W pierwszej chwili nie pojmował, co się stało. Patrzał jak zahipnotyzowany w dół, gdzie leżała jęcząca Hawke, potem w drzwi do odległej części rezydencji, gdzie jeszcze przez chwilą stał zakapturzony napastnik, na koniec w przerażoną twarz Avicusa. Spazmatyczny jęk kobiety szybko go otrzeźwiła. Schody pokonał w rekordowym tempie, ale oczywiście mag był przy niej szybciej. Zdołał już ostrożnie unieść jej głowę i oprzeć na swoim kolanie.
- Mari, zostań przytomna – mówił do niej, gdy jego dłonie przesuwały się po ciele kobiety oceniając szkodę. Z jej lewego boku, poniżej serca wystawała drewniana drzazga, pokryta krwią. Hawke był śmiertelnie blada, krew zebrała się w kąciku jej ust.
- Bardzo kreatywny sposób, żeby zginąć – wymamrotała. Potem zaczęła kasłać, obryzgując obu pochylonych nad nią mężczyzn drobinkami krwi. Dłoń Marcusa, uniesiona nad raną połyskiwała magią.
- To trzeba wyciągnąć – wychrypiał elf. Mag podniósł na niego wzrok, jakby nie rozumiał.
- Zanim zasklepisz ranę, trzeba to wyciągnąć – powiedział z wahaniem.
- Jeśli to wyciągniemy, wykrwawi się - wymamrotał Avicus.
- To ją uleczysz kretynie – warknął elf.
- Nie umiem leczyć – usłyszał cichy szept tamtego. - Sprowadź tu Andersa.
Wcale mu się to nie podobało. Dlaczego on miał iść. On właśnie powinien zostać. Tu nadal mógł czaić się zabójca. Hawke go potrzebowała, nie mógł odejść. Nie chciał jej tak zostawić, jeśli istniała szansa, że gdy wróci, ona będzie... będzie... Potrząsnął głową starając się nie myśleć o tym, co może się stać.
- Venhedis sprowadź go i to szybko inaczej ona umrze. – Mag wypowiedział za niego obawę. Chciałby się kłócić, ale mag miał rację.
- Bezużyteczny idiota rodem z imperium, jak można nie umieć leczyć?
Markus rzucił mu gniewne spojrzenie, ale to Mari przesądziła sprawę.
- Możecie... wyzywać się... kiedy indziej? - jęknęła cicho i znów zaczęła kaszleć.
Popatrzył na nią, zajrzał w jej oczy, zaćmione teraz bólem. Strach niemal paraliżował ale wziął się w garść.
- Idę, trzymaj się Hawke, słyszysz? Trzymaj się. – Obrzucił jeszcze raz spojrzeniem całe pomieszczeni i wybiegł.
...
Zostali sami. W ciszy panującej w mrocznym wnętrzu słyszał dokładnie jej przyśpieszony, świszczący oddech. Słyszał też swoje dudniące serce. Nie miał pojęcia co właściwie robi. Nigdy nie leczył, oprócz tego jednego razu, gdy magia sama z niego „uciekła" lecząc drobne zranienie Mari. Ale to tutaj, nie było drobne.
- Strasznie... boli – wysyczała Hawek, zaciskając zakrwawioną dłoń na jego kolanie
To jedno zdanie go jakoś uspokoiło. Tamtego dnia, gdy... powiedziała coś zupełnie innego. Zrobiłby wszystko, żeby jej tego oszczędzić, ale czy potrafił?
- Spróbuję może... - jego dłoń znów zalśniła. Prowadził go instynkt. Czuł się tak, jakby niewidzialnymi dłońmi dotykał jej ciała, wnikał w nie. Prawie jak wtedy, gdy posiadał lyrium a jego niematerialne szpony zagłębiały się w ciało. Teraz jednak naprawiał, zamiast rozrywać. Sięgał do mięśni, połączeń nerwowych, tej nieuchwytnej siateczki połączeń i blokował tak wyraźny przekaz bólu.
Kobieta sapnęła z ulgą.
- Jak na nowicjusza... idzie ci nieźle... - wyszeptała zbielałymi ustami. Cała była kredowo biała, stanowiła dziwny kontrast w stosunku do ciemnego pokoju i skrawka czerwonej materii, którą trzymała w dłoni.
- Mari, będzie dobrze... - powiedział, z pewnością, której nie posiadał. Gniew mieszał się wewnątrz z przerażeniem. Czy zawiódł? Znowu? – Tylko nie zasypiaj.
- Myślisz, że da się zasnąć... z czymś takim... - chciała unieść głowę, ale zdołała zaledwie ją poruszyć.
Dłoń kobiety zacisnęła się na jego koszuli, tuż przy kołnierzu, na czymś twardym, metalicznym, magicznym. Gdyby była bardziej przytomna, zastanawiałaby się, co to za dziwne drgania, impulsy wyczuwa. Tymczasem inna myśl wirowała w niej nieprzytomnie.
- Mar... cus... on nie... celował we mnie. – Od razu zrozumiał o kogo chodzi. Dłoń Mari zacisnęła się jeszcze mocniej na jego koszuli i ukrytym pod spodem amulecie. Metal zadrgał, a potem ogniwo w łańcuszku pękło.
- Chciał dorw...ać... Fenrisa, musisz go... zabić Marcus – ostatnie słowo wysyczała, jej druga dłoń sięgnęła do jego policzka, ale nie miała na to siły. On chwycił ją i przytknął do swoich ust zimne palce.
- Nie możesz mnie zostawić - wyszeptał patrząc z niezwykłą intensywnością w jej oczy.
- Nie... zamierzam... – odparła.
...
Kiedy zjawił się Anders Mari była nieprzytomna, ale mag ich uspokajał. Rana wyglądała paskudnie, ale była niczym w porównani z bałaganem jaki zostawił po sobie miecz Arishoka.
Ranna została przeniesiona do Fenrisowego pokoju, jedynego w miarę czystego pomieszczenia. Anders przystąpił do działania. Fenris ukryty w ciele maga śledził wzrokiem pochód swojego sobowtóra. Białowłosy chodził po korytarzu, miotał się, jak zwierz pochwycony w pułapkę. On natomiast był spokojny. Hawke wyjdzie z tego. Jakoś pod skórą czuł, wiedział. Zacisną dłoń, wilgotną od jej krwi. Ona z tego wyjdzie. Tutaj był bezsilny. Było jednak coś co musiał zrobić.
...
Wycieczka ciemnymi korytarzami Mrokowiska nie należała do przyjemności. Nie, gdy się chodziło podziemnymi uliczkami, gdzie koczowali ludzi i na pewno nie wąskimi tunelami, które zachodziły jeszcze niżej, w głąb mrocznych zakamarków, dawnych pozostałości Imperium, które odcisnęło piętno na tym miejscu. Czuł pod skórą, że zbliża się do miejsca przeznaczenia.
Wąska komnata zawiera runy mocy wtopione w kamienie, krew tysiąca ofiar naznaczyła to miejscu. Zasłona jest cienka, niemal można dojrzeć drugą stronę. Tysiąc stup w głąb, pod Zakonem. Cienie gęstnieją, cisza zalega korytarze, wystarczy jednak pchnąć odpowiednią cegłę aby otwarła się ruchoma ściana. Wiem, która to ściana, która cegła, ona mi powiedziała...
Wsunął się do wnętrza. Cisza tutaj pozostawała ogłuszająca. Niezakłócona życiem biegnącym gdzieś wysoko nad nimi. Starodawne czary tkwiły zaklęte w kamieniu, żadne modły z mieszczącego się ponad nimi Zakonu nie penetrowały gęstych oparów magii krwi. Był na miejscu.
- A więc jednak przyszedłeś po swoje odpowiedzi – doleciał go chropowaty, męski głos.
...
Fenris zatoczył się niczym pijany, odzyskał równowagę, w trzech susach znalazł się przy Andersie, chwycił go za poły płaszcza i przyparł do ściany. W oczach maga dostrzegał blask odbijający jego płonące lyrium i... strach.
- Coś ty powiedział? – wysyczał obnażając zęby niczym wilk gotowy do ataku.
- Nie mogłem – twarz maga była przeraźliwie blada, zmęczona i wilgotna od potu. W głosie pobrzmiewało jakieś zdumienie, jakby sam się dziwił, że tak właśnie mogło się stać, że tak się stało. – Nie mogłem... zatamowałem krwotok, poskładałem tkanki, zlepiłem tętnice ale... - udręczony wzrok Strażnika poszybował gdzieś w przestrzeń. – Była za daleko... nie dosięgłem jej... za daleko...
Fenris zaskowyczał. Przeciągły jęk niczym torturowanego zwierzęcia wydarł się z jego piersi. Puścił Andersa, a ten osunął się po ścianę na lepką od brudu podłogę, zgiął się w pół, ukrył twarz w dłoniach i zaczął szlochać.
Elf wszedł do komnaty pachnącej teraz magią i krwią, połączenie, którego ze wszech miar nienawidził. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Podszedł do łóżka, gdzie leżało bezładne ciało. Dopiero w tej chwili ze zdziwieniem i przerażeniem pojął, że tak naprawdę nic nie miało większego sensu. Pochylił się nad posłaniem. Odgarnął ciemne pasma włosów z bladego czoła. Pod palcami nadal czuł ciepło, ale już niedługo jej skóra stanie się lodowato zimna. Z trudem złapał oddech w płuca. Cofnął się kręcąc głową, jakby nie wierzył w to, co widzi. Ona nie mogła...
Wypadł z pokoju gnany pragnieniem pozbycia się tego obrazu ze swojej głowy. A jednak wiedział, że zawsze, już do końca życia będzie widział jej spopielałą twarz, stróżkę krwi zaschłą w kąciku ust, drobną dłoń zaciśniętą w pięść.
Miotał się po rezydencji, biegł bez sensu poprzez pokoje. Był pewny, że zaraz oszaleje. Jego umysł szukał jakiegoś zaczepienia, czegokolwiek.
Dostrzegł krew na podłodze w pomieszczeniu, które było niegdyś kuchnią. Zaledwie dwie krople. Smuga koloru na zakurzonej podłodze. Uchwycił się tego. Parę kroków dalej dostrzegł to znowu, tym razem na progu wiodącym do piwnicy. Potem na ciężkich drzwiach oddzielających daleki kąt piwnicy od wejścia do Mrokowiska. Czy to krew napastnika? A może...
- Avicus – syknął. Rozpalony, popadły w totalny rozkład rozum podpowiadał tylko tyle, że to mag, on był cały zakrwawiony, krwią Mari. To była jego wina, jego że ona... Gdyby nie wtargnął tak nagle Fenris z pewnością dosłyszałby napastnika, zdążył zareagować zanim Hawe spadła z balkonu.
Zupełnie nie dostrzegając braku logiki podążył krwawym śladem, jego myśli były równie krwawe.
...
Anders nie był pewien, jak długo siedział na ziemi. Ogarnęła go całkowita niemoc, całkowita beznadzieja. W tym momencie bardziej niż kiedykolwiek odczuwał jak beznadziejna była jego walka ze śmiercią. Rezydencję spowijała cisza. Powoli, na trzęsących się noga powstał z podłogi. Z pochyloną głowę i załzawionym wzrokiem skierował się do komnaty, która była świadkiem jego przegranego pojedynku.
Zbliżył się do posłania, na którym spoczywały zwłoki. Hawke wyglądała, jakby miała zaraz wstać i roześmiać się na cały głos. Westchnął, rozłożył dłonie nad jej ciałem. Jeszcze raz sprawdzał, to już nie miało znaczenia, ale chciał być pewny, że zrobił wszystko, co mógł.
Błękitne światło wniknęło w nieruchome ciało. Wszystko było jak należy. Tkanki spojone, żyły i tętnice zasklepione. Wylew sam się wchłonął. A więc dlaczego?
Usiadł na skraju posłania. Wziął w dłoń jej nieruchomą, dużo mniejszą i delikatniejszą. Może i ona nigdy nie oddała mu serca, za to on oddał jej całe swoje i... teraz to już nie miało znaczenia.
Taka mała dłoń, tak mocno zaciśnięta w pięść – pomyślał. Jakby nawet po śmierci nie chciała się pogodzić z bezsilnością. Lekki powiew załopotał kotarą, do środka wpadł słaby promyk światła, zatańczył na łańcuszku, który kołysał się w zaciśniętej piąstce zmarłej.
- A to co? – Z jakimś niezrozumiałym uporem próbował wydobyć, to co kryło się w dłoni Hawke. Zadziwiające, ale dłoń się nie chciała otworzyć. Przecież to jeszcze za wcześnie na stężenie... Spod paznokcia zdołał dostrzec tylko kawałek... łuski? Próbował odgiąć najmniejszy palec. To przecież było śmiesznie, ale Hawek trzymała to tak mocno, jakby była żywa i świadoma, że ktoś chce jej wyrwać trofeum. Anders spojrzał na jej twarz. Przez chwilę miał nawet nadzieję, że to jakieś głupie żarty, że Hawke zaraz się zerwie i zacznie zanosić tym zaraźliwym śmiechem. Nic z tego, była martwa tak, jak przed chwilą.
Z uporem maniaka próbował wydobyć to z jej dłoni. Nawet prawie udało mi się odciągnąć kolejny palec.
- Co to za cho...
Impuls magii, oszałamiające białe światło a potem jakaś niewyobrażalna siła cisnęła nim o ścianę. Dłoń kobiety opadła na posłanie. To, co się w niej zamykało pulsowało teraz fioletowawym złowróżbnym światłem.
