- Rozumiem, że szukasz zemsty, nawet mnie to nie dziwi. - Głos Danariusa był spokojny, jakby wszystkiego tego się spodziewał, jakby to zaplanował.

- Musisz jednak wiedzieć, że nie wszystko, co zaszło tamtego nieszczęsnego dnia było moim zamysłem. - Mag zszedł powoli po schodach do głównej sali. Otaczający go wianuszkiem ochroniarze zajęli miejsce po obu jego bokach.

- Widzisz, mój mały wilk ma w sobie tyle gniewu – zerknął z pogardą na białowłosego wojownika, nic sobie nie robiąc z grymasu nienawiści wyraźnie malującego się na jego twarzy.

- Zamknij się – warknął Fenris. Zbliżył się o krok. Dłonie ochroniarzy mocnej zacisnęły się na rękojeściach mieczy. W tawernie panowała nienaturalna cisza, jakby wszystko zamarło w oczekiwaniu na rozwiązanie. Skrzypnięcie drzwi w tej ciszy brzmiało niczym gong. Do wnętrza weszli Varrik i Isabela, zaraz za nimi Avelina. Przycupnęli przy wejściu, nie rzucając się w oczy.

- Nie było moim zamiarem jej zabijanie, wiesz, że chciałem ją poślubić – kontynuował dalej Danarius zupełnie nie zwracając uwagi na połyskującego elfa.

- Niestety Fenris bywał nadgorliwy w swych obowiązkach.

Elf znów parsknął, teraz był już nie tylko zły ale również zaniepokojony. O co w tym wszystkim chodziła?

- No, mój wilczku, przypomnij sobie. - Dopiero teraz Danarius zwrócił się do niego. - Przypomnij sobie piękną Lili, którą gościłem onegdaj w moim domu. Pamiętasz jej zielone oczy, pamiętasz złote włosy? Pamiętasz jej pulsujące serce w twojej dłoni?

Gdzieś z tyłu dało się słyszeć zduszony jęk Hawek. Nawet się nie obrócił, by na nią spojrzeć. Nie mógł spojrzeć w jej oczy. W głowie wykwitł obraz, tak wyraźny, jakby to było wczoraj. Pogoń o poranku za dwóją uciekających kochanków. Krzyk przerażenia kobiety, gdy sięgnął jej pleców i palec zamknęły się na dudniącym dziko organie. Słowa pana, chwalące go za spektakularną śmierć. Satysfakcja z dobrze wykonanego zadania. Jestem potworem – pomyślał Fenris. Zawsze nim byłem i będę. Niezależnie czy w swoim ciele, czy w jakimś innym, on zrobił ze mnie potwora...

Elf zamachała głową, jakby próbując zanegować prawdę. Jego zielone oczy utkwione były w oczach Marucsa. Tymczasem mag dobrze wiedział, co ten drugi Fenris czuje. Znał każdą myśl, każde wspomnienie, ten głęboko skrywany strach, że tak naprawdę nigdy nie był dobry, że nic dobrego, co robił teraz nie odkupi jego win.

- Nie...

Avicus patrzył na niego zamglonym spojrzeniem. Myśli kłębiły się niczym mgła, ale to jedno „nie" przypomniało mu. Danarius nie mógł o tym wiedzieć, bo i skąd, nawet do głowy mu nie przeszło, że ten dumny Tevinterski arystokrata stojący przed nim doskonale wiedział, co się tamtego dnia stało. Wiedział jak to bijące serce w jego szponach obumierało, gasło.

- Nie. - Oświadczył trzęsącym się od emocji głosem, niemal naśladując białowłosego.

- Kazałeś ją zabić, uczyniłeś z niego swoją maszynę do zabijania, ale to była twoja wola. - Poczuł jak po jego dłoni pełzają iskry, syczą i wiercą się niespokojnie pragnąc pomknąć na spotkanie Danariusa. Zatopić się w jego ciele, wypalić mu oczy, zwęglić kłamliwy język.

- To ty ją zabiłeś, mo... jego rękami. Ty jesteś winny!

Z tyłu za nim usłyszał poruszenie. Cichy syk wyjmowanych sztyletów, znajomy klekot zapadki Bianki zwalnianej palcem krasnoluda.

- Nigdy tego nie chciałem! - Niemal krzyknął elf. - Nigdy nie chciałem tych twoich plugawych znamion.

Danarius zaśmiał się, szyderczym, zimnym śmiechem.

- Och mój drogi wilczku, jak ty mało, mało wiesz.

Fenris wydał z siebie przeciągły skowyt. Jego głos złączył się z drugim, podobnym, należącym do Avicusa. Natarli jednocześnie, z furią, bez baczenia na cały świat. W tawernie wybuchł chaos.

...

Danarius był martwy. Hawke spojrzała w żółtawy płyn w swoim kuflu. Oczywiście, że był. Nie mogło być inaczej. Wiedziała, każdy z nich wiedział, że jeśli mag postawi nogę w Kirkwall nie wróci do swej ojczyzny żywy. Zazwyczaj śmierć nie sprawiała jej przyjemności, jednak w tym przypadku było inaczej. Skłonna była nawet wydać bal z okazji niespodziewanego zejścia magistra, ale były dwa wyjątkowo dobre powody, dla których wcale nie miała ochoty teraz świętować.

W jej głowie wirowały tysiące porozrywanych na strzępy myśli i ciągle nie mogła pozbierać ich do kupy.

Pierwszym problemem był Fenris. To jasne, że śmierć jego byłego pana była dlań wyjątkowym zdarzeniem, takim co to zostawia po sobie chaos. Ale ten chaos, był większy niż się spodziewała. Nie dość, że okazało się, że siostra Fenrisa to kłamliwy, zdradziecki mag, to jeszcze efl usłyszał od niej, że sam sobie zgotował taki los. Sam walczył, by zdobyć lyrium.

Wyraz totalnego zagubienia w jego oczach, jego cichy głos mówiący, że jest sam i to w jaki sposób strzepnął jej dłoń nadal powodowały, że serce się w niej ściskało. Mimo ogromnej chęci powstrzymała się i nie wybiegła za nim. Rozumiała, że potrzebował czasu.

Drugi powód był równie ważny i bardziej niespodziewany. Marcus walczył jak furia i to on pchnął magistra wprost w łapy byłego niewolnika. Przyglądał się z satysfakcją w oczach, jak serce Danariusa krwawi w dłoniach elfa. A potem, bez jednego słowa opuścił tawernę. Wyśliznął się zanim ktokolwiek zdołał zadać mu jakiekolwiek pytanie. A tych przecież było tak wiele. Z nim też będzie trzeba porozmawiać, jak tylko...

Mokra szmata pacnęła ją w czoło i opadła na kolana, przypadkiem omijając kufel, który nadal trzymała w dłoniach.

- Wytrzyj się trochę – poradziła Isabela, sama już nieco ogarnięta usadowiła się na fotelu obok Varricokwego biurka i zarzuciła nogi na blat.

Można przypuszczać, że tylko zmęczenie było powodem braku reakcji krasnoluda. Pisarz siedział na swoim miejscu i czyścił Biankę, samemu będąc ciągle pokrytym krwią. Jemu łatwiej będzie wleźć do wanny i się obmyć, jeśli jucha zaschnie w żłobieniach kuszy...

- Na usta ciśnie mi się jedno pytanie – odezwała się w końcu Avelina, opierała się teraz o parapet i patrzyła przez okno jak jej podkomendni wynoszą trupy ochroniarzy magistra z karczmy.

- Czy on tutaj zjawił się właśnie po to?

- Danarius? - Zapytała wyrwana z zamyślenia Hawke. Avelina potrząsnęła głową.

- To chyba jasne – Varrik metodycznie przesuwał szmatką po drewnianej kolbie Bianki. - Mogę uwierzyć w jakiś tam zbieg okoliczności, ale ten tutaj... to zbyt wiele. Marucs musiał wiedzieć o Fenrisie, czekał przez te wszystkie lata na zemstę.

- Pytanie tylko, co teraz? Danarius nie żyje, ale Fenris...

Hawke przetarła ścierką twarz, zamiast usunąć brunatne ślady krwi z czoła tylko je bardziej rozsmarowała.

- Marcus go nie skrzywdzi – powiedziała z przekonaniem. Mimo wyraźnej wrogości między nim a Fnrisem, która teraz miała znacznie mocniejsze podstawy była przekonana, że tak się nie stanie.

- Tha, próbował by tylko... - mruknęła Isabela.

- Nie w tym rzecz, mógł próbować, ale nigdy nie próbował, a okazji było wiele. - Krasnolud obracał w głowie wszystkie informację. Nadal nie mógł rozgryźć tego maga. Nawet dodatkowe informację z listu i słowa Danariusa nie do końca ukoiły jego niepokój. Czegoś brakowało. Czegoś bardzo istotnego w tej układance.

- Sami go słyszeliście, nie wini Fenirsa – znów odezwała się Hawek. Po prawdzie sama czuła się trochę oszukana. Myślała... sądziła, że to przeznaczenie postawiło na jej drodze Avicusa. Sądziła, że los się w końcu do niej uśmiechnął. Teraz nie miała już złudzeń. Czarujący mag znalazł się w jej życiu z zupełnie innego powodu. Z pewnością zaczęło się od chęci zemsty, ale przecież pocałował ją... powiedział... Czy to wszystko było grą?

- Muszę z nim porozmawiać – mruknęła odstawiając pełny kufel na stół i kierując się w stronę drzwi.

- Nie powinniśmy jej ubezpieczać? - Zapytała Avelina patrząc za wychodzącą Hawke. Isabela tylko potrząsnęła głową. - A chcesz się mieszać w kłótnię kochanków?

Pani kapitan tylko zmarszczyła brwi. Jakich kochanków? Przecież Marcus i Hawek... Nie, a może chodzi bardziej o Fenrisa?

...

Droga z Wisielca do rezydencji Avicusów minęła mu niepostrzeżenie. Jego myśli były gdzie indziej, gdy nogi kierowały się znajomymi ścieżkami. Spotkanie z Danariusem było niczym trzęsienie ziemi dla jego świadomości. Lata cierpienia, niewoli, gniew, wszystko nagle wypłynęło na wierzch. Jego siostra – cóż, to nie było zaskoczenie. W innej rzeczywistości, w innej przeszłości doświadczył jej gniewu i nienawiści. To, co jednak wprowadziło największy zamęt w jego myślach była inna historia, prywatna historia Maruca, która nierozerwalnie wiązała się z Fenrisem, a przez to i z Hawke. Historia, o której nie miał zielonego pojęcia aż do dzisiaj.

Lili? Czy to był ta złotowłosa kobieta nawiedzająca go w snach. Czy to jej twarz nosił demon? Czy ten demon wiedział o wszystkim?

Kolejne pytanie. Do tej pory zakładał, że znalazł się w ciele Marcusa przypadkiem. Ślepy los, albo złośliwość Flemeth przykuły go do tego ciała. A może to nie był przypadek? Może to był dokładnie obmyślony plan? Może dał się zwieść czarownicy? Grał z nią w grę, której zasad nie rozumiał. Co prawda dotrzymała obietnicy, ocalił przynajmniej tymczasowo Mari, ale czy tylko takie było jego zadanie? Może nieświadomie wypełniał jeszcze jakąś rolę, o której pojęcia nie miał?

Pytania wirowały w jego głowie, musiał odnaleźć odpowiedzi przynajmniej na jakąś ich cześć. Wiedział, gdzie powinien zacząć szukać.

Wpadł do rezydencji, przemknął przez główny hol nie zwracając uwagi na przywitania brata. Wbiegł do pracowni Avcusa, pomieszczenie, w którym nigdy wcześniej nie był. Drzwi za sobą zamknął na klucz.

Dopiero po chwili rozejrzał się wkoło. Komnata tonęła w półmroku, ciężkie powietrze przepojone był kurzem i zapachem ksiąg. W nikłym blasku dnia, przenikającym przez niezasunięte do końca story połyskiwały flaszki i menzurki stojące na blatach przy jednej ze ścian. Na biurku i w szafach piętrzyły się księgi.

Wiedział, że znajdzie odpowiedzi w chwili, gdy w jego dłoniach znalazł się pękaty kajet, zapisany drobnym maczkiem. Prywatny dziennik Marcusa.

Powoli, strona po stronie wertował wpisy. Coraz bardziej drżącymi palcami przekręcał kartki.