9. Explanation


One day, someone will walk into your life and make you see why it never worked out with anyone else."

- Unknown


- Czekaj… - Ziva nagle się odezwała, kiedy byli już w biurze Optimus'a – Nie możemy powiedzieć im wszystkiego…

Aktualnie gabinet Prowl'a z niewiadomych przyczyn był niedostępny i Zarya stwierdziła, widząc uśmiech jaki nosił Jazz za każdym razem, kiedy ktoś się pytał dlaczego, że nie chce wiedzieć.

Shane zmarszczył czoło, a blondynka rzuciła jej pytające spojrzenie.

- Ginger? – popatrzyła na nich znacząco – Jej część?

Donnelly zacisnął zęby, odwracając głowę, kiedy Zarya tylko posłała mu zirytowane spojrzenie, krzywiąc się, kiedy sama się wyprostowała.

- Damy sobie radę bez niej – mruknął w momencie, kiedy drzwi zostały otworzone.

- Nie miałyśmy tego tłumaczyć tylko Optimus'owi? – zapytała brunetka ze swojego miejsca na sofie – Nie wiedziałam, że Hide, Mia i Ratch z Jazz'em też tu będą.

- Nie zapomnij o Prowl'ie – dodała Zarya, zmieniając pozycję.

Optimus usiadł za swoim biurkiem, kiedy Jazz usiadł na meblu, a Prowl oparł się ścianę. Ironhide i Chromia usiedli na krzesłach koło niego, a Ratchet stał sam po drugiej stronie.

- Wiecie…czuję się jak w sądzie – stwierdziła ze skrzywieniem Ziva, pierwsza się odzywając, kiedy wszyscy byli na swoim miejscu – Tylko mam nadzieje, że w kiciu nie wyląduje. Jeszcze mi zostało do dwudziestki.

Optimus lekko się uśmiechnął.

- Nie żeby coś, ale ma racje – wtrąciła Zarya, mierząc ich wzrokiem.

- Nie miało was być tylko dwóch? – dorzucił Shane.

Prowl popatrzył na Optimus'a przelotnie, po czym na trójkę.

- Was miało być czterech… - odparł, na co chłopak wywrócił oczami – Skoro o tym mowa, może zaczniecie od początku?

Blondynka popatrzyła na Zivę, która westchnęła.

- Możesz zdefiniować „początek"?

- Kiedy cały ten bałagan się zaczął – sprecyzował Ironhide, krzyżując ręce.

Brunetka nachyliła się do siostry.

- Mówiłam, że jak w sądzie.

Zarya wywróciła oczami.

- Kiedy to się zaczęło? – popatrzyła na brunetkę znacząco.

- Oh! Pamiętam! – powiedziała głośno – Zaraz po tym jak oberwałyśmy blisko serca. No wiecie, kulką? Kiedy szukaliśmy odłamka Wszechiskry.

- Komornik Piekielny – parsknęła pod nosem Zarya, odchrząkując – W każdym razie…

- Ja spotkałam Primus'a pierwsza! – ciągnęła Ziva z wielkim uśmiechem – I powiedziałam, że jest dupkiem.

Zarya posłała jej spojrzenie, ale ona tylko wzruszyła ramionami.

- No co? On jest dupkiem.

- W każdym razie, gościu powiedział, że jakaś tam garstka energii z Wszechiskry w nas wsiąknęła – zmarszczyła czoło, próbując przypomnieć sobie coś jeszcze – Czy coś takiego, nie?

- Uh, taa – zawahała się Ziva, mimowolnie dotykając miejsca gdzie nadal miała bliznę po postrzale – No, było nieco niemiłych komentarzy…

- …i przekleństw czasami….

- …i kłótni…

- Ale w końcu wyjawił, że w jakiś sposób wam mamy pomóc – wzruszyła ramionami Zarya – I nadal mamy pomagać.

- Przez kilka miesięcy mieliśmy te wizje…

Na tym ucięła. Obie ucięły.

W końcu Shane westchnął.

- Zarya czasami rysowała rzeczy, nie wiedząc, że to robiła – dokończył Donnelly, zmieniając pozycję tak, że siedział prościej – Ziva…miała koszmary? – zaciskając oczy, brunetka skinęła lekko głową – O waszej wojnie. I bitwie, która wydarzyła się z dzień temu.

Wszyscy popatrzyli na młodszą Zivę.

- Chciał żebyśmy byli pewni… - mruknęła cicho – Każdy mały atut w który wierzyłyśmy, wszystko musiałyśmy podawać w powątpiewanie. Nie wiedziałyśmy komu zaufać.

- Straciłyśmy godziny snu – rzuciła Zarya niechętnie – I wtedy Sentinel.

- Ten wredny zdrajca – syknęła brunetka, unosząc zmęczony wzrok i wstając raptownie – Wiecie ile razy wstawałam z krzykiem? Wiecie ile razy widziałam jak zażynają niewinnych na waszej planecie? Każdy. Mały. Pisk i wrzask. Wszystko słyszałam. Kiedy zniszczyli sektor tych dzieci, kiedy Praxus upadło, kiedy jeden z Bot'ów czy Con'ów był przesłuchiwany… - głos jej się zatrząsnął – Myślałam, że dostaje na głowę.

- Wszyscy myśleliśmy – Shane spojrzał na wszystkich – Ginger dzień w dzień widziała jak Ironhide umierał z rąk tego czerwonego zdrajcy – odwrócił wzrok – Na końcu wyszło, że nie mieliśmy ratować tylko was.

- Ale Decepticony też – westchnęła Zarya – Stąd Barricade. Primus wyznaczył go jako naszego strażnika.

- Co było nawet dobrym pomysłem – dodała Ziva – Przynajmniej Hide żyje.

- Ty umarłaś – zaznaczyła Zarya ostro.

- Starał się, Sunshine – wywróciła oczami – Poza tym, szczycę się świadomością, że jestem Zombie – odezwała się dumnie.

Zarya uderzyła ją w tył głowy.

Shane popatrzył na nie zażenowany.

- To mniej więcej wszystko – zakończył.

Optimus skinął głową, Prowl zapisał coś na data-pad'zie, który najwyraźniej trzymał w dłoni, po czym zwrócił się do Shane'a ze znaczącym spojrzeniem, na które chłopak uniósł do góry brew.

- Co?

- Ginger i ty rozdzieliście się z Zaryą i Zivą, prawda?

Donnelly zaczął się nieco wiercić w miejscu na to pytanie.

- Taak?

- Więc? Gdzie jest Ginger?

Szatyn zmierzył go lodowatym spojrzeniem, milion myśli na sekundę przeskakiwało mu przed oczami, że utrzeć mu tego nosa, bo prawda była taka, że gdyby nie oni, Ginger nadal by tu była.

Zdecydowała się na zostanie dowódczynią Klanu tylko dlatego, że ich potrzebowała.

Gdyby nie oni, stałaby właśnie tu. Albo gdzieś dalej, ciesząc się życiem. W tej chwili? W tej chwili to mógł się tylko modlić, żeby Wojna Klanów znowu się nie zaczęła i ten bałagan żeby nie przeniósł się na niewinne dzieci

- Już dawno jej nie ma – odparł sucho.

Zarya mimo wszystko milczała i jedynie posłała mu spojrzenie mówiące, że lepiej niech się przed nimi teraz tłumaczy.

- Co masz przez to na myśli?

Shane wpatrywał się w niego dłużej, po czym nie wytrzymując, zaśmiał się.

Ignorując zdezorientowane spojrzenie, wstał i nadal się śmiejąc, położył mu dłonie na ramiona, patrząc w oczy.

- Dokładnie to, co powiedziałem – powiedział w końcu poważnie – Już jej nie ma. Nie było w momencie, kiedy wysadzili ten porąbany statek w powietrze. Kaput! – puścił go, odchodząc od niego i kierując się od razu do drzwi, nie patrząc na nikogo więcej.

Zarya spuściła wzrok, także wstając.

- Ginger nie wraca z powrotem – powiedziała cicho, spoglądając tym razem na Chromię, która patrzyła smutno, jakby nie rozumiejąc, co się dzieje – Przykro mi, ale… - wzięła głęboki wdech, każde małe wspomnienie, kiedy to była z brunetką przez sekundę, przeleciało jej przez umysł – Klany nie patrzą na to, kto zostaje w tyle – zacisnęła na chwilę dłoń na futrynie, po czym wzięła głęboki wdech i sama wyszła z pomieszczenia.

Ziva za to, uniosła do góry brew, spoglądając na parę specjalistów.

- Nie poddacie się, nie? – zapytała – Bo to by było do bani.

- A co mamy zrobić?

- No, duh! – wywróciła oczami – Walczyć oczywiście.

- Shane i Zarya się poddali, Ziva – Ratchet się wtrącił – Jeśli oni nie widzą sposobu, to go nie ma.

Hale jednak wyglądała na zdeterminowaną.

- Myślisz, że serio pomyśleliby o tym, żeby dać Ginger szansę? – zaśmiała się, kręcąc głową – Ludzie, gdzie wasz duch walki? Shane i Sunshine siedzą w tym bagnie długo, tak. Ale o wiele za długo.

Jazz się wyprostował.

- Ziva?

Brunetka posłała im uśmieszek.

- Żaden z nich nigdy z nimi nie wygrał. Sunshine uciekła, kiedy wywali ją z domu. Shane skorzystał z okazji, kiedy Galloway go zgarnął. Ginger sfałszowała swoją śmierć. To nie kwestia tego, że nic się nie da zrobić, proszę was – Ziva popatrzyła na nich znacząco – Tylko tego, że żaden z nich nie chce przegrać.

Ironhide spojrzał na nią.

- Mówisz, że jest sposób?

Jej uśmiech się powiększył.

- Jestem stuprocentowo pewna, że jest.

Optimus uniósł do góry brew na jej pewność siebie, dokładnie w tym samym czasie co Prowl.

- Pewna? – zapytał z powątpiewaniem Ratchet.

- Oh, błagam was. Spędziłam lata z Sunshine. Jestem w jej głowie – Okay, tej części jeszcze nie wyjaśniły, ale postanowiła zostawić to na później – Po za tym, zakopałam topór wojenny z Ginger. Mamy rozejm.

- Chcesz jej pomóc?

- Pft! Nie ja! – pokręciła głową na Chromię – Okay, może trochę ja. Ale nie zrobię wszystkiego sama, okay? W każdym razie, trzeba się zająć całą tą sprawą.

Prime skinął głową, po czym odchrząknął, zwracając na siebie uwagę i kończąc konwersację.

- Ziva? Twoi opiekunowie próbowali się z tobą skontaktować – powiadomił.

Nieco zesztywniała, a jej uśmiech nieco zbladł.

- Byłam zajęta.

- …przez dwa miesiące.

- Byłam…bardzo zajęta…


- Ziva!

Brunetka zjadła lody z łyżki, oblizując ją i spojrzała na siostrę.

- Też cię kocham – odparła swobodnie.

Zarya wypuściła sfrustrowana powietrze, przejeżdżając dłonią przez włosy.

- Nie ma żadnego sposobu na odzyskanie Ginger bez podpisywania sobie kontraktu śmierci – syknęła dziewczyna, kładąc się na łóżku i zamykając oczy, wiedząc, że przynajmniej kiedy leży, jej plecy nie bolą aż tak.

- Skąd wiesz?

- Po prostu wiem.

Ziva wzięła głęboki wdech, biorąc pudełko z lodami i wychodząc z ich pokoju, wiedząc, że nie wyciągnie z niej nic więcej. Zatrzymała się jednak przed wejściem do korytarza gdzie znajdował się pokój Shane'a.

Warto spróbować, stwierdziła w duchu.

Pięć minut później stała przed otwartymi drzwiami, powoli liżąc łyżkę z pozostałości lodów.

- Możesz…powtórzyć pytanie?

Zamrugała.

- Pewnie – wsadziła sztuciec do opakowania – Czy jest jakaś możliwość, że Ginger jest w stanie wycofać się z tego Klanu?

Shane popatrzył na nią ostro.

- Dlaczego pytasz się mnie?

Wzruszyła ramionami.

- Sunshine odmawia współpracy.

Donnelly zmrużył oczy, kiedy ona tylko się na niego gapiła, oblizując wargi.

W końcu westchnął, gniewny grymas jakby zniknął.

- Nie wiem – uniosła do góry brew – Słuchaj… - uciął na chwilę, marszcząc czoło – Zarya przynajmniej powiedziała ci, jak działają Klany?

- Nope!

Wziął głęboki wdech.

- Nawet gdyby i mówię GDYBY – zaznaczył, widząc ten błysk w oku – był sposób, żaden z nas o nim nie wie. Każdy klan ma swój regulamin, kodeks i zasady, Ziva.

- Mówisz, że…

- Że jeśli jest sposób, jedynie ci z Klanu Rodriguez o nim wiedzą.

Ziva kiwnęła głową.

- Jesteś o wiele bardziej pomocny niż Sunshine – stwierdziła, odwracając się i wychodząc z korytarza.

„A jedyną osobą, która zna je wszystkie jest Ginger."

Głos Jazz'a nie mógł wyjść jej z głowy.

Zasady. To wszystko opierało się o zasadach i wszystkich tych chorych regułach.

Więc, skoro chciała coś zrobić, potrzebowała kogoś z jej Klanu? Czy to był wszechświat mówiący jej, że czasami niemożliwego nie da się wykonać? Bo jeśli tak, to Ziva miała jedną odpowiedź.

Pieprz się, Wszechświecie.


- Twoje plecy wyglądają jakbyś spadła z kilku piętrowego budynku – skwitował Sunstreaker, patrząc z obrzydzeniem na balsam, który dostał od Ratchet'a.

- Uh, Screamer rzucił mną przez kilka dzielnic – odparła, sycząc kiedy krem wylądował na jej skórze – To się chyba liczy, nie?

Popatrzył na nią sceptycznie.

- Masz szczęście, że jestem twoim strażnikiem – powiedział sucho, powoli wsmarowując balsam w jej skórę – Normalnie, kazałbym to zrobić Sides'owi.

Zarya parsknęła śmiechem.

- Jestem taka specjalna?

- Tak – potwierdził sucho – I szczerze? Żałuje. Nienawidzę tych lepkich, klejących substancji na moich dłoniach.

Blondynka westchnęła z rozkoszy, kiedy przejechał po tym jednym punkcie na jej plecach.

- Nie przesadzaj~ - wymruczała – Mogłeś zostać wplątany w robienie czegoś gorszego.

Sunstreaker wypuścił z niedowierzaniem powietrze z płuc.

- Żartujesz sobie? Co może być gorsze od maczania palców w tym…czymś? – mogła wyczuć, że się wzdrygnął na myśl o tym.

- Może utknięcie w jednym pokoju z Zivą?

Chłopak zaprzestał na sekundę to, co robił.

- Chcesz żebym miał koszmary? – zapytał poważnie.

- Nie~ Chyba, że przestaniesz masować, wtedy tak.

Sunstreaker pokręcił głową, wznawiając swoje zadanie.

- Naprawdę, wisisz mi po tym niezłą kąpiel.

Dziewczyna wymruczała coś.

- Cokolwiek zechcesz, tylko nie przestawaj.


Dziewięciolatka siedziała w kącie swojego pokoju, zaciskając dłonie na kolanach w marnej próbie uspokojenia się. Oddech miała przyśpieszony, jej serce jakby próbowało wyskoczyć jej z klatki piersiowej i zaciskała mocno oczy, jakby w nadziei, że obraz jaki zobaczyła, zniknie.

Ale nic nie pomogło.

Drżała, ale nie pozwoliła sobie na żaden dźwięk.

Nie była słaba. Nie płakała. Rodriguez'owie nie płaczą. Łzy były stratą cennego czasu.

- Ginger?

Wytrzeszczyła oczy, oglądając się w stronę drzwi.

- GiGi, wiem, że tam byłaś~ - powiedział śpiewnym głosem, otwierając drzwi i wchodząc do środka – Oh~ Moja biedna, biedna córeczka.

Dziewczynka wzdrygnęła się na ten fałszywy, słodki głos. Wiedziała, że im nie zależało. Nikomu nie zależało na to, co się z nią stanie.

- Sir?

Pojawił się błysk w jego oczach.

Zadowolenie. Dobrze. Czyli jednak coś zapamiętała i może, nie będzie żadnego dodatkowego treningu.

- Moja najmilsza, czyżbyś się przestraszyła? – zapytał, podchodząc do blondynki.

Odwróciła głowę, chowając drżenia tak jak potrafiła.

Nie chciała być kolejnym zawodem.

- Zabił ją – udało jej się wydobyć bez zająknięcia się.

Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, mimo to, ten widok jakby przeraził ją bardziej, kiedy jeszcze marszczył czoło. Uśmiech nigdy nie oznaczał nic dobrego. Był zły.

- Ginger, kochanie – odezwał się spokojnie – To część tego, kim jesteśmy.

Szeroko otwarte niebieskie oczy popatrzyły na niego, kiedy odgarnął jej kosmyk włosów za ucho, nie zdradzając nic.

- Dlaczego?

Uśmiech stał się bardziej diabelski. Nienawidziła tego.

- Widzisz, GiGi, pewnego dnia – objął ją ramieniem, siadając obok niej – To ty zostaniesz dowódcą naszego Klanu. Będziesz kimś bardzo ważnym.

- Nie chcę być…

Ramiona zacisnęły się boleśnie i tylko dzięki swojej własnej woli, dziewczynka nawet nie drgnęła, ignorując ten okropny ścisk w brzuchu.

- Ależ moja droga – ten słodki, melodyjny głos był najgorszy – To nie wybór. To dziedzictwo. Ty i twój brat, pamiętasz? Kto wygra, ten obejmie władzę, a nie chcesz nasz zawieść, prawda kochanie?

Ginger zmusiła swoje zdezorientowane ciało do rozluźnienia. Mężczyzna jej nie kochał, ta ciepłość była fałszywa, nienawidził ich. Dlaczego więc ją przytulał? Dlaczego był miły? Dziewczynka nie rozumiała, ale pokiwała głową

- Tak – odparła cicho, ale stanowczo.


Ginger przeglądała stare dokumenty, komputer włączony i podpięty do głównej sieci, kiedy zobojętniałym wzrokiem przejechała po aktach obecnych agentów. Od sabotażystów, po szpiegów do zabójców.

Spuściła wzrok.

Nie chciała tego. Nie chciała tego przekleństwa. Bóg jej świadkiem, że była bliska pozbycia się własnego życia, byleby uniknąć bycia takim potworem, jakim byli jej rodzice.

Osoby z jej Klanu miały czarne poczucie humoru, nie zależało im na innych. Byli przyzwyczajeni do wykonywania rozkazów. Byli…pionkami. Wszystko zależało od grającego.

Ale…spędziła półtora roku z Autobot'ami i nagle…nagle to się wydawało…złe.

Urodziła się by być zabójcą. By niszczyć.

Ironhide i Chromia tego nie przyjęli do wiadomości. A ona nie protestowała. Nigdy nie zaprotestowała. Nauczyli ją tego, co musiała wiedzieć. Czuła się dobrze, kiedy nie musiała być potworem.

Może żyją…?, pomyślała.

Wheeljack nie umarł. Co znaczyło, że oni też nie. A może już ich widziała? Nie mogła sobie przypomnieć. Wszystkie wspomnienia z bitwy były zamazane. Jedynie ten wrzask i krzyk ze środka statku i świadomość, że Ziva zginęła. Nic więcej.

Tęskniła za nimi.

Tęskniła za byciem dobrą, za byciem kochaną.

Tym razem miała świadomość, że nie było powrotu.

Prawda?

Jednak coś było. Nie wiedziała, co dokładnie, ale coś, gdzieś jej świtało, że był jeden sposób żeby to odkręcić. Cholera, znała kodeks na pamięć. Dlaczego…

„Nie zostawiaj towarzysza w tyle."

Westchnęła.

Właśnie.

Autoboty.

Jeśli chciała coś osiągnąć, musiała zapomnieć o Botach. Nie było innego wyjścia.

- Ma'am?

Uniosła lekko głowę, dłonią pokazując, żeby weszła.

Natasha wyszczerzyła się na widok dokumentów, usadzając się na biurku dziewczyny i spoglądając na nią spod przymrużonych oczu.

- Robisz przegląd danych?

Ginger prychnęła.

- Patrzę, kto może być potencjalnym celem.

Rosjanka spojrzała na nią zaciekawiona.

- Och? Myślisz, że coś planują? – po jej głosie było słychać, że sama coś słyszała, ale nie wiarygodnego – Powiedz, jakiś ptaszek coś ci wyśpiewał?

Rodriguez uniosła do góry brew.

To był jedynie dzień, a już miała nadmiar informacji. Gdyby nie trening, dawno by się zgubiła…albo zniszczyła całą tą papierkową robotę w piecu. Także nowe, całkiem pożyteczne rzeczy doszły do jej słuchów.

- Wróbelek wyśpiewał, tak – posłała jej niebezpieczny uśmiech, który Natasha rozpoznała z czasów, kiedy to Ginger żyła jeszcze w kwaterze głównej – Państwo Temple szykują się do wyrwania z kicia.

- Ah~ - spojrzała na nią znacząco – Czyżby zemsta na Zaryi? Ich dziedziczce?

- Nie wiem – przyznała – Ale teraz kiedy Donnelly ma władzę nad ich gangiem? Pewnie planują ich odbić i wrócić na szczyt.

- Myślisz? Jeszcze z kicia to wyjść nie wyszli – stwierdziła – Trochę im daleko do zwycięstwa. Dawno wylecieli z rytmu.

- Nie przeceniaj nas, Tasha – Ginger oparła się o krzesło – Klany zawsze mają plany awaryjne, nieważne jak bardzo myślisz, że je udupiłaś.

- Więc? Szykuje się wojna?

Rodriguez popatrzyła na nią, kiedy tamta zmarszczyła czoło, po czym na ekran komputera przed nią.

- Zakładając, że Temple'owie odzyskają swój Klan, tak.

Natasha uniosła do góry brwi.

- Czyli mamy telefon do wykonania?

Ginger odwróciła wzrok.

- Na razie nie – zdecydowała powoli – Dopiero, kiedy wszyscy się dostosują, nie chcę ryzykować.

Kobieta nic więcej nie powiedziała, zamiast tego zajęła się robotą papierkową, która została dla niej pozostawiona.


- Musisz mieć cholerny dobry powód żeby dzwonić – stwierdził sucho Shane, siadając na łóżku i patrząc tępo na książkę na kolanach – Coś się stało? Hmm?

- Mógłbyś okazać trochę wdzięczności, Shane – stwierdził mężczyzna po drugiej stronie, niemal oburzony jego tonem głosu – Widać ten medyk – prychnięcie z pogardą – nie zna się na żadnych manierach.

- Ten medyk, zrobił dla mnie więcej – rozległo się pukanie do jego drzwi – Niż ty w całym moim życiu.

Zirytowane westchnięcie po drugiej stronie sprawiło, że Donnelly skorzystał z okazji, otworzył drzwi i z powrotem znalazł się na swoim miejscu, patrząc jak Ratchet zamyka za sobą wejście.

- Okay, okay, rozumiem. Nawaliłem jako rodzic, możesz przestać mi to wypominać?

- Brałeś coś? – zapytał od razu chłopak, wyczuwając zmianę w jego głosie. Była minimalna, ale nadal tam była.

- Pft! Nie – mógł sobie wyobrazić, że tamten wywraca oczami – Ale jestem przekonany, że musimy pogadać.

- Nie muszę z tobą gadać – upierał się ostro.

Ratchet uniósł do góry brew, wzrokiem pytając czy wszystko okay, na co tamten machnął dłonią, kiwając.

- O twojej matce – nacisnął.

Donnelly na chwilę jakby złagodniał, po czy zmrużył oczy, zaciskając dłoń na pościeli.

- Już o tym rozmawialiśmy – stwierdził ostro – Powiedziałeś, że odeszła. Co jeszcze chcesz dodać? Jak wielką pomyłką byłem w jej życiu?

- Na Miłość Boską, możemy przejść do tematu, a nie dyskutować jakim to byłem okropnym ojcem? Shane, to ważne.

- Od kiedy? Nic się nie zmieniło… - uciął na chwilę.

- Ah, więc do ciebie też dzwoniła?

- Dzwonisz, bo chcesz się z tego pośmiać? – warknął na uśmiech w jego głosie – Jestem zajęty.

- Cóż, w takim razie proponuje spotkanie – zasugerował niewinnie i wyczuwając, że chłopak miał zaprotestować – Nawet na tym…Diego Garcia. Przy okazji przedyskutujemy inne sprawy dotyczące Klanu.

- Nie należę już do Klanu – mruknął.

- Ależ oczywiście – zaśmiał się głośno – Oczywiście, że nie. Ale mamy problem i jestem pewien, że ta twoja przyjaciółeczka…Zarya, tak? I ta od Rodriguez'ów chciałaby to usłyszeć.

- Ginger tu nie ma – stwierdził od razu, nie patrząc do góry, kiedy poczuł, że Ratchet zmienił swoją pozycję – Wiesz o tym, oddałeś jej Klan.

- Shane, Shane, Shane – westchnął – Myślisz, że o tym nie wiem? Spotkamy się we trójkę, zajmę się Rodriguez, ty Temple i wszystko będzie cacy, hmm?

- Co jest grane?

- Chaos – odpowiedział z parsknięciem – A dobrze wiemy, kto jest Królem Chaosu, co nie, Shane? Pomyśl, wszyscy poza nami są w rozsypce.

- Chcesz powiedzieć, że ludzie się buntują?

- Oh to by było łagodne słowo. Nie – zaprzeczył – Domagają się niepodległości, jak kiedyś. Dlatego potrzebujemy spotkania. Jak nikt nic z tym nie zrobi, to mamy wojnę murowaną, rozumiesz? Zarya jest z Klanu Temple'ów czy tego chce czy nie i jest jego spadkobierczynią, Gi…nger? Jest z Klanu Rodriguez'ów, a ja oczywiście z naszego.

- A co z nią? – zmarszczył czoło.

- Coś się stało – powiedział krótko – A my musimy zająć się tą sprawą czy tego chcemy czy nie. W końcu to twoja matka.

- Nie potrzebuje jej – odparł mechanicznie.

- Oh, oczywiście – zaśmiał się – Ale matki ci nie załatwiłem, prawda? Jedynie adopcyjnego ojca, pamiętasz? W każdym razie, przekaż informację dalej i później prześlę ci dokładne dane.

- Zarya nie będzie z tego zadowolona – stwierdził sucho.

- Jeśli nie chce wojny, to się zgodzi – i na tym, połączenie zostało urwane i Shane opadł na łóżko.

- Kto dzwonił?

Donnelly nawet na niego nie spojrzał, tylko prychnął i odwrócił wzrok.

- Mój… - uciął, marszcząc nieco czoło, po czym potrząsnął głową – Seth dzwonił.

Ratchet zamrugał, spoglądając na niego przez chwilę, po czym usiadł na łóżku.

- Czego chciał?

Shane skrzywił się, wzruszając ramionami.

- Nic ważnego – odparł sucho, wyraźnie nie bardzo skory do wyjawienia szczegółów, po czym zmierzył go wzrokiem – A ty? Co tu robisz?

- Akurat przechodziłem – stwierdził.

Shane spojrzał na niego z uniesioną brwią, na co tamten zrobił to samo, jakby wyzwał go, żeby coś powiedział.

Tamten tylko prychnął, po czym się zaśmiał, kręcąc głową.