11. Meanings.


There's always hidden meaning behind those things. You just have to look deeper."

- Shanter


- Myślałam, że twoim celem było znalezienie jakiegoś opuszczonego miejsca i tyle – Ziva stwierdziła, idąc z Barricade'em ramie w ramię, zerkając co jakiś czas na znajome ulice i niedyskretnie starając się schować jakby za Sideswipe'em idącym przed nimi – Nie, że będziemy łazić po mieście.

- Mów sobie o mnie, co chcesz, ale nie zamierzam mieszkać w jakimś złomowisku – prychnął, jego oczy były zakryte okularami przeciwsłonecznymi – Nie jestem aż tak zdesperowany.

Dziewczyna popatrzyła na niego.

- To dlaczego idziemy w kierunku… - zmrużyła oczy – tamtym?

Na twarzy Decepticon'a można było zobaczyć jak zadrgał mu kącik ust.

- Nazywaj rzeczy po imieniu, Człowieczku.

Brunetka skrzyżowała ramiona, zatrzymując się i spoglądając na niego ostro.

- Dlaczego idziemy w kierunku mojego domu?

Sideswipe zatrzymał się, marszcząc czoło i patrząc na swoją podopieczną, kiedy Cade wzruszył ramionami.

Ziva zacisnęła palce na ramionach.

- Czekam na odpowiedź – wycedziła.

- Nie znaczy, że ją uzyskasz, Insekcie – i zaczął iść dalej, zupełnie nie zwracając uwagi na jej gniewny wyraz twarzy, kiedy do niego dobiegła.

- Słuchaj mnie, ty wredny, złośliwy durniu – syknęła, łapiąc go za ramię i szarpiąc – Mogę nie być kilku metrowym robotem, ale cholera jasna żeby mnie wzięła jeśli nie spróbuje cię wbić w beton jak mi nie odpowiesz.

Barricade spojrzał znużony na Sideswipe'a.

- Widać, że twoja podopieczna. – stwierdził kwaśno, na co tamten posłał mu uśmieszek – Odpowiadając na twoje pytanie: Idziemy złożyć komuś wizytę, w ziemskich znaczeniach.

Ziva zamrugała.

- Wizytę? W twoim decepticońskim słowniku jest słowo „złożyć wizytę"? Jesteś pewien, że nie miałeś na myśli: „Zabić, schować i zniknąć"?

- Ha. Ha – powiedział sucho – Zabawne, Człowieczku, ale nie – uśmiechnął się przemiło - Odwiedzimy twoją rodzinę.

Ziva, która zaczęła iść, zatrzymała się gwałtownie.

- Że co?

- Oh, coś się stało? – uśmiechnął się okrutnie – Nie cieszysz się? I tak miałaś się z nimi spotkać, prawda?

- Nie, nie…ja… - spojrzała ostro na Sides'a – Wiedziałeś?

Oczekując zaprzeczenia, Ziva tak naprawdę patrzyła jak bierze głęboki wdech i wzrusza ramionami.

- Nie…ale przeczuwałem – popatrzył na Barricade'a – Ostrzegałem cię, że Cony są sprytne. Ani się obejrzysz, a w coś cię złapią.

- Nie mogę się bardziej zgodzić – zaśmiał się Decepticon.

- A co TY z tego masz? – popchnęła go, a raczej chciała popchnąć. Jej dłoń dotknęła jego klatki piersiowej, ale tamten nawet nie drgnął – Chorą satysfakcję?

- Jakbyś zgadła – odpowiedział zadowolony z siebie, jakby sam widok, że się denerwowała był wystarczający żeby wrócił mu humor – Oh, co jest? – patrzyła na niego oczami zbitego psa – Chcesz radę? – pochylił się do jej ucha – Nigdy nie ufaj Decepticon'owi.

Wtedy ruszył przed siebie.

Ziva mimo wszystko poszła za nim, tak samo Sideswipe.

Jednak tym razem, dziewczyna milczała.


- Haha, czyżbyś doznała deja vu? – zapytał Seth, pierwszy wychodząc z samolotu i posyłając jej uśmiech – Wspomnienia?

Ginger zmierzyła go chłodnym wzrokiem, idąc ramie w ramię z Natashą, co jakiś czas kątem oka patrząc, czy pozostałe pięć osób idzie za nimi.

- Jak się nie zamkniesz, rano możesz obudzić się bez języka – stwierdziła sucho, sprawiając, że jego uśmiech jeszcze się powiększył zanim spojrzał przed siebie, podchodząc do kogoś. – Dlaczego ja się na to godziłam? – wymamrotała do siebie.

Natasha parsknęła.

- Co masz na myśli?

- Wszystko – mruknęła, nie szczędząc jej nawet spojrzenia, tylko podchodząc do Seth'a – Gdzie to spotkanie?

Uniósł dłoń i wskazał na…

- Lennox? – zamrugała niemal zaskoczona, po czym potrząsnęła głową i nią skinęła na znak powitania.

William wyglądał podobnie do niej tylko, że on zmierzył z niepokojem ludzi za nią. Nie dziwiła mu się. Każdy członek Klanu który z nią poleciał był ubrany na czarno w skórzane kurtki lub płaszcze, obwieszony różnymi rodzajami broni. Nastasha tak naprawdę uśmiechnęła się zadziornie, kiedy jego wzrok spoczął na jej katanie.

- Macie wolną salę konferencyjną – oznajmił powoli, w końcu patrząc na Seth'a – Zaprowadzę was. Zarya i Shane już tam siedzą i na was czekają.

Donnelly poklepał go po plecach i Ginger widocznie mogła zauważyć, że William się skrzywił.

- Wiedziałem, że z tobą da się robić interesy, panie Lennox.

Tamten zrzucił z siebie jego dłoń.

- Tak, oczywiście – przeciągnął niezadowolony, patrząc na Rodriguez – Ironhide i Chromia…

Na ich wzmiankę, brunetka zacisnęła zęby.

- Przykro mi, ale nie – przerwała mu, ignorując z całym sił to ciepłe uczucie, które rozeszło jej się na wieść, że jednak żyją – Jestem tu zaledwie z interesu o bezpieczeństwo Klanu.

Lennox jakby dostał w policzek, po czym zmierzył ją ostrym wzrokiem i kiwnął głową.

- Za mną – polecił krótko.

Natasha machnęła dłonią na resztę grupy i nachyliła się do Ginger.

- Ironhide i Chromia? – z jej rosyjskim akcentem, nawet imiona brzmiały inaczej.

Dziewczyna nawet nie drgnęła.

- Nikt ważny.


Ziva nawet przez chwilę nie przestałą wiercić dziur w plecach Barricade'a. W pewnej chwili jednak, mężczyzna uniósł do góry brew i na nią spojrzał.

- Co chcesz osiągnąć?

- Zastanawiam się jak długo mi zajmie zabicie cię – wzruszyła ramionami, odwracając w końcu wzrok.

Sideswipe westchnął.

- To ci może trochę zająć – stwierdził.

- Co ty tam możesz wiedzieć? Przecież mi pomożesz – mruknęła.

Sides wyszczerzył się, kiedy Decepticon wywrócił oczami.

- Jeśli to jest twoja próba zapomnienia o tym, gdzie idziemy, to idzie ci okropnie – stwierdził sucho – Właściwie, śmiem sądzić, że okropnie to delikatne określenie.

Ziva podskoczyła i zaczęła iść przed nim, odwrócona do niego przodem.

- Właściwie, jestem bardzo ciekawa, co zrobisz jak cię zaproszą na obiad – powiedziała sarkastycznie – Wiesz, że cokolwiek planujesz, nie uda ci się, nie?

Barricade uśmiechnął się pod nosem.

- Czyżby?

Cokolwiek Ziva chciała powiedzieć, utknęło jej w gardle na ten uśmieszek.

Być może Barricade…miał jakiś plan mimo wszystko.


- Sprawa… - dramatyczna pauza, kiedy Seth okrążył stół, stając tym razem naprzeciwko całej trójki - …jest okropnie prosta.

Zarya prychnęła, krzyżując ramiona.

- Przejdź do rzeczy – syknęła.

Ginger zmierzyła go obojętnym spojrzeniem, a Shane po prostu siedział z nogami na stole i tylko przysłuchiwał się całej rozmowie, nawet nie próbując interweniować.

- Ah, oczywiście – położył dłonie na stół, podsuwając dokumenty pod jej nos, sprawiając, że Rodriguez otworzyła folder i przejechała skupionym wzrokiem po treści – Ucieczka z więzienia, najmilsza.

Blondynka zamrugała, patrząc na niego.

- Nie...

- Ginger? – Seth zwrócił się do brunetki, która skinęła głową.

- Jack i Diane planowali ucieczkę od dłuższego czasu – zaczęła pustym głosem – Nikt z nas nie przypuszczał, że się na to zdecydują, dlatego nikt za bardzo ich nie pilnował – spojrzała na Zaryę – Także nikt cię nie poinformował, bo teoretycznie powiedziałaś: „Pieprzyć to, ja w to nie wchodzę."

Zarya zmierzyła ją oburzonym wzrokiem.

- I dowiaduje się o tym teraz? – warknęła – Dlaczego?
- Bo żaden z nas nie chcę wojny – Seth się wtrącił – A do tego zmierza twoja rodz…

- Powiesz rodzina, a osobiście przywalę ci w tą niewyparzoną gębę – wysyczała, przerywając mu, na co Shane parsknął śmiechem.

Seth posłał mu obrażone spojrzenie, na co Shane machnął dłonią, spoglądając na Zaryę.

- Jack i D mają zamiar zniknąć z kicia, przejąć kontrolę nad Klanem i dorowadzić do kolejnej wojny między wszystkimi – wyjaśnił – A żaden z nas tutaj tego nie chcę. Pamiętasz jak było lata temu.

- Nikt nie mógł bezpiecznie wyjść na ulicę – zgodziła się Ginger – W Australii nigdy nie było żadnej mafii, ale jeśli chodziło o nasze rodziny? My mieliśmy lekko, Zarya, ale starsi członkowie już nie.

- A Jack tym razem nie będzie patrzeć na młodszych – ciągnął Seth, siadając wygodniej w fotelu który sobie przyciągnął – I będzie chciał zemsty.

Zarya chciała powiedzieć, że Jack nigdy na nich nie patrzył, ale ugryzła się w język.

- Co to ma do mnie? Powiedziałam, że się w to nie mieszam – stwierdziła, spoglądając na wszystkich.

- A to ma do ciebie, że jesteś ich częścią czy tego chcesz czy nie – oznajmił mężczyzna – A jeśli mamy nie dopuścić do chaosu, potrzebna nam wiedza na temat twojej adopcyjnej rodziny.

- Nikt nie każe ci w tym bagnie uczestniczyć – wtrąciła Rodriguez ostro, zaciskając palce na krawędzi stołu – Chcemy informacji, tak? – spojrzała wymownie na Seth'a, który skinął głową.

- Tak – potwierdził – Tak bardzo jak przydałabym nam się twoja pomoc osobiście, nikt z nas tego nie oczekuje. Mamy perfekcyjnie wytrenowany oddział, który w pełni zamierzam wykorzystać. Ciebie, jednakże, nie potrzebujemy.

Shane wyszczerzył się.

- Chcą tylko wiedzy, Słoneczko – to dawne przezwisko sprawiło, że Zarya prychnęła.

Wiedza, mruknęła w myślach, wiedza?

Chcieli powiedzieć, że stała tam tylko dlatego, że potrzebowali jakiś informacji? Zarya nie była głupia. Seth już prawdopodobnie dawno znał ich na wylot. Nie potrzebowali czegoś takiego jak „wiedzy".

- Mów prawdę – popatrzyła na niego poważnie – Czego faktycznie chcesz ode mnie?

Uśmiech Seth'a mógł przewiercić w niej dziurę.

- Ah, mądra – przekrzywił głowę – Czasami zastanawiam się, po kim to masz?

Zarya zmarszczyła lekko czoło. Ginger uniosła do góry brew.

- Gadaj – poleciła brunetka.

Donnelly rozłożył ramiona.

- Powiedz mi, panno Hale – zaznaczył nazwisko – Powiedz…gdzie trzymacie swoje cenne archiwa, hmm?

Archiwa…

Te archiwa? O to mu chodziło?

- Masz na myśli Pokój Wiedzy? – zapytała niepewnie.

- Tak nazywacie archiwa? Pokojem Wiedzy? – popatrzył na nią nieco zażenowany – Nic dziwnego. Nigdy nie mieli smykałki do nadawania nazw.

Wzruszyła ramionami.

- Diane – wyjaśniła krótko, po czym zmrużyła oczy, przyglądając mu się podejrzliwie – A po co ci one?

- Żeby usadzić twój Klan, kochana – uśmiechnął się złośliwie, kiedy skrzywiła się na przezwisko – Kiedy coś zabijasz, zaczynasz od korzeni. Jack i Diane pójdą na dno i wtedy zajmę się resztą tej waszej bandy.

- Naprawdę myślisz, że pójdzie ci tak łatwo?

- Haha, ja to wiem, kochanie – puścił jej oczko – A jeśli to nie poskutkuje, wyrzuci ich się na jakąś bezludną wyspę – machnął dłonią – Jeden pies.

- To…to okrucieństwo! – warknęła od razu.

- Oh, maltretowanie nieletniego dziecka to nie? – Zarya zamilkła na ten komentarz – Rozumiem, że nie chcesz brać w tym udziału, ale ktoś musi coś zrobić. Nawet jeśli metody nie są humanitarne.

- Jesteś chory – stwierdziła tępo, jakby cała walka ją opuściła.

Seth pokazał swoje zęby.

- Moja droga, chorzy psychicznie wytrzymują w tej branży najdłużej.

Zarya starała po sobie nie poznać, jak bardzo wiedziała, że to zdanie było prawdziwe.


- Kiedy zamierzałeś nam powiedzieć, że odwiedzi nas banda zabójców? – zapytał Epps ostro, patrząc na pięć, mocno uzbrojonych osób w hangarze.

William popatrzył na niego poważnie.

- Tak jakby…nie wiedziałem, że od razu przyleci taka banda? – wzruszył ramionami, spoglądając na wszystkich – Słuchaj, nikomu na rękę jak im wybuchnie wojna.

- Zaraz tam wojna – machnął dłonią Epps – Na pewno nie będzie żadnej wojny – wywrócił oczami, gestem wskazując na piątkę grzecznie siedzących czterech kobiet i zdaje się jednej dziewczyny – Popatrz na nich. Wyglądają jak aniołki w czerni.

I właśnie w tym samym momencie ktoś zaklął i rozległ się cichy wrzask zaskoczenia.

- Chcesz się bić? Chcesz, ty mała wiedźmo!? – jedna z wojowniczek sięgnęła swojego…miecza, zdaje się.

- Dawaj ty filigranowy krasnalu – wysyczała, również sięgając swojej broni.

Natasha wyszczerzyła się, krzyżując ramiona na biuście, po czym pomachała Lennox'owi i Epps'owi, kiedy tamci popatrzyli na walkę.

Wtedy William odwrócił się w stronę, wyraźnie nierozbawiony, patrząc na niego wzrokiem mówiącym: „Co to było o tych aniołkach?".

Epps spojrzał na niego, unosząc lekko dłoń do góry.

- Weź już lepiej nic nie mów.

Po czym odwrócił się pokonany.

William już nic więcej nie powiedział, patrząc otępiały na sparring przed nim.


- Widać, że się tutaj nieźle zaaklimatyzowałeś – stwierdził z niekrytym lub wymuszonym podziwem Seth, kiedy w końcu zakończyły się ich rozmowy, a Shane został z nim sam na sam w korytarzu – A twój medyk?

Chłopak popatrzył na niego ostro.

- Jest okay – powiedział krótko.

Seth kiwnął głową, nie oczekując dłużej odpowiedzi, znając nawyki swojego syna.

- Więc, twoja matka… - zaczął powoli.

- Co z nią?

Mimo obrzydzenia jakim do niego napawał, Shane w głębi serca tęsknił za swoją matką. Mimo tego, że go zostawiła. Mimo tego, że uciekła. Ta jedna część w nim zawsze tęskniła za momentami, kiedy po prostu była tam.

To, że usłyszał ją w telefonie tylko sprawiło, że zrobiło mu się niedobrze, a ciekawość wzrosła wraz z telefonem od jego ojca.

- Wiemy na pewno, że coś jej jest – stwierdził Seth, idąc z nim w stronę wyjścia z korytarzu – Wiemy, że dzwoniła do nas obu.

- Nieco marny wybór jeśli chodzi o ratowanie jej – odezwał się Shane zimno.

- Oh, ależ to był wspaniały wybór, Shane – poprawił ze śmiechem – Twoja matka jest bardzo świadoma, że jeśli jest ktoś, kto jest w stanie jej pomóc, to my.

- Dlaczego? – wydawało się być głupim pytaniem, ale i tak znalazło swoją drogę przez jego usta zanim dokładnie to przemyślał.

- Widzisz, Shane. Nie tylko dlatego, że możemy jej pomóc. Oh, nie. Ale dlatego, że mamy środki, żeby tego dokonać – popatrzył na niego poważnie – Uznałem, że jakieś śledztwo się przyda, więc proszę – wyjął folder ze swojej torby i podał szatynowi.

- Nic się nie zmieniłeś – mruknął Shane.

Seth spojrzał na niego unosząc do góry brew na jego minę, kiedy tamten czytał.

- Zmieniać? Pft, proszę cię. Ludzie się nie zmieniają – popatrzył przed siebie z zamyśloną twarzą – Tylko stają się bardziej tymi, kim naprawdę zawsze byli.

- Może – przerzucił na kolejną stronę – A może chodzi o to, że czasami żeby się dopasować, trzeba udawać kogoś innego.

Seth zatrzymał się raptownie. Shane także zamrugał oczami, odwracając się i spoglądając na niego, kiedy ten położył mu dłonie na ramiona. Mimo tego ciągłego strachu w jakim przed nim czuł, Shane nie mógł zmusić się do cofnięcia się. Tylko wpatrywał się w niego pytającym wzrokiem.

- Możesz nie pochwalać moich metod wychowania – stwierdził, mrużąc oczy – Ale przynajmniej wbiłem ci do głowy, że nigdy niczego nie osiągniesz będąc kimś innym.

- Nazywasz to wychowaniem? – zapytał, unosząc brew.

Seth pokręcił głową.

- Pewnego dnia, przestaniesz mi to wypominać – stwierdził, po czym zacieśnił lekko swoje dłonie na jego ramionach i wypuścił powietrze – A teraz słuchaj mnie uważnie. Twoja ostatnia lekcja ode mnie.

Shane przekrzywił głowę w bok, tym razem bardziej słuchając.

- Nigdy, przenigdy, nie zwlekaj z czymś, co możesz zrobić dzisiaj – jego oczy w tamtym właśnie momencie wydawały się najszczersze jakie mogły kiedykolwiek się stać – Bo jutro już może być za późno.

Chłopak patrzył na niego przez chwilę, otwierając usta, ale szybko je zamknął, razem z oczami, kiedy zdał sobie sprawę z tego, o czym mówił.

- Okay?

Pokiwał głową, biorąc głęboki wdech i spoglądając na niego.

- Okay – mruknął, kiedy tamten poklepał go po plecach i ruszył dalej.

Shane spojrzał jeszcze raz na folder, tym razem kierując się w stronę swoich kwater, dobrze wiedząc, że czeka go trochę czytania.


- Imponujące – stwierdził Barricade patrząc na wielki dom, po czym popatrzył na Zivę, która mocno się skrzywiła – Tutaj przez całe swoje życie mieszkałaś?

Ziva spojrzała na niego, tym razem jednak zawiedzona i wzruszyła ramionami.

- Jeśli myślisz, że miałam fajnie, bo rodzina jest bogata – popatrzyła na Sideswipe'a – To się grubo mylisz.

- Nie powiedziałem tego.

- Ale to pomyślałeś – wtrącił Sideswipe, jego silnik zaryczał, zanim tak jak auto Cade'a, zgasił się. Oboje stali pod ogrodzeniem. – Jeśli oczywiście, wiesz, co to takiego – dodał ze złośliwym uśmieszkiem.

- Uwierz mi, że to słowo bardziej pasuje do mnie, niż do ciebie – prychnął z pogardą, idąc w stronę budynku – I gdybyś był człowiekiem, byłbyś z gatunku homo nie bardzo sapiens.

Sideswipe uniósł do góry brew, prychając.

- Ach tak? – Barricade spojrzał na niego znudzonym wzrokiem – Za to ty jesteś jak dementor. Kiedy wchodzisz do pokoju, wysysasz z niego całe szczęście.

- Nawet nie wiem, co to jest – stwierdził sucho, zupełnie nie zwracając uwagi na spojrzenia, jakie dawała im dziewczyna idąca za nimi – Ale przy tobie nawet osły czują się jak geniusze.

- Oh? Przynajmniej ja mam procesor…

- Primus, to w takim razie albo jest uszkodzony, albo po prostu go nie używasz – przerwał mu od razu, kręcąc głową.

- Powiedział, co wiedział ten, co przegrał walkę ze zwiadowcą.

- Mówi osoba, która potknęła się i zaryła w ziemię na równej powierzchni.

- Taa? Przynajmniej zrobiłem to z gracją – wydął dumnie pierś – A ty zostałeś wgnieciony w błoto przez młodszego od siebie.

- Byłem rozproszony – zaznaczył z grymasem na wspomnienie o tym.

- Przez co? Zapatrzyłeś się w niebo? – zakpił ze śmiechem.

- Zastanawiałem się jak długo pociągniesz na swojej głupocie – odparł.

- Niemożliwe. Mnie tam nawet jeszcze nie było – stwierdził, brzmiąc jakby coś odkrył dumny i spojrzał na niego krzyżując ramiona – Widzisz?

- Twój debilizm? Jak mogę go nie zauważyć? – zmierzył go wzrokiem, zdejmując okulary i zahaczając je o bluzkę – Świeci tak jasno, że z Cybertronu ślepiec by go zauważył.

Ziva popatrzyła między nimi z wyrazem prawdziwego oszołomienia.

Możliwe, że jej się to wydawało, ale – i tutaj wielkie ALE – jej strażnik i Decepticon normalnie prowadzili konwersację. Okay, nie całkowicie normalnie, ale nie skakali sobie do gardeł jak w samolocie.

To…było coś do zapamiętania.

Nawet jeśli większość słów zawierała obraźliwie przezwiska i przekleństwa, Ziva uznała to za postęp.

Mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości.

Albo mały krok dla Con'a, ale wielki dla Bot'a.

Tym razem przez resztę drogi do wejścia do jej domu, Ziva miała na sobie uśmiech.


Wyszło na to, że Shane po raz kolejny nie mógł zasnąć. Czy była to wina tego, że po bazie kręciła się banda zabójców, jego ojciec czy może tego, że jego matka żyła i potrzebowała pomocy? Nie wiedział.

Albo może wiedział, tylko miał nieco opory się do tego przyznawać.

Mimo wszystko wyszedł ze swoich kwater, przeniknął prawie niezauważalny przez korytarze, przejechał wzrokiem jeszcze za siebie, żeby upewnić się, że nikt go nie śledzi i szybko wemknął się do działu medycznego.

Tak jak przypuszczał, światła nadal się były zapalone.

Shane się nie dziwił. Właściwie, wiedział, że w czasie nocy było najwięcej spokoju. Żadnych wypadków, żadnych ran do obejrzenia. Nic.

Cicho wszedł do gabinetu, patrząc na stok roboty papierkowej przy której siedział Ratchet i zajął miejsce na krześle przed nim.

- Czegoś chciałeś? – zapytał po minucie, kiedy odłożył kolejne dokumenty na bok i wziął się za jeden z data-pad'ów, spoglądając krótko na chłopaka – Nie możesz spać?

To nie było jakieś wielkie odkrycie. Odkąd go adoptował, Shane często pojawiał się w dziale medycznym, kiedy nie mógł zamknąć oczu.

Chłopak wzruszył ramionami, patrząc na niego przez dłużą chwilę, po raz pierwszy biorąc głęboki wdech i czekając aż uspokoi mu się umysł. Nigdy wcześniej tego słowa nie używał. Nie miał okazji.

- Kocham cię – wymamrotał w końcu, czując się niezręcznie.

Zawsze uważał, że to słowo było zarezerwowane dla zakochanych par odkąd jego matka odeszła. Nigdy nie sądził, że będzie mógł go użyć do kogoś takiego jak Ratchet.

Oczekując jednak zaśmiania się lub jakiejś obelgi, spotkał się z dwu minutową ciszą, kiedy tamten na niego patrzył.

W końcu Ratchet westchnął.

- Ja ciebie też – burknął, wracając do swojej roboty.

Shane wypuścił powietrze, które nie wiedział, że wstrzymywał i odetchnął z ulgą.

Było okay.

Delikatny uśmiech pojawił się na jego twarzy.

Okay. Teraz było wszystko w porządku.