15. I won't let them hurt you.
"I know it hurts. I know you're stressed out; you're hurting inside; I know you've been betrayed, but please. Stay alive, with us and don't let them win, 'Raj."
- Shanter
- Okay, zaraz. Nikt nie mówił, że zabieramy pasażerów na gape – stwierdził Seth, sprawiając, że Ginger z Zaryą się odwróciły – Okay, trzy dodatkowe osoby, Spencer zapisz – zwrócił się do mężczyzny obok.
- Wysługiwanie się innymi? – kobieta prychnęła – Rany, a ja myślałam, że rodzice Zaryi zasługiwali na nagrodę.
- Chromia, opanuj się – skarcił Ratchet, podchodząc do niej, na co wywróciła oczami.
- Nie, nie, daj jej się wyżyć – Jazz się wyszczerzył – Wiesz jak bardzo ciekawie się dzieje, kiedy Mia zaczyna swoje wywody.
Ginger zamrugała, cień zaskoczenia pojawił jej się na twarzy, kiedy popatrzyła na kobietę, a Zarya zmarszczyła czoło.
- Sunstreaker?
Jazz posłał jej przepraszające spojrzenie.
- Przykro mi, kochanie – skrzywił się lekko – Sunny jest zajęty.
„Sunny jest zajęty" w rzeczywistości znaczyło prawdopodobnie „Sunny jest wściekły na ciebie i nie chciał z tobą lecieć." Zarya wiedziała to, ale mimo to, nie mogła powstrzymać zawodu jaki poczuła w środku. Mimo to, kiwnęła i posłała mu wdzięczny uśmiech.
- A medyk i… - Seth zwrócił się do Ginger - …Chromia…?
Ginger skinęła głową.
- Para specjalistów – przypomniała – Od broni.
- Ah, racja – posłał jej oczko, na co wywróciła oczami – A wy dawaj co tutaj? I…co ci się stało w rękę?
Shane zacisnął dłoń, chowając ją do tyłu, kiedy Ratchet popatrzył na niego poważnie, po czym na Seth'a wyzywająco żeby powiedział coś jeszcze. Donnelly wziął głęboki wdech, kręcąc głową.
- Okay, okay, rozumiem. – odwrócił się, po czym szepnął do Spencer'a – Przypomnij mi żeby nie zadzierać z tym koło Shane'a – wyszeptał, na co tamten zaczął notować – I pamiętaj, że ma klucz francuski.
Spencer pobladł, patrząc na Ratchet'a.
- Jesteś nadopiekuńczy – stwierdził Shane, kiedy byli w środku, siadając na prawie końcu, kiedy Ratchet popatrzył na niego – Cały ten zachód, po co? I tak nie wiesz, po co ja lecę, a i tak się w to plączesz.
- Jestem nadopiekuńczy? – spytał niemal oburzony, parskając – Oh, przepraszam, ale po tym kawale, co mi wczoraj zrobiłeś, nie ma mowy żebym puszczał cię samego. Na inny kontynent. Gdzie nie mam jak dopilnować żebyś nie zrobił nic głupiego.
Shane wywrócił oczami, poczucie winny powrócił do niego z pełną siłą, kiedy się skrzywił.
- Wyjaśniłem…
- Nic nie wyjaśniłeś – syknął.
Donnelly popatrzył na niego, po czym oparł się o ścianę za nim.
- Okay, nie wyjaśniłem. – przyznał sucho do siebie, dłonie zaciskały mu się na kolanach i rozluźniały co jakiś czas, jakby miał jakiś tik nerwowy – Więc może, nie było czego.
- Tak samo, jak nie było nic z tymi koszmarami w nocy? – zapytał ostro, na co Shane skrzywił się znacznie – Żaden z was nigdy nie mówi, czy wam coś jest czy tacy jesteście. Myślicie, że którykolwiek z nas jest jasnowidzem?
Nie, pomyślał, ale nie potrafię ci powiedzieć.
Nigdy nie potrafił. Zarya, Ginger, on. Na gardłach zawsze była jakaś blokada, w głowach gotowe odpowiedzi, ale nie mogli ich wydusić. Zawsze tak było, dlatego tak frustrujące było to, że mieli świadomość, że komuś zależało, ponieważ nie potrafili się podzielić tą wdzięcznością jaką czuli.
Okay, to nie było tylko frustrujące. To było beznadziejnie frustrujące.
- Nie przesadzaj – mruknął niemal do siebie – Nic mi nie jest.
I...najwyraźniej była to najgorsza możliwa rzecz jaką mógł powiedzieć, ponieważ w następnej chwili spotkał się ze wściekłym spojrzeniem swojego opiekuna.
- Coś ty powiedział? – wycedził.
Shane zwrócił ku niemu głowę, przełykając głośno ślinę.
- Że cię kocham?
Zmrużenie oczu.
- Że…nic mi nie…jest?
- Jak tobie nic nie jest, to ja jestem pieprzonym Prime'em – warknął, jego błękitne tęczówki błysły, kiedy Ginger nagle się zaśmiała, siedząc naprzeciwko nich po czym kiwnęła im dłonią.
- Cześć, panie Prime~
Zarya siedząca dwa siedzenia dalej od niej, prychnęła wywracając oczami.
- Widzę, że cię humor nie opuścił – stwierdziła.
Brunetka wzruszyła ramionami, wskazując na Natashę stojącą obok niej ze skrzyżowanymi ramionami. Jej oczy zabłysły chłodem, mimo, że na twarzy miała niebezpieczny uśmieszek. Tak, zdecydowanie przebywanie z Klanem nie wypływało na nią za dobrze.
- Nie wiem. Tasha? Myślisz, że humor mnie opuścił?
Kobieta uniosła do góry brew.
- Zdecydowanie – sucha odpowiedź, kiedy Zarya powiedziała pod nosem „akurat" – Tak się składa, że Ginger straciła swoje, oh jakże irytujące, poczucie humoru…
- Dzięki, Tasha…
- …I przez większość czasu jest zabunkrowana w swoim gabinecie, tonąc w robocie papierkowej…
- Z którą mi nie pomagasz…
- Albo wyżywa się na młodszych rekrutach bądź resztą Klanu – dokończyła jakby żadnych przerywań ze strony jej dowódcy nie było – Bardzo rzadko jednak znajdziesz u niej jakiekolwiek oznaki tak zwanego „poczucia humoru."
- Zaraz się okaże, że w twoich oczach jestem damską wersją Prowl'a – powiedziała z wyrzutem Ginger, patrząc na nią.
- Tak się składa, że masz nad wyraz wspaniałe samopoczucie – Natasha stwierdziła z uśmieszkiem – Śmiem stwierdzić, że to jedyny dzień w którym widzę cię taką zadowoloną.
- Uważaj bo z samolotu wylecisz – zagroziła, patrząc z powrotem na Shane'a po czym na jego dłoń, kiwając na nią – Znowu?
Donnelly popatrzył na nią nieco zdziwiony.
Ginger mogła zniknąć dwa lata temu czy więcej, nigdy naprawdę nie mając za wiele czasu spędzonego z nim lub Zaryą, ale wychowała się praktycznie w gronie szpiegów i zabójców. Oczywiście, że miała jakieś pojęcie, co się u kogo działo.
A Shane nie był znany ze swojego spokoju w jej gronie, ale z tego, że miał problemy ze złością i często odpowiadał agresją na różne bodźce.
- Nie pierwszy raz, kiedy by się to stało – stwierdziła ze wzruszeniem ramion.
Może i uchodziła za kogoś, kto się nimi nie interesował przez ten czas, ale to nie znaczy, że żyła w całkowitej niewiedzy.
- Przy żadnym cię… - uciął, patrząc na nią ostrzej – Zaraz.
Spojrzała na niego wyczekująco.
- Ta?
Shane zmierzył ją wzrokiem, kiedy Zarya popatrzyła na nią dziwnie.
- O co ci chodzi? – zapytała blondynka, prostując się i wyglądając ze swojego miejsca – Nie było cię wtedy, kiedy to się zaczęło.
Ginger poprawiła się na swoim siedzeniu.
- A kto powiedział, że zaczęło się kiedy ja odeszłam? – nawet mówienie o tym nadal sprawiało jej trudności – Znałam Shane'a dłużej od ciebie, pamiętasz?
- Co?
Więc, nie pamiętała.
Nawet Ratchet powrócił do swojej poprzedniej pozycji, krzyżując ręce i opierając się o ścianę za nim. Chromia, która siedziała obok niej i była cicho przez większość czasu, popatrzyła na nią tym samym wzrokiem, co medyk.
Tylko Shane skinął głową, potwierdzając to, co powiedziała.
- Chcesz mi powiedzieć, że znaliście się jeszcze zanim…no, wiesz… - ucięła nieco niekomfortowo się czując, przytaczając ten temat.
- Znamy się praktycznie od dziecka – wzruszył ramionami – Nic wielkiego.
Ginger także wzruszyła ramionami.
- Wbrew temu w co wierzysz, Sunshine – Ginger wyprostowała nogi przed sobą – Nie każdy miał problemy po tym jak odeszłam. Przynajmniej nie tak poważne.
Zarya spiorunowała ją wzrokiem, wywracając oczami. Jazz siedzący obok niej nic nie powiedział, tylko położył jej dłoń na ramieniu, po czym wrócił do grania na jakimś urządzeniu podobnym do data-padu.
- Więc? – powróciła do tematu, patrząc na chłopaka – Znowu?
Odwrócił wzrok, trzymając zabandażowaną dłoń przy sobie.
- Można tak powiedzieć – stwierdził.
Rodriguez kiwnęła głową, biorąc głęboki wdech.
- Przynajmniej nie masz tego problemu, co kiedyś – mruknęła, po czym zwróciła się głośniej do Natashy – Jakieś wieści od Żółtodzioba?
- Monique – poprawiła ze swoim akcentem – I nie.
- Co za pustak – stwierdziła do siebie ze zirytowanym westchnięciem – Z jakimi ludźmi ja w ogóle pracuje?
- Простите (Wypraszam sobie.)
- Robota papierkowa – wypomniała jej.
- Hej! Оформление документации (Robota papierkowa) jest zła – broniła się Rosjanka - Nie znasz się. Wiesz, że po tym ci mózg wypala, nie?
- …pozwalasz, żeby mi mózg wypaliło?
- Lepiej, że tobie, a nie mnie.
- Wal się, Tasha. Myślałam, że miałaś być moim zastępcą, a wylatujesz mi z takim czymś – wywróciła oczami z prychnięciem – Dobrze, że za niedługo dostaniesz za swoje.
Po raz pierwszy Natasha popatrzyła na nią nerwowo, po czym wróciła do obserwowania wszystkiego, zamykając usta.
Naprawdę czuła się źle.
Źle w znaczeniu psychicznym, mentalnym, emocjonalnym i fizycznym. Była po prostu zmęczona i dałaby wszystko za przespaną noc. Albo dzień. Albo obydwa.
Ziva Hale miała dość egzystowania w tym świecie.
Łzy spływały jej po policzkach, ciało miała obolałe jakby przebiegła Bóg wie ile kilometrów bez przerwy, ale w rzeczywistości miała to wszystko już gdzieś. Nic ją nie obchodziło. W tym momencie, oczywiście, bo byłą pewna, że za godzinę czy dwie przypomni sobie o reszcie świata.
Czyli Sunshine, przez którą musiała wyciszyć swój koniec więzi.
Czy Sideswipe'a, którego zostawiła w tyle. Lub Barricade'a i nawet tego ciołka TC, którego w ogóle nie kojarzyła, żeby znała. Lub nawet William'a czy Prowl'a czy nawet Jazz'a.
Co ona zrobiłaby za Prowl'a w tym momencie.
To nie było tak, że on był jakimś wyjątkowym człowiekiem w tamtym momencie i, że wyróżniał się specjalnie u Bot'ów czy ogólnie z tłumu. Nie. Prowl'a był zwyczajnym Autobot'em, ze zwyczajnymi nawykami, ze zwyczajnymi wadami i zaletami.
Tylko, że Prowl miał w sobie to wyczucie chwili. Nie takie, że wiedział kiedy wejść, ale takie, że wiedział, kiedy zostać cicho, a kiedy się odezwać. Pewnie, nie był za mocno ekspertem w tym wszystkim nie mając sam doświadczenia i chowając się praktycznie sam bez przyjaciół, ale nadrabiał właśnie tym charakterem.
Ziva najbardziej zapamiętała go za ten moment, kiedy Zarya wyjechała na weekend w celach…edukacyjnych, jeśli dobrze pamiętała, a Sunstreaker i Sideswipe zostali wysłani na misje. Ziva była w domu całkiem sama.
Dopóki Prowl słysząc o tym nie pofatygował się i do niej przyleciał.
Długa historia, ale wylądowała w jego objęciach tak szybko, jak otworzyła drzwi, bo jakimś sposobem (Sunshine. To była wina Sunshine, Ziva wiedziała, że to mogła być tylko ona.) Taktyk dowiedział się, że Ziva weszła w – jak lubiła to nazywać – depresyjny mood.
To nie był sposób w jaki się odzywał, ale sposób w jakim ją obejmował, który zapamiętała. Ponieważ w tych ramionach tak bezpiecznie i kochana czuła się tylko, kiedy była z dziadkiem lub kiedyś jej ojcem. Prowl miał ten charakter, który pozwolił jej na po prostu wtulenie się i nagle jakby wszystkie te lęki i niepewności wyleciały z niej i nie mogły do niej wrócić przez barierę jaką wytwarzał Prowl wokół siebie.
Mocno za tym tęskniła, mimo wszystko.
Właśnie dlatego w tamtym momencie siedziała skulona w jednym zakątków w ich ogrodzie z komórką i palcem na zielonej słuchawce.
Zamykając oczy, nacisnęła przycisk.
- Prowl przy telefonie.
- Hiya – wymusiła zachrypłe przywitanie, bawiąc się nerwowo naszyjnikiem z błyskawicą – Schrzaniłam, nie?
Mocno. Totalnie.
- Ziva?
Szloch chciał jej się wydostać z gardła, ale zmusiła się do pokiwania głową, wtedy wzięła głęboki wdech, pamiętając, że nie mógł tego zobaczyć.
- Yup, to ja.
Nastała cisza. W pewnej chwili była pewna, że mężczyzna szykuje na nią lekturę trwającą pół godziny. I w sumie w tamtym momencie, zrobiłaby wszystko za coś tak znajomego jej jak skarcenie przez niego.
- Co się stało?
Wszystko, chciała powiedzieć.
Nie widziała sensu życia, nie widziała nic. Winiła to za wiecznie powstrzymywane uczucia do jej matki i tego głębokiego żalu.
- Nienawidzę się – wykrztusiła, gardło jakby się na niej zacisnęło – Nienawidzę jej. Nienawidzę…
- Ziva – ten chłodny, spokojny głos ją zatrzymał zanim weszła w monolog tego, jak bardzo w tamtej chwili sobą gardziła – Co się stało?
- Nie wiem, ona…ona po prostu…i Cade…I…I…
Łzy spływały jej teraz jeszcze mocniej niż wcześniej.
- Uspokój się…
- Łatwo ci mówić! – warknęła – To nie ty masz…masz problemy…
- Masz multum problemów, niektóre z nich spowodowane waszą ucieczką – uciął sucho – Więc, co się stało? Barricade coś zrobił?
- Nie!
Nie wiedziała, tak naprawdę.
- Musisz być bardziej precyzyjna – naciskał – Nie mogę ci pomóc jeśli nie wiem, o co dokładnie chodzi.
- Ja też nie wiem, o co chodzi!
Pauza.
- Ziva… - schowała głowę w kolanach, jedną dłonią trzymając telefon a drugą zaciskając na nogawkach – Gdzie jest Sideswipe?
- Nie wiem – pociągnęła nosem – Chyba w domu.
- Domu?
Wiatr zawiał mocniej. Dziewczyna rozejrzała się nagle, przełykając ślinę, kiedy zobaczyła, że było już ciemno. Place rozluźniły się na telefonie.
- Nashville – wyrzuciła bez wyrazu, mrugając.
Sama.
Była…sama.
Miała świadomość, że innym zależy, że powinna…powinna zostać, ale w obecnym momencie, Ziva nie chciała.
W środku była ta pustka. Ta dziura, której nie potrafiła zapełnić.
Sideswipe miał rację. Nie była z nim szczerza. Zwykłe powiedzenie „nic mi nie jest" trzymało w sobie tyle uczuć, ile morze wody. Starała się z tym walczyć po cichu, Zarya nie miała pojęcia…nikt nie miał.
A ona po prostu z każdym dniem, czuła się gorzej. Odkąd koszmary zniknęły, nie było niczego, co zagłuszyłoby tą ciszę i była zmuszona siedzieć w tych myślach. Dowcipy już jej nie bawiły, zwykłe rozmowy męczyły, a świadomość, że musiała jeszcze się uśmiechać przyprawiała ją o mdłości.
- Nashville? – Jak z pod wody usłyszała jego głos – Ziva, gdzie ty jesteś?
Zaniepokojenie? Ziva już tego nie zarejestrowała.
- Przepraszam – wyszeptała.
- Co? Ziva, Ziva, hej! Nie rozłączaj się, mów do mnie, co-
Czerwona słuchawka.
Ziva wstała, otrzepując się i patrząc na dom. Światła jeszcze się paliły, w środku zapewne jeszcze rozmawiali. W pobliżu nie widziała ich alternatywnych form i właśnie wtedy, obejrzała się w stronę lasu. Jeśli się nie myliła, powinna znaleźć drogę na lotnisko, a z lotniska powinna wiedzieć, gdzie iść. Powinna przynajmniej.
Zamykając oczy na sekundę, dziewczyna rzuciła się biegiem w wyznaczoną stronę.
- Świetnie!
Barricade wywrócił oczami, zaglądając w krzaki, nie wykrywając na swoich skanerach żadnej sygnatury człowieka poza Carly Hale, która aktualnie szukała pocieszenia w swoim mężu, który przyjechał z kilka minut temu.
- Po prostu bosko! Świetnie. Jest zajebiście i świetnie…!
- Myślisz, że jak powtórzysz „świetnie" jeszcze cztery razy, to ten Insekt magicznie się koło ciebie znajdzie? – zapytał TC, siedząc na masce Mustanga w swoim holoformie
Sideswipe zmrużył na niego oczy.
- Może marzę żebyś stąd zniknął, Con'ie.
Thundercracher wywrócił oczami na przydomek, zwracając głowę ku Cade'owi, których nadal zaglądał się po roślinności.
- Yo, Cade, myślisz, że znajdziesz tam jakieś insekty?
- Uwierz, że poza wami dwoma nie widzę tutaj żadnego – odrzucił sucho, schylając się.
TC westchnął teatralnie, patrząc w górę i rozkładając się wygodnie na samochodzie, ignorując wściekły ryk silnika pod nim.
- Rany, nawet humor ci się zjebał odkąd odszedłeś.
Sideswipe który patrzył na coś w komórce, zamrugał nagle, przestając robić to, co robił i zesztywniał w swoim miejscu. Uniósł głowę, szukając wzrokiem Barricade'a i spojrzał na niego zaskoczony.
- „Odszedłeś"?
TC zawrócił wzrok ku niemu, unosząc brew, wtedy na Barricade'a, który trzymał coś w dłoni, oglądając to ze wszystkich stron.
- Nasz kochany Barricade powiedział sayonara – powiedział dobitnie, przechylając głowę ze spokojem, jakby przekazywał wiadomość o pogodzie – Nie wiedziałeś? Megs ma go na celu od kilku tygodni.
Sideswipe zamrugał po raz kolejny.
Na celu?
Ale to w takim razie wystawiając się teraz tutaj…
…Co?
- Jaja sobie robisz – stwierdził w końcu.
Thundercracker wzruszył ramionami.
- Ja nie Skywarp – odezwał się, chcąc powiedzieć coś jeszcze.
- Błagam, nie ściągaj tu swojego brata – skrzywił się, podchodząc Barricade, mierząc ich obu wzrokiem – Jeszcze nam chaosu brakuje.
- Teoretycznie jednego, nędznego człowieczka, którego tak kochacie – poprawił – A mały chaos jeszcze nikogo nie zabił.
Barricade popatrzył na niego dosadnie.
- …może kilka osób?
Sideswipe potrząsnął głową, unosząc telefon.
- W każdym razie, musimy ją znaleźć – wymachał im mapką Google przed nosem – Nie wiemy czy sobie czegoś nie zrobi.
- Po pierwsze: Żadne my – wtrącił TC, kiedy czarnowłosy posłał mu zirytowane spojrzenie – Po drugie: Nie będę szukać jakiegoś…insekta z którego mógłbym po prostu zdeptać i nie byłoby problemu. Po trzecie…
- Idziesz z nami i nie dyskutuj – przerwał mu ostro Barricade.
- No, chyba cię coś boli. Nie lecę po człowieka, nie upadłem tak nisko.
- Mam przekazać Screamer'owi co robisz po nocach?
- To jest szantaż.
- Nie, to jest wykorzystywanie nadmiernych informacji w celach przekonania drugiej osoby.
- Blackmail.
Wzruszenie ramionami.
- Jak zwał, tak zwał – wyszczerzył się – Więc? Chcesz żeby Screamer dowiedział się o twoich…?
- OKAY, okay! – warknął, przepychając się przez niego, mocno z grymasem wściekłości - Cały ten zachód po jakiegoś durnego człowieka – mamrotał do siebie, kiedy jego holoform zniknął.
- Zwracaj uwagę na parki! – zawołał za nim jeszcze.
Tamten coś wymamrotał pod nosem.
Wtedy silnik Lamborghini zaryczał, a Sideswipe się wyszczerzył.
- Co? – zapytał, kiedy Barricade wywrócił oczami, jego własny holoform zniknął, a on sam wystartował.
Sideswipe pokręcił głową.
- Taki ja jeden wychowany – stwierdził do siebie, po czym także wyruszył.
