Znał każdy ruch, każdy grymas, każdy najdrobniejszy wyraz, czy cień przebiegający przez twarz maga. Godziny, dni i lata wpatrywał się weń starając wyczytać każde życzenie z oblicza, każdą emocję. Znał go, tak jak i znał ten złośliwy błysk w oku, usta rozciągnięte w ironicznym uśmieszku, głos spokojny i stanowczy, jakby nic na tym świecie nie mogło się mu sprzeciwić. I nie mogło, on był władcą życia i śmierci. Danarius pokiwał głową niby to z ubolewaniem. Westchnął teatralnie.

- Masz zwracać się do mnie „mój panie" – powiedział głosem niby to dobrotliwym, a jednak nieznoszącym sprzeciwu. Z tyłu zza jego pleców dało się słyszeć kroki. I oto mag na chwilę oderwał wzrok od swojego zbiegłego niewolnika. Fenris dostrzegł w oczach błysk gniewu, a potem usta magistra przyozdobił drapieżny uśmieszek zwiastujący cierpienie i śmierć.

- Los jest dzisiaj dla mnie łaskawy, witaj Markusie.


Osiem godzin wcześniej – Rezydencja Avicusa

Zasnął w fotelu, słabe ostatnie promienie zachodzącego słońca przeszywały na wskroś witraż znajdujący się ponad drzwiami wejściowymi. Plamy różnokolorowego światła padały na posadzkę, kolaż rozmazanych kolorów i kształtów. Jego sny były podobne.

- Nie możesz, słyszysz? Nie możemy… on nas znajdzie. – Nie widział twarzy kobiety, stała doń tyłem, tylko złote włosy rozsypały się lśniącymi puklami po plecach, okrytych bordowym szalem.

- Opuścimy więc kraj, możemy żyć gdzie indziej.

- Gdzie indziej będziemy wyrzutkami… będziemy ścigani – w jej głosie znać było panikę, rozpacz nawet.

- Nie ważne, poradzimy sobie…

- Markusie, boję się… - Szczupłe palce zanurzyły się we jej włosach, przez chwilę gładził je delektując się miękkością.

- Jutro, tuż przed świtem. Bądź gotowa.

Opary pustki wirowały wokół, zakrywały szarość ciągle falującego krajobrazu, niczym odbicie prawdziwego świata widziane w tafli wody.

- Co mam robić? – Czarownica uśmiechnęła się do niego, ale nie było w jej uśmiechu nic przyjemnego, ciepłego.

- Masz wszystko naprawić – powiedziała. - Daj rękę.

Wyciągnął ją, nie do końca wierząc, że to się dzieje naprawdę. Czy ona była demonem, czy właśnie zawarł z nią pakt? Nie ważne, to nie ważne. W dłoni wiedźmy pojawił się nóż, wąskie ostrze o przedziwnym kształcie, prawie przezroczyste, jakby wykonane ze szkła. W drugiej trzymała coś małego… medalion, dziwna rzecz, łuski i pióra splątane ze sobą.

- Chwyć to – poleciła. Wziął do ręki amulet, ona nadal go trzymała, nóż poszedł w ruch rozcinając zarówno jego jak i jej skórę. Gorąca krew skapywała na amulet.

- Umyj go i noś zawsze przy sobie – poleciła.

- To już? – Patrzył na nią z niedowierzaniem. – Tylko tyle?

- Och proszę, sądziłeś że będziemy tańczyć nago podczas burzy i przyzywać wszystkie demony pustki? – Flemeth zaśmiała się, nie był to przyjemny śmiech, raczej skrzek… …

...

Znów był w tej sypialni. To była tamta noc. Czuł zapach Marii na sobie. Spała za nim, ledwo osłonięta kocem, naga, zmęczona, zaspokojona. Pochylił się, aby dorzucić drew do kominka. Blask ognia rozbłysnął na liniach lyrium wtopionych w ciemną skórę. Gdyby mógł je wydrzeć, wraz z tą wieczną furią i nienawiścią, która się w nim gotowała. Gdyby mógł być kimś innym, dałby jej wszystko… Gdyby tylko mógł…

Zerwał się ze swojego miejsca. Ostatnia wizja senna nadal była wyraźna. Myśli, uczucia wszystko, co kotłowało się w nim tamtej nocy, gdy porzucił Hawke. Dzisiejszego popołudnia, podczas tej szamotaniny ze swoim sobowtórem coś zrozumiał. Nienawiść wypaliła się, wszystko straciło sens i rozpłynęło się po śmierci Marii. To ona, nie gniew, trzymała go przy życiu. Tylko jej potrzebował. Uwolnił się od nienawiści, nie miała już znaczenia. Był inny. Rozejrzał się po komnacie. Na zewnątrz panował mrok. Wiedział, gdzie powinien teraz być, wiedział, co powinien zrobić i powiedzieć. Po raz pierwszy od dawna opanowała go cudowna lekkość, całkowita jasność tego, co należało robić. Hawke. Musiał do niej iść, musiał jej powiedzieć… nie, pokazać czym dla niego była i niech licho weźmie nadąsanego elfa.


Sześć godzin wcześniej - Rezydencja Amellów

Hawke stała na balkonie wpatrując się w ciemne dachy miasta rozciągające się w dole. Widziała i zarazem nie widziała panoramę miasta rozciągającego się przed nią. Palce przesuwały się po nadal lekko opuchniętej dolnej wardze. Opuchniętej od łapczywych pocałunków.

Zaśmiała się cicho. Marcus, cóż za przedziwne zrządzenie losu postawiło go na jej drodze. Był z nimi od niedawna, a ona miała wrażenie, że zna go całe życie. Czy o tym myślała matka wspominając więź dusz, jaką dzieliła z ojcem? Może właśnie tak, bo za każdym razem będąc blisko niego, czuła że chce być jeszcze bliżej, chce poznać jego myśli, uczucia. I on zdawał się chcieć tego samego. Powiedział, że poczeka. Czy nie tak mówi osoba pewna własnych uczuć? Czy nie tak właśnie kiedyś myślała…

Wzrok Marii pobiegł w kierunku zaniedbanego domostwa. Fenris. Przez chwilę poczuła się nieswojo. Jakby zapomniała o czymś bardzo ważnym, albo umyślnie to ignorowała. Nie była wolna. Jej nie-związek z Fenrisem kładł się zawsze cieniem na wszystko, co robiła. Może wcześniej tego nie dostrzegała, nie chciała. Jej czekanie było nieuzasadnione, Fenris przez te lata nawet raz nie dał żadnego znaku, który świadczyłby o tym, że jej cierpliwe czekanie ma jakiś sens. Trzeba było porozmawiać. Wóz albo przewóz, splątać nić jeszcze mocniej, albo przeciąć ją na zawsze i uwolnić się. Z tą myślą położyła się na posłaniu, ale sen jeszcze długo nie chciał do niej przyjść, a gdy przyszedł przyniósł ze sobą dziwne sny.


Dwie godziny wcześniej – rudera Fenrisa

Wszystko to, co zdawało się zupełnie proste i logiczne nocą, teraz wcale takie nie było. W świetle dnia cała mowa, którą sobie ułożyła wydawała się komiczna. Fenris ją wyśmieje albo się obrazi. Na co grzebać w czymś, o czym oboje milczeli przez niemal trzy lata. Stała przez długi moment niezdecydowana u drzwi rozpadającej się rezydencji. Wreszcie zirytowana własną chwiejnością, ujęła zaśniedziałą klamkę, popchnęła skrzeczące drzwi i weszła do wnętrza pachnącego kurzem i stęchlizną.

Już będąc w przedsionku słyszała strzępy rozmowy. Zdaje się, że Avelina odwiedziła Fenrisa. Sądząc po przekleństwach które rzucał, wcale nie był z tego zadowolony. Z jednej strony poczuła ulgę, z drugiej zrobiło się jej nieswojo. To nie był najlepszy moment na rozmowę. Zaciekawiona o co tyle krzyku, weszła na pierwsze piętro. W drzwiach napotkała Aveline.

- Świetnie że jesteś, może ty mu przemówisz do rozumu – warknęła pani kapitan, po czym skierowała się do wyjścia. Hawke zerknęła zza drzwi do komnaty. Fenris wyglądał na zdenerwowanego. Na tę rozmowę zbierała się trzy lata, może z nią poczekać jeszcze chwilę – zdecydowała.


Godzina godzina wcześniej - Budynek Gildi Krasnoludzkiej, Górne Miasto.

- Serah Thetras! - Varric zatrzymał się. Był wyraźnie poirytowany. Spotkanie z tymi nadętymi dupkami z Gildii przeciągało się. Krasnolud klął w myślach przez ostatnie dwie godziny. Jak można zajmować się takimi pierdołami.

Obrócił się przez ramię. Jeden z jego posłańców musiał tu czekać od dłuższego czasu, chłopak wyglądał na zziębniętego. Varric dobrodusznie wsunął mu miedziaki w dłoń, żeby mógł kupić sobie coś ciepłego do jedzenia. Odebrał od niego pocztę. List, na który czekał od dawna, wprost z samego Imperium.

Niecierpliwie rozerwał pieczęć, szybko przesunął wzrokiem po kartce. Zatrzymał się na jakimś zdaniu. Pokręcił głową, dłonią przeleciał machinalnie po czole.

- Co za… - zaczął czytać jeszcze raz, a po chwili ruszył szybkim krokiem w stronę dzielnicy zamieszkiwanej przez arystokrację.

Szczęśliwym trafem po drodze niemal zderzył się z Izabelą. Piratka była jeszcze lekko nieprzytomna, najwidoczniej dopiero co wyszła z Kwitnącej Róży. To był znać po zapachu tandetnych perfum, alkoholu i szerokim uśmiechu kobiety. Varric bez słowa podał jej swój list. W miarę czytania oczy Rivainki zaczęły się szerzej otwierać.

- Ja pierdole… - wyrwało się jej na końcu.

- Idziemy z tym do Hawke. – Zakomenderował Varrick.


Godzina wcześniej rezydencja Avicusów.

Dostrzegł ją z okien swojego pokoju. Wychodziła z rozsypującej się rezydencji zamieszkiwanej przez eks-niewolnika. Dwa kroki przed nią szedł białowłosy, z zaciętą miną i dłońmi zwiniętymi w pięści. Przez chwilę miał wrażenie, że idą do niego, ale zaraz skręcili w stronę traktu wicehrabiego.

Wybiegł za nimi, nie do końca ufając swojemu sobowtórowi, jeśli chodziło ochronę Hawke. Nie zauważyli go, chociaż podążał parę kroków za nimi. Zdał sobie sprawę, że oboje byli czymś mocno zaaferowani. Wyczuwał narastające napięcie. Szli w kierunku Dolnego Miasta, poprzez ruchliwy targ, wąskie uliczki, skrótami. Śpieszyli się. Prawie nie rozmawiali. Czy doszło do kolejnej awantury i stąd to napięcie?

Zatrzymali się przed drzwiami prowadzącymi do Wisielca. Z tej odległości widział, jak Hawke złożyła dłoń na ramieniu elfa, ten zaś strzepnął ją jakby była niechcianym ograniczeniem. Głupiec. To tylko utwierdzało go w przekonaniu, że postępował słusznie. Chciał do nich dołączyć, ale nim pokonał parę ostatnich kroków oboje zniknęli za drzwiami karczmy. Wszedł chwilę za nimi, wprost w objęcia przeszłości.


Pół godziny wcześniej – Górne Miasto, rezydencja Amellów.

Zamykając za sobą drzwi do domu Hawke, Varric wydal z siebie cichy pomruk frustracji. Popatrzył na piratkę, ta uniosła ku niemu pytające spojrzenie.

- Poszła do Fenrisa – mruknął krasnolud.

- Jak cudownie się składa – Izabela uśmiechała się, ale jej oczy pozostały chłodne, kalkulujące. Varric też nie sądził, że się „cudownie" składało. Jeśli przeczyta to, co musi przeczytać Hawke w obecności Fenrisa, jest bardzo prawdopodobne, że jeszcze zanim skończy, pewien tevinterski szlachcic zostanie pozbawiony serca.

Z zamyślenia wyrwał go znajomy głos. Avelina, jak zawsze w swojej służbowej zbroi i z tarczą, jak zawsze gotowa na wszystko. Ha, to nawet dobrze.

- Hawke jest u Fenrisa – oświadczyła podchodząc do znajomych. – Stało się coś? – Kobieta zmarszczyła brwi widząc niecodzienny wyraz twarzy pisarza. Ten bez zastanowienia wręczył jej list. Pani kapitan czytała przez chwilę, w pewnym momencie oderwała wzrok od kartki.

- Chodzi o tą… narzeczoną Marcusa?

- Czytaj dalej – ponaglił krasnolud.

Chwila milczenia.

- Twój informator wydaje się przekonany, że to nie Marcus stroi za jej śmiercią, to chyba dobrze…

- Dalej – poinstruował Varric.

- Zamieszany pewien wpływowy magister… makabryczna śmierć… - Kobieta spojrzała niepewnie na towarzyszy. – Ale co…

- No na cycki Andrasty! – Wrzasnęła niecierpliwie Izabela. – Wpływowy magister kretynko… I znaleźli ją z wyrwanym sercem… Znasz może kogoś, kto był kiedyś niewolnikiem wpływowego magistra i potrafi gołą ręką wyrwać serce?

Przez chwilę twarz Aveliny pozostawała bez wyrazu, nagle coś zaskoczyło. Brwi poszybowały wysoko.

- O cholera!