12. Back from there.


I lost my way when I started to be someone I was not. I lost who I really am, because I became what others wanted me to be."

- Shanter


- Wahasz się? – zapytała Natasha kolejnego dnia, pojawiając się obok niej, kiedy tamta siedziała na ziemi w hangarze – Dowódca?

Ginger zmierzyła ją obojętnym spojrzeniem, odwracając się znowu w stronę wschodzącego słońca.

Lider nie powinien się wahać. Ona nie powinna być liderem. Zabawne jak to się potoczyło. Gdyby tylko Chris tu był, wtedy wszystko było by łatwiej. Tak bardzo jak go nienawidziła, przynajmniej wiedziała, że umiał prowadzić ludzi.

Nie nadawała się na tą rolę.

Wiedziała, że nie. Stąd wahanie.

- Nie – rzuciła chłodno, wstając i sprawiając, że jej czarny płaszcz zafalował na powiew wiatru – Głupie pytanie

Natasha podążyła za nią, kiedy skierowała się do hangaru.

- Nie głupie, jeśli prawdziwe – powiedziała spokojnie, po czym przejechała wzrokiem po hangarze i wyszczerzyła się, nagle stając przed nią – Kogo moje piękne oczy widzą? Родители?(Rodzice?)

Ginger zamarła w bez ruchu, powoli na nią spoglądając, ale nie mówiąc nawet słowa.

- Więc…pogrzebałam trochę – wyjęła zdjęcie z kieszeni swojej kurtki i dwoma palcami je trzymając, pokazała jej – I nieco śmieci się znalazło. A razem z nimi…

Tamta zmrużyła oczy, jednym zwinnym ruchem wyszarpując jej fotografię, a drugim zawijając się na niej tak szybko, że po chwili była na ziemi.

- To – zacisnęła dłoń na jej ciele – W moich znaczeniach nazywa się „pogwałcenie prywatności" i gdybym była Ivy, dawno leżałabyś z głową nabitą na pal – wysyczała, wstając, otrzepując się i zwracając się w inną stronę.

Zatrzymała się jednak na śmiech.

- Dobrze, że Ivy tu nie ma, huh? – puściła jej oczko, podpierając się o łokcie i spoglądając na nią radośnie.

- Chcesz mnie sprowokować?

- Co, ja? – zaśmiała się – Nie, oczywiście, ale – wstała, podchodząc nieco bliżej – Ale wiem, co nieco o rodzinie i…

- I doszłaś do wniosku, że to nie twoja sprawa? – warknęła ostro – Bo mi się wydaje, że Klanem rządzę na tą chwilę ja i w każdej chwili możesz z niego zostać wydalona na zbity pysk za wtykanie swojego nosa w nie swoje sprawy.

- Ginger, to nie jest teraz pomiędzy dowódcą, a żołnierzem – stwierdziła, marszcząc nieco czoło – Ale przyjacielem, a przyjacielem.

Nie mam przyjaciół, pomyślała sucho, straciłam ich dawno temu.

Jednak Natasha przybrała bezpieczną pozycję, ramiona swobodnie zwisały jej po bokach, a wyraz twarzy nie był tak ostry jak zawsze, tylko złagodniał. To sprawiło, że Ginger zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech.

Opanuj się, poleciła sobie.

- Mam spotkanie – powiedziała mimo to.

Natasha skinęła głową.

- Mam tego świadomość – mruknęła w końcu, patrząc na nią – To raczej propozycja na dalszą datę. Zaraz po całym tym zamieszaniu.

Ginger patrzyła na nią długo, zanim odwróciła się bez słowa.

- Nikt nie powiedział, że zostajemy tu na długo – wymamrotała do siebie, idąc w stronę odpowiedniego pokoju.


- Okay, obydwaj mamy na celu dobro Klanu – stwierdził Seth do Ginger, kiedy uparcie wpatrywała się w niego z gniewnym wyrazem twarzy.

- Jesteś dowódcą dłużej ode mnie a popełniasz ten sam błąd, co reszta – stwierdziła w końcu, prychając na minę Shane'a – Shane się zgodzi.

Seth spojrzał wymownie na syna, który wskazał na Zaryę, która przez chwilę wpatrywała się w stół, później skinęła do siebie głową, po czym uniosła głowę.

- Ma rację – stwierdziła za nich obu – Użycie akt z Pokoju Wiedzy…

- …archiwów.

- …poskutkuje zamknięciem całego Klanu – zignorowała jego poprawkę i położyła dłonie na meblu przed nią – Czego będzie rezultatem chęć zemsty wszystkich członków.

- Zabicie ich też nie jest opcją – stwierdził Shane, zeskakując z krzesła na którym balansował – Nie chcemy żadnej rzezi.

Włączając się do dyskusji, Ginger wskazała na mapę przed nimi.

- Temple'owie są w więzieniu – zaczęła, wskazując jeden punkt – Reszta jest aktualnie rozrzucona po całym kontynencie – zrobiła kółko wokoło Australii.

Zarya wzięła głęboki wdech.

- Dwie najbardziej skuteczne opcję dla nas – popatrzyła na Seth'a, który wpatrywał się dziwnie w punkt gdzie znajdowało się więzienie – Albo dać im lepszego, zaufanego dowódcę i zabić Jack'a i Diane. Albo – wydech – Albo wprowadzić akcję „Czarna skrzynka".

Donnelly zamrugał, przekrzywiając głowę.

Ginger spojrzała na nią zaskoczona.

- Dowódca musiałby zapowiedzieć rozkaz – powiedziała jednak Rodriguez – Inaczej nie posłuchają.

- Tak i… - odchrząknęła – Mogę mieć…pomysł jak się za to zabrać – zmieniła pozycję, kiedy Shane wyszczerzył się, kręcąc głową.

- Wiedziałem, że te wasze dowcipy się kiedyś przydadzą – stwierdził.

Ginger popatrzyła na Seth'a, kiedy tamten odchylił się i wskazał dłonią żeby kontynuowała.

- Jack i D oczywiście, w życiu by nie zarządzili tej akcji – prychnęła rozbawiona – Nawet nie trzeba próbować. Cenią Klan tak bardzo jak ja Zivę – odchrząknęła na pauzę – Ale także nie zrobią niczego z własnej woli.

- Chcesz ich wykiwać.

- Cóż…nie nazwałabym tego „wykiwaniem", ale nie jest to także całkowicie zgodne z prawem z tego, co się dowiedziałam – Prowl, muszę ci później podziękować, pomyślała do siebie – Ale potrzebuje czegoś z każdego Klanu.

- Oh?

- Tak – potwierdziła niechętnie – Mianowicie dragów, mocno manipulujących suk i kogoś kto ma kontakty w kiciu.

Ginger uniosła do góry brew.

- Mocne słowa – stwierdził Shane.

- Oh, tak – zgodziła się – Ale mam plan i potrzebuje tylko środków.

- Jakich dokładnie narkotyków ty chcesz? – spytał ostro, przerywając im rozmowę, kiedy Zarya miała mówić jeszcze dalej – To nie zabawa, dziecko. Nie mieszaj czegoś, jeśli nie znasz każdej możliwej porażki jaka może się stać.

- Takich, co sprawiając, że nie jesteś zbytnio świadom tego, co robisz – odpowiedziała, nie zwracając uwagi na komentarz – Coś, co sprawiłoby, że robiliby to, co chcielibyśmy.

Seth usiadł ciężko na obrotowym krześle, biorąc głęboki wdech.

- Ile by to było, Shane?

- Niewiele – stwierdził powoli – Ci od Ginger dadzą sobie radę z kilkoma minutami.

Mruknął coś do siebie.

- Igracie z ogniem

Ginger wyszczerzyła się.

- Igraj z ogniem, jeśli chcesz go ugasić – zacytowała – Nie rozżarzyć.

- To nie miało sensu – wymamrotała pod nosem.

Ginger wzruszyła ramionami, rzucając jej wskaźnik i marker, po czym wskazała na tablicę.

- Czas pokazać, ile ten rok z taktykiem ci się opłacił – puściła jej oczko, siadając na krześle i opierając się o nie.

Zarya wzięła głęboki wdech, kierując się w jej kierunku.


- Danielle?

- Ziva – poprawiła sucho, spoglądając na nią ostro – Możemy wejść?

Zmierzyła wzrokiem obydwu, mrużąc oczy jednak tylko na Sideswipe'a, którego rozpoznała z ostatnich spotkań, po czym zmarszczyła czoło na Barricade'a, wytrzeszczając nieco oczy.

- W coś ty się wpakowała? – syknęła.

Ziva uniosła do góry brew, patrząc do tyłu na Decepticon'a, unosząc brew, kiedy zobaczyła, że był ubrany w policyjny uniform. Uśmiechnął się uwodzicielsko.

- Witam – Ziva zamrugała, patrząc odruchowo na Sides'a, który wywrócił oczami – Oficer Brian Cade.

Jej matka zamrugała jeszcze raz, po czym osunęła się.

- Proszę wejść – spojrzała znacząco na Zivę, która w odpowiedzi wywróciła oczami – I idź do swojego pokoju, Danielle. Razem z tym swoim kochasiem.

Ugh, mruknęła w myślach.

- To najpierw schowaj swojego u siebie – odpyskowała, idąc do góry i kiwając na Sides'a, żeby poszedł za nią.

Barricade w tym samym czasie, posłał jej uśmieszek, przechodząc przez próg i rozglądając się po pomieszczeniu. Jak na dom człowieka, który spłodził Zivę Hale, wyglądał on dosyć żałośnie w jego opinii. Nie był fanem kolorów, ale biały przypominał mu ludzki szpital.

- Więc? Co tym razem zrobiła? Znowu włamała się do jakiegoś systemu?

- Nie – zaprzeczył powoli, nadal się rozglądając i nie racząc na nią nawet spojrzeć – Dlaczego? To jakiś zwyczaj żeby przychodziła z glinami?

- Nie pierwszy raz – odezwała się niezadowolona – Wiecznie pakuje się w kłopoty, tylko nie rozumiem, co tutaj robi – spojrzała na niego dziwnie, kiedy skierował się do zdjęć wiszących na ścianie.

- Prawdziwa tragedia – zanim kobieta otworzyła usta żeby skomentować jego sarkazm, tamten puknął palcem w jedną z ramek – Nie ma tu pańskiej córki?

Carly zmrużyła oczy, patrząc w jego kierunku.

- Nie, miała projekt w szkole – wyjaśniła krótko – Może pan wyjaśnić, co pan tu robi razem z nią?

- A tutaj? Także zajęta szkołą? – zignorował ją, wskazując na kolejną fotografię,

- Wizyta u psychologa – rzuciła sucho, zaciskając nieco pięści – Więc?

Odwrócił się w jej stronę, przekrzywiając nieco głowę.

- Więc, co? – uniósł brew za swoimi okularami – Mam zrobić pani wykład na temat tego, jakim pani jest beznadziejnym rodzicem?

Kobieta zesztywniała na ten komentarz.

- Nie widzę jakim sposobem to pana problem – stwierdziła w końcu, mrużąc oczy.

- Oh, ale ja widzę i to najważniejsze – usiadł na szafce, opierając ręce o nogi i chowając okulary, szczerząc się niebezpiecznie kiedy się wzdrygnęła na kolor jego tęczówek.

- Cz-czego pan chce?

- Haha, porozmawiać, oczywiście – puścił jej oczko – W czasie kiedy Ziva pogada sobie ze swoim strażnikiem, ty i ja utniemy sobie małą, bardzo przyjemną pogawędkę.

Carly spoglądała na niego długo, mięśnie okropnie napięte kiedy przełknęła ślinę.

W pewnym sensie, miała ochotę krzyczeć na pomoc, bo nie było możliwości, że gościu był zdrowy psychicznie, ale ta druga część jej, ta ciekawska sąsiadka, miała wrażenie, że to, co miał do powiedzenia było okropnie ważne.

- O czym?

- Zivie oczywiście.

- Danielle – poprawiła kąśliwie.

Na to, jego uśmieszek poszerzył się.

- Oto jesteśmy ~ - powiedział śpiewnym głosem – Pierwsza sprawa, o której sobie dzisiaj powiemy, panno Hale. No to co? – wskazał na drugi koniec pomieszczenia, gdzie znajdowało się krzesło – zaczynamy?


- Jest tam trochę za cicho – mruknęła Ziva, leżąc na łóżku – Myślisz, że już ją zabił?

Sideswipe uniósł głowę z tego, na co patrzył, na chwilę będąc cicho, po czym potrząsając głową.

- Tak bardzo, jakbyśmy tego chcieli, nie. Słyszę jak rozmawiają – odparł, unosząc do góry jeden przedmiot z jej szafki – Ładne – skomentował.

- A tam, z jakiegoś konkursu – machnęła dłonią, przewracając się na plecy i spoglądając na sufit – Ej, widzisz to? – wskazała na świecące, przyklejone gwiazdki – Dostałam od dziadka na urodziny.

Sideswipe zerknął na obiekty w górze, uśmiechając się.

- Też ładne – zwrócił się do szafy zamkniętej na klucz – A tu, co jest?

Ziva spojrzała w jego stronę, marszcząc brwi, po czym wzdychając.

- Dzienniki – odpowiedziała – Notatki. Zdjęcia. Stare rupiecie – wzruszyła ramionami, sięgając po coś pod materacem, po czym rzucając w jego stronę kluczyk – Masz, nie znajdziesz tam nic ciekawego, ale cokolwiek – i wróciła do oglądania gwiazdek, widocznie niechętna do jakiejkolwiek interakcji ze sprzętem w jej pokoju.

- A tak właściwie, dlaczego szafka jest na klucz? – zapytał w czasie kiedy wyjął pierwsze pudełko.

- Matka lubiła szperać w moich rzeczach – stwierdziła kwaśno, prawdopodobnie się krzywiąc na tą myśl – Najcenniejsze schowałam tam, a później zapomniałam o nich.

Sideswipe wymamrotał coś, po czym otworzył opakowanie, wyjmując stos kartek. Zmarszczył czoło, przeglądając większość, po czym spojrzał na nią.

- Rysunki?

- Oh, haha, tak – kolejny grymas – Nie lubiłam rysować, więc je schowałam.

- Dlaczego ich nie wyrzuciłaś? – odłożył je na bok, patrząc na dno – Nie byłby tak łatwiej?

- Ah, prawdopodobnie. Ale matka by się dowiedziała.

- Masz talent – stwierdził mimo to, na co jej głowa od razu zwróciła się w jego stronę, oczy jakby się ściemniły na komentarz – Prawie jak Zarya, tylko wiesz…młodsza wersja, dlaczego…?

- Nienawidziłam tego – przerwała mu. Auć, wrażliwy temat, pomyślał do siebie zdezorientowany – I tyle.

- Ziva, ale…

- Za dużo wyrażało – powiedziała wreszcie, ucinając go i biorąc głęboki wdech – Nie lubiłam jak bardzo.

Sideswipe gapił się na nią, po czym wrócił do reszty rzeczy.

- Cóż, jak dla mnie powinnaś kontynuować – wzruszył ramionami, ale dziewczyna już więcej się nie odezwała.


- Dlaczego to robisz? Jesteś jej…przyjacielem czy…?

- Oh daruj sobie te gadki – zeskoczył z szafki, opierając się o nią i wyjmując telefon z kieszeni – Proszę cię, nienawidzę takich insektów jak ona. Utrudniają mi tylko życie – machnął dłonią, pisząc coś na urządzeniu.

Carly wpatrywała się w niego.

- Nie rozumiem…

- Nie masz rozumieć, masz słuchać – odłożył komórkę – Pierwsze: Ziva nazywa się Ziva. Danielle nie istnieje w tej konwersacji.

- Powinnam wywalić cię za drzwi – stwierdziła.

- A ja rozjechać – skwitował – Ale nadal tutaj siedzisz, więc uznaj to za dzień dobroci dla debili. A teraz – ignorując jej oburzoną minę, popukał w gablotkę nad sobą – To coś, to wszystko, co zostało zdobyte przez twoją kochaną rodzinkę, tak?

- Tak, ale…

- „Tak" wystarczy – uciął ją – Ziva powinna mieć tutaj przynajmniej z dziesięć do dwudziestu nagród. Zalety bycia tym „perfekcyjnym" dzieckiem, nie? – nawet ona mogła wyczuć sarkazm – Pytanie tylko, dlaczego ich tu nie ma?

Carly odwróciła wzrok, jej blond włosy zakryły jej nieco pomarszczoną już twarz.

- No?

- Wyciągnęłam je.

- Ano właśnie – cmoknął ustami – Kochana mateczka, hmm? Wstyd, a to ty powtarzasz, jakim to ona jest zawodem w waszych oczach.

Kolejne zaskoczenie.

Barricade był nagle mocno wdzięczny za internet i urządzenie zakrywające sygnatury Con'ów inaczej dawno byłby namierzony przez NEST.

- Nie masz bladego pojęcia, jaką relację mam z Da…Zivą – poprawiła się na jego karcący wzrok, kiedy zaczął bawić się telefonem z cichym westchnięciem – Także nie jest to twój interes czy się z nią dogaduje…

- Otóż w tej chwili, mam taki kaprys i jest to mój interes – po raz kolejny wciął jej się w zdanie z uśmieszkiem – Nazywa to się, negocjacje międzyludzkie. Bardzo popularne. Uwzględnia to rozmowę, czego wy obydwie nie robicie.

Carly siedziała cicho.

- Raaaacja – przeciągnął, oczy zabłysły z samo-zadowoleniem – Z gadaniem u was to kiepsko, insekty jedne. Pft!

Cisza.

Westchnął.

- To będzie nudniejsze niż słuchanie Soundwave'a, kiedy gada o muzyce – wymamrotał do siebie, kręcąc głową.


- Ludzie zawsze umierają – stwierdziła Ginger, kiedy Natasha poruszyła temat jej rodziców – Jeden czy trzy mniej nie robi dla mnie już różnicy.

- Gadanie – rzuciła się na jej łóżko, szturchając ją ramieniem – Życie klanowskie nie jest dla ciebie, Ginger. Za dużo przez nie straciłaś.

- Nie mam już…

- Ci dwaj – przerwała jej, spoglądając na zdjęcie w jej dłoni – Rodzice.

Ginger zamknęła oczy.

- Nie mogę wrócić.

- Tutaj jesteś, kochana, w błędzie – popatrzyła na nią poważnie, kiedy Rodriguez uniosła do góry brew, mimo to, Natasha wiedziała, ze ten błysk w oku to nie jakieś złudzenia optyczne – Jest szansa, że można to bagno odkręcić.

- Oddając władze.

Spojrzała na nią, kiedy GiGi wzięła głęboki wdech.

- Jak…?

- Rodzina – zaśmiała się – To my tworzyliśmy regulamin, kodeks i zasady. Znam je na pamięć, mimo, że mam momenty gdzie się gubię – wzruszyła ramionami – Ale za dużo chaosu. A teraz, wycofywać się?

- Boisz się reakcji – stwierdziła.

- Raczej tego, czym ona może być spowodowana.

- Ginger…

Dziewczyna wstała, wzdrygając się na ten ton, ale pokręciła głową. Jej dłonie zacisnęły się na zdjęciu, kiedy złożyła je w pół i schowała do kieszeni jeans'ów.

- Klan…to nie rzecz, która jest brana tak lekko, Natasha – stwierdziła, zaciskając pięść – Nie możesz…nie można, zakładać, że wymigam się z czegoś…

Coś spadło na ziemię. Albo raczej rozbiło się o ścianę, kiedy kobieta naprzeciwko zwróciła się do niej z wściekłym grymasem.

- Przestań w końcu поставить на второе место (stawiać się na drugim miejscu), cholera jasna! – warknęła, biorąc ją za kurtkę i przygniatając do ściany – Nie ma czegoś takiego jak „brak wyjścia", więc zaprzestań tych gierek.

- To żadne gierki… - zaczęła ostro.

- Są, ty małostkowy трус (tchórzu)! – syknęła, kiedy tamta zesztywniała – Myślisz, że jak wychowałaś się tak, a nie inaczej, to nie ma powrotu? Ludzie umierają. Ranią cię. Sprawiają, że masz ochotę умереть (zdechnąć). Jakim prawem kierujesz się, nie próbując nawet się temu przeciwstawić?

- Natasha!

- Нет! (Nie!) – odepchnęła się od niej, niemal z niesmakiem – Rodzina…jest ważna, Ginger. Rodzina to ta rzecz, która sprawia, że jesteś silna. Bez niej – spojrzała na nią poważnie – jesteś niczym. Zawsze jest coś wartego walki.

Rodriguez sapała, ręką podtrzymując się tak, żeby nie upadła.

- Natasha…

- Что?! (Co?!)

Ginger zakaszlała z kwaśnym uśmiechem, prostując się powoli.

- Dzięki – zachrypiała.

Natasha, która nawet nie zdawała sobie sprawy, że miała wtedy dłoń na jej gardle, przekrzywiła głowę, nie rozumiejąc nagle o co jej chodzi, kiedy tamta popatrzyła na torbę, którą miała w kącie kątem oka.

- Za co?

Tamta prychnęła, unosząc do góry brew.

- Właśnie znalazłam następcę.