5. True Colors


Every day may not be good, but there is something good in every day."

- Unknown.


- To jakiś chory żart – mruczała Ziva pod nosem, ocierając rękawem twarz ociekającą łzami, kiedy w końcu zatrzymali się w jakimś niedalekim mieście, prawie, że bezludnym, nawet mimo tego, że obok zamieszkiwały tysiące – Chory, porąbany psikus.

Zarya tępo wpatrywała się w ziemie, kiedy jej siostra kopnęła pobliski śmietnik, posyłając go z brzdękiem na drugi koniec miejsca w którym się znajdowały.

- Dlaczego nic nie robisz? – syknęła na nią – Dlaczego nie jesteś wściekła!?

Blondynka zamknęła oczy, łzy spływały jej po policzkach.

- Nie ma ich – wzruszyła ramionami – Co za różnica czy przez to rozwalę sklep czy kogoś zabije? Nie wrócą, Ziva, lepiej pogodzić się z tym teraz, kiedy mamy misje.

- Misje?! – dziewczyna pokręciła głową – Chyba cię coś boli, Sunshine.

Zarya spuściła wzrok.

- Ziva…

- Nie! – warknęła stanowczo – Przestań wreszcie udawać, że nic cię nie rusza. Sunny nie żyje. Sides nie żyje. Ratchet, Optimus, Ironhide. Wszyscy są martwi, bo rząd chciał być Zosią Samosią i tyle mamy. Ale nie waż się stawiać ich na niższym piedestale tylko dlatego, że nam się ostatnio nie udawało dogadać. To nie jest wobec nich fair, Sunshine.

- Nie żyją! – warknęła, także wstając.

- Jak możesz być tego pewna!? – syknęła od razu.

Tamta cofnęła się jakby uderzona w twarz na siłę jej słów, pomiędzy więź wpływała złość, zaprzeczenie, ale także silna wiara, której tym razem, nie mogła zrozumieć.

- Widziałyśmy… - wymamrotała ciszej.

- Wybuch. Nie ich śmierć.

- Sama powiedziałaś…

- Zmieniłam zdanie.

Zarya uniosła głowę, patrząc siostrę, kiedy spięła włosy w kucyk i zwróciła się do Barricade'a, który przez cały ten czas stał dziwnie cicho.

- Cade?

- Człowieku.

Wywróciła oczami.

- Potrzebujemy pomocy – stwierdziła sucho – Powiedziałeś, że nam pomożesz, a tylko nas trzymasz z dala od walki.

Zarya westchnęła w końcu, czując, że sytuacja się uspokoiła i była tylko przejściowym efektem poprzednich wydarzeń i skupiła się na trwającej rozmowie obok.

- Armia Conów właśnie przejęła Chicago – warknął na coś w odpowiedzi – Wjedziemy tam i jesteśmy martwi. Nie zgodziłem się na nieodpowiedzialn…

- Blah, blah, blah - zrobiła dłońmi ptaszki, wywracając oczami, na co silnik Mustanga gniewnie zaryczał – Nie będziemy stać tutaj, kiedy ludzie giną!

- A co mamy zrobić?! – syknął w odpowiedzi.

Zarya zmarszczyła czoło.

- Coś na pewno. Primus nie jest głupi.

Nagle, jakiś czarnowłosy zmaterializował się naprzeciwko nich z niezadowoloną miną i oczami świecącymi żywą czerwienią.

- Słuchaj, Gąbczasta, jesteście tylko marnymi insektami, które myślą, że mogą coś zrobić. Nie możecie. Jesteście bezużyteczne – Zarya skrzyżowała ramiona, piorunując go wzrokiem, kiedy Ziva oparła się o auto – Co zrobicie? Nie znacie się na abordażach, sabotażu czy…

Ziva wytrzeszczyła oczy.

- Dowcipy! – powiedziała na głos, na co obaj na nią spojrzeli.

- Ziva, to nie czas i miejsce…

- Co za debilizm….

- Nie, słuchaj, Sunshine – podeszła do niej, ogromny uśmiech na jej twarzy – Nie możemy nic zrobić. Nie fizycznie, dopóki nie zdobędziemy broni, więc pan Jestem-wrednym-i-strasznym-conem ma w pewnym sensie racje, ALE – i tu pozwoliła sobie na zawadiacki uśmiech – Jest coś, w czym jestem mistrzem i nie potrzebne mi żadne cuda Jacky'ego.

Blondynka zamrugała zaskoczona, Barricade popatrzył na nią z politowaniem.

- Czy ludzie w waszym wieku nie mają już procesorów? – zapytał poważnie.

- To się mózg nazywa – poprawiła Ziva – I nie. Zwykle mają. My jesteśmy wyjątkiem.

- Chyba zmutowanym – mruknął pod nosem.

Brunetka go zignorowała.

- Sunshine, wiem, że jest trudno, ale zgodziłyśmy się na to bagno – westchnęła – Możemy coś zrobić i to zrobimy. Z lub bez Botów.

- Nie żyją – wymamrotała.

Dziewczyna skrzywiła się.

- Nie mówmy już o tym, po prostu… - spojrzała na samochód – Po prostu dostańmy się do miasta i zaczniemy.

- To szaleństwo – powiedział Cade, na co tym razem obie prychnęły.

- Hej, ty tu robisz tylko za szofera.


To jest jakiś chory żart, pomyślała Ginger, cholera jasna by wzięła całą moją egzystencję, co ja tutaj robię?

Shane spojrzał na nią z uniesioną brwią, stojąc już ze swoją grupą, ludzie nawet wyglądali jakby kamień im z serca spadł na jego widok. Czemu? Może dlatego, że to Seth był tyranem. Przynajmniej jego syn był łagodniejszy. Trochę.

- Ginger? – ten ciężki, rosyjski akcent poznałaby nawet gdyby była głucha - Вы собираетесь вести нас? (Zamierzasz nas prowadzić?)

Rodriguez popatrzyła na najlojalniejszą osobę jaką można było spotkać w Klanie i przełknęła ślinę.

Nie była gotowa. Za cholerę nie byłą gotowa żeby prowadzić ten cholerny oddział, to…dziedzictwo. Nie…nie potrafiła, podejmować decyzji bez złamania się potem od jej ciężaru.

Ale co jej pozostawało?

Potrzebowała ich.

- Это верно. (Zgadza się) – odparła głośno, tak jak ją uczono, pewnie i ze stanowczością, po czym wskoczyła na kontener i spojrzała na nich wszystkich klękając na nim – Jak zostaliście poinformowani, świat został oblężony. Przez osoby znane inaczej Decepticonami.

- Ma Pani na myśli te metrowe roboty?

Świetnie, żółtodziób, pomyślała.

- Tak – potwierdziła – Zgodnie z paragrafem szóstym, w akapicie dziesiątym, zasady dwudziestej pierwszej, macie obowiązek podążać za dowódcą, nieważne czy na pewną śmierć. Zrobicie to jutro, o świcie, kiedy zaczniemy akcję „Czerwony Alarm".

- Huh, a plan?

Dziewczyna wykrzywiła usta w grymas.

- Właśnie do tego zmierzam.

Kobieta posłała jej krzywy uśmieszek.

- Aw, to będzie zabawne. Twoje plany zawsze są fajne.

Shane popatrzył na nią.

Ginger tylko wywróciła oczami.

- Tak, jestem tego świadoma – odparła sucho.

Donnelly tylko pokręcił głową.


Gdzieś z godzinę później, Ginger w końcu usiadła przy ognisku, tępo wpatrując się w jego płomienie. Shane ostrzył swój nóż, a reszta grupy spała.

- Więc dlaczego nie słuchali mojego ojca? – zapytał w końcu, na co niebieskooka wzruszyła ramionami.

- Nie działa na naszych zasadach – odparła sucho – I jest za… miękki jak na standardy mojego Klanu.

Shane spojrzał na nią.

- Zamierzasz po tym wszystkim wrócić do Sydney – stwierdził, na co zamknęła oczy, odwracając głową – Nie możesz teraz zrezygnować?

Pokręciła głową, wpatrując się w bransoletkę na której widniała insygnia Autobotów. Jedyna rzecz poza wspomnieniami, która została jej po Botach.

- Nawet jeśli, to co mi pozostało?

Tamten prychnął.

- Nie nadajesz się na to, GiGi.

Brunetka zmarszczyła czoło.

- Uczono mnie tego, Shane. Trenowano, żebym mogła kiedyś przejąć władze. Nie zmieniłam się przez to ostatnie półtora roku – odparła, na co posłał jej uśmieszek z przekąsem.

- Ludzie się nie zmieniają, ale stają się bardziej tymi, kim są – zmierzył ją wzrokiem – Nie jesteś liderką, nie jesteś władczynią, to nie twoja bajka.

Wywróciła oczami.

- Ojciec też o tym wiedział – dodał ciszej, na co uniosła do góry brwi – Dlatego oddał ci pałeczkę. Z góry wierzy, że się poddasz i zwrócisz klan. Dlatego tak łatwo nam poszło – wzruszył ramionami – Nie jesteś jedną z nich.

- Ach, a ty? – spytała kpiąco – Jesteś taki jak oni?

Zacisnął zęby.

- Jedynie prowadzę jedną misje. Po tym, wracają do siebie – zmrużył oczy, chowając nóż do pochwy – Nie muszę się martwić o to, co stanie się później.

Ginger wzięła głęboki wdech.

Bądź, co bądź, nie nadawała się na dowódcę. Na jedną misje, tak. Na całe życie? Już nie.

Ale gdzie później by wróciła?

Do bazy?

Prychnęła do siebie cicho, sprawiając, że Shane na nią spojrzał.

Teraz, perspektywa, że zostaje z Klanem wydawała się o wiele lepsza niż lata wcześniej, a powrót do bazy zostawał na drugim miejscu. Nie zniosłaby tego, nie zniosłaby wspomnień i radosnych twarzy, które zakodowane miała w pamięci.

Martwi…

Tak samo jak jej biologicznie rodzice. Zostawili ją. Zostali zabici.

Przynajmniej teraz nie była to jej wina.

Czując narastające wyrzuty sumienia, zdusiła je w sobie.

Ivy i David mieli zostać w przeszłości, teraz miała ważniejsze sprawy na głowie niż grzebanie w starych śmieciach.


Ziva wyszczerzyła się, spoglądając na swojego wspólnika.

- To…jest ostatni raz, kiedy pozwoliłem sobie na takie coś – wysyczał cicho, spoglądając na wnętrze statku głównego, na który dostali się akurat w momencie kiedy startował z pobliskiego miasteczka.

- To dla dobra ogółu – odparła radośnie, po czym zwróciła się w stronę gdzie powinien być pokój kontrolny – Dalej Candy, nie chcemy się spóźnić na przyjęcie.

Spiorunował ją wzrokiem, szybko biorąc ją do ręki i przyśpieszając ich tempo.

- Nie pojmuje nadal jak taki Człowieczek jak ty, może coś wskórać na statku obcych – spojrzał na nią znacząco – Nie znasz ani naszego…

- Aw, doceniam, że ci zależy na moim życiu! – uśmiechnęła się szeroko – Ale jestem najlepszym hakerem, jakiego mógłbyś spotkać na Ziemi – wzruszyła ramionami – I uczyłam się też od Jazz'a.

Na to, Barricade zmrużył oczy.

- Ten jego ukochany od siedmiu boleści nie miał nic przeciwko? – zapytał z powątpiewaniem.

- Weh, czego Prowler nie zobaczy, to go nie wkurzy – puściła mu oczko – Spokojnie, my zajmiemy się sprawami powietrznymi, a Sunshine tymi na ziemi. Damy radę.

Czarno-biały Decepticon upuścił ją na konsole, sceptycznie spoglądając na dziewczynę, kiedy wyłączyła główne opcje.

To było głupie. Nie powinno go tu w ogóle być.

Ale był. Bo jakiś zmyślony Primus postanowił im wszystkim figle robić i zmusić go niemal strzeżenia tych dwóch, małych, obślizgłych i irytujących istot. Pewnie, i tak nie mógłby odmówić. Nie śmiałby. To BYŁ ten Primus mimo wszystko.

Tylko, że…

Brunetka nagle odchrząknęła, masując klatkę piersiową i krzywiła się niemiłosiernie, mimo to, nadal wpisywała jakieś komendy.

- Nic ci nie jest Człowieku? – zapytał, marszcząc czoło.

Obróciła się dosłownie na milisekundę.

- Aw, Candy, martwisz się? – uśmiechnęła się, ale mógł zobaczyć, że był to jeden z tych fałszywych uśmiechów, które ludzie ubierali, żeby kogoś nie martwić – Jestem zdrowa jak ryba.

Nie wyglądasz, pomyślał, kiedy znowu się odwróciła.

Dopiero teraz zorientował się, że pod oczami ma worki, a jej skóra była chorowicie biała. Pewnie jej bliźniczka wyglądała tak samo, mruknął w myślach.

Spoglądając na nie obie oczami wyobraźni, po raz pierwszy naprawdę zastanawiał się, dlaczego akurat te dwie dziewczyny Primus wybrał na swoje wysłanniczki albo lepsze słowo…obrończynie.


Zarya przełknęła ślinę, stojąc pod budynkiem i sapiąc cicho, kiedy zauważyła ile statków latało wokoło.

- Cholera jasna – mruknęła – A gdzie ten dureń?

Mówiąc „dureń" Zarya oczywiście miała myśli Sam'a. Chociaż musiała przyznać, że bez niego, nawet nieźle jej szło.

Nieźle.

A powinno pójść perfekcyjnie.

Biorąc głęboki wdech, biegła dalej, starając się utrzymywać w ciemniejszych kątach.

Jeden budynek.

Drugi, trzeci, czwarty…

Przy dziesiątym, ktoś wystrzelił. Blondynka na chwilę wytrzeszczyła oczy, krzywiąc się, kiedy odleciała na drugi koniec odcinka który dzielił ją od jedenastego wieżowca. Albo tego, co z niego zostało.

- Ow, ow, ow – jęknęła.

- A kogo my tu mamy?

O kurde, o kurde, o kurde, pomyślała.

Jeszcze w życiu nie była tak szybko na nogach jak teraz, kiedy słyszała ten skrzeczący głos tak blisko niej. Dlaczego te gorsze rzeczy wydarzały się jej?


- Uh huh, niedobrze – stwierdziła pod nosem Ziva, kiedy kolejny wstrząs przeszedł przez cały ich transport.

- Co ty zrobiłaś? – warknął, po czym kiedy statek jakby przekrzywił się w dół potknął się i chwycił raptownie konsoli, sprawiając, że brunetka bez oparcia została zrzucona w dół.

Barricade wytrzeszczył oczy, po czym jak na impuls, odskoczył od teraz iskrzącego się panelu, złapał Zivę, przyciągając ją do piersi i z hukiem został odrzucony na drugi koniec pomieszczenia i zaraz po tym, jedno wielkie boom i świat stał się czarny dla nich obu.


Boom.

Trzask.

Krzyk.

Zarya złapała się za głowę i dokładnie w momencie, kiedy miała upaść, została podniesiona i rzucona. Nie zdołała się nawet zorientować, co dokładnie się stało, bo w następnej minucie lądowała na ostrych kamieniach z jękiem bólu i szlochem, kiedy przeszyła ją fala ostrego bólu.

Po raz pierwszy odkąd odeszła od Jack'a i Diane, łzy spłynęły jej z bólu.

A był okropny.

Nie tylko od upadku, och nie. Agonia napływała jeszcze z drugiego końca więzi i bynajmniej nie z bólu, ale utraty kontaktu.

Sunny…dlaczego tej twojej antysocjalnej buźki nie ma, kiedy jej potrzebuje?, pomyślała, odchrząkując i przewracając się na plecy.

Och, niech mnie…

- ZARYA!

- Hiya Epps – wykrztusiła, podkulając nogi i widząc ciemnoskórego, który właśnie podbiegł do niej, niemal rzucając się na kolana koło niej – J-jak leci? Bo wiesz, j-ja przeleciałam kilka przecznic żeby cię zo-zobaczyć. Czujesz się zaszczycony?

Tamten pokręcił z niedowierzeniem głową na jej humor.

- To nie było śmieszne.

- To było przezabawne – odparła, próbując się ponieść, kiedy jego ręka jej przeszkodziła – C….?

- Leż na chwilę – polecił – Wiem, że i tak wstaniesz, ale poczekaj… - zmierzył ją wzrokiem – Poobijało cię stado mamutów? – zapytał.

- Nie, wielkie Dorito – odparła, sama krzywiąc się na swój wygląd.

Tamten westchnął.

Zarya tylko zamknęła z powrotem oczy.

/Ziva?/

Absolutnie nienawidziła jak brzmiał jej głos, tak słabo i miękko, tak bezbronnie w jednym słowie.

Brak odpowiedzi, brak jakiegokolwiek pulsu, brak nawet cholernego uszczypnięcia w jej podświadomości, była…była pustka. Głuche echo. Nada. Zarya przełknęła ślinę. Przecież to nic nie znaczyło, prawda?

Nagłe boom, sprawiło, że szeroko otworzyła oczy. Statek…, to była jej jedyna myśl, bo tylko statek wielkości jakiej latały nad nimi mógł zrobić taki wybuch.

Brązowe oczy nagle zrobiły się jakby za jasne.

Po drugie stronie miasta, daleko, daleko od nich, rozbił się statek.

Ten sam na którym była Ziva.

Jej siostra…i…i wtedy się…ale…

- Zarya? – Epps nią potrząsnął lekko, kiedy ta zesztywniała, jakby nie wyczuwając bólu jaki krążył w okolicach jej pleców – Zarya?
Była o krok od hiper wentylowania. Jeden krok.

Zivy tu nie było. Nie odpowiadała. Barricade…

Nacisnęła desperacko bransoletę na nadgarstku, ale jedynie okropnie skrzeczący głos wybiegł z głośniczka.

Nie odpowiadał.

Oboje nie odpowiadali.

Zarya nie była głupia…, potrafiła dodać dwa do dwóch…nie…

Nie była naiwna, głupia. Nie była!

Ale…ale Ziva nie mogła…

- Nie…nie, nie, nie – szeptała, chcąc wstać, ale ręka zaniepokojonego mężczyzny nadal jej przeszkadzała.

Nie, powiedziała sobie twardo.

Miała misje.

I musiała ją dokończyć.

Ale…Ziva…

- Cony! – ktoś krzyknął.

Epps nie czekając nią, pociągnął ją mocno z ziemi i zaciągnął za sobą, wymachując bronią i dopiero teraz zorientowała się, że uciekają.

Upadła.

Nogi już nie wytrzymały jej ciężaru.

Epps zatrzymał się, wytrzeszczając oczy.

I wtedy…

BANG!


- Ugh…czemu czuję się, jakby walnęła w ścianę? – syknęła do siebie z bólu, masując głowę i zmrużyła oczy na okropny blask białego koloru – Ah… - mruknęła, kiedy wspomnienia jej wróciły.

Faktycznie…

Walnęła w ścianę.

Taką z metalu.

Cóż, mogło być gorzej, nie?

- Gorszego niż śmierć?

Oh, nie..., pomyślała mrocznie, natychmiastowo się odwracając i spoglądając na Primus'a, który jakby oglądał…jakąś bitwę przez takie okienko w białej ścianie. I wtedy zwrócił się na chwilę w jej stronę.

- O czym ty gadasz?

Primus odwrócił głowę.

- Umarłaś – odezwał się cicho.

Ziva cofnęła się jak oparzona.

Jej oczy na chwilę jakby się wytrzeszczyły, po czym je zmrużyła.

- Wcale nie – syknęła, utrzymując panikę w ryzach – Nie taka była umowa. Nie zgadzałam się na to. Tak a propos tego, miałeś dać nam cztery lata.

- Trzy i pół – poprawił – I tak, ale wystąpiła nagłą zmiana planów.

- Jaka cholera zmiana planów?

- Język – skarcił sucho – I nie jest to akurat twoje zmartwienie, młoda Zivo.

- Jest, jeśli mówisz, że jestem martwa! – warknęła ostro, łzy gromadziły się w kącikach jej ust – Co…Co ty robisz? Czego chcesz?

Zmarszczył czoło.

- Niczego.

Zacisnęła zęby.

- Wybrałeś nas…

- Wybrałem – przerwał – Tym razem to nie była moja wina, że zostałaś…zabita.

Jej oko drgnęło.

- Chcesz powiedzieć, że za pierwszym razem to byłeś ty?

Wywrócił oczami.

- Musiałem sprawdzić czy jesteście warte – odparł, po czym kontynuował, jakby nie widział jej spojrzenia – Mam dla was zadanie, twoja siostra wykona swoje, ty swoje i po kłopocie. Wynagrodzę wam to, obiecałem wam.

- Mówisz jak cholerny luzacki diler, wiesz?

Uniósł do góry brew?

- Wolisz, młoda damo, żebym mówił po staroświecku? – zapytał – Lub po cybertrońsku? Zagwarantuje ci, że w minucie zmienisz swoje zdanie.

Wywróciła oczami.

- Więc? Jakie jest zadanie Sunshine?

Primus jakby się uśmiechnął.

- Dowiesz się. Kiedyś, możliwe.

- Kiedyś?

- Cóż, jesteś martwa.

To…było szczerze do bólu.

Dziewczyna wzdrygnęła się.

- Nie…nie wracam? – wyjąkała, ale tamten nie odpowiedział – Hej! Zasługuje żeby wiedzieć! – krzyknęła łamliwym głosem, łzy spłynęły jej po policzkach, kiedy spotkała się z ciszą – Sun-Sunshine mnie potrzebuje!
Ale tamten zacisnął zęby i odwrócił się w stronę ekraniku w niby ścianie.

- Musisz mi powiedzieć!

Primus milczał.