8. Dancing with danger.


You know, they say you can't hurt more after everything you've been through. I say, that no matter what happened, something will always be worse."

- Shanter


- Wiesz, że jak jeszcze raz tak zrobisz, to masz u mnie przesrane, nie? – zapytała Zarya, siedząc na łóżku w dziale medycznym, kiedy Ziva dramatycznie westchnęła, odkładając książkę na bok – Takie przypomnienie.

- Sunshine – powiedziała stanowczo – Nie ruszam się stąd.

To nie zawsze było proste. Odczytać ją. Zarya mogła powiedzieć tysiąc różnych rzeczy, ale podtekstem była tylko ta jedna mała.

I szczerze nie dziwiła jej się, że się przeraziła.

Widziała tą rozpacz, widziała ten strach. Tak samo kupę innych rzeczy, ale te najbardziej rzuciły jej się w oczy.

Dlaczego? Ponieważ po tym wszystkim, Zarya najzwyczajniej w świecie bała się żyć sama, bez żadnego mentalnego oparcia.

- Ja tego nie wiem – mruknęła.

- Hej! Wróciłam, nie? – potrząsnęła głową, jej czekoladowe oczy zabłysły – Sunshine…

Dziewczyna odwróciła wzrok jeszcze bardziej.

- Patrzyłam na twoje martwe ciało, Ziva – stwierdziła sucho – Nie oddychałaś.

- No, niestety. Martwi nie oddychają – odezwała się, siadając po turecku i odwracając się bardziej w jej stronę i wzdychając, kiedy tamta się skrzywiła – Sunshine, nie chcesz się chwalić ludziom, że twoja siostra to zombie?

- Wolałabym się chwalić, że jest żywa i zdrowa – odparła ostro.

- Cóż, ja wolę być Zombie niż martwa – wzruszyła ramionami – A w Studni jest nudno.

- A propos Studni – zaczęła, marszcząc czoło – Miałaś wyjaśnić, co dokładnie Primus ci powiedział, pamiętasz?

Ziva klapnęła teatralnie na łóżko, patrząc w sufit i wzdychając po raz kolejny.

- Nie za wiele. Tylko, że Bot'om grozi niebezpieczeństwo, a my musimy uporać się z naszymi problemami zanim do niego dojdzie – machnęła dłonią – Wiesz jaki on jest.

Zarya po raz kolejny zdała sobie sprawę, że tak naprawdę mówili o nim jak o starym koledze. W pewnym sensie ją to bawiło, a w drugim jednak przerażało.

Ocknęła się.

- Zaraz, to wszystko? – zdziwiła się – Żadnych przepowiedni?

- Hej! On mnie tam chciał zostawić, myślisz, że skupiałam się na tym, co mamy robić? Ha! Nie. Chciałam tylko wrócić – parsknęła śmiechem na końcu – Jego mina była bezcenna, mimo to.

- Bot'om coś grozi, a ty nic a nic się nie zapytałaś, co dokładnie? – spytała z niedowierzeniem, mrugając.

- Wiesz jaki on jest – powtórzyła, wcale nie przejmując się jej tonem – Pewnie i tak nic by nie powiedział.

- Ziva! – warknęła.

Tamta uniosła dłonie do góry, niewinnie się uśmiechając.

- Co?

Blondynka patrzyła na nią, zanim opadła na pościel. Czasami jej siostra naprawdę była głupia.


- Gdzie Ginger?

Shane zatrzymał się, zaciskając usta i odwracając się ze skrzywieniem.

- Nie tutaj…?

- To miało być pytanie?

Donnelly popatrzył na Ironhide'a z nieco zbolałym wyrazem twarzy, który wykrzywił się jeszcze bardziej, kiedy zobaczył Ratchet'a.

Okay, tęsknił za nimi.

Serio.

Ale nie był typem, który by na nich naskoczył ze szczęścia. Nawet jeśli jego serca tak wysoko podskoczyło, kiedy okazało się, że jego opiekun jednak żyje i miał tą małą cząstkę rodziny.

To jednak nie znaczyło, że zamierzał pozwolić im na przesłuchiwanie go w sprawie Ginger, bo ten temat mimo ich zerwanej przyjaźni bolał.

- Nie? – Chromia spiorunowała go wzrokiem – Słuchaj, Ginger podjęła decyzję. Pewnie dawno jest już w Australii.

Kobieta zamrugała.

- Australii?

Shane zacisnął zęby.

- Przejęła władzę nad Klanem – wyjaśnił krótko – Nie wraca.

Chromia patrzyła się na niego, kiedy Ironhide zaskoczony też na niego spojrzał. W jego oczach czaił się w pewnym sensie smutek, którego Shane wolał nie identyfikować.

- Przykro mi – mruknął szczerze, na chwilę spoglądając na Ratchet'a, po czym odwrócił się, kontynuując swoją drogę do działu medycznego.


- Co ja mam z tym zrobić? – warknął Shane – Nie mam władzy nad tym, co Ginger sobie postanawia.

Zarya syknęła coś pod nosem, siadając za gwałtownie i krzywiąc się z bólu, który promieniował jej od karku w dół pleców.

- Mogłeś ją powstrzymać! – warknęła, kładąc się z głośnym wypuszczeniem powietrza z płuc – Cholera, Shane.

- Autobotów nie było! – odparował, zamykając ją – Mieliśmy sobie bezczynnie siedzieć i nic nie robić? Patrzeć jak wszyscy giną?

- To brzmi jak coś, co byś zrobił – odezwała się z jadem – Po za tym, wiesz jaka ona jest. Zrobi coś z impulsu emocji, nie myśląc nad tym.

- Trenowali ją na to – wzruszył ramionami, nadal mrużąc oczy – Da sobie radę.

- Próbujesz wcisnąć to mi czy sobie?

- Nam obu – mruknął zrezygnowany do siebie – Słuchaj, nie planowaliśmy tego. Botów nie było. To była jedna z niewielu opcji jakie nam zostały.

- A może powinniśmy wszyscy wziąć przerwę, hmm? – zasugerowała wcześniej milcząca Ziva – Wiem, że nieźle was to wkurzyło – popatrzyła znacząco na siostrę, która wywróciła oczami – Ale może porozmawiajmy bardziej…no wiecie, logicznie?

- Z twoich ust nawet słowo „logicznie" traci sens – stwierdził Shane.

- Brałaś lekcje od Prowl'a?

Ziva westchnęła.

- Czasami słucham jak gada z Jazz'em o taktykach i całych tych bzdetach – machnęła lekceważąco dłonią – Nie w tym rzecz. Za długo nad tym ślęczycie, a wiem z doświadczenia, że jak za długo się o czymś myśli, to już nic się nie wie.

Donnelly patrzył się na nią długo, aż w końcu spuścił wzrok i wziął głęboki wdech.

- Ziva ma rację – zgodził się – Ginger nie ucieknie, a nam przydałby się porządny odpoczynek.

Zarya jak ostatnia wypuściła powietrze z płuc.

- W sumie racja – również ułożyła się na swoim łóżku wygodniej – Jeszcze musimy pogadać z Optimus'em. Ginger da sobie radę przez kilka dni.

Szatyn popatrzył na nich przez chwilę, kiedy zaczęły rozmawiać między sobą i ruszył w stronę wyjścia, wiedząc, że tym razem nie powinien tam spać.

- Nie zostajesz?! – zawołała Ziva, kiedy dotarł do drzwi.

Nie odpowiedział, tylko wymknął się z działu medycznego, zmierzając do swojego pokoju.


Dawno tu nie byłam, stwierdziła w duchu Ginger, patrząc na wszystkie eleganckie ściany, jakoś tu…cicho?

- Placówka była opuszczona odkąd dostaliśmy info, że szef zrobił boom – odpowiedziała jedna głównych szpiegów, którzy byli po stronie Natashy – Swoją stroną, co się stało?

Rodriguez odwróciła wzrok i dziękowała Bogu, że wstąpili do sali głównej. Wyglądała nieco jak sala tronowa w jednym z tych filmów o Narnii, które obejrzała z Shane'em w czasie wakacji. Brakowało tylko tronów, zamiast tego był tam wielki stół. Na nim była mapa świata.

Pokręciła głową.

Nic się nie zmieniło.

Nadal pamiętała jak tutaj biegała, kiedy była młodsza. Prawda, skutkowało to bolesnym biciem, ale większość czasu było warto. Zwłaszcza, kiedy mogła zniszczyć plany swoich rodziców.

- A kim ty jesteś?

Zielonowłosa posłała jej wielki uśmiech.

- Ja tu robię za rekrutkę – powiedziała żartobliwie – A tak na serio, to jestem Amy. Znam Natashę.

Ginger prawie wywróciła oczami.

Najwyraźniej hasłem dla nich stało się „znam Natashę", jakby to miało sprawić, że im zaufa. Nope, to się na pewno by nie stało. Raczej. Przynajmniej Natasha była lojalna.

- Co ty nie powiesz? – powiedziała z sarkazmem, kierując się do pokoju swoich rodziców – Przekaż reszcie, że mają się tu zebrać – spojrzała na mapę przez chwilę – za kilka dni. Wszyscy, bez wyjątków.

- Ma'am? Co z dowództwem?

Rodriguez odwróciła się do niej.

- W piątek, punkt dziesiąta. Macie się wszyscy zjawić. W tej chwili – zmierzyła ją zimno – Przekaż, że mają odpowiadać do mnie. Piątek to tylko formalność.

Amy skinęła głową.

- Tak jest, Ma'am.

I już jej nie było.

Ginger patrzyła na nią, dopóki nie zniknęła razem z resztą i dopiero wtedy weszła do pokoju, od razu kierując się do szafy z ubraniami. Otworzyła ją, patrząc na czarne płaszcze ze znajomym znakiem.

Wtedy zerknęła na podobny symbol na jej nadgarstku i westchnęła.

- Wygląda na to, że jednak zostaje tu do końca – mruknęła.

Czas na zmianę stylu, pomyślała.


Shane siedział cicho w swoim pokoju, dopóki telefon nie zaczął mu wibrować. Wywrócił oczami, unosząc się i szybko naciskając zieloną słuchawkę, chcąc mieć to już całkowicie z głowy.

- Tak? – zapytał zirytowany, ale nikt się nie odezwał – Hallo? – tym razem brzmiał bardziej zorientowany.

Cisza.

Słyszeć było tylko… dyszenie? Nie…a może? Coś podobnego.

- To jakiś żart? – zapytał ostro – Kto dzwoni?

Nagle jakiś krzyk i połączenie zostało zerwane, a chłopak niemal odskoczył, mrugając zaskoczony. Nagle jego życie zamieniało się w filmowy horror? Głuche telefony?

Wstał z łóżka, tym razem już nie ospały i skierował się do wyjścia, nadal z telefonem w dłoni, kiedy był na zewnątrz. Spojrzał na wyświetlacz i patrząc na numer, nie mógł się otrząsnąć, kiedy wydał mu się jakoś znajomy.

- Nie jesteś w łóżku? – tym razem na pewno podskoczył, odwracając się i omiatając Ratchet'a spojrzeniem z wyrzutem.

- Nie jestem dzieckiem – stwierdził na swoją obronę.

Medyk uniósł do góry brew, dołączając do niego, kiedy tamten zaczął znowu iść.

- Może nie, ale ostatnio nie spałeś za wiele – popatrzył na niego znacząco, dając mu znać, jak bardzo mu się to nie podobało – A jutro masz robotę, prawda? Lepiej się wyspać.

- Wyśpię się w grobie – odparł – I nie mam roboty. Teoretycznie Ziva i Zarya mają.

Ratchet prychnął.

- To twoje wytłumaczenie?

- Nie… - powiedział powoli, zatrzymując się przed znajomymi drzwiami, na których widok Ratchet zmarszczył czoło – Co?

- To centrum komunikacji – stwierdził.

- Wiem – wywrócił oczami – Zdaje sobie z tego sprawę – dodał, wchodząc do środka – A ty? Co ty robisz o takiej godzinie na korytarzu?

- Musiałem sprawdzić, gdzie dokładnie jesteś – wyjaśnił sucho, widząc jak siada na jednym z krzeseł – Po tym, co powiedziałeś Ironhide'owi i Chromii nikt nie mógł cię znaleźć – stwierdził.

- Oh – wymsknęło mu się – Byłem u Zaryi.

Na to uniósł brew do góry.

- Powinienem się martwić?

- I Zivy – dodał z naciskiem.

Ratchet wzruszył ramionami.

- Co z tego? – zapytał, na co tamten na chwilę przerwał, to, co chciał zrobić i popatrzył na niego z niedowierzaniem – Żyję już miliony lat, Shane. Trójkąty nie są nam nieznan….

- Oh, błagam, oszczędź mi tego – wzdrygnął się na mentalny obrazek, wracając do monitora – Jestem na to za młody.

- Do edukować cię? – zapytał z uśmieszkiem na jego twarz wykrzywioną w terrorze na samą myśl o tym.

- Więc? Znalazłeś mnie – stwierdził po chwili – Możesz wrócić do swoich pacjentów.

Mimo, że znali się z przynajmniej rok, Ratchet wiedział, że więcej nie potrzebował na poznanie chłopaka. Nawet na początku ich znajomości był dla niego jak otwarta księga. Prychnął do siebie. Miliardy lat z parą mocno poobijanych przez życie bliźniaków i znał się na mowie ciała bardziej niż na właściwych słowach.

W tamtej chwili, mimo, że było to słabe, medyk mógł usłyszeć zazdrość w jego głosie. Był pewien, że gdyby Shane nie był tak zajęty sowim aktualnym zajęciem, to uczucie byłoby głośniejsze.

- Poradzą sobie beze mnie – stwierdził, spoglądając na to, co robił – Nie odpowiedziałeś na pytanie. Co ty tutaj robisz?

Chłopak zmarszczył czoło, nie pamiętając żeby takie pytanie faktycznie padło, ale wzruszył ramionami.

- Ktoś do mnie zadzwonił – nie było sensu kłamać, nie przy nim, już nie.

Ratchet popatrzył na niego.

- Kto?

- Tego próbuję się dowiedzieć – mruknął, kiedy znowu wystąpił jakiś błąd na ekranie – Nikt nic nie powiedział, a na końcu był jakiś krzyk – wzruszył ramionami – Ale numer jest znajomy. Tylko nie wiem skąd.

Ratchet wpatrywał się w niego, po czym ruchem ręki kazał mu wejść z krzesła. Chłopak to zrobił, unosząc do góry brew.

- Zdziwiłbyś się ile rzeczy można się nauczyć od paranoicznych dyrektorów od bezpieczeństwa – posłał mu spojrzenie, po czym wstukał coś na klawiaturze – Proszę.

Shane nachylił się i prawie mu dech zabrało, kiedy zobaczył imię i nazwisko dzwoniącego.

To są jakieś żarty…, pomyślał, mrugając, ale odsunął się, kręcąc głową.

- Nope, nie znam – mruknął, wysilając się na obojętny głos – Pewnie jakaś pomyłka.

Ratchet tak jakby patrzył się na niego dłużej niż zwykle, ale pokiwał powoli głową.

- Skoro tak mówisz…

Shane jeszcze raz spojrzał na ekran, przełykając ślinę i patrząc na swojego opiekuna.

- Idziesz do działu medycznego? – zapytał.

Medyk potrząsnął jednak głową.

- Nie, wracam do swoich kwater – odparł, wstając i podchodząc do drzwi i kiedy odwrócił głowę, znowu przyłapał go na patrzeniu na nazwisko – Idziesz ze mną? – jeśli to znaczyło, że dopilnuje, że chłopak dostanie trochę snu, to był w stanie nawet zmusić go do przyjścia z nim.

- Taa – mruknął, szybko do niego dołączając.


- Jesteś strasznie spięty – skomentował Jazz, wchodząc bez pukania do gabinetu Prowl'a, nie zwracając uwagi na wyraz niezadowolenia na jego twarzy – Wystarczy spojrzeć.

- Przyszedłeś zaciągnąć mnie od moich kwater? – zapytał, pisząc coś na data-pad'zie.

- Nah, akurat dzisiaj ci odpuszczę – machnął dłonią, jednak kiedy Taktyk miał się rozluźnić, Jazz uśmiechnął się szerzej i usiadł w krześle przy jego metalowym biurku – Posiedzę z tobą. Wiesz, żeby ci smutno nie było – puścił mu oczko.

- Umieram ze szczęścia – stwierdził zażenowany.

- Wyobrażam sobie. Wiesz ile Bot'ów zabiłoby się za kawałek tego ciałka? – wskazał na siebie.

Prowl nie odpowiedział, doskonale zdając sobie z tego sprawę, zamiast tego kontynuował pisać.

W końcu Jazz westchnął.

- Jak się czujesz?

Prowl uniósł do góry brew.

- Słucham?

Jazz wywrócił oczami, kładąc nogi na stół, ignorując jego spojrzenie.

- Po całej tej sprawie z Sentinel'em, no wiesz – nieco zmienił pozycję – Pracowałeś dla niego przez długi czas.

Tak jak oczekiwał, Prowl po prostu zmienił cały swój wyraz twarzy na obojętny. Tak od razu, jak za dotknięciem magicznej różdżki.

- To bez znaczenia.

- Oboje wiemy, że nie – upierał się – Zdrada Sentinel'a…

- Wiedziałem, że zdradził – uciął ostro, biorąc głęboki wdech, kiedy Jazz zmarszczył czoło, spoglądając na niego z uniesionymi brwiami – Zarya i Ziva.

- To dlatego…

- Tak – przymknął oczy – Uwierz mi Jazz, miałem do czynienia z takimi sytuacjami przez całe swoje życie. Po kilku milionach lat po prostu przestaje ci zależeć.

Sabotażysta gapił się na niego, nie będąc pewien czy w tamtej chwili serce pęka mu z powodu tego jak Prowl zabrzmiał czy z powodu świadomości, że tamten był tak długo porzucany i zdradzony, że się przyzwyczaił.

- Prowler…

- Co jest w przeszłości, niech tam zostanie – wymruczał spokojnie, odkładając data-pad i spoglądając na niego przelotnie – Chyba, że chcesz w niej tkwić na wieki?

Tamten ocknął się.

- Prowler…

Autobot mentalnie się skrzywił na ten ton. On nigdy nie oznaczał nic dobrego.

- Tak?

- Wiesz…w takim razie może zacznę ci przypominać jak bardzo jesteś dla mnie ważny, hmm? – zaproponował, już wstając z tym – oh jakże znajomym – uśmieszkiem – Skoro czujesz się taki…

- Czuję się świetnie – zaooponował szybko, kiedy tamten usiadł mu na kolanach.

- Tylko świetnie? – ten uśmiech był zabójczy – Kotku, czas to zmienić.

Prowl zamrugał.

Nagle był wdzięczny za zamek w drzwiach. I ściany dźwiękoszczelne.