Poruszał się po okręgu nie spuszczając wzroku ze swojego celu. Ledwo dostrzegał otoczenie. Runy wyryte w masywnych filarach, znaki wykute w podłodze, wszystko przesycone magią i krwią, dawno już zakrzepłą, ale wciąż obecną, wyczuwalną w powietrzu i poza Zasłoną. Jedynym światłem była tu pochodnie zatknięte przy czterech filarach. Mrok spowijał kąty i nie pozwalał stwierdzić, czy poza nimi mieści się coś jeszcze. Może ściany, zakurzone i pokryte rdzawymi plamami dawno wylanej posoki, może wiekowe pajęczyny zwisające girlandami, może nieskończona pustak.
Obchodził bestię ostrożnie. Drapieżnik skupiony na swej ofierze, a może... może właśnie na odwrót. To, co kiedyś było łucznikiem, stało pośrodku kręgu, zupełnie swobodne, rozluźnione. Poprzez oczy zmarłego mężczyzny patrzyły na niego ślepia demona. Mimo że tutaj miały niebieski kolor, poznawał to spojrzenie.
- Mówiłam ci, że mam wszystkie odpowiedzi, wystarczy tylko zapytać – syknęła. – Ale teraz możemy sobie wszystko wyjaśnić, a potem każdy pójdzie swoją drogą, szczęśliwy i wolny. - Demon uśmiechnął się widząc, jak twarz maga wykrzywi się w grymasie odrazy.
- Och proszę, po co te miny, to tym mnie stworzyłeś... a raczej ten, którego ciało nosisz. Jesteś takim samym złodziejem jak ja. Ale spójrz, ja cieszę się z tej kradzieży, ty też powinneś.
Demon potrząsnął ramionami. Ciało, którym owładnął wydawało się mu odpowiadać. Nieszczęśnik musiał być przystojnym, silnej budowy mężczyzną w sile wieki. Fenris przypomniał sobie żałość jego żony. I nic dziwnego, że od razu zorientowała się, że coś jest nie tak. Co prawda demon nie opętał trupa, nie miał tu do czynienia z chodzącym umarłym, ani też z przeklętą abominacją. To połączenie demona i ciała ludzkiego było inne, bardziej ścisłe i... nie, nie nazwałby tego naturalnym. Ciało poruszało się, żyło, oddychało, pozostawało w swej formie, a zarazem twarz, oczy wydawały się bez wyrazu, puste, pozbawione jakichkolwiek emocji.
- Avicus znalazł cię i zawarł pakt, by dokonać zemsty.
- Hm... to ja go znalazłam, ale... tak, taka była umowa. Ciało po tej stronie bariery, w zamian za zemstę.
Pokręcił głową. Zemsta była uczuciem potrafiącym doprowadzić do takiego wynaturzenia. Wiedział to, wiedział doskonale.
- Och, no proszę, bez tego kiwania, wiesz dobrze jak silne jest to uczucie, jak słodko smakuje... sam się przekonałeś, dzisiaj.
Znów czytała mu w myślach, nawet tutaj, poza Pustką.
- Oczywiście, jesteśmy ze sobą połączeni. – Zaśmiała się głucho, szorstko. – I tego też jeszcze nie wiesz?
- A więc twoja misja została zakończona. – Obszedł ją dookoła, zaczynał kolejny krąg, zbliżył się może o krok, jego dłoń drgała na rękojeści szabli.
- Nie... - Demon jakby westchnął, starając się imitować emocje prawdziwego człowieka.
- Bo widzisz kontrakt został podpisany na dwie dusze...
- Elf.
Demon uśmiechnął się szeroko, nienaturalnie. Nie potrafił odwzorować i tej emocji, zadowolenia, czy też radości.
- Został już tylko on – wymruczał trzepocząc powiekami, co znów wyglądało tak nienaturalnie na zarośniętej twarzy.
- Myślisz, że ci na to pozwolę? – Wystrzelił do przodu, jednocześnie dobywając szabli, zamachnął się z zamiarem cięcia w kark demona, ale ten płynnie zablokował go swoim łukiem. Drugą dłonią pchnął go w bok, z nienaturalną, jak na człowieka siłą.
- Głupiś. Nie doczytałeś? Nie rozumiesz czym jest ten pakt? Cząstka siły życiowej twojego ciała, ciała Avicusa, w zamian za moją pomoc. Bez tego stałabym się przeklętą... jak wy to nazywacie... abominajcą...
Oparł się o filar obserwując krążącego teraz po pomieszczeniu demona. Jego kroki odbijały się echem po krypcie.
- Nie możesz mnie zabić głupcze, jeśli ja zginę, ty także... nawet ten twój amulet... ten mały artefakt z odległej przeszłości nie zdoła cię uchronić. Pociągnę cię za zasłonę. Życie za życie.
Jego dłoń mechanicznie sięgnęła do koszuli. Pod palcami jednak nie poczuł znajomego ciepła, nuty niepokojącej magii. Dopiero teraz pojął, że zawieszka musiała zostać zerwana gdy Mari...
- Hawke...
- A no właśnie ona. – Demon przyglądał się mu przenikliwie szklistym, martwym wzrokiem. – Widzisz, jedyne czego chciałam to „zwiedzić" ten świat, a Avicus zaproponował wymianę. Byłam prawie pewna, że się to nie uda. Że mag jest za słaby aby przetrwać rytuał, ale jakoś... udało się, a może właśnie nie, bo pojawiłeś się ty.
Demon podszedł bliżej nie zwracają uwagi na ostrzew w ręku napastnika.
- Nie mogę zwiedzać, nie mogę się stąd ruszyć puki nie wykonam zlecenia, ty zaś nie możesz mnie powstrzymać, bo jeśli ja zginę, twoje ciało zginie wraz ze mną. Ale wystarczy, że pozwolisz mi zgładzić niewolnika. Ja będę wolna i więcej o mnie nie usłyszysz, ty zaś będziesz miał swoją Mari, wolną od tego nieznośnego elfa, który nie rozumie...
Zamilkła. Pozwoliła by ta idea pęczniała w jego umyśle, aby pojawiły się marzenia, plany, wizje przyszłego życia, jako człowiek, mag, u boku czarodziejki.
Zamachał gwałtownie głową chcąc się pozbyć tych wizji. Mari w białej sukni, on przenoszących ją przez próg ich wspólnego domu. Małe ciemnowłose szkraby biegające po ogrodzie. Próbował to wszystko wyprzeć, jednocześnie dłoń dzierżąca szablę opadała...
Czemu nie, czemu miałby się przejmować losem tego drugiego, który ją ranił, który nie pojmował. To wszystko mógł mieć na wyciągnięcie ręki, teraz, na zawsze...
...
Schodził głębiej i głębiej w czeluści pod miastem, ale wcale tego nie dostrzegał. Brną za śladami krwi czując pod palcami rękojeść miecza. Wszystkie mięśnie się w nim spinały, serce dudniło, puls przyśpieszał. Musiał coś zabić, musiał wydusić z czegoś życie. Czuł to wyraźnie, w wyobraźni zaciskał palce na sercu Avicusa i czerpał z tego przyjemność. Było zwierzęciem, drapieżnikiem, potworem. Wszystko, co dobre umarło wraz z Mari. Wiedział to, czuł. Nie pozostawało w nim nic. Tylko mrok w środku i na zewnątrz.
Szedł wąskimi korytarzami przyświecając sobie własnym lyrium. Stanął w zaułku, zaklął, przyjrzał się cegłom. Ślad się urywał. Dostrzegł odbicie dłoni na jednej cegle, przyłożył doń dłoń. Pchnął. Ściana ustąpiła.
- Możesz być z nią, nie stawiaj oporu – dosłyszał syczący głos dolatujący z komnaty przed nim. Zagasił znaki, wśliznął się do środka. Miecz drgał w jego dłoniach. Magia unosiła się wokoło, czuł jak podrażnia jego tatuaże, stawia włoski na karku na sztorc.
W słabym mroku dostrzegł go, łucznika, którego poszukiwali. Trzymał w tej chwili przypartego do potężnej kolumny Avicusa. Sztylet spoczywał nad sercem maga.
- Wiesz, że nie chcę tam wracać, a ty nie chcesz zostawić jej samej...
Fenris przez chwilę przyglądał się całej scenie. Coś dziwnego było w tym łuczniku, coś dziwnego w bezradności Avicusa, który patrzył na niego szeroko rozwartymi oczami.
W powietrzu unosiło się coś takiego. Krew, magia, lyrium. Demon – naglę pojął patrząc w pustą twarz łucznika. Był światkiem kuszenia. Twarz Fenirsa wykrzywiła się w okrutnym uśmiechu. Magowie, wszyscy tacy sami. A jednak jak tylko to pomyślał przyszłą też inna myśl, bolesna, przepełniona żałością. Ale ona... ona była inna. Nigdy jej tego nie powiedział, jak wielu innych rzeczy.
- Kochasz ją, zostań z nią, daj mi zrobić to, co do mnie należy... - potwór nadal sączył jad w ucho Avicusa.
Fenris przesunął się w bok, bezgłośne, bezszelestnie zanurzając stopy w pyle wieków osiadłym na posadzce.
Zawsze wiedział, że Avicus jej praginie, czuł to na początku, potem widział, teraz słyszał. Demon objawiał najgłębsze pragnienia. W Fenirsi zbierał pusty, histeryczny śmiech. Wszystko na nic. Ten przeklęty mag jej nie dostanie. Ale nawet satysfakcja jaką czuł na myśl, że czarodziej nie dopnie swego nie mogła zagłuszyć tępego bólu w sercu. Nawet nienawiść nie była wstanie zapełnić tej pustki, gdzie dotąd była ona, jego Mari.
- Ona nie żyje – powiedział głębokim, spokojnym głosem. Przesunął się dalej w bok, by uniknąć wykrycia.
Twarze obu maga i łucznika skierowały się od razu do miejsca, gdzie przed chwilą stał. Avicus drgnął, chcąc jakby wyrwać się ze szponów demona.
- Nie – krzyknął. Demon tylko stał, obserwował, nasłuchiwał.
- Anders nie zdołała jej uratować. Mari... nie żyje. – Jego głos ciął boleśnie ciszę i jego serce, dwa serca.
- Nie. – Tym razem wyszeptał niepewnie Avicus. Może poznał prawdę z tonu głosu Fenrisa.
- Hm... wygląda na to... niewolnik mówi prawdę... ale wiesz co... teraz to już nie ważne – Syknął demon odskakując natychmiast od maga.
W następnej minucie fioletowe płomyki rozprysły się po całej komnacie rozświetlając ją. Fenris nie mógł się dalej chować. Zaszarżował.
...
Patrzył jak zahipnotyzowany w błyski światła rozchodzące się po sali. Szczęk metalu, zgrzyt i trzask zaklęć roznosił się echem po pomieszczeniu.
Fenris atakował z furią i nie bacząc na nic. To tylko utwierdziło Avicusa w przekonaniu, że niewolnik nie kłamał. Nie miał już nic do stracenia, walił na oślep. Jak to się mogło stać. Jak mogło...Nie pojmował tego. Znał jednak to uczucie beznadziei zalewające go od środka. Mari...
Kolejna seria cięć. Demon czuł się w ukradzionym ciele pewnie. Siłę mięśni wspomagał magią, mocą czerpaną zza Zasłony. Gdy wojownik lyrium i abominacja walczyli niemal rozcinali cienką błonę pomiędzy światami. Czuł to, miał wrażenie, że niemal może sięgnąć na drugą stronę.
Wydawało się, że potykają się wiekami. Tam gdzie Fenris górował szybkością, demon był silniejszy i nie tracił wigoru, nie męczył się.
Mag powoli podniósł się z posadzki, gdzie osunął się, jak tylko łucznik wypuścił go ze swego uścisku. Obserwował, wiedział jak ta walka się skończy. Demon był silniejszy, a Fenrisowi jakby brakło chęci do walki, zwolnił, opadł z sił, bronił się już tylko słabo, przed kolejnymi atakami. W pewnej chwili oberwał zaklęciem i uderzył z impetem o filar tuż obok. Miecz z głośnym podzwanianiem wypad mu z dłoni, do stóp Avicusa.
...
Demon był przy niewolniku w jednym susie. Złapał go za gardło, uniósł nadludzką siłą ponad posadzkę. Fenris zwisał bezradnie, dłonią słabo próbował uwolnić się z uścisku, ale cała wola walki wyparowała wraz z oddechem, lyrium nie chciało zabłysnąć ponownie. Elf przestał się szamotać, zamknął oczy, jakby zrezygnowany. Niech się to już raz skończy – pomyślał. To bez znaczenia, gdy jej nie ma.
Przeciągłe wycie demona wybiło go z próżni, w którą powoli wpadał. Rozwarł szeroko oczy, nie wierzył. Z piersi potwora wystawało ostrze, jego szerokie ostrze dwuręcznego miecza. Niemal dotykało jego piersi. Z tyłu za ramieniem łucznika dostrzegł Avicusa. Twarz maga była zastygła w strasznym grymasie. Jakby zadając ranę demonowi sam doznał takowej.
Najpierw łucznik, potem mag obaj osunęli się na posadzkę, jak kukiełki, którym ktoś nagle poprzecinał sznurki. Fenris także opadł, patrzał na obu nie pojmując, co się dzieje. Łapczywie łapał oddech, dłoń powędrowała do gardła aby rozmasować nadwyrężone tkanki.
Demon przewrócił się na bok, chciał jeszcze coś powiedzieć, wierzgnął raz nogami i opadł.
I wtedy się zaczęło. Najpierw przeraźliwy huk wypełnił kryptę, potem z ciała demona została uwolniona energia, w postaci białego spektakularnego płomienia, iskry rozprysły się po całej posadzce, powietrze skrzyło się, lśniło. Poprzez ten dziwny poblask Fenris mógł widzieć jak coś innego przebija się, jakiś inny świat, Pustka. Lśniący płomień zdawał się wtapiać w tą drugą warstwę, przenikać przez cienką błonę. Bronił się jeszcze, jaskrawe promienie, niczym macki sięgały do Avicusa próbując się jakby złapać go, uczepić. A jednak ciało maga nie stanowiło dla niej kotwicy. Po chwili szamotaniny płomień znikł, został wchłonięty.
Fenris powoli podczołgał się do Marcusa leczącego twarzą w pyle. Przewrócił go na plecy, drżącymi palcami zbadał puls. To nie możliwe – pomyślał jeszcze raz przykładając palce, z drugiej strony szyi. Ale czemu... obmacał go, nigdzie nie widział żadnych ran. Przyłożył ucho do piersi mężczyzny, ale poprzez syczącą Zasłonę, nadal widoczną gołym okiem nic nie słyszał.
- On odszedł – usłyszał gdzieś ponad sobą jakiś cichy szept. Wyprostował się, gwałtownie sięgając do paska, gdzie miał jeszcze podręczny sztylet. Ten jednak nie okazał się potrzebny.
Zasłona powoli nikła, dziwny blask gasł, ale nadal widział cienie drugiego świata, jeden szczególnie wydawał się bliski, niemal mógłby go chwycić. Coś po drugiej stronie przypominające sylwetką kobietę. Czy to może być?
- Mari...
Cichy śmiech, jakby dobiegający z bardzo daleko.
- Jej tutaj nie ma.
- Ale...
- Powinieneś do niej wracać.
Zacisnął pięści, złożone do tej pory na piersi maga. Wracać? Jak? Zwiesił głowę, białe włosy opadły mu na twarz. Oczy naraz zaszły łzami. Słone i wilgotne zaczęły spływać po ciemnych policzkach.
- Ale widziałem ją... tam...
Coś jakby musnęło go po głowie, jakiś zwiewny dotyk, jakby potrącenie skrzydłem motyla.
- Wróć i pozostań przy niej. - Teraz już tylko łagodne tchnienie, ledwo dosłyszalny szept, który po chwili rozmył się w ciszy, przerywanej tylko jego łkaniem.
