcze cięższe.

- Powiedział skąd ma to złoto?

- Powiedział, że to jego ostatnie zlecenie, żebym zrobiła z pieniędzmi to, co uważam i że więcej go nie zobaczę.

- I od tej pory go nie widziałaś?

Kobieta przytaknęła smętnie. Jej dłoń, przed chwilą mnąc fartuch opadała na jej podołek, jakby Dala nagle poczuła się bardzo zmęczona.

- Kiedy to było? – po raz pierwszy odezwał się Fenris.

- Będzie jakieś... dwa miesiące? Może trochę więcej.

Gdy wychodzili z domu Dala zatrzymała ich jeszcze w progu.

- Nie wiem do czego wam to… - zaczęła niepewnie. – ale Imri jest… był porządnym człowiekiem, nigdy nie zrobiłby nic złego…

Varric spojrzał na nią sceptycznie, Fenris parsknął cicho.

- Mówię poważnie… znam swojego męża – tym razem w jej głosie nie było wahania, jedynie niezachwiana pewność. – To… to, co przyniosło mi pieniądze… to nie był mój mąż.

- A co to było według ciebie? – Nawet gniewny pomruk elfa nie zbił jej z tropu.

- Nie wiem, ale to nie był mój mąż… jego oczy były obce i zimne, on nie było sobą…

Szara monotonia bywała nurząca – Fenris odkrył tę prawdę po kilku wizytach w Pustce. Podobnie męczące stawały się demony, szczególnie te, które miast atakować strzępiły sobie język.

- To miło, że posssłuchałeś mojej rady – usłyszał znajomy, syczący głos.

Zaprzeczanie nie miało najmniejszego sensu. Ignorowanie było skuteczniejszą bronią na tego upartego demona. Czasem jednak było niezwykle trudno nie dać się sprowokować.

- Dobrze, że ma się na kim oprzeć, twoja obecność pomaga jej, łagodzi ból…

Miał ochotę rzucić się na demona i uciszyć go raz na zawsze. Próbował nawet kilka razy, zawsze z marnym skutkiem. Istota nagabująca go we śnie była inna niż pozostałe potwory z poza Zasłony. Wydawała się jakaś niematerialna, jakkolwiek głupio to brzmiało w wypadku mieszkańców Pustki. Inne demony były dość łatwe do zabicia, jego niematerialny miecz, w niematerialnej dłoni skutecznie kończył istnienie tych niematerialnych demonów.

Ten tutaj był inny. Gdy próbował go dźgnąć, uderzyć, zranić ostrze przechodziło na wylot, tak jakby próbował zaatakować mgłę.

- Na kogóż innego mogłaby liczyć…

Fenris westchnął w myślach, wiedział do czego zmierza istota. Za każdym razem, gdy ją spotykał próbowała przekonać go by zapomniał o swoim dawnym istnieniu i skorzystał z szansy jaką otrzymał od losu.

- Daj spokój?

Demon prychnął, jakby oporność Fenrisa irytowała go.

- Ty jesteś z nią, a gdzie jest ten rozgniewany niewolnik? Skoro, jak twierdzisz kocha ją, czemu nie ma go przy Marii, gdy tego najbardziej potrzebuje.

Fenris sam zadawał sobie to samo pytanie wiele razy. Czasem przestawał rozumieć tego drugiego siebie. Teraz patrzał na wszystko z innej perspektywy i miał wrażenie, że coraz mniej ma wspólnego ze swoim sobowtórem. A wszystko z powodu jednego zdarzenia, które dla tamtego nigdy się nie stało.

- Wiesz czemu tak jest? – Nie pierwszy i nie ostatni raz przekonywał się, że jego myśli podążają torem wyznaczonym przez demona.

- Śmierć kochanej osoby zmienia duszę.

- A co tym możesz o tym wiedzieć?

- Ha, obserwuję dramaty rozgrywające się po tamtej stronie Zasłony od tysiącleci, wiem więcej niż ci się wydaje.

Niekształtna masa stanowiąca ciało demona zafalowała z lekka.

- Gdy ktoś kogo kochasz umiera w twoich ramionach, a ty jesteś bezsilny, to zmienia wszystko, prawda?

Demon nadal unosił się w powietrzu, niczym mgła, drgający, szary cień, bez rąk, nóg, oczu. A jednak Fenrisowi wydawało się, że patrzy na niego, ocenia.

- Ale oczywiście on o tym nie wie, nigdy nie stracił nikogo kogo darzył prawdziwym uczuciem, zadbałeś o to…

Przestał słuchać wywodów demona, skupił się na obserwacji jego półprzezroczystego ciała i nagle doszedł do jednego wniosku.

Nie mógł go zniszczyć ponieważ istota ta nie była realna, była jedynie cieniem, odbiciem prawdziwego demona, który musiał kryć się gdzie indziej.

Z tą rewelacją na myśli zagłębił się mocniej w sen, pozostawiając za sobą Pustkę. Przez chwilę gdzieś między szarością krainy duchów a całkowitą ciemnością głębszego snu dosłyszał cichy śmiech. Wydało mu się, że dostrzega poprzez mrok falę jasnych włosów, równie jasne, błękitne oczy i uśmiech… Obraz przeszłości, odbicie obcego wspomnienia. Złotowłosa kobieta. Tym razem znał jej imię. Lili.

- I naprawdę zamierzasz pomagać tej… abominacji? – W głosie Fenrisa słychać było niedowierzanie przemieszane z gniewem.

- Tak właśnie, zamierzam – Hawke pochyliła się nad stołem. Oparła łokcie o blat, prawą ręką potarła nasadę nosa. Nieuchronnie zbliżała się migrena.

Popatrzyła na niego z więcej niż tylko irytacją. Tego popołudnia spędzali czas w Wisielcu. Varricowi wreszcie udało się ją namówić na wyjście z spowitej w ponurą ciszę rezydencji. W nieśpiesznie napełniającej się ludźmi izbie, przy stole siedziała ona, krasnolud, Marcus i Fenris. Ten ostatni wyglądał jakby miał zamiar wstać i zabrać się stąd, byle dalej od tych cholernych magów. Marii skrzywiła się na samo wspomnienie.

- Nie pozwól, żeby ten szaleniec wciągał się w swoje sprawy, cokolwiek knuje to nie jest nic dobrego. – Słowa elfa raniły głęboko, budziły też gniew. Uniosła na niego zmęczone oczy.

- Ten szaleniec to mój przyjaciel, a przyjaciołom się ufa i pomaga, czy może o tym też zapomniałeś?

Fenris miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby się speszyć. Pociągnął wzrokiem po reszcie zebranych przy stole. Pewnie szukał u nich poparcia, ale Varric przezornie nie zabierał głosu. Marucs zaś… cóż, był magiem więc… Elf pokręcił z niedowierzaniem głową. Wstał gwałtownie od stołu.

- Mnie w to nie mieszaj – warknął, oddalając się. Hawke popatrzyła za nim. Przez chwilę w jej oczach zaszkliły łzy, ale zagryzła usta i spuściła głowę, żeby za kurtyną włosów ukryć twarz. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś byli przyjaciółmi. Uśmiechnęła się gorzko. Przyjaciółmi, byli czymś znacznie więcej, kiedyś… A może tylko się jej tak zdawało. Wzięła głęboki oddech, uniosła twarz obleczoną w maskę obojętności.

- Jutro po piątym dzwonie, w klinice Andersa – wstała od stołu, gdy Marcus też zaczął się podnosić potrząsnęła głową. Wolała być sama. Zrozumiał bez słów, on zawsze rozumiał. Aż

dziwne, przecież znali się zaledwie dwa miesięcy. Posłała mu przepraszający uśmiech. Wstała i wyszła w ciemną noc.

Varric w ciszy dopijał swoje piwo, kufel Marcusa stał nietknięty przed magiem.

- Anders ostatnimi czasu jest coraz bardziej tajemniczy – skwitował w końcu krasnolud rozmowę, jaka odbyli dzisiejszego popołudnia z magiem. Strażnik prosił ich o pomoc w znalezieniu rzadkich substancji, nie chciał jednak powiedzieć po co mu one.

- Jest niestabilny. – Na to określenie z ust Marcussa Thetras zareagował parsknięciem. Avicus spojrzał na niego znacząco.

- Mówię poważnie, coś jest z nim bardzo nie tak.

Varric tylko pokiwał głową. Tak, z nim, albo z Justynianem – pomyślał.

- Ale mimo to idziesz jutro z nami?

Tevinterczyk przeczesał dłoniami długie włosy.

- Nie zostawię ją na pastwę tej abominacji.

Krasnolud przyglądał się mu uważnie. Słowo abominacja wymawiał z tą samą nutą pogardy i obrzydzenia, co Fenris. Marcus nie dostrzegał badawczego spojrzenia pisarza. Minęło może pięć minut od wyjścia Hawke, mag zebrał się z ławy, pożegnał Varrica i ruszył w drogę ku Górnemu Miastu. Thetras był przekonany, że będzie szedł parę kroków za Marii, śledząc jej drogę do domu, czuwając, jak często czynił ostatnimi dniami. Taki cichy anioł stróż.

Sebastian wyszperał z kieszeni kilka karmelkowych cukierków i dał je piszczącym z uciechy dzieciakom

- Wasza wysokość, nie trzeba było – ich matka była jakby zawstydzona.

Sebastian wzruszył ramionami. Po którymś razie z kolei przestał poprawiać Dalę. Najwidoczniej dla niej był ciągle księciem. Marcus, który zaskakująco postanowił odwiedzić wraz z Sebastianem matkę i jej trójkę dzieci, stał już przy drzwiach.

Mag obrzucił okiem jeszcze raz niewielką izbę.

- Dala?

- Tak serach? – Sebastian zauważył że kobieta nie czuła się swobodnie w towarzystwie maga.

- Co stało się z pieniędzmi, które otrzymałaś od męża, jeśli oczywiście można wiedzieć.

- To nie był mój mąż – wyrwało jej się. Sebastian patrzył na jej posmutniałą twarz z litością.

Marcus przytaknął jedynie, czekając, czy uzyska odpowiedź.

- Mieliśmy wiele długów – wyjaśniła Dala. Jej wzrok podążył za dziećmi bawiącymi się w kącie. – Coteria… chcieli zabrać Jima, mojego najstarszego… Kobieta westchnęła ciężko. – Nie mogłam im pozwolić…

I oczywiście oddała wszystkie oszczędności nie wiedząc nawet ile był winny jej mąż oprychom, jeśli w ogóle był winny, pomyślał gorzko Sebastian.

Jego towarzysz nic na to nie odpowiedział, zza paska wyciągnął sporą sakiewkę. Już ona sama, z porządnie wyprawionej skóry, ze złotą oblamówką była warta parę sztuk srebra.

Sebastian patrzał nieco zdziwiony, jak mag wręcza zaskoczonej kobiecie wypchany pieniędzmi woreczek.

- Ale…

- Tobie bardziej się przydadzą.

Podążając wydeptanymi schodami ku Dolnemu Miastu Fenris czuł na sobie badawcze spojrzenie Sebastiana. W końcu nie wytrzymał.

- Chcesz mi coś powiedzieć?

- To był bardzo szczodry dar… nie spodziewałem się podobnej hojności po… - Sebastian urwał w pół zdania zakłopotany.

Fenris uśmiechnął się krzywo, dłonią przeczesał brązowe kosmyki opadające mu na twarz.

- Po magu? Tevinterczyku?

Zakonnik zaśmiał się nerwowo.

- Miałem na myśli bogatego arystokratę.

- Ach…

Przez chwilę wspinali się po schodach nie rozmawiając, mijając ludzi śpieszących w dół i górę miasta.

- Czuję, że powinienem ci podziękować.

Fenris spojrzał pytająco na księcia.

- To, co robisz dla Hawke, bardzo jej pomogłeś…

Fenris milczał, nie mógł powiedzieć, co czuje patrząc na udrękę Marii, gdy miotała się w samotności, obwiniała się.

- Widziałem cię ostatnio na nabożeństwie – ciągnął niezrażony ciszą zakonnik.

- Przechodziłem obok – padła odpowiedź. Vael doznał przedziwnego uczucia de ja vu.

- Zanim zaczniesz mnie nagabywać – dodał Avicus, wiedząc, że szykuje się pogadanka o wierze i Stwórcy. - Poszedłem tam z Hawke, żeby jej towarzyszyć.

- A jednak słuchałeś uważnie.

Mag wzruszył ramionami.

- Nie miałem nic innego do roboty.

- Pewnie rzadko to słyszysz, przynajmniej w tej części świata, ale wydajesz się być porządnym magiem.

- Ha, nie wiedziałem, że coś takiego istnieje.

- Istnieje – zaczął z przekonaniem Sebastian. – Hawke jest dobra i ty, nawet Anders na swój własny zwariowany sposób…

Fenris parsknął z dezaprobatą.

- Abominacja…

I znów to badawcze spojrzenie, a potem Sebastian zaśmiał się.

- Myślałem, że Varric oszalał.

- A co nimby ma Varric wspólnego z tym wszystkim?

- Powiedział, że po bliższym poznaniu okazujecie się, zaskakująco podobni, ty i Fenris.

Postanowił nie skomentować tego, bo i cóż mógł powiedzieć. Hej, mamy takie same poglądy bo on jest mną?