4. Knocking on Death's door.
„Do what is right, not what is easy."
- Unknown
Mogli ją znienawidzić.
W tamtej chwili, Zarya naprawdę nie mogła się zmusić do myślenia nad konsekwencjami tego, co miała zamiar zrobić.
Miała zadanie, dlatego tam była. Dlatego wskoczyła na pierwsze miejsce, kiedy nadarzyła się okazja na uratowanie czyjegoś życia, dlatego właśnie…
…sprzymierzyła się z Con'em.
Ugh, Ziva będzie miała znowu pretensje, pomyślała.
- Jadą! – zawołała Ginger, podbiegając do nich, kiedy Ziva wytrzeszczyła oczy, patrząc na nią – Ziva…
Dziewczyna wiedziała. Znała to spojrzenie.
Shane pokręcił głową, kiedy Sideswipe i Sunstreaker dojechali na miejsce i Hale nawet się nie obracała, kiedy Donnelly zrezygnowany spojrzał w dół.
Brunetka stała przerażona, widząc czerwony wóz, niemal blada jak ściana. Ale przełknęła ślinę, biorąc głęboki wdech. Nie tego ją uczyli, nie poddawała się. Nawet, jeśli jej opiekunowie nie wierzyli, że byli w niebezpieczeństwie, Rodriguez nie miała zamiaru bezczynnie stać.
Nawet pomimo rosnącego niepokoju w jej klatce piersiowej.
- Gdzie Sunshine?! – zawołała, kiedy była już przy nich, ale bliźniacy spojrzeli na nią dziwnie – Sides…Co? – obejrzała się, kiedy Sentinel przejechał obok nich razem z Ironhide'em – Nie…Nie! Lennox! – zawołała, ignorując ich strażników.
Mężczyzna popatrzył na nią, kiedy skończył coś mówić, dokładnie w momencie, kiedy Sam także do nich podbiegł.
I obaj zaczęli równocześnie gadać.
- Woah, woah, spokojnie – westchnął – Mam oddział szukający ich przez cały czas – uniósł wzrok na czarnego Autobota – Ironhide! Chroń Sentinel'a, zabierz go do środka!
- Nie! – zaskakująco, to była Ginger, która się odezwała, spanikowana patrząc na Prime'a – Błagam… - dodała, wysuwając się do przodu i zamarzła, widząc już przetransformowanego Bota.
- Uznaj to za zrobione! – odparł, nie zwracając na nią uwagi.
Ziva pokręciła głową, cofając się.
Gdzie była Zarya, kiedy jej potrzebowała?!
- Ziva…?
Nie teraz, Sideswipe!, warknęła w głowie.
- Musicie go strzec – powiedział Sam, na co dziewczyna wytrzeszczyła oczy – On jest kluczem do wszystkiego.
William popatrzył na niego, po czym zwrócił się do czerwonego i czarnego Autobota.
- Owszem, jestem.
Błagam, nie…
- Co musicie zrozumieć, moi bracia, to, że nigdy byśmy nie wygrali wojny. Dla dobra przetrwania naszej planety, umowa musiała zostać zawarta – wyjaśnił, odwracając się lekko od nich – Z Megatron'em – i z tym zdaniem, wyciągnął swoją broń, celując w Hide'a.
- Tato, nie!
- Ironhide, uważaj!
I dokładnie w momencie, czarno-biała smuga zaliczyła kolizję z Sentinel'em, posyłając go na ziemię, kiedy specjalista od broni popatrzył zszokowany przez chwilę, po czym jego działka wydały z siebie ryk.
- Sunshine! – Ziva wydarła z miejsca, widząc jak jej siostra upada na asfalt z jękiem bólu i uklękła koło niej – Co do cholery jasnej!
- Ziva, wracaj tutaj! – zawołał za nią Lennox, kiedy Sideswipe stanął jak wryty, dopóki jego brat nie pociągnął go za ramię, kiwając na postać, która w tamtym momencie wstawała.
Chwilę później, tamten przetransformował się w policyjnego mustanga, wyjeżdżając koło obu dziewczyn i otwierając swoje drzwi.
- Wsiadać, jazda! – warknął na nich.
Brunetka spojrzała pytająco na bliźniczkę, chociaż widziała w tle jak Sentinel wyburza drzwi, po czym na swojego strażnika, który wpatrywał się w nią jakby z wyrazem zdrady.
- Ruszaj się, dalej! – syknęła na nią, wpychając ją siłą do pojazdu.
Jedyne pytanie, jakie krążyło dziewczynie w głowie to: Co się do cholery działo?!
- Czy was już do reszty pogięło?! – warknął na nie, kiedy zatrzymali się przed bazą, raptem godzinę później, kiedy Barricade uznał, że jest bezpiecznie, Sideswipe – I…I co wy robicie z tym Con'em?!
- Agh, zamknij się. Ja też się nie cieszę z widoku twojej twarzy – warknął Decepticon, sprawiając, że Ziva parsknęła śmiechem.
- Co się tutaj…? – Ironhide uciął, patrząc na swoją podopieczną, aktualnie stojącą po stronie Zaryi razem z Shane'em, na którego z kolei patrzył Ratchet – Co ten punk tutaj robi?
- Mówi się „dziękuje" – stwierdził Donnelly, a Ginger spuściła wzrok – Uratował ci życie, wiesz?
- To nadal Decepticon – tym razem do konwersacji włączył się medyk.
- Ja nadal jestem kryminalistą – syknął w odpowiedzi – Też mnie skreślisz?
Medyk spiorunował go wzrokiem, Ironhide popatrzył pytająco na dziewczyny.
- Co on tutaj robi?
Zarya tylko odwróciła głowę.
/Nie zrozumieją/
- Wiem – stwierdziła sucho na jej komentarz, kiedy Ziva westchnęła – Wiem, Ziva, okay? – przejechała dłonią po twarzy – Ale nie mogę z tym nic zrobić.
- Powiedzieć im, co się dzieje? – zasugerowała, po czym się skrzywiła – Albo lepiej nie.
Potrząsnęła głową, spoglądając na Barricade'a, który w tamtym momencie został obrzucony wrogimi spojrzeniami.
- Nadal nie powiedziałeś skąd wiedziałeś, że masz mi pomóc – stwierdziła Zarya, zwracając na siebie jego uwagę.
Decepticon zmierzył ją wzrokiem.
- Najwyraźniej macie cholernie dobra relację z Primus'em – parsknął – Coś, czego nie spodziewałem się, że zobaczę w najbliższym czasie.
Ziva prychnęła jakby obrażona.
- No, wypraszam sobie – spojrzała do góry – Ale ty też nie jesteś najlepszym materiałem na pomoc.
- Słuchaj, ty mały…
- HEJ! – warknął Shane, sprawiając, że na niego spojrzeli – Nie czas na wasze cholerne kłótnie. Ty! – zawołał do czarno-białego Con'a – Nie szarżuj tak na nią, chyba, że chcesz żeby ci tamci – wskazał na dwóch frontliner'ów – odcięli ci ten metalowy łeb.
- A wy – Ginger wtrąciła się, teraz już z kolorami na twarzy – Przestańcie. Nie…nie pomagacie. W. Ogóle!
- Czyli to wszystko nasza wina? – syknął Ironhide – Skąd mieliśmy wiedzieć, że…
- Że Sentinel to zdradziecka świnia? – dokończyła, na jej twarzy po raz kolejny pojawiło się zmęczenie – Nie mogliście. Żaden z was – obrzuciła ich spojrzeniem – Nie winimy was za wasz brak wiedzy.
- Ale moglibyście wykazać trochę wsparcia – wrzuciła Zarya, opierając się o nogę swojego nowego sprzymierzeńca – To nie my…
- Więc mamy dać temu matołowi biegać po mieście z wami? – warknął Sunstreaker, klękając obok niej i patrząc jej w oczy – Zarya, dobrze wiesz, co zrobił.
Ziva, która miała przedtem zamknięte oczy, wywróciła oczami.
- Jestem ciekawa, co byś zrobił, gdybyś dowiedział się, co Sunshine zrobiła – jej słowa były okropnie radośnie wypowiedziane, kiedy odwróciła się do nich – Jestem cholernie ciekawa, co cała wasza elita zrobiłaby, gdyby na miejscu jego – wskazała na Con'a, który zaskakująco zamilkł – była Ginger. Albo Shane. Żaden z nich… - wzięła głęboki wdech – Żaden z nich nie jest bez winy.
- Zabił tysiące – zaprotestował Ratchet.
- Wy także – włączyła się Zarya.
- Zabiłam więcej razy, niż mogłam policzyć, kiedy miałam raptem piętnaście lat – Rodriguez syknęła – Więc jazda.
- Skreślcie nas – dodał Donnelly, zmieniając swoją pozycję i stając obok dziewczyny, która cały czas była u boku Zaryi obok Barricade'a.
- Czy tego chcecie, czy nie – Ziva spojrzała na nich surowo – Każdy z nas jest częścią tej wojny. Cade nie jest najlepszym materiałem na pomoc, ale uratował ci dzisiaj życie, Ironhide.
- To nie zmienia faktu – oznajmił Sideswipe – Jest niebezpieczny.
- Każdy z was jest – nacisnęła Zarya.
Ziva patrzyła na nich długo, to okropne uczucie w jej sercu jeszcze się powiększyło, kiedy realizacja na nią spadła jak grom z nieba.
- To bez sensu – odezwała się cicho, na co Zarya zwróciła się w jej stronę – Nie uwierzą w to.
Ginger spuściła wzrok, Shane razem z blondynką patrzyli na Boty aktualnie obecne przy ich małym spotkaniu. Ironhide miał wzburzoną minę, Ratchet był pewnie na skraju cierpliwości, Sideswipe jakby żył w zaprzeczeniu, Sunstreaker….
Cóż, Sunstreaker piorunował ich wszystkich spojrzeniem. Nic nowego tutaj.
- Co sugerujesz, że mamy zrobić? – syknęła na nią.
Zivie, tak samo jak wcześniej drugiej brunetce, na twarzy ujawniło się wewnętrzne zmęczenie.
- Nie poddać, oczywiście – próbowała jakoś rozjaśnić sytuację – Ale… - wzruszyła ramionami – Najwidoczniej tym razem, musimy wykombinować coś innego.
- Nie możemy zrobić niczego bez nich – oponował Shane – Jesteśmy tylko ludźmi.
Ale czy to czasem nie grupa ludzi zwalczyła Scorponok'a, Blackout'a o innych?
- Nic innego nie mamy – zdecydowała się na odpowiedź.
- Więc zamiast dwóch obślizgłych ludzi, muszę zajmować się czterema? – Barricade wydał z siebie dźwięk dezaprobaty – Ew, Primus ma kopnięte poczucie humoru.
Zarya nie mogła się nie zgodzić z tym oświadczeniem.
- Nie zamierzam patrzeć jak odlatują – stwierdziła Ziva cienkim głosem – Nie mogę…
- Nie mieli innej opcji – próbowała argumentować Zarya.
W czasie, kiedy wszystko poszło się sypać, dziewczyny cały czas debatowały, co miało się stać. Inwazja na Chicago została przeprowadzona w takim tempie, że obie nie miały nawet szansy zobaczyć jej przebiegu. Ta, podziękowania kierowały do Barricade'a, bo jak na Con'a, to mocno przywiązywał sobie wagę do ich żyć.
Optimus był mocno wstrząśnięty. Reszta Botów tak samo.
Ale żeby od razu Ziemię opuszczać? Żeby zostawić ich? Wszystkich? Primus wiedział, że nie byli ostatnio blisko, ale…
- Wiedziałam, że to się tak skończy – dobiegł głos z ich prawej i obróciły się tylko, żeby zobaczyć wory pod czerwonymi oczami Rodriguez i bladego i jakoś trzymającego się Shane'a – Zostawiliby nas bez większego trudu – jej wzrok skierowany był na jej opiekunów, którzy ostro debatowali nad czymś po cybertrońsku.
- To, po co się angażowałaś? – warknął Donnelly – Teraz nie rób z siebie ofiary – powiedział ostro, chociaż i on patrzył z wyrzutem na medyka.
Zarya odwróciła wzrok.
/Nie pożegnali się nawet/ Mruknęła w myślach.
/Zawsze mówiłaś, że byliśmy dla nich tylko zadaniem./ Odparła głucho, jej oczy tępo wpatrywały się w ziemię.
- Sam próbuje jakoś się trzymać – rzuciła głośno, jej wzrok powędrował na sekundę na żółtego robota i Witwicky'ego – Nadal ma nadzieje – wymamrotała niewyraźnie.
Ból. Czysty ból po całej okolicy jej serca rozprzestrzeniał się tak szybko, że wkrótce i blondynka masowała sobie okolice klatki piersiowej.
- Bądź, co bądź, oni przynajmniej byli przyjaciółmi – odparła szeptem.
W końcu i Bumblebee odszedł. Sam oparł się o barierkę w czasie, kiedy Simmons podjechał do niego na swoim wózku.
Nie bardzo słysząc resztę rozmowy, cała czwórka skupiła się na tych kilku słowach, które wypowiedział.
- Lata później nas zapytają: Gdzie wy byliście, kiedy najechali nam na planetę? – spojrzał w dal – Zamierzam powiedzieć: Po prostu staliśmy obok i patrzyliśmy.
Zarya przełknęła gulę w gardle i odwróciła wzrok.
Nie było czasu na żegnanie się z nimi.
Zarya i Ziva stały i patrzyły jak statek wystrzelił w górę i kątem oka zerkały na Sam'a, od razu zauważając dziwny zegarek na jego dłoni.
Z tego, co im było wiadomo, Witwicky nie posiadał żadnego.
A jednak…
- ….Pewny, czego?
Dziewczyny od razu zwróciły na niego swoją całkowitą uwagę, stając prosto i rzucając mu nieco zaniepokojone spojrzenia.
- Starscream – warknęła brunetka, sprawiając, że blondynka popatrzyła na nią zaskoczona i zbladła, podążając za jej wzrokiem – Primus, nie! – rzuciła się do barierki w momencie, kiedy…
- Nie… - Zarya zakryła usta dłonią, dokładnie w momencie eksplozji.
Ginger wytrzeszczyła oczy, a Shane zamrugał, jakby próbując pozbyć się łez, które w tamtym momencie próbowały spłynąć mu po policzkach.
- Mamo…Tato… - wyrwało jej się z ust.
- Nie ma na to czasu – warknął nagle Barricade poprzez radio, na co spojrzały na niego, cudem powstrzymując swój własny płacz – Wsiadajcie, musimy znaleźć bezpieczną kryjówkę – dodał, otwierając drzwi.
- Zaraz – pociągając nosem Ziva popatrzyła na Mustanga'a – Ale… tu są tylko dwa miejsca.
Shane i Ginger popatrzyli na nich.
- Zajmuję się tylko wami – odparł.
- Ale…ale powiedziałeś czwórka… - zająknęła się Ziva.
- Primus, nie mam na to czasu! – warknął – Wsiadacie i jedziecie ze mną, dopóki któraś z was nie wpadnie na jakiś genialny pomysł. Teraz. – wycedził ostatnie słowo.
- Jedzcie – wymamrotała Ginger, spoglądając na Donnelly'ego – Damy sobie radę tutaj. Ktoś musi się nimi zająć.
Zarya spojrzała skonfliktowana na obu.
- Ale GiGi…
- Sunshine.
Dziewczyna wzdrygnęła się i kiwnęła głową, jej własne łzy spływały jej po policzkach, kiedy w końcu wsiadła do mustanga. Ziva zaraz jak była w środku zaczęła cicho szlochać, chowając głowę w ramionach, kiedy z piskiem opon odjechali.
Jej strażnik.
Jej przyjaciel.
Jej rodzina.
Nie…nie było go. Wszyscy…Oni…
- Nie mazaj się – odezwał się poprzez radio Barricade obrzydzonym tonem – To nie jest koniec.
Zarya spiorunowała wzrokiem deskę rozdzielczą.
- Jak mamy się czuć!?
- Nie macie – odparł – Jeśli ich niby śmierć was tak wstrząsnęła, to boję się myśleć, co będzie jak stracie tych dwóch tam. Albo tych obślizgłych ludzi z lotniska.
Ludzi z lotnis….
Lennox? Epps? Fig, Graham?
Nie…
Ziva zaskowyczała, trzymając się za klatkę piersiową. Zarya tylko posłała jej zmartwione spojrzenie.
- Nie są tylko ludźmi – syknęła Hale w końcu – To także rodzina.
- Na końcu nie ma się żadnej rodziny, Człowieku – odparł swobodnie – Jedynie ci, przeciwko którym walczysz i Ci, którzy walczą z tobą. Nie ma nic pomiędzy i jeśli nie umiesz tego rozróżnić, to nie mam bladego pojęcia, dlaczego Primus was wybrał.
W aucie zapadła cisza. Jedynie łkanie było słychać jak wyjeżdżali z miasta.
- Przynajmniej mieliśmy jakieś poczucie wartości przez ten rok – mruknęła Ginger, nieskora tak jak wcześniej do rozmowy i rzucała kamieniami do wody – To więcej niż ktokolwiek z nas miał.
Shane uniósł na nią wzrok, rzucając ręką, którą miał opartą na zgiętej nodze, kamieniem tak samo jak ona, ze swojego miejsca na ziemi.
- Co teraz zamierzasz zrobić? – zapytał – To oczywiste, że teraz bez nich nie mamy jakichkolwiek szans – rzucił zirytowany, niemal nie powstrzymując się przed wypaplaniem jakiegoś ohydnego komentarza.
Rodriguez spuściła na chwilę wzrok.
- Walczymy – odparła prosto.
Donnelly zmarszczył czoło.
- Po co? Co nam to da? – wstał, otrzepując się – Ratchet jest martwy, Chromia i Ironhide też. Ginger…nic nas już tutaj nie trzyma – stwierdził sucho.
Nie żyją…
Dziewczyna prychnęła.
Jej biologiczni rodzice też nie żyli, jej brat nie żył, nie miała nic, poza wspomnieniami.
Ale nie mogła pozwolić im zginąć, nie N.E.S.T. Dali jej dom, czegoś, czego wcześniej żaden z nich nie posiadał.
Ale Shane miał rację.
Sami niczego nie mogli zrobić.
Westchnęła.
- Więc pozwolimy im zgiąć? Kim my do cholery jesteśmy? – warknęła, chociaż bez większego jadu – Kim? Tymi tchórzami sprzed lat?
- A kim innym? – odparł – Ginger, jesteśmy we dwójkę. Te idiotki myślą, że mogą coś zmienić i okay, może im się uda, ale my? GiGi, nie jesteśmy bohaterami – stwierdził.
Dziewczyna spuściła znowu wzrok.
Nie byli. Nie chcieli być.
Ale musieli coś zrobić. Musieli pomóc.
Nawet, jeśli wszystko w środku mówiło im, żeby się po prostu wycofali.
- Nie musimy być – odparła cicho – Shane, czego nas uczyli w N.E.S.T?
Chłopak popatrzył na nią, niemal wściekły na jej logiczne myślenie.
I wtedy zrezygnowany westchnął.
- „Nigdy nie zostawiaj towarzysza w tyle." – wyrecytował swoją wersję, po czym zacisnął lekko zęby.
Nie sądził, że do tego dojdzie.
Ale potrzebowali pomocy. A N.E.S.T samo w sobie nie da rady, jeśli będą w nim takie młodziki jak na przykład Daniels.
Ginger wydawała się zrozumieć, co chodziło mu po głowie, bo razem z nim się skrzywiła.
- Potrzebujemy ich – stwierdziła.
- Nie pomogą nam – oponował.
Brunetka zamilkła na chwilę.
- Tylko on ma teraz armię zabójców, Shane. Z obu frakcji. Może nawet trzeciej, skoro Diane i Jack siedzą – próbowała go przekonać, chociaż na samą myśl o tym, zrobiło jej się niedobrze.
Szatyn zmrużył oczy.
- Zamierzasz zając ich miejsce? – zapytał poważnie – Ginger, to szaleństwo. Nie będziesz mogła się wycofać. Nie. Dasz. Rady – wycedził, podchodząc do niej, ale ona się cofnęła.
- Nie mamy nic do stracenia.
- Mamy. Swoją wolność, do jasnej cholery! – warknął – Nienawidzisz tego.
- Nienawidziłam tego, co ze mnie robili – mruknęła – Ale w tej chwili, to chyba jedyne wyjście, jeśli nie chcemy zginąć w tym bagnie.
Shane patrzył na nią jak na wariatkę.
Bo prawdopodobnie nią była. Cholernie wielką. Nikt dobrowolnie nie wkręcał się w jej wieku w taki biznes. Nikt!
Ale…ale nie mieli nic innego.
Shane przeklął, wyjmując komórkę.
- Dobra – warknął, idąc przed siebie – Ale jeśli w trakcie jedno z nas zginie, na nagrobku chcę mieć, że zginąłem z twojej winy.
- Nie widzę jakby to miało ci polepszyć nastrój – mruknęła, idąc za nim.
- Nie miało. Chciałem żeby ludzie wiedzieli, kto jest odpowiedzialny za ten cholerny pomysł ze zjednoczeniem się – warknął na nią, wykręcając ten – och jakże znajomy – numer.
- Wolisz być bezużyteczny do końca życia?
- Lepszy bezużyteczny niż martwy – odparł, słysząc sygnał.
- Aw, synek? Stęskniłeś się? – odezwała się osoba na drugim końcu – Czy może już cię wyrzucili?
- Kto obejmuje teraz dowództwo w klanie Rodriguez'ów? – zapytał od razy, sprawiając, że Ginger oparła się o drewno za nią.
- Zawsze do rzeczy – mruknął – Dlaczego miałbym ci powiedzieć?
Świetnie, jeszcze tłumaczyć się mam, pomyślał.
- Bo zapytałem? – odparł zirytowany.
Nastała krótka cisza.
- Aktualnie ja, choć nie ukrywam, że nie bardzo mi się to udaje – odparł – Banda idiotów, nie słuchają się mnie i za każdym razem podważają moją decyzję.
Shane spojrzał na Rodriguez, która zaśmiała się na jego odpowiedź, po czym zademonstrowała, żeby dał jej telefon. Chłopak podał go jej ze zmarszczonym czołem.
- To nie banda idiotów – parsknęła – Ale nie kierujesz się Kodem oczywiście. Dlatego cię nie słuchają.
- Jakby mnie to obchodziło – odezwał się – Czego, bachory, chcecie?
- Mojego klanu – odparła swobodnie.
- Po co?
Wywróciła oczami.
- Jest mi potrzebny.
- Do czego? – wycharczał ostro.
Niebieskooka popatrzyła na Shane'a, który skinął głową.
- Mamy kłopoty z gośćmi z kosmosu – odparła – Intergalaktyczna wojna wparowała nam do ekosystemu i teraz nie chce nas zostawić w spokoju. I jeśli nic nie zrobimy, twój klan, mój klan i klan Temple'ów zostanie zmieciony i prawdopodobnie zamieniony w niewolników – wyjaśniła krótko – Wyjaśniłam twoje wątpliwości?
Mogli obaj mentalnie zobaczyć, że wywraca oczami.
- Wplątaliście świat w wojnę z obcymi?
- Nie ja! – zaprzeczyła – Ale tak. Więc? – ponagliła.
Minęła chwila.
- Wyśle wam cały klan Rodrigiuez'ów i jeden oddział z mojego – zadecydował – Przyślijcie lokalizację mail'em. I Ginger?
- Tak?
- Nie każ mi tego żałować.
I z tym zdaniem, połączenie zostało zerwane.
Rodriguez zwróciła się do Shane z uniesionymi do góry brwiami.
- I co się cieszysz, idiotko? Ściągnęłaś na nas elitę zabójców!
Wzruszyła ramionami.
- Nie takie rzeczy się robiło – stwierdziła.
Shane zmierzył ją wzrokiem.
- Naprawdę chcesz umrzeć.
- Tak samo jak ty, deklu.
- Nie nazywaj mnie deklem, debilu.
- To przestań nazywać mnie debilem, matole.
- Idiotka.
- Bezmózgi matoł.
- Nienawidzę cię.
- Też się nienawidzę.
