Wieczorami rezydencja Amellów tonęła w nienaturalnej, wręcz przerażającej ciszy. Czasem Hawke łapała się na wsłuchiwaniu w tę ciszę, jakby chciała wyłowić z niej odgłos znajomych kroków. Nierzadko zdawało się jej, że słyszy melodię nuconą cichym głosem matki. Drobne przedmioty, pozostawione przez Leandrę w różnych miejscach, doprowadzały ją do płaczu, na przykład szczotka, która leżała na toaletce, nożyce do przycinania róż pozostawione na ławce w ogrodzie...

I ta zakładka w książce, którą dopiero co znalazła. W książce, której matka nigdy nie przeczyta do końca.

Hawke zacisnęła mocniej usta. Nie rozpłacze się, nie w obecności swojego gościa. Zerknęła ukradkiem na mężczyznę. Jego przystojna fizjonomia odciągała ją od bolesnych wspomnień o matce. Czarodziejka przesunęła wzrokiem po jasnej, atłasowej koszuli, pięknie układającej się na zaskakująco umięśnionym - jak na maga - torsie.

Marcus siedział w bibliotece rozparty wygodnie na kanapie z książką w ręku, która podejrzanie wyglądała na dzieło Varrica. Wyraźnie skupiał się nad tym, co czytał, bo na szerokim czole pojawiła się poprzeczna zmarszczka. Pojawiała się tam zawsze, kiedy nad czymś intensywnie myślał. I jeszcze to pasmo włosów, które zawsze, zawsze spadało na czoło, niezależnie od tego, jak często je odgarniał, albo sposób, w jaki jego długie, smukłe palce przewracały kolejna stronę. Aż dziwne, że dostrzegała tyle drobiazgów. Uśmiechnęła się widząc, jak marszczy brwi, widocznie zaintrygowany tym, co znalazł w książce. Mężczyzna musiał poczuć na sobie wzrok, bo odwrócił się ku niej i obdarzył złocistym spojrzeniem swych oczu, przy tym unosząc jedną brew w niemym pytaniu. Marii poczuła, jak przyjemne gorąco rozpływa się po ciele, serce zaczyna przyśpieszać, a na policzki wypływa rumieniec. Na Stwórcę, opamiętaj się dziewczyno – pomyślała. Chrząknęła i wreszcie odezwała się, przerywając ciszę.

- Może poczytałbyś na głos?

Przyglądał jej się znad książki. Wiele wieczorów spędzali właśnie w ten sposób, każde milcząco zajmujące się swoimi własnymi sprawami, a jednak razem. On przesiadywał w

bibliotece i szlifował swoją umiejętność czytania; Marii przeglądała pocztę, odpisywała, okazjonalnie wrzucała któryś z listów do kominka. Smutek na twarzy magini powoli się zacierał, oczy nabierały wyrazu. Wiedział, że jakaś część tego wszystkiego była jego zasługą. Nie zostawił jej samej, wytrwale wywabiał z pustego gmaszyska, krok po kroku wyciągał z muszli, w której schroniła się po śmierci matki. Zawsze wiedział kiedy na niego patrzyła. Odczuwał to niczym jakieś drobne łaskotanie na skórze, jakby rzeczywiście dotykała go fizycznie. Zerknął na nią. Chciała, żeby czytał? Ale tego właśnie nie powinien robić. Nadal nie potrafił łączyć płynnie sylab. Zbyt dużo wątpliwości wzbudziłoby odkrycie, że tevinterski arystokrata duka niczym uczniak.

- Jest koszmarnie kiepska, obawiam się, że ani jedno słowo nie przejdzie mi przez gardło. Marii przechyliła głowę, jakby chciała odczytać napis na okładce książki.

- Lepiej nie mów tego Varricowi, to jedna z jego poczytniejszych powieści.

- Strach pomyśleć, jakie są te mniej poczytne. – Jego uwaga wywołała cichy śmiech Marii. Kobieta pokręciła głową, po czym zabrała się po raz kolejny do przeglądania poczty. - Meredith… Orsino…. – mruczała, przeglądając się kolejnym kopertom.

– A to? Rozpieczętowała mało wyróżniający się papier. Po jej twarzy poznał, że list musiał jakoś ją poruszyć. Hawke zwiesiła głowę, pochyliła się do przodu, jakby miała się położyć na biurku.

Książka została zapomniana, kiedy wstał i podszedł do niej, ostrożnie kładąc dłoń na ramieniu kobiety. Uniosła się i tym razem pozwoliła sobie na kilka łez zebranych w kącikach oczu.

- To... to przyjaciółka mamy z Denerim. Ona, ona nic nie wie… nie mogłam się zebrać… muszę odpisać… - Zniechęcenie i smutek w głosie był tak namacalny. Chciał... nie, musiał jej pomóc przetrwać najgorsze. Przecież rozumiał jak to jest, gdy ktoś kochany nagle zostaje zmazany z karty życia.

- Nawet nie wiem… to boli tak bardzo, nawet nie umiem tego opisać… - powiedziała półszeptem, unosząc na niego szarozielone oczy. Wiedziony impulsem dotknął dłonią bladego policzka. Wtuliła się, jakby była zagubionym kociakiem.

- Nie musisz mówić, ja wiem – odparł i to wystarczyło. Dłoń Marii zacisnęła się spazmatycznie na jego rękawie. Przez krótką chwilę trwali tak patrząc na siebie, dzieląc chwilę bliskości. Potem czarodziejka wzięła głęboki oddech.

- Dzisiaj tego nie napiszę – powiedziała puszczając materiał. List odłożyła na stertę papierów i podniosła się z krzesła. - Chodźmy zobaczyć, czy Varric pisze dzisiaj swoje kiczowate powieści i ewentualnie mu poprzeszkadzać…


Niestety, nie było im dane dotrzeć w spokoju do Wisielca. W połowie drogi napotkali kilku magów w obstawie templariuszy, którzy zaatakowali ich, gdy tylko dostrzegli Hawke. Gdyby nie Izabela, która najwidoczniej wracała właśnie z Kwitnącej Róży, nikt z nich nie wyszedłby z potyczki bez szwanku. Jednak udało się. Dzięki skrawkom informacji znalezionym przy trupach dowiedzieli się o jakimś „buncie" i „spisku", o miejscu spotkań i zakładniku. Trzeba było odłożyć plany spędzenia wieczoru w Wisielcu na rzecz tropienia rebeliantów. Varric chętnie się przyłączył, Izabela sprowadziła Fenrisa. Niedługo po północy zajęli się jeszcze jedną grupą współpracujących ze sobą magów i templariuszy. A potem wszystko stało się jasne. Bunt przeciwko despotycznej Meredith i związek Hawke z całą tą sprawą.

...

W momencie, gdy padło imię Carvera, Hawke przestała logicznie myśleć. Varric nawet się temu nie dziwił. Czarodziejka zawsze była bardzo opiekuńcza względem rodziny. Jej matka odeszła w tak tragicznych okolicznościach, a teraz trafiło na Carvera. Krasnolud wyburczał pod nosem kilka niewybrednych wyzwisk pod adresem idiotów, którzy porwali brata czempionki, żeby skłonić ją do współpracy. Najśmieszniejsze było to, że spisek przeciwko despotycznym rządom Meredith Hawke pewnie poparłaby bez większego zastanowienia. W chwili, gdy zagrożono życiu jej brata, sprawa była przesądzona. Pisarz nie dziwił się, że Hawke nie chciała czekać na posiłki z Katowni. Karon, który o mało co nie skończył z podsmażonym tyłkiem został odesłany, by donieść o wszystkim Cullenowi. Trasę na Okaleczone Wybrzeże pokonali w rekordowym czasie, jednak nikt nie odezwał się nawet słowem.

To było szaleństwo. W powietrzu śmigały zaklęcia, świstały bełty i strzały, zgrzytały miecze, w powietrzu unosił się dźwięk chrzęszczącej zbroi, krzyki i jęki umierających. Nie dbała o to. Zobaczyła za plecami Grace'a leżącego na trawie Carvera i wszystko, wszystko przestało się liczyć. Przez umysł przebiegło wspomnienie bladej twarzy matki, pozbawione wyrazu oczy martwej Bethany i odchodzący ojciec….W jej głowie rozbrzmiewał cichy szept: Popatrz, wiesz że jest martwy, straciłaś ostatniego z rodziny, twoja pycha go zabiła. Nie, to nie mogło się tak skończyć, tak bardzo się starała. A czy z matką też się nie starałaś A Bethany? Zawsze za mało, zawsze za późno.

Zatraciła się, gniew zalał ją oślepiającą falą. Znaczenie miało tylko to, by zmieść z powierzchni ziemi tą kłamliwa sukę i jej popleczników. Zabić wszystkich, który staną między nią i Carverem.

Szczęśliwe dla niej, obok siebie miała towarzyszy. Fenris i Marcus nie odstępowali jej o krok, broniąc obu flanek, nie pozwalając sięgnąć żadnemu ostrzu. I wtedy zdesperowana wywłoka poddała się i zamieniła w paskudną abominację.

Magia Hawke popłynęła wartkim strumieniem, czerpała coraz głębiej, coraz więcej, byle tyko zgnieść potwora, który śmiał zagrozić jej bratu. Skupiona na wrogu kątem oka dostrzegła Fenrisa w niebieskawej poświacie, gnającego za kolejnym magiem, któremu mógłby wyrwać serce. Obok Marcus potykał się z templariuszami. Pogrążona w furii ledwo dostrzegła, jak jeden z nich posyła maga na plecy. Na szczęście drenaż many jej nie dosięgnął. Uderzenie odrzuciło Marcusa na kilka metrów, ale szybko wstał, iskry już nie tańczyły na jego skórze, ale mimo zmęczenia uśmiechnął się krwiożerczo. W nim też szalała furia. Przez jedną chwilę dzielili ze sobą spojrzenie i rozumieli się, jak nigdy przedtem. W następnej mag skinął głową, podniósł się z ziemi i ruszył na spotkanie templariuszy. Hawke usłyszała jedynie syk stali i krzyk umierającego. Może gdyby nie gorączka ogarniająca jej ciało, poczekałaby aż Avicus rozprawi się z drugim, ale krew płonęła w niej dzikim gniewem. Ruszyła sama na spotkanie abominacji. Ruszyła i została zmieciona. Przez chwilę nie miała pojęcia, co się dzieje - świat dokoła rozmazał się, głowa eksplodowała tępym bólem i dopiero po kilku gwałtownie zaczerpniętych oddechach zdała sobie sprawę, że leży na trawie, a nad nią pochyla się olbrzymi potwór z rodem z najgłębszych otchłani Pustki. Pazurzasta łapa sięgnęła ku niej. Poddaj się, tak będzie prościej, nie zostało już nic do chronienia, co teraz? Nie, nie prawda mam jeszcze ich…

Z boku dosłyszała krzyk Fenrisa, jej imię. Widziała niewyraźnie, jak trzy bełty utkwiły w pysku potwora, nie zatrzymując go jednak. Była zbyt otępiała, za wolna, nie zdąży się przetoczyć. Nagły wrzask demona otrzeźwił ją. Chlusnęła gorąca krew. Pomiędzy nią a abominacją stał Markus, stał? Raczej się słaniał. Jego szabla ociekała posoką. Łapa, która przed chwilą miała wydusić z niej życie, leżała u jego stóp, obcięta w nadgarstku. Demon wył z wściekłości. W następnym momencie Fenris był już blisko, jego olbrzymie ostrze przepołowiło pionowo szczękę potwora, rozpłatało gardło i zatrzymało się na mostku. Bestia zachwiała się, Hawke nie widziała już jej końca, przewróciła się na bok, potem na kolana i na czworakach przepełzła do miejsca, gdzie leżał Carver.

Oczywiście, wszystkie doniosłe plany jakie snuli buntownicy zostały zniweczone przez jedną rządną zemsty jędzę. Z niejakim smutkiem spojrzała na przypalone zwłoki ser Traska. Biedny idealista został wykorzystany przez Grace'a i skończył jako grzanka w pojedynku magów. Tuż obok Izabela przeszukiwała zwłoki, mając nadzieję na znalezienie czegoś wartościowego. Marcus siedział na kamieniu. Oberwał raz od templariusza i mimo, że nadal walczył, teraz wyglądał na wykończonego. Fenris, ten prychał i fukał na jedynego pozostałego przy życiu maga. W zasadzie dzieciaka jeszcze, który zaofiarował się obudzić Carvera z magicznego snu. Gdy tylko młodszy Hawke doszedł do siebie Marii czekało pierwsze rozczarowanie.

Młody templariusz był zdezorientowany i sądząc po wyrazie twarzy, zawstydzony, że dał się przechytrzyć. Bycie ofiarą w całym tym przedsięwzięciu pewnie wydało mu się hańbiące. Na czułość siostry warknął rozgniewany, odtrącił jej dłoń, gdy próbowała odgarnąć mu włosy z czoła.

- Jak zwykle – burknął, podnosząc się sam z trawy. – Twoja „sława" nie przestaje mnie prześladować, nawet w zakonie nie mogę się uwolnić od twoich kłopotów.

Varric miał ochotę zdzielić chłopaka w łeb. Stosunki rodzeństwa nigdy nie były dobre, może dlatego, że Carver zawsze zazdrościł Marii tego wyjątkowego daru bycia w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie. Po jego wstąpieniu do zakonu praktycznie przestali się do siebie odzywać, śmierć matki zamiast ich jakoś połączyć, podzieliła jeszcze bardziej. Varrik obrócił się, pozwalając rodzeństwu porozmawiać na osobności, ale jego uwadze nie umknął wyraz zawodu i smutku na twarzy Hawke.

Drugie rozczarowanie nastąpiło w drodze powrotnej do miasta.

- Kiedy w końcu zrozumiesz, że nie można im ufać? – Varric usłyszał za sobą głos Fenrisa. Oczywiście Ponurak nie mógł siedzieć cicho. Krasnolud znowu zaklął w myślach.

- Ufać komu? – Zapytała Hawke, w jej głosie słychać było zmęczenie. Adrenalina już opadła pozostawiając wyczerpanie.

- Magom – oświadczył elf. – Ta Grace, miałaś ją w swoich rękach, gdybyś pozwoliła wtedy templariuszom….

- Pozwoliła na co? Zaszlachtować ich w tej grocie, wszystkich razem, tych którzy uprawiali magię krwi i tych niewinnych? - Głos Hawke poszybował wyżej, zmęczenie zastąpiła irytacja. Varric modlił się, żeby Fenris więcej się nie odzywał, inaczej będzie zmuszony wpakować mu bełt prosto w ten chuderlawy elfi tyłek.

- Nie ma niewinnych magów – odparł spokojnie elf.

- Po prostu się zamknij – syknęła Hawke, po czym wyminęła całą grupę i mimo zmęczenia przyśpieszyła kroku. Brawo Ponuraku, jesteś jeszcze większym dupkiem niż Carver – pomyślał krasnolud podążając za Hawke.

….

Bolał go chyba każdy mięsień w ciele. To które teraz posiadał, było słabsze i szybciej się męczyło. Ale nie chodziło o sam wysiłek fizyczny. Czuł się dziwnie pusty, jakby jakaś niewidzialna ręka wyssała z niego coś… coś istotnego. Mana, templariusz go wydrenował i było to wyjątkowo paskudne uczucie, jakby wypruwał z niego na raz wszystkie żyły i tętnice, jakby pozbawiał go krwi. Nigdy wcześniej nie doznał tego uczucia, i mógł je porównać tylko do zaklęć krwi, jakie stosował na nim Danarius, by czerpać z jego lyrium. Oprócz fizycznego zmęczenia, było coś jeszcze.

Terror jaki poczuł widząc Marii leżącą na trawie, tak bezbronna w obliczu wielkiej bestii. I gdzie był jej Fenris, by osłonić czarodziejkę swym mieczem? Delektował się sercem maga trzymanym w dłoni parę kroków dalej. Na twarzy znać było przez chwilę dziką euforię, dopóki nie zobaczył Marii na ziemi. Elf zawiódł kolejny raz, tyle że nie zdawał sobie z tego sprawy.

Przed nimi majaczyły już bramy miasta. Ledwo powłóczył nogami, ale szedł dalej za Hawke. Kroki czarodziejki były szybkie, nerwowe. Była zła, urażona i smutna. I to też była wina tego drugiego Fenrisa. Nie ma niewinnych magów - dokładnie to jej powiedział, zaraz po tym, jak przekonała się, że Carver żyje i nienawidzi ją jak zawsze. Tak jej powiedział, gdy jeszcze moment wcześniej życie Hawke wisiało na włosku. Głupiec, uparty, dumny głupiec.

Przeszukiwał swoje wspomnienia, zastanawiając się, czy zawsze taki był. I tak, znajdował drobne słowa, które raniły. Tę dumę i gniew, skierowane w stronę kobiety, którą powinien chronić przed własną ciemną stroną. Teraz to widział wyraźnie, ale ten drugi… ten drugi nie zdawał sobie z tego sprawy.

- Idę rozmówić się z Meredith – oświadczyła Hawke, gdy przystanęli w dokach. – Przydałby mi się ktoś z umiejętnościami negocjacyjnymi – zerknęła na Varrica. Krasnolud przytaknął i oboje skierowali się w stronę przeprawy do Katowni. Izabela popatrzyła za obojgiem, potem wzruszyła ramionami.

- Muszę przepłukać gardło – oświadczyła pozostałym i bez dalszych pytań znikła zaułku, który prowadził do jakiejś speluny.

Zostali sami. Szli obaj w kierunku Górnego Miasta, razem, ale jednak osobno. Fenris z uporem ignorował Tevinterczyka. Cisza między nimi była ciężka, w powietrzu wyczuwało się napięcie. Oboje pogrążeni we własnych myślach, pochłonięci własnym gniewem. On na pewno był. Złość pulsowała w nim gwałtownie, podsycała nienawiść. W którymś momencie elf potknął się o nierówność ulicy, boleśnie tłukąc sobie nagi palec u stopy. Z ust popłynęła cicha litania przekleństw, płynnym Tevene, zupełnie widać zapomniał, że jego towarzysz wszystko to rozumie.

- Czy ty nie możesz się zamknąć? – usłyszał gniewny głos Marcusa. Spojrzał na niego spod grzywy potarganych, białych włosów. - Chociaż raz, nie możesz się zamknąć?

Elf potrząsnął głową, z ust wydobyło się odgłos, na wpół śmiech, na wpół pomruk.

- Nikt ci nie każe słuchać – warknął przyśpieszając kroku, mając nadzieję, że Avicus zostanie w tyle.

- Ty nic nie rozumiesz, naprawdę nic… - w głosie maga dało się usłyszeć zdziwienie, jakby odkrył jakąś istotną prawdę. Fenris tylko parsknął. Dłoń zwinęła się w pięść, aż zazgrzytały szponiaste rękawice. Oczywiście wspaniały tevinterski pan musiał niewątpliwie wiedzieć więcej niż jakiś tam niewolnik. Ta myśl pobudziła falę gorącego gniewu.

- Teraz to ty powinieneś się zamknąć – wychrypiał zwalniając kroku.

- Zastanawiam się czy robisz to specjalnie, czy jesteś tak głupi czy zaślepiony...

Nie wytrzymał. Furia zwyciężyła, obrócił się błyskawicznie łapiąc maga za poły kurtki. Pchnął go do przodu, aż ten wyrżnął plecami o ścianę kamienicy.

- Nie masz o niczym pojęcia! O niczym! – wrzasnął całkowicie tracąc równowagę nad sobą. Przyparł go mocniej do muru. Mógłby z taką łatwością zacisnąć palce na jego szyi. Lyrium rozbłysło na skórze, błagało, by zatopić dłoń w gardle maga. Markus nie wydawał się być przestraszony, co jeszcze bardziej rozgniewało Fenrisa. Mag jakby kpił z jego potęgi, jakby wyzywał go, by spróbował swych sił. Patrzył nań, jak człowiek, który właśnie doznał olśnienia. Jego złote, szeroko rozwarte oczy wwiercały się w duszę Fenrisa.

- Gniew przysłania ci cały świat – wyszeptał. Dłoń elfa z poły kurtki przesunęła się ku górze, sięgając szyi maga, jakby chciał go uciszyć. Ale Markus nie zamilkł.

– Wszystko… nawet na nią… nie zasłużyłeś - Elf potrząsnął nim kilka razy, jakby chciał zmusić go do zamknięcia się. - Dlatego ją zostawiłeś! – znów nim potrząsnął, ale słów nie dało się już cofnąć. - Musiałbyś wybierać między nią, a nienawiścią. Puścił go, twarz wykrzywił grymas, gniew przemieszany z rozpaczą. Mag, pieprzony mag powiedział wszystko to, czego sam się zaczynał domyślać. Fenris pochylił się, wzrok utkwił w swoich stopach, włosy skryły dziki, nieprzytomny wzrok.

- Po prostu się zamknij – powiedział, ale teraz w jego głosie znać było raczej zrezygnowanie. Chwała Stwórcy, Avicus zamilkł. Stali tak przez chwilę, pośród ruchliwej ulicy Dolnego Miasta, w zupełniej ciszy, bezruchu. Wreszcie Fenris odwrócił się, wolno, krok za krokiem zaczął oddalać się w kierunku Doków. Avicus jeszcze przez długi czas patrzył za elfem.

Noc, późna pora, płomienie syczały w kominku.

Pies u jej stóp pomrukiwał cicho we śnie.

Blask ognia odbijał się w szklance stojącej na stoliku.

Trzask otwieranych drzwi.

Nie zdążyła sięgnąć po swój kostur, stojący w kącie przy schodach. Pies nawet się nie podniósł, nie wyczuł niebezpieczeństwa.

Marcus wpadł do holu, wyglądał jakby gnało go stado demonów. Zrobił kilka szybkich kroków, ona wstała, pewnie cofnęłaby się, gdyby miała na to czas. W jego oczach było coś takiego…

Nim się zorientowała, miał ją już w ramionach. Całował łapczywie, żarliwie, zupełnie oniemiałą. Jej ciało odpowiedziało szybciej niż rozum. Instynkt zwyciężył. Przez chwilę oboje zwarli się z pasją, bez zastanowienia. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła. W głowie huczało, serce biło jak szalone, twarz gorzała.

Nie prawda – usłyszała w głowie cichy lecz natarczywy głos. - Znasz to, znasz dokładnie. Pamiętasz każdą tę chwilę, każdy pocałunek. Otworzysz oczy i zajrzysz w jego przepastne, szmaragdowe oczy… Ocknęła się, nagła panika wypełniła całą duszę. Naparła na niego, dając do zrozumienia, że powinni przerwać. Usłuchał. Odsunął twarz. Z tej odległości widziała, że gdy uniósł powieki, w złotych oczach odbił się żar ognia.

- Marcus? – głos Hawke był niepewny, zachrypnięty, ledwie szept. Wiedziała czym był ten nagły zryw, ten żar rozpływający się po żyłach. Obietnica spełnienia, szczęścia, zapewnienie. Wszystko to, czego łaknęła. Było jednak w niej coś, co ją powstrzymywało. Jakaś niewidzialna nić przytwierdzona do duszy, ciągnąca w zupełnie inną stronę. Przez lata się oszukiwała. Teraz widziała, jak na dłoni, że nie była wolna.

- Nie tak, Marcus… - dostrzegła, jak słowa zabijają ten ogień w oczach maga, jakby go przygasiła. W tej chwili zdała sobie sprawę, że nie chce go odepchnąć, raczej podsycać ten płomień, sprawdzić, co z tego wyjdzie. Ale ta nieznośna nić…

- Nie jestem gotowa – powiedziała te słowa z obawą. To była szczera prawda, musiała się najpierw uwolnić, rozplątać z pajęczyny uczuć, raz na zawsze przeciąć więź. Pojawił się strach, strach, że Marcus nie zrozumie, nie pojmie, nie…

- Poczekam jak długo będzie trzeba – głos Avicusa był spokojny, ciepły. Mówiąc to uśmiechał się, a w uśmiechu tym dostrzegła obietnicę. Serce w niej drgnęło. Niewidzialna nić naprężyła się i zatrzeszczała, ale nie pękła. Będę musiała ją przeciąć – pomyślała Hawke odwzajemniając uśmiech.