Często miała ten sen. Czy to było jakieś echo przeszłości, a może tylko jej wybujała wyobraźnia.
Stała pośród Pustki, mgła zwijała się miękkimi kłębami wokół jej nóg. Gdzieś w oddali widziała wyblakłe sylwetki. Tak naprawdę tylko cienie, pozbawione barw i wyrazistości.
Jasnowłosa kobieta o łagodnej twarzy. I on, mag, który nie odrywał oczu od swej partnerki. Była zbyt daleko by dostrzec wyraz jego oczu, czy nawet uśmiech na tej przystojnej twarzy, ale podświadomie jakoś czuła, że się uśmiechał. Niestety nigdy nie zwrócił się ku niej, nie odezwał, nawet nie obdarzył spojrzeniem. Oczy miał tylko dla swej blond piękności. Ta jednak zawsz widziała Mari, czasem skłoniła ku niej głowę innym razem zamachała dłonią. A potem wszystko zasnuwały mgielne opary i sen się kończył. Zawsze wtedy budziła się z dłonią zaciśniętą na amulecie, medalionie – jedynej pozostałości po człowieku, którego niemal pokochała. Czasem wodziła palcami po zagadkowym wzorze, gładziła łuskę opuszkiem palca. Myślała, uśmiechała się do wspomnień. Potem zazwyczaj przekręcała się na bok, żeby wtulić się w ramiona kochanka.
...
Często miał ten sen. Mało przyjemne wspomnienia, a może bardziej wizja przyszłości, która, dzięki Stwórco, nie nastąpiła.
Sen nie był jednym obrazem ale całym ich ciągiem, podczas ich oglądania odczuwał przejmującą pustkę, bezsens, beznadzieję.
Co dziwne nigdy nie śnił tego momentu, gdy wrócił do rezydencj i znalazł ją martwą. A przecież tego się właśnie spodziewał. Nie, ona zawsze śnił, że umarła w jego ramionach, ciemną, zimową nocą, gdzieś w zaułku Dolnego Miasta, z grotem strzały utkwionym w jej piersi i tym zaskoczonym spojrzenie. A potem zdawało mu się, że ogląda swoje życie bez niej. Świat wyprany z ciepła i barw. Przyjaciele znikający jeden za drugim, istnienia zdmuchnięte z kart życia. Dojmującą samotność.
Gubił się w tym śnie, błąkał po widmowym mieście rozpamiętując każdy dzień bez jego czarodziejki, a zdawało się być ich tak wiele.
Budził się wówczas gwałtownie, dyszał ciężko, ocierał czoło z potu, a potem obracał się ku niej, dotykał, sprawdzał.
Żyła, leżała tuż obok, oddychała, uśmiechała się przez sen. Wtedy był jeszcze bardziej wdzięczny losowi, że postawił Hawek na jego drodze, że nauczył go doceniać jej bezbrzeżną, niezrozumiałą miłość. Doceniał, że miał okazję wyznać jej własną.
W takich chwilach zdawało mu się, że oszukał przeznaczenie. Bo jak można było inaczej nazwać fakt, że oboje umknęli śmierci i na przekór wszystkim doświadczeniom przeszłości znów się zeszli. On pogodził się z myślą, że pokochał maga, ona wybaczyła mu jego odejście.
