16. Return to you.
„I am thankful for all those difficult people in my life, they have shown me exactly who I do not want to be„.
- Unknown
Gdyby pani od WF ją teraz zobaczyła, Ziva była sto procent pewna, że postawiłaby jej ocenę pozytywną na koniec. A nauczycielka szczerze jej nie lubiła, więc to by było coś. Takie, uznanie, tak.
Dziewczyna zatrzymała się gdzieś w mieście, dysząc lekko i opierając dłonie o kolana. Wyszło na to, że jednak lotnisko nie było dobrym pomysłem. A Ziva nie zamierzała uciekać z miasta. Lub kontynentu. Potrzebowała tylko…spokoju, w pewnym sensie. Bezpiecznego, cichego miejsca.
Gdyby tylko jej mózg się zamknął i nie powtarzał jak bardzo podle się zachowała.
Brunetka wyprostowała się, oglądając na boki. Było dosyć późno. Prawie wszystko było już pozamykane.
Dziewczyna wyostrzyła wzrok.
Oprócz tego jednego, małego sklepu po drugiej stronie ulicy. Tam nadal paliło się światło, a w środku przez szybkę można było zobaczyć jakiegoś staruszka układającego książki na regale.
Ziva jeszcze raz obejrzała się, po czym widząc, że nie jedzie żaden samochód, przebiegła na drugą stronę, szybko otwierając drzwi od sklepu i wchodząc do środka. Klasyczny dzwonek wydał z siebie cichą melodyjkę, kiedy mężczyzna się do niej odwrócił, uśmiechając się lekko.
- Uh, dobry wieczór – przywitała się grzecznie, patrząc na książki, po czym odchrząkując – Można…jakoś pomóc? – zapytała po chwili, niepewnie.
Uśmiech staruszka jeszcze się powiększył.
- Taka kochana istotka z ciebie – stwierdził, kiwając na regał – Gdybyś mogła poukładać te książki w kolejności od największej do najmniejszej, naprawdę by panienka pomogła.
Ziva przez chwilę się a nie patrzyła, staruszek już miał coś powiedzieć, kiedy uśmiechnęła się nieco i skinęła głową, zabierając książki z jego dłoni i stawiając je na jednym ze stolików.
- Nie ma sprawy, panie… - popatrzyła na etykietkę – Jet.
Tamten jednak zniknął już za ladą, szukając czegoś innego. Ziva westchnęła cicho do siebie, po czym zabrała się do roboty.
Ginger siedziała z nogami wyciągniętymi przed siebie, kiedy Natasha w końcu westchnęła, zwracając uwagę wszystkich.
- Nadal nie ma od niej wieści, Ginger.
Rodriguez, która wpatrywała się w ścianę nad głowami Ratchet'a i Shane'a, zerknęła na nią tylko na dosłownie sekundę.
- Nic jej nie będzie.
- Ale… - Rosjanka westchnęła, patrząc na dziewczynę – Skąd możesz być pewna?
Zarya wyprostowała się na swoim siedzeniu, kiedy Ginger na chwilę przymknęła oczy.
- Ponieważ jakimkolwiek żółtodziobem by gościarka nie była – dziewczyna podciągnęła się, siadając prościej – Klan dobrze ją wyszkolił, a misja jaką dostała jest banalnie prosta.
- To nadal dziecko – przypomniała ostro.
- Też nim byłam – odparowała Ginger sucho, sprawiając, że Natasha zamilkła z grymasem na twarzy – Nic jej nie będzie. Znam swoich ludzi.
- Naprawdę? Są twoi?
- Czytałam akta.
- Akta nie definiują tego, jaka jest osoba w środku. Wiesz o tym – Rosjanka kucnęła, patrząc na nią z niemiłym wyrazem twarzy – Nie oceniaj jej po jakiś głupich papierkach.
Rodriguez machnęła dłonią.
- Powinnaś się cieszyć, że moi rodzice wylecieli w powietrze, Natasha – Ginger powiedziała bez skruchy – Bo Żółtodziób dostałby misje samobójczą w sekundzie, kiedy się tutaj pojawiła. Dałam jej szanse na wykazanie się.
- Nie fair szansę – zaznaczyła.
- Daj spokój – machnęła dłonią – Niedługo będzie twoim problemem i będziesz mogła robić z nią, co chcesz. W tej chwili jest pod moją opieką.
- Miało mnie to pocieszyć?
Ginger wywróciła oczami, po czym spojrzała znowu na ścianę.
- Nie dostaje tego samego, co rekruci dostawiali kiedyś. Wierz mi, powinno cię to cieszyć.
Natasha nadal się na nią patrzyła, kiedy wstała i powróciła na swoje miejsce.
- Ktoś w ogóle wie, kiedy dolecimy? – głos Jazz'a przebił się przez ciszę, kiedy Tasha w końcu zamilkła na dłuższą chwilę.
- Jeszcze kilka godzin – odparł Seth, pojawiając się nagle w progu wejścia do kadłuba i ogarnął wzrokiem całą resztę – Jeszcze jest ktoś kto narzeka?
- Na brak kultury i miejsca do spania? Ja – Chromia się odezwała, krzyżując ramiona – Nikt nas nie poinformował, że tyle to potrwa.
- Tak to jest, kiedy się lata na inny kontynent – stwierdził Ratchet.
Chromia skarciła go wzrokiem.
- Cicho. Ty tu jesteś tylko dlatego, że milenia bycia medykiem sprawiły, że jesteś przewrażliwiony, nawet cię nie rusza tyle godzin lotu – prychnęła.
- First Aid jest wystarczająco kompetentny, żeby zająć się działem medycznym, kiedy mnie nie ma – odparł, doskonale wiedząc o co jej chodzi – Razem z Jolt'em tworzą dobry zespół.
- Pokładacie za dużo wiary w innych – Zarya się odezwała, ucinając ich dyskusję, po czym spojrzała na Seth'a – Dlaczego Shane leci z nami?
Jęk został usłyszany od chłopaka.
- Przecież już mówiłem.
- Nie mówiłeś – syknęła, spoglądając na mężczyznę – Więc?
Seth wywrócił oczami.
- Nie twoja sprawa, panno Temple – oznajmił sucho – Sprawy prywatne nie dotyczą twojej rodziny, nie musisz się obawiać.
- Jedyne czego się obawiam, to tego, że wszystko pójdzie na marne po któreś z was da klapy – odwarknęła, mrużąc oczy – Wiemy jaki Shane jest.
- Gdybyś zapomniała, ty i Ginger bierzecie swój mały plan w łapy i same go wykonujecie – mężczyzna uniósł na nią brew – A ja jedynie daję wam to, czego potrzebujecie, wtedy zajmę się tym, co po Shane tu z nami jest. Nie będzie żadnych rozproszeń.
Prychnęła.
- Akurat.
- Powinnaś martwić się o siebie - Shane stwierdził – To twój rodzina ma coś nie tak w głowie.
- Hej, zobacz, mówisz o swojej? – zapytała, posyłając mu piorunujące spojrzenie – Zgodziłam się na cały ten bajzel…
- Matko Boża, przymknij się Zarya – Ginger warknęła, ucinając ją skutecznie – Nie rób z siebie pępka świata, wszyscy w tym tkwimy.
- Ah tak? I co? To ja muszę…
- Przestań robić z siebie ofiarę!
Wyraz gniewu zniknął z twarzy Zaryi, kiedy Ginger wstała, patrząc na nią ostro. Natasha uniosła na nią wzrok nieco zdziwiona.
- Nie robię z siebie ofiary – powiedziała spokojnym gniewem – Zgodziłam się, bo wiem, co się stanie, jeśli Jack i D wyjdą z więzienia. Wiem, że stanie się wtedy to, co kiedyś, a ja nie pozwolę na to, żeby inni przez to ucierpieli.
- Dziewczyno, nie bądź… - zaczął mruczeć pod nosem Seth, kiedy brunetka prychnęła, jakby rozbawiona.
- I co? Myślisz, że grając znowu bohaterkę jakoś to pomoże? – zakpiła – Wybacz, ale wiadomość z ostatniej chwili: Nie tylko ty miałaś źle i nie tylko ty coś straciłaś.
- To JA byłam maltretowana przez całe swoje życie.
- Nie użalaj się nad sobą, Zarya – Rodriguez powiedziała to z takim obrzydzeniem, jakby ktoś postawił jej zgniłe jajko przed twarzą – Myślisz, że Shane NIE był? Myślisz, że za każdym razem jak zrobił coś złego, nie dostawał po twarzy? – zbliżyła się do niej, kiedy Zarya tylko zmierzyła ją wzrokiem – Myślisz, że to ty miałaś schrzanione dzieciństwo? Nie masz bladego pojęcia, czym przemoc właściwie jest.
- Jak śmiesz?! – uniosła się z miejsca Zarya – Rozumiem, że jesteś rozgoryczona nad swoim życiem, ale oh zobacz, wiadomość z ostatniej chwili: To, że ty swoją rodzinę straciłaś i nikt cię już nie rusza, nie znaczy, że tak samo jest z resztą.
- Rodzinę? Kpisz sobie ze mnie? – Brunetka żachnęła się, kręcąc głową – Nienawidziłam ich, cieszyłam się, jak w końcu zdechli – powiedziała dobitnie – I popatrz wokoło, co? Nie tylko ty miałaś źle. Shane stracił matkę. Był bity. Ja byłam wysłana do piwnicy na tygodnie, przeżywając tylko na kromce chleba, bo „to ma cię wzmocnić". Wychowywałam się w rodzinie, gdzie jak zawiodłaś na treningu, twoje życie wisiało jak na włosku.
- Teraz to ty robisz z siebie ofiarę.
- Myślisz, że miałaś najgorzej, bo matka cię nienawidziła? Zabrała Zivę od ciebie? Bo byłaś ofiarą przemocy? Ogarnij się, nikt nie mówi, że nie miałaś źle – Ginger omiotła ją pogardliwym spojrzeniem – Ale nie miałaś najgorzej. Inni mieli ciężej od ciebie.
- Znudziły wam się już te mądrości? – wtrącił Shane ostro, chcąc już, żeby była w końcu cisza, bo w końcu: ile można? – Obie się ogarnijcie.
- Mówię tylko prawdę.
- Gówno prawda, jesteś kąśliwa, bo w przeciwieństwie do ciebie, nie odwróciłam się od tych, co mi pomogli.
Auć.
Gdyby to jeszcze nie mogło zrobić się gorzej, nawet Shane uniósł do góry brew, prychając pod nosem, kiedy Rodriguez odsunęła się nieznaczenie.
- Zawsze wiedziałam, że do siebie pasujecie z tym swoim strażnikiem od siedmiu boleści.
- Nie wtrącaj w to Sunstreaker'a.
- To nie wpieprzaj się w moje życie, bo nic o nim nie wiesz – syknęła ostro Ginger – Nie wiesz, dlaczego odeszłam. Nie wiesz, dlaczego Klan jest pod moją władzą. W czasie, kiedy ty bawiłaś się w dom ze swoimi koleżkami, wyobraź sobie, że niektórzy chwytali się tego, co mieli.
- Nie wtrącaj to Bot'ów, to nie jest ich wina.
- Uważaj, Słoneczko. Jeden krok do toksycznej relacji.
Zarya zmierzyła go wzrokiem, kiedy Ginger wywróciła oczami, krzyżując ramiona.
- Odeszłam. – stwierdziła – Bo nie miałam innego wyboru.
- Zawsze jest inna droga.
- Wybacz, że nie każdy ma rękaw pełen decyzji i nie może sobie wybierać – rzuciła sucho – Mów, co chcesz, ale ja nie żyję w idealnym świecie i nie mam tego luksusu, że nieważne, gdzie nie pójdę, ktoś pójdzie za mną.
Blondynka usiadła z powrotem na swoim miejscu. Seth odchrząknął, sprawiając, że Ginger odwróciła się w jego stronę.
- Jeśli skończyliście – Seth zaczął – To możecie zastanowić się nad noclegiem, bo trochę tam zabawimy – po czym zniknął w środku kabiny kapitana.
Tasha uniosła dłoń.
- Znam tani hotel.
Chromia, Jazz i Ratchet popatrzyli na nią, kiedy Ginger wróciła na swoje miejsce.
- Mnie pasuje – stwierdziła kobieta, dziwnym głosem.
- Nam także – oznajmił Jazz, kiedy zobaczył, że Ratchet kiwa głową.
Natasha skinęła głową, po czym zwróciła wzrok ku Rodriguez, która wypuściła powoli powietrze z płuc i po raz kolejny zaczęła wpatrywać się w ścianę nad Shane'em.
- Wyglądasz na zagubioną.
Ziva nawet się nie obróciła, nadal układając książki.
- Może jestem – wzruszyła ramionami – Może nie. Nie wiem.
Nic nie wiem, pomyślała.
Tęsknię za Sunshine, za Sides'em. Za momentami, kiedy mogłam się śmiać i nie przynosiło mi to bólu. Kiedy miałam rodzinę i wiedziałam, że im zależało. Co się ze mną do cholery stało? I kiedy się stało?
- Zagubionymi nie są ci, którzy wędrują i zabłądzili – zaczął staruszek, przecierając ladę szmatką do kurzu – Ale ci, którzy nigdy nie zaczęli.
- Nie jestem fanką zagadek – stwierdziła kwaśno, wkładając ostatnią rzecz na regał.
- Nie zagadka, kiedy znasz odpowiedź.
Ziva obejrzała się za siebie, krzyżując ramiona.
- Ja nie znam – stwierdziła stanowczo, a kiedy tamten się nie odezwał, wywróciła oczami – Raczej nie – dodała już niepewnie, rozglądając się na boki – Mogę jeszcze jakoś pomóc? Posprzątać? Cokolwiek?
Bóg jej świadkiem, że nie była jedną z tych osób, co kochały sprzątać, ale potrzebowała czegokolwiek, żeby jej mózg przestał w końcu myśleć. Nie potrzebowała kolejnych komentarzy na swój temat od swojej własnej podświadomości.
- Obawiam się, że to wszystko w czym mogłabym panienka pomóc – stwierdził staruszek Jet – Jednakże…
Ziva uniosła do góry brew.
- Co?
Tamten uśmiechnął się.
- Jest pewna rzecz.
- Doszłam do wniosku, że miałaś racje.
Właśnie w tamtym momencie, Ginger zatrzymała się przed wyjściem z samolotu. Plecak, który miała przerzucony przez ramię poprawiła i odwróciła się, unosząc do góry brew.
- Brałaś coś? – zapytała z powątpiewaniem, kiedy Zarya zabrała swoje rzeczy, podchodząc do niej powoli. – Pytam serio. Jak coś brałaś to powiedz. Nie mam humoru na sztuczki.
Blondynka wyszczerzyła się.
- Nie brałam, spokojnie – stanęła naprzeciwko niej, mierząc ją wzrokiem z tym błyskiem w oku – Ale…doszłam do wniosku, że miałaś racje, zachowałam się samolubnie.
Rodriguez zmieniła pozycję z jednej nogi na drugą, zaciskając zęby.
- To wszystko? Świetnie – ucięła, odwracając się z zamiarem odejścia, kiedy blondynka szybko złapała ją za dłoń.
- Czekaj.
Shane przechodzący obok niej, posłał jej pytające spojrzenie, na które lekko potrząsnęła głową. Chłopak skinął głową, idąc ramię w ramię z Ratchet'em. Wtedy brunetka skierowała swój wzrok na dziewczynę przed nią, dając jej do zrozumienia, żeby kontynuowała.
- I wiem, że miałaś źle.
Ginger nie odwróciła wzroku, nieważne jak bardzo ją korciło.
- Fascynujące – stwierdziła chłodno.
Po twarzy Hale przebiegł cień uśmiechu.
- Jestem po prostu wkurzona, bo każdy układał sobie życie, kiedy nagle pojawili się oni – Zarya wzruszyła ramionami – Nie chciałam wyjść na egoistkę, wiem jak bardzo wycierpieliście. Zwłaszcza ty.
- Nie wyróżniaj mnie, Zar – Ginger powiedziała powoli, niebieskie tęczówki jakby się w nią wlepiły – Nie chcę specjalnego traktowania, bo miałam schrzanione dzieciństwo.
- Nie zamierzam ci go dać – zaprzeczyła szybko Zarya, patrząc dziwnie na przezwisko – Chcę tylko powiedzieć, że Chromia i Ironhide za tobą tęsknią.
Wzrok Ginger z przymulonego, jakby się ożywił, kiedy popatrzyła na nią ostrzej. Skrzyżowała ramiona pod biustem.
- To jakiś trick?
- Mówię o tym, co widzę. – wzruszyła ramionami – Wszyscy chcieli wiedzieć, co się z tobą dzieje, GiGi. Nie jesteś tak nielubiana jak myślisz. – zmrużyła lekko oczy – Słyszałam także twoją rozmowę z …tą kobietą. Naprawdę nie obchodzi cię to, co Hide i Chromia czuli, kiedy pokazało się, że NIE wracasz? Kompletnie nic dla ciebie nie znaczą?
- Nie twoja sprawa – syknęła, wyszarpując ramię, które Zarya nadal trzymała.
Zarya uniosła głowę.
- Poświęcili na siebie tak wiele, a ty tak im się odwdzięczasz?
- Przymknij się – warknęła – Nie wiesz, co i jak. Nie wtrącaj się.
- Kochają cię! – podniosła głos, zdeterminowanie zabłysło jej w oczach, kiedy Ginger niemal jak oparzona cofnęła się o krok – Myślisz, że dlaczego Chromia tutaj jest? Albo Ratchet? Myślisz, że pozwolą wam tak po prostu się stoczyć? Jak Seth pozwolił Shane'owi? Jak tobie pozwoliła Ivy? I David?
- Zarya, wystarczy – odezwał się nagle rozkazujący głos za nią i po chwili dołączyła do nich Chromia, patrząc na blondynkę ostro.
- Ale…
- Wystarczy – powtórzyła, kiwając głową na Jazz'a dalej, który bawił się komórką – Idź, czeka na ciebie od dobrych piętnastu minut.
Zarya spojrzała na nią, po czym westchnęła i ruszyła w stronę chłopaka. Ginger podążyła za nią wzrokiem, po czym poprawiła plecak, kiwając na Natashę, która pojawiła się obok nich z pytającym wzrokiem.
- Jest okay – powiedziała cicho.
Natasha skinęła głową, po czym spojrzała na błękitno-włosą.
- Jest pani gotowa? – zapytała.
- Mia, proszę. Pani sprawia, że czuję się okropnie staro – odpowiedziała Chromia tym samym tonem, co wcześniej – I tak, jestem.
Tasha wyszczerzyła się, po czym popatrzyła na Ginger.
- Możemy?
Rodriguez wzięła głęboki wdech.
- Tak.
- Mam się panu zwierzyć z moich problemów?
Jedno, małe pytanie, które dla Zivy w tamtym momencie było naprawdę ważne i nie mogła się powstrzymać, żeby je zadać. Uciekła z domu, – rany, jak to brzmi - przebiegłą pół miasta, znalazła się o późnej porze w sklepie jakiegoś staruszka i teraz miała mu się spowiadać?
Właściwie…, gdyby miała się zastanowić, to nie był taki całkiem zły pomysł w jej głowie, nie znała go, nie była narażona na plotki. Mogła wszystko powiedzieć bez konsekwencji tego, że może ją komuś wygadać.
- Wyglądasz na zagubioną, możliwe, że to ci pomoże.
Nie wiem, gościu, nie wiem, pomyślała.
- Możliwe, że mam stan depresyjny – Ziva wyznała w końcu, rzucając się na fotel i wzrokiem wyzywając staruszka żeby coś powiedział, ten jednak machnął dłonią żeby kontynuowała – I czuję się jakbym była zmęczona wszystkim. I nie wiem dlaczego.
- Hmm – staruszek usiadł na swoim miejscu.
Ziva popatrzyła na niego. Wyglądał jakby naprawdę podobał mu się ten wywód.
I tak nie mam nic do stracenia, pomyślała.
- Od dziecka moje życie było do bani. – zaczęła sucho, z przekąsem.
I tak zaczęła. I mówiła. I dalej, dalej, dalej. O tym jak bardzo chciałaby tylko skoczyć z mostu, bo miała dość. Jak bardzo głosy w głowie nie dawały jej spokoju. Jak zwykłe czynności przyprawiały ją o mdłości. Jak nawet rozmawianie z jej strażnikiem wymęczało jej psychicznie. Jak bardzo męczyła się próbując to wszystko ukryć przed Sunshine. Jak wszystko, co kiedyś dawało jej radość irytowało ją. Nawet sam jej śmiech sprawiał, że było jej źle. Wydawał się jakiś wymuszony. Fałszywy.
Ziva w końcu dojechała do momentu, w którym jej matka nagle dostała olśnienia.
I znowu. Mówiła jak bardzo nienawidziła jej rodzicielki. Ile razy przepłakiwała noc, bo miała dosyć tego, że kobieta po prostu nie chciała słuchać JEJ i zwracała na nią uwagę tylko wtedy, kiedy zrobiła coś źle, albo przynosiła dobre stopnie. Jak bardzo rozżalona była, kiedy Carly zobaczyła jak bardzo ją skrzywdziła, kiedy ktoś inny jej to powiedział.
Na końcu: jak bolała świadomość, że było jej źle, a nie miała pojęcia jak zwrócić się o pomoc.
Wtedy dopiero, po wydawało jej się, że wieczności, dziewczyna schowała głowę w dłonie i zacisnęła oczy, oddychając ciężko. W życiu tyle się jeszcze nie nagadała. Nagle szklanka wody została podstawiona jej pod nosem.
- Dzięki – wychrypiała, opierając się o oparcie fotela i biorąc wielki łyk picia.
- Masz ciężkie lata za sobą – Jet powiedział w końcu, kiedy dziewczyna siedziała z zamkniętymi oczami, mając wrażenie, że w tamtym momencie była bezbronna i każdy pocisk mógł ją zabić. – Nie dziw dowiedzieć się, że teraz to wszystko powraca.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem.
- To minie.
- Nie wygląda jakby miało – stwierdziła cicho.
Jet wzruszył ramionami.
- W perspektywie kogoś takiego jak ty? Nie jestem zdziwiony – stwierdził – Mówisz, że jesteś zmęczona. Masz dość. Nie powiedziałaś, jaki jest prawdziwy powód.
- Mówiłam….
- Nie mówiłaś.
Ziva otworzyła oczy, żeby na niego spojrzeć. Brązowe tęczówki spotkały jego elektryczno-niebieskie. Miała wrażenie jakby w tamtej chwili patrzył przez nią, dostrzegając coś, co dla niej było niewidoczne.
W końcu westchnęła.
Prawdziwy powód.
Czego? Wszystkiego. Korzeń, dlaczego tak się czuła.
- Po prostu chcę być taka jak kiedyś – wymamrotała cicho, podciągając kolana pod brodę – Nie chcę się tak czuć.
- Ale dlaczego?
Ziva wpatrywała się zakłopotana w dół, milion myśli na sekundę, jak na jednej wielkiej autostradzie. Myśli zderzały się ze sobą, policyjne błyski sprawiały, że w pewnej chwili miała wrażenie, że nie znajdzie odpowiedzi. Wszystko było pomieszane, stare, jak w jakimś archiwum.
W końcu, coś jakby zaskoczyło z małym: click!
Staruszek wyszczerzył się, kiedy dziewczyna uniosła nagle głowę, patrząc na niego.
- Bo to nie ja.
