14. Stargazer.
„They say take the risk. But they never said what to do when you get hurt during that."
- Blaze
- Z Sunstreaker'em?
Szok.
- Tak, Jazz. Z Sunstreaker'em – dziewczyna westchnęła, patrząc na niego, kiedy uniósł do góry brwi, ściągając swój wizjer – To jakiś problem?
- Ty mi powiedz – Jazz potrząsnął głową, starając się otrząsnąć – Może Sunny coś brał? Albo ktoś mu groził? Albo…
- Jazz, jestem pewien, że gdyby Sunstreaker coś brał, Ratchet zaciągnąłby go to działu medycznego w minucie w której wyczułby, że coś jest nie tak – Prowl się wtrącił, zaznaczając ostatnie punkty na data-pad'zie – Jeśli Ratchet nic z tym nie robi, my też nie powinniśmy.
Sabotażysta spojrzał to na niego, to na dziewczynę, która ze zmrużeniem oczu skrzyżowała ramiona. Wtedy wywrócił oczami.
- Dobra, spoko! Ale jak się okaże, że coś brał, nie zwalajcie winy na mnie!
- Jazz… - Prowl zaczął, ale tamtego już nie było – Wybacz mu, Jazz potrafi być…nadopiekuńczy – stwierdził z grymasem.
Zarya skinęła głową, nie wiedząc jak odpowiedzieć.
Nadopiekuńczy.
Słowo z którym zetknęła się tylko kiedy miała do czynienia z Zivą, bo jej własna rodzina jej nienawidziła i nawet nie obchodziło jej czy miała gdzie żyć.
- Oczywiście – wymruczała, biorąc data-pad, który taktyk jej podał – Dzięki Prowl.
Może to było zmęczenie, a może sobie to wyobraziła, ale wydawało jej się, że zobaczyła cień uśmiechu na jego twarzy, kiedy zamykała drzwi.
- Potrafisz wybierać miejsca na spotkania – stwierdziła do siebie, kiedy Sunstreaker prychnął na jej kolejny komentarz – Godziny także.
- Wybacz – pokręcił głową – Nie było czasu, byłaś zajęta innymi insektami.
- A ty byłeś zajęty sprawą z Sideswipe'em – przypomniała, sprawiając, że chłopak z boku nieco się spiął. Skrzywiła się. – Prze….
- Nie, nie – wziął głęboki wdech, patrząc przed siebie, na gwieździste niebo – Zdaje sobie z tego sprawę – wypuścił powietrze z płuc – Nie jest łatwo, kiedy więź zostaje wystawiona na próbę dystansu i czasu.
Oh, wiem, stwierdziła sucho w myślach. Gdyby mogła, rozszarpałaby Zivę za ból przez jaki musiała przechodzić. Co prawda, nie było to na pewno tak bolesne jak rozłąka jej strażnika i strażnika jej siostry, ale nadal; Gdyby Ziva chociaż raz pomyślała zamiast reagować, może nie byłoby całej te sytuacji.
- Boli, nie? – doskoczyła do niego, kiedy przyśpieszył lekko – Więc? Dowiem się, po co mnie tu przyprowadziłeś? Czy będę trzymana w niepewności?
- Niech zgadnę, Jazz mocno się wczuł w rolę opiekuna? – Sunstreaker podszedł do trawiastej wysepki przy brzegu oceanu. Zarya mogła niedaleko zobaczyć złote lamborghini, błyszczące w blasku księżyca.
- Mniej więcej – zgodziła się, siadając na wyłożonym kocu – Miał słuszność się obawiać?
Zarya nie wiedziała czy po raz kolejny jej się coś wydawało, ale przez chwilę jakby Sunny wyszczerzył się do siebie, siadając obok.
No…czyli staje się szalona szybciej niż myślałam, stwierdziła, widząc, że po uśmieszku nie było ani śladu, a na jego miejsce wstąpiła niemal zimna maska. Uważaj kiedy dotykasz lodu, powiedział kiedyś James White, ich dyrektor, nigdy nie wiesz czy się do niego przylepisz.
Dzień mądrości, pomyślała.
- Zależy, co Jazz określa jako niebezpieczeństwo – stwierdził kwaśno – Wiemy, że czasami przezwycięża Red Alert'a kiedy chodzi o paranoję.
- Nie wiem – przyznała, wzruszając ramionami – Nie pytałam.
Sunstreaker wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym położył się na kocu, z rękoma za głową i jednym kolanem podkulonym. Zarya tylko oparła się jedną ręką z tyłu, oglądając ocean z pozycji pół leżącej.
- Wylatujesz jutro – stwierdził w końcu, ale żadne z nich na siebie nie spojrzało – O świcie, nie?
- Yep – mruknęła – Australia czeka na nas z otwartym arsenałem broni.
- Nie musisz tego robić, wiesz? – Sunstreaker stwierdził po chwili, na co tamta uniosła do góry brew, zerkając na niego – Co cię obchodzi wojna Klanów? Ty zostajesz w Stanach.
- Obchodzi, bo setki niewinnych ludzi mogą w niej zginąć – burknęła oburzona – Nie pozwolę Diane i Jack'owi na coś takiego.
- A jak coś ci się stanie? Ostatnio zostałaś postrzelona. Muszę przypominać ci, że ledwo uszłaś z życiem?
- Lennox zasługiwał żeby żyć – warknęła nagle.
- Ty także.
Zarya z gotową odpowiedzią, zamarzła na ten zimny komentarz, nie wiedząc za bardzo, jak zareagować na takie coś. Brązowe oczy zwęziły się jednak, kiedy wstała, otrzepując się.
- Lennox ma dziecko. Żonę. Rodzinę.
- A ty nie?
Wywracając oczami, Zarya prychnęła.
- Teraz mam, Sunstreaker, ale on zasługiwał na to bardziej – podeszła do niego bliżej, zauważając, że on sam wstał – A ja nie zamierzam wybierać tylko dla siebie, okay? Dziecko nie powinno dorastać bez ojca.
- Zobacz, kto mówi – pokręcił głową, kładąc dłonie na jej ramionach, zaciskając lekko – Co jeśli znowu coś się stanie?
- Jak zginę, to zginę – syknęła, odrzucając jego uścisk – Nie pozwolę na wojnę z ich powodu. Nie pozwolę żeby znowu był chaos.
- A ten mały człowieczek Seth nie jest królem chaosu? – przypomniał ostro – Stworzyli to piekło, niech je teraz gaszą, a nie wtrącają w to tych, co już dawno z Klanami skończyli.
- Nie pozwolę!
Sunstreaker zamilkł na ten głośny głos, tylko wpatrując się na nią gniewnie.
Zarya wzięła drżący wdech.
- Nie będę samolubna – zadrżała – I nie będę tym, czego nienawidzę. Nie taka jestem.
Z tym zdaniem, uniosła głowę wysoko i odwróciła się, idąc w stronę skąd przyszli. Z oddali mogła usłyszeć wściekłe rykniecie silnika, ale już się nie obejrzała. Nie miała po co.
- Możesz nawet nazywać się „Pan Świata" – Ginger stwierdziła, siedząc na jednym z jeep'ów, patrząc surowo na Seth'a, który zirytowany wywrócił oczami – A ja i tak nie wyjawię, o co dokładnie chodzi.
- Odesłałaś SAMOLOT – zaznaczył sucho – Rozumiem człowieka, ale SAMOLOT?
Machnęła dłonią.
- Mają ich pełno, jeden w tą czy tamtą stronę nie zrobi im różnicy.
- To był MÓJ samolot – stwierdził oblizując wargi.
- Był podpisany? – Seth warknął coś pod nosem – To masz pecha. Rany, gościu, weź zluzuj, to nie tak, że ci go nie oddamy, nie?
Donnelly powrócił myślami do wszystkich wypadków w jakich uczestniczyły jego transporty i jej Klan, mentalnie krzywiąc się na obrazek jego prywatnego samolotu zderzającego się z kolejną górą.
- W jednym czy kilku kawałkach? – zapytał.
Ginger przygryzła wargę.
- To to ma znaczenie? – zapytała się, a widząc jego wzrok, wywróciła oczami – Oczywiście, że w jednym kawałku, za kogo mnie uważasz?
- Niezrównoważoną osobę o niekonwencjonalnych metodach radzenia sobie z problemami – powiedział szczerze i dobitnie.
- Hej, ale moje metody działają, nie?
- Na krótką metę – powiedział z niezadowoleniem.
- Słuchaj, Seth…Donnelly, cokolwiek – zeskoczyła z pojazdu, jej płaszcz nieco się podwinął, kiedy sięgnęła do kieszeni – Mam plan. Zarya ma plan. Cholera, jestem pewna, że ty masz plan A, B, C…ogólnie zabrakłoby mi alfabetu. W tej chwili – puknęła go ostrzem w ramię, które wyciągnęła z pochewki przy jej pasie – Próbuje zadbać o moją przyszłość.
- Odsyłając mój samolot.
- Rany Boskie, przecież mówię, że go odzyskasz! – wywróciła oczami, odsuwając się – Robię coś dla siebie, okay? Dla siebie. Nie Klanu, nie Zaryi i tej jej durnej rodzinki. Siebie. I Primus świadkiem, że jak spróbujesz mi to sknocić, następnym razem dostaniesz ładny prezent świąteczny w formie odłamka swojego serca.
- Biologicznie niemożliwe – skwitował.
- To serca kogoś innego – poprawiła się – Ale dostaniesz i pożałujesz.
- Mam się bać ciebie? – zaśmiał się z kpiną – Ciebie? Ze wszystkich ludzi na tym popieprzonym świecie, myślisz, że ulegnę bo nastolatka mi grozi?
Mam rocznikowo 20 lat, pustaku, pomyślała.
- A myślisz, że ja się boję takiego starego dziada jak ty?
Seth otworzył usta, po czym prychnął, okrążył ją i klepnął po plecach.
- Ivy byłaby dumna – stwierdził złośliwie – Masz jej geny.
Palce zacisnęły się na klindze, kiedy dziewczyna z rozmachem odwróciła się z okrzykiem, przecinając ostrzem powietrze. Zamrugała zaskoczona, ale Seth'a nie było nigdzie.
- Niech to – mruknęła do siebie, prostując się i chowając miecz.
Może jednak powinna popracować nad swoim temperamentem?
- Okay, mam tego wszystkiego dość! – warknęła, schodząc w dół po schodach, pozostawiając echo – Wszystkiego. Dość! Mam dość ciebie Sides, Ciebie ty sarkastyczny, wredny pustaku i całej tej durnej afery!
I wtedy z tupnięciem nogi, stanęła w salonie.
Barricade opierał się o framugę wejścia do wielkiego pokoju, Sideswipe otworzył usta, a…Carly stała z…
Kim?
- Co do…? – popatrzyła na nieznajomego, który uśmiechnął się cynicznie – Co…?
- Córeczka? – tamten spytał, oglądając ją wzrokiem – Ładne to~
- Hej, wypraszam sobie – skrzyżowała ramiona – Nie jestem „to".
- Wybacz mu – Barricade się wtrącił, odpychając od ściany – Thundercracker ma…specyficzne poczucie humoru – zmierzył mężczyznę zdegustowanym wzrokiem, kiedy tamten wzruszył ramionami.
Ziva otworzyła usta, po czym je zamknęła.
- Nie mam pytań – stwierdziła ze skrzywioną miną, po czym popatrzyła na matkę.
Właśnie w tamtym momencie, wszystko jakby ucichło. Carly tylko się w nią wpatrywała. Tępo. Nie ruszając się. Nie robiąc dokładnie NIC, sprawiając, że dziewczyna nerwowo zmieniła swoją pozycję.
Wszystko jakby zatrzymało się w czasie, kiedy Carly w końcu wzięła drżący wdech.
'Widzisz to? To twoja córka na zdjęciu ze swoimi przyjaciółmi. Swoimi. Uśmiechnięta. Prawdziwie. A widzisz to? To jej zdjęcie na uroczystości jej urodzin w gronie osób, z którymi zmuszona była egzystować. Widzisz te oczy? To nie jest szczęście. To jest wyraz twarzy kogoś kto chce się zabić."
'Daj mi to rozprostować, okay? Jesteś okropnym rodzicem. Ten twój mężulek wcale nie jest lepszy, ale widzisz to? Ziva była w szpitalu przez dwa tygodnie, żaden z was się nie ruszył żeby jej jakoś pomóc. Ziva miała tylko Zaryę. Was to nawet nie obchodziło.'
'Jakie to żałosne, prawda? Bandzie obcych form życia z kosmosu bardziej zależy na twojej córce, niż tobie samej.'
'Powinienem zrzucić cię tutaj, do oceanu. Powinnaś cierpieć tak bardzo jak ona; I weź to sobie do serca, bo nienawidzę ludzi.'
'Twoja córka nie miała rodziny, ona miała piekło. A ty to piekło stworzyłaś. Ty stworzyłaś w niej dwie osoby; Danielle i Zivę. Zgadnij, która z nich przetrwała, a która tak naprawdę żyje?'
'Gdybym był tobą, byłbym dumny.'
- Okay, co się tutaj…
Urwała, kiedy kobieta wpadła na nią, obejmując ją w talii i tym razem, Ziva mogła poczuć jak mokra była jej bluzka, jak bardzo czerwone kobieta miała oczy i mimo, że mózg leciał jej w kółko trzysta czterdzieści razy, sprawiając, że było jej niedobrze, jedyne pytane jakie krążyło jej w głowie to czy aby na pewno zeszła do tego samego domu.
- Przepraszam.
Powinna nie zareagować. Albo skakać z radości, bo cholera, Carly Hale przeprosiła, ale zamiast tego, Ziva zacisnęła pięści, nie odwzajemniając uścisku, kiedy poczuła oślepiający gniew.
- 'Przepraszam' niczego nie naprawia – stwierdziła sucho – Trochę na to za późno.
- Ziva, błagam.
Brunetka zamrugała zaskoczona. Kobieta musiała to wyczuć, bo odsunęła się lekko patrząc na nią i Boże, wyglądała okropnie według dziewczyny. Zmęczona, stara osoba, zagubiona we własnych zasadach i ostrych kryteriach.
- Ziva? – zapytała.
Carly uniosła głowę, oczy wyrażały czysty żal, kiedy dziewczyna potrząsnęła głową.
- Przepraszam – jedno słowo, a trzymało emocje wielu lat trzymania tego wszystkiego w zamknięciu w jej perfekcyjnym świecie – Przepraszam cię tak bardzo – brunetka cofnęła się o krok – Ziva błagam, wiem. Wiem, że cię zraniłam, wiem, że…
- Oszczędź mi mówienia o czymś, o czym wiem – ucięła ją szorstko – Wiem dokładnie, co zrobiłaś.
- Przepraszam.
- Nie obchodzi mnie to.
Obchodzi, ale się boję, chciała powiedzieć zamiast tego.
Obchodzi, ale wiem, że jest już za późno.
Obchodzi, ale nie potrafię ci wybaczyć.
Kobieta załkała żałośnie, sprawiając, że Ziva się skrzywiła. Sideswipe położył dłoń na jej ramieniu, nawet pomimo tego, że dziewczyna nadal na niego nie spojrzała, wlepiając wzrok w swoją matkę. Nawet Barricade uniósł do góry brew, kiedy TC zmarszczył czoło, czując się niekomfortowo w tamtej sytuacji.
- Ziva, ludzie popełniają błędy – powiedziała w końcu, pociągając nosem – I ranią innych, ale ja nie wiedziałam…Na Boga, nie wiedziałam, że…że tak bardzo to zniszczyłam.
Zniszczyłaś mi życie, pomyślała, ale milczała przetwarzając tamte słowa.
- Wybacz mi, błagam.
Wybacz. To jakiś żart?
- Każdy zasługuje na drugą szansę.
Ziva zadrżała, rzucając w nią zgniecioną kartką, którą kobieta ledwo złapała, kaszląc i patrząc na dziewczynę zdezorientowana. Ziva skinęła żeby kobieta ją otworzyła.
- Co to jest?
Zaciskając żeby, dziewczyna zaśmiała się.
- Ogień. – uzyskała zaszklony, pytający wzrok – Kiedy spaliłaś mój szkicownik. A tamto? Ta kotwica? To wtedy, kiedy zniszczyłaś mi laptop, bo przyniosłam złą ocenę.
Bolało. Słowa paliły jej gardło. Mówienie stawało się trudniejsze, ale zmierzyła ją twardym wzrokiem.
- Więc starałam się bardziej. Nie rysowałam, nie siedziałam w internecie, zrezygnowałam z szukania wad w tym, co mówiłaś – przejechała dłonią po twarzy, nie pozwalając łzom spłynąć – Chciałam, żebyś mnie kochała.
Carly teraz już była cała zapłakana, drżała na całym ciele.
- Kocham cię, córeczko… – wyciągnęła do niej dłonie, patrząc zbolała.
Ziva potrząsnęła głową.
Kochasz tę, którą stworzyłaś. Kochasz Danielle. Ja się nie liczę.
- Ziva, proszę, daj mi szanse.
Dałam. Wiele razy. Spaliłaś je. Jak moje życie. Dzięki.
Mózg krzyczał 'wyjdź', serce mówiło 'zostać'. W połączeniu Ziva miała wrażenie, że jednym wyjściem było wybaczenie, ale odejście.
- Spasuje tym razem – stwierdziła.
Carly zamrugała, ostatni raz próbując ją chwycić, kiedy Ziva ominęła ją bez nawet drugiego spojrzenia. Tak po prostu. Serce rozrywało jej się w pół, ale szła dalej. Bolało.
Ale znowu, kiedy życie nie bolało?
Przestań, przestań, przestań, powtarzał sobie, zamykając z głośnym hukiem drzwi i osuwając się po ścianie, przestań, przestań, przestań.
Łzy cisnęły mu się na oczy, kiedy schował głowę w kolanach. Miał ochotę wyrwać sobie włosy, skórę, cokolwiek. Jakaś dziura w jego sercu nagle trzymała go tak mocno, że miał wrażenie, że wszystko nagle miało skończyć się źle.
Zaskomlał.
Przestań.
Żałosne.
Porażka.
Kopnął w pobliską walizkę. Tamta odbiła się od ściany i uderzyła w komodę, sprawiając, że stojące na niej zdjęcie w ramce, spadło na ziemię. Nie zbiło się. Shane nie wiedział czy się z tego cieszył czy wręcz przeciwnie.
'Shane, prze…'
'Kocham cię.'
'Nie chciała cię.'
'Jesteś niczym.'
Przestań!
To był ten moment; kiedy nawet jego własny umysł był przeciwko niemu, kiedy nawet rzeczywistość wydawała się oddalona o lata świetlne. Mając zamknięte oczy, Shane nadal widział twarz swojej matki. Znienawidzonego ojca. Wszystkich, którzy powiedzieli, że rodząc się w śmietniku, śmieciem pozostanie do końca życia.
'Weź się w garść.'
'Życie idzie dalej.'
'To wszystko na co cię stać? Mocniej!'
Przestań, przestań, przestań!
Wstał, kopiąc walizkę jeszcze raz, po czym podnosząc ramkę i nie myśląc dwa razy, rzucił nią o ścianę.
Trzask! Szkło rozbiło się na kilka dużych kawałków. Spadły na ziemię, w bladym świetle ostrze krawędzie jakby do niego wołały. Wszystko się waliło, może… może to oszczędziłoby mu bólu?
'Nic ci się nie stało.'
'To wszystko jest w twojej głowie.'
Podniósł jeden kawałek, zaciskając na nim dłoń i mocno się kalecząc. Krew spływała mu z ręki na dół. Bolało, ale…było lepiej.
Przestań, przestań, przestań!
Kolejne zaskomlenie.
Nie chciał jej znaleźć. Nie chciał spotykać się z ojcem. Nie chciał wracać stamtąd skąd uciekł. Wszystko bolało, nie wiedział co robić, wszystko się sypało. Co miał zrobić? Tak byłoby łatwiej.
Krew nadal spływała, kiedy nagle się ocknął. Ból w pełni zarejestrował mu się w mózgu tak szybko, jak zobaczył, że szkło coraz to bardziej wbijało mu się w skórę. Upuścił je. Krzywiąc się.
Przestań!
'Popatrz na siebie. Byliby z ciebie dumni.'
'Żałosne.'
Przestań!
Upadł na kolana, płacz wydostał mu się z gardła, kiedy trzymał swoją dłoń. Krew była wszędzie. Czerwony kolor raził go w oczy. Zrobiło mu się niedobrze. Czy tak było zawsze, kiedy tak samo ranił Zaryę? Może zasługiwał na takie traktowanie?
Rozległo się pukanie do drzwi.
Szloch zamarł mu w gardle, ucinając w połowie, kiedy wzdrygnął się na dźwięk.
'Nikomu nie zależy.'
'Kto by cię chciał?'
'Bękart.'
- Shane?
Głos automatycznie został przez niego rozpoznany. Mała panika wybudziła mu się w głowie, kiedy spojrzał na swoją rozciętą dłoń.
Przestań, przestań…proszę!
- J-już! – zawołał, trzęsąc się, ale kiedy wstał, zrobiło mu się niedobrze. – J… - znowu na kolanach. Jak żałośnie, pomyślał.
Nie czekając na nic, drzwi otworzyły się z rozmachem.
Ratchet.
Shane momentalnie poczuł wstyd jaki ogarnął jego całe ciało. Wyglądał tak bezbronnie. Tak żałośnie. Wszystko się sypało.
- Co do jasnej cholery… - zdaje się popatrzył na czerwone plamy i jego dłoń, bo uciął, zaklął mocno i w sekundzie był już przy nim, wcześniej wyjmując apteczkę, która leżała w gablotce. Klęczał obok niego, kiedy tamten próbował zabrać dłoń z powrotem. – Oh, nie, ty nic niemyślący…! – szarpnął dłoń z powrotem.
- P-przepraszam.
Ratchet nie odpowiedział.
Shane nie wiedział czy chciał żeby coś powiedział czy na odwrót, ale cisza bolała. Bolała tak mocno, że krzywił się nie z bólu, ale właśnie z powodu jej.
Przestań, przestań…
Dlaczego nie mógł zrobić nawet jednej głupiej rzeczy dobrze?
- Coś ty zrobił… - mruczał do siebie. Shane kiedy podniósł wzrok ze swojej dłoni, wlepił go w jego wściekłe, ale zaniepokojone spojrzenie – Słyszysz ty mnie w ogóle?
Pokiwał głową. Nie było go stać na nic innego.
- Co tu się stało?
Shane z chęcią by mu odpowiedział, gdyby oczywiście sam wiedział. Ale nie miał pojęcia. W jednej sekundzie myślał, że miał to pod kontrolą, a w drugiej…w drugiej zobaczył to szkło i już nic nie było okay.
- Odpowiedz mi do cholery! – jego głowa była zmuszona do uniesienia, kiedy tamten milczał – Shane…
Kolejny szloch, który desperacko próbował powstrzymać przed wydostaniem się. Ratchet zamarł w bezruchu, patrząc na niego zaskoczony, aż w końcu przyciągnął go do siebie, mocno ściskając.
- Shh…
Pomiędzy łkaniem, a złamanymi słowami, Shane zdołał wydusić tylko „przepraszam", „nie wiem, co robić", oraz „proszę, przestań."
Ratchet nawet na chwilę go nie wypuścił z ramion. Czuł dyskomfort, jak zawsze kiedy przychodziło do bardziej fizycznego kontaktu, ale Shane nawet na chwilę nie przerwał swojego płaczu, a nawet wydawało mu się, że zaczął łkać jeszcze bardziej z każdą minutą, chowając głowę w jego ramieniu. Drżał i sapał i ucinał w pół słowie. Nie mógł go zrozumieć.
Westchnął do siebie, jego dłonie tym razem automatycznie zaczęły robić kółka na plecach chłopaka. Czy to pomagało, czy nie, Ratchet szczerze nie wiedział. Po tym w jakim stanie był Shane, naprawdę trudno było określić czy było lepiej czy gorzej.
Ale coś się działo.
Cokolwiek to było, zmyło progres jaki chłopak zrobił w ostatnim roku i Ratchet miał zamiar się dowiedzieć, co dokładnie to było. Nie zamierzał pozwolić swojemu synowi na pogrążenie się w tej znieczulicy po raz kolejny.
Potrząsnął głową.
Nie.
Shane wycierpiał już dosyć. Ludzie mieli go na celu już dawno, teraz dotarł w końcu do swojego punktu załamania i nie było mocy, która sprawiłaby, że Ratchet by go zostawił tak bez oparcia.
Nie tym razem. Nie z nim.
