Stanęła na ocienionym przez cyprysy dziedzińcu. Była niezdecydowana, niepewna, gdzie najpierw powinna pójść. Który z nich bardziej jej potrzebował? Który potrzebował więcej czasu. Westchnęła cicho. Potarła ręką czoło.

Fenris wydawał się być wrzącym tyglem, gotowym do wybuchu. Marcus, nie miała nawet okazji sprawdzić jak się czuje, tak szybko wymknął się z Wisielca.

To przeważyło szalę. Skręciła w dół uliczki i zapukała w drzwi domu Avicusów. Otworzył jej niespokojny Wiwiusz

- Zamknął się w swoim gabinecie i nie chce mnie wpuścić – oświadczył zmartwionym głosem.

- Mogę spróbować z nim porozmawiać?

- Nie wiem czy to coś da. – Chłopak zerkną przez ramię w głąb domu. – On czasem tak ma, potrzebuje czasu... może mogłabyś serach wrócić wieczorem? – Popatrzył z nadzieją na Hawke.

Kobieta przytaknęła. Może tak było lepiej. Może powinna najpierw porozmawiać z Fenrisem. Uśmiechnęła się do chłopca.

- Tak zrobię, ale jeśli wyjdzie wcześniej, powiedź mu, że tu byłam.

Bez dalszego zastanawiania skierowała się w stronę ruiny Fenrisa. To tylko parę kroków z jednego końca dziedzińca, na drugi, za mało żeby zebrać myśli i jakoś je poukładać. Co mogła mu powiedzieć? Że jest jej przykro? Takie oklepane frazesy, przecież tak naprawdę nie umiała pojąc uczuć targających elfem. Kiedyś naiwnie wierzyła, że potrafi go zrozumieć. Teraz wiedziała, że jedynie dotknęła zewnętrznej warstwy. Jądro problemu nadal był dla niej ukryte za granitowym murem gniewu.

Stanęła przed drzwiami nagle bardzo zdenerwowana. Coś podeszło jej do gardła. Czyżby to serce?

Wnętrze, jak zwykle tonęło w mroku, poprzez dziurawe zasłony dostawało się do środka garść promieni słonecznych, w ich blasku w powietrzu znać było wirujący kurz.

Zapukała we framugę drzwi, ale nie było odzewu, a raczej był, lecz nie taki, którego się spodziewała. Coś na piętrze gruchnęło głośno o ścianę. Pokręciła głową. Elf był w podłym nastroju, ale czy naprawdę można go było za to winić.

Powoli, z ociąganiem wdrapała się na schody, pamiętając żeby nie chwytać się spróchniałej barierki.

- Fenris!? – wolała na wszelki wypadek powiadomić go o swojej obecności. Lepiej było nie zaskakiwać go, gdy był w takim stanie. Zza drzwi jego komnaty znów dobiegło głośne gruchnięcie. Elf najwidoczniej postanowił pozbyć się ostatnich sprawnych mebli.

Zawołała go jeszcze raz, potem stanęła w progu zamieszkiwanej przez niego komnaty.

- Wszystko w porządku? – zapytała, krzywiąc się wewnętrznie na swoje słowa. Oczywiście , że nie było w porządku. Po tym wszystkim czego się dzisiaj dowiedział. Jej wzrok prześliznął się po zniszczonych meblach. Wyglądało na to, że w pokoju nie zostało ani jedno całe krzesło, za to pod ścianą piętrzyła się sterta drewna. Dopiero po chwili dostrzegła sylwetkę elfa w odległym, ciemnym kącie.

- Myślałem, że gdy wyduszę z niego życie, będę wolny – usłyszała zachrypnięty nieco bełkotliwy głos. Najwidoczniej w rekordowym czasie postanowił się upić. Mari nie była do końca przekonana, czy jest sens z nim teraz rozmawiać. Pewnie nie, ale chciała, żeby wiedział, że nie jest sam.

- Ale ten gniew, nadal mnie drąży, tylko... nie mam na czym go wyładować, nic mi nie zostało, nawet wroga.

Bardzo chciałaby zaprzeczyć. Przecież miał tak wiele. Swoje życie, wolność, przyjaciół, dom który nazywał swoim.

- Fen... - jej głos zagłuszył kolejny trzask, tym razem butelka rozbiła się kilka cali od jej głowy. Zamarła z otwartymi ustami. Czy on w nią właśnie rzucił butelką?

- Jestem bestią Hawke, nie widzisz? Po co tu przyszłaś?

- Nie jesteś, to nie prawda, Danarius chciał, żebyś tam myślał, ale to nie prawda – powiedziała łamiącym się głosem.

Był przy niej w jednej chwili. Jego szponiaste rękawice zacisnęły się na jej ramionach. Fenris błyszczał, linie tatuażu połyskiwały oświetlając jego wykrzywioną w grymasie twarz.

- Jestem, właśnie jestem, czemu ty tego nie widzisz, nie chcesz widzieć – wywarczał pochylając się nad nią. Jego oczy płonęły, odbijając niebieskawy poblask lyrium.

- Powinnaś się trzymać z dala ode mnie – dodał i dostrzegła jak dziwny skurcz, coś jakby cierpienie na chwilę zagościła na jego twarzy, w oczach. – Czemu się mnie nie boisz? - potrząsnął nią.

Wiedziała co robi, rozumiała to. Chciał ją przestraszyć, bo uważał, że stanowi dla niej zagrożenie. Miała na ten temat inne zdanie. Lekko drżąca dłoń magini dotknęła jego policzka. Drgnął, ale nie odsunął się. Gdy palce Hawke przesunęły się po skórze przymknął oczy, jakby chciał zapamiętać ten dotyk. Spod półprzymkniętych oczu przyglądał się jej. Na twarzy elfa wymalowana była łagodność, przez moment. Ale chwil minęła i odtrącił jej dłoń, drugą ręką wypchnął ją za próg komnaty.

- Nie Hawke...

To "nie" odbiło się głośnym echem w jej duszy. Nitka ich łącząca napięła się i zatrzeszczała. To jego "nie" było nieodwracalne. Nie chciał jej. Wreszcie to pojęła.

W tym momencie stały się trzy rzeczy jednocześnie.

Drzwi wejściowe otwarte z wielką siłą grzmotnęły o ścianę, tak mocno, że z futryny posypało się próchno. Do środka wpadł Avicus.

W drugim końcu korytarza Fenris dostrzegł jakiś błysk, ruch. Dosłyszał syk zwalnianej cięciwy.

W tym samym momencie Hawke pociągnęła go w bok, pchnęła za siebie, w jej dłoni zadrgała połyskująca sfera ochronna.

Srebrny błysk, z prędkością światła pomknął w stronę pary. Czar ochronny zadrgał i rozprysł się. Hawke uskoczyła w bok, z jej dłoni wystrzeliła kula ognia wprost w napastnika. Strzała wbiła się z głuchym brzdękiem w ścianie parę centymetrów od głowy zszokowanego Fenrisa. Sama czarodziejka oparła się o barierkę. Drewno zaskrzypiało złowróżbnie.

Widział to dokładnie, chwilę, w której Mari zrozumiała, że spadnie. Jej oczy rozwarły się szerzej, spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem, dłoń wyciągnięta w jego stronę zaczepiła o Fenrisową rękawicę. Palce zdołały jedynie uchwycić czerwoną chustkę, obwiązaną na nadgarstku elfa. Kobieta przechyliła się nad barierką. Drewno chrupnęło. Tkanina rozdarła się. Mari z cichym okrzykiem spadła, wprost na stos połamanych mebli w dole.

...

Oddychał ciężko, jakby przebiegł olbrzymią odległość. W pewnym sensie tak właśnie było. W tych ciemnych ścianach odbył podróż, w głąb zrozpaczonej duszy, całkowicie pochłoniętej wizją zemsty. Jakże znajomy był to obraz. Dziennik Avicusa spoczął w kominku. Nie wahał się podpalić go jednym ruchem dłoni. Dłoni, która nadal drżała.

To wszystko było tu. Cała tajemnica, rozwiązanie zagadki, podane na tacy, wprost pod jego nosem. A on to tak po prostu zignorował.

Nie jestem dostatecznie silny – widniało na kolejnej stornie dziennika, każde słowo wyryło się w jego pamięci. – Nie mogę się z nim mierzyć, nie mogę nawet mierzyć się z jego niewolnikiem, są zbyt potężni. Ale ona, ona może dać mi siłę, może pomóc. Cena jaką wyznaczyła wcale nie jest taka wygórowana. Zaledwie ułamek duszy, kilka lat życia.

Fernis wyłonił się z komnaty, zamkną za sobą drzwi, bezgłośnie przeszedł przez korytarz. Wiedział co trzeba było zrobić. Musiał odnaleźć Mari. Z jednej strony olbrzymi ciężar spadł z jego serca. Przez całe tygodnie zastanawiał się, czemu zamachowiec nie zaatakował kolejny raz. Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki.

Ułamek mojego życia, w zamian za ich dwóch. Moja słodka Lili, będziesz wreszcie pomszczona.

- Marcus? – W drzwiach salonu stał chłopak. Niczego nieświadomy mieszkaniec domu, w którym dokonano rytuału. Spojrzał na niego przenikliwie. Czy on mógł wiedzieć? Mógł się domyślać? Skonfundowana mina dzieciaka przeczyła jego przypuszczeniem.

- Serah Hawke cię szukała – powiedział mu. – Wszystko w porządku?

Machinalnie skinął głową. Tak, Hawke, musiał z nią porozmawiać. Musiał... co? Powiedzieć jej? Zdradzić nieprawdopodobną prawdę? Nie uwierzy mu.

- Kiedy? – Zapytał zabierając ze stojaka przy drzwiach swoją broń.

- Parę minut temu, zdaje się, że poszła do tej rudery na przeci...

Słowa chłopaka zelektryzowały go. Poszła do Fenrisa. Do jego domu, wprost w paszczę lwa.

Jeśli zabije niewolnika jego pan przybędzie po lyrium. Poza swoim imperium, w obcym mieście, będzie łatwiej. Wystarczy chwila, ciemny zaułek, zakamarek. Jeden strzał.

Przebiegł przez dziedziniec wprost do drzwi Fenirsowej rezydencji, miejsca, w którym nie powinna się znajdować Mari, z elfem, którego towarzystwo mogło sprowadzić na nią nieszczęście.

Wszystko układało się w jeden ciąg zdarzeń. Wtedy, w zaułku, gdy zginęła, z jaką mocą odepchnęła go w bok. Odepchnęła go, bo to on był celem zamachu. To on miał zginąć.

Zabić niewolnika i przyczaić się, czekać aż Danarius powróci po lurium. Zapłacą obaj, choćbym miał zaprzedać ciało demonom.

Otworzył drzwi kopniakiem. W mroku nie od razu dostrzegł, co się działo. Krzyk, elektryzujący zapach magii w powietrzu, połyskującego w cieniu elfa. Zakapturzona postać w drugim końcu schodów.

Mari. Mari Hawke leżąca u podnóża balkonu, na stercie połamanych mebli. Zakrwawiona drzazga wystająca z jej boku.

Znowu krzyk, niedowierzania i bólu. Dopiero po chwili zrozumiał, że to był jego własny głos.