17. A road home.


„Difficult roads often lead to beautiful destinations. „

- Unknown


- Chcę żeby mój przyszły mąż patrzył na mnie tak, jak ty patrzysz na łóżko – oznajmiła Ginger, kiedy Natasha posłała jej dziwne spojrzenie – Okay, może nie mąż, ale pies.

- Dzielimy pokój we trzy? – zapytała Chromia, wchodząc do pokoju. Ginger popatrzyła na zewnątrz okna, widząc zaparkowane pojazdy, w tym niebieski motocykl. Oderwała wzrok od widoku, rzucając torbę na łóżko po środku.

- Yep! – stwierdziła, wzdychając – To lepsze niż dzielenie pokoju z tymi psychopatami z drugiego pokoju.

- Czy tam nie mieści się reszta twojego Klanu?

- Ja tam ich nie znam.

Natasha popatrzyła na nią z wyrzutem. Ginger odwróciła wzrok.

- Dlatego jestem mimo wszystko zdania, że podejmujesz właściwą decyzję – stwierdziła Rosjanka, siadając na łóżku – Zaraz jak to wszystko się skończy.

- Nie wybiegaj w przyszłość – mruknęła Ginger, kładąc się na łóżko – Ona i tak jest dwa kroki przed tobą.

Natasha patrzyła na nią przez chwilę, kiedy ta wyjęła komórkę, odblokowując ją i szukając kogoś w kontaktach, kiedy Chromia usiadła na łóżku obok niej, obserwując dwójkę.

- Zabawne, że ty to mówisz. Nigdy nie masz planu.

- Improwizuje na czas.

- To nie plan.

Ginger posłała jej dziwne spojrzenie, wciskając jakiś kontakt na liście i przystawiając słuchawkę do ucha, kiedy Rosjanka westchnęła.

Brunetka usiadła po turecku, kiedy usłyszała głos po drugiej stronie, uśmiechając się nieco pod nosem.

- Więc, jak się miewa moja najukochańsza cioteczka?

Chromia niemal zakrztusiła się piciem, kiedy Natasha wytrzeszczyła oczy.


- Nadal jest na mnie zły – stwierdziła Zarya na swoim łóżku.

Dzieliła pokój z Jazz'em i kilkoma osobami z Klanu Ginger po kilkukrotnym zapewnieniu z ich strony, że na pewno nie zabiją jej we śnie. Co do tego nadal nie było pewności, stąd Jazz.

- Kto?

- Sunstreaker.

Sabotażysta westchnął, kładąc ramiona pod głowę i wybierając wygodną pozycję na łóżku. Reszta dziewczyn zajęła się swoimi rozmowami, szepcząc do siebie. Zarya wiedziała mimo wszystko, że podsłuchują.

- Wiesz jaki jest – stwierdził, a kiedy posłała mu zbolałe spojrzenie, westchnął – Słuchaj, Sunstreaker ma specyficzny charakter, wiesz o tym.

- Zostawił mnie.

- Nie zostawił.

W pewnym sensie sposób w jaki wymówił to dawał jej do myślenia, bo jakim niby cudem Jazz wiedział, że jej NIE zostawił? Dla niej jasne było, że jej strażnik obraził się i zostawił na lodzie z bandą psychopatów na innym kontynencie.

- Nie widzę go tutaj. Chyba, że nagle stał się niewidzialny.

- Nie mówię, że to co zrobił jest DOBRE, ale staw się na jego miejscu – Jazz jeździł palcem po swoim urządzeniu, prawdopodobnie szukając jakiejś piosenki – Jest twoim strażnikiem, do tego ma naturę osoby, która jak się już o kogoś martwi, to poważnie.

- Był samolubny.

- Bo cię kocha.

Zarya otworzyła usta, kiedy tamto słowo wyszło z jego ust. „Kocha". Wybrzmiało tak swobodnie, jakby tamten mówił o pogodzie. Jakby ta kwestia pomiędzy nią, a jej strażnikiem była oczywista.

- Jest…moim przyjacielem – stwierdziła, marszcząc czoło – Oczywiście, że mnie „kocha" – zrobiła powietrzny nawias, wywracając oczami.

Jazz zerknął na nią.

- Sunstreaker był przerażony, kiedy dowiedział się, że wyjeżdżasz do Australii, po tym, co było rok temu, Rya. Nie wiem, co skłoniło go do pozostania na Diego Garcia, ale nie zostawiłby cię kompletnie samej.

- Ty tu jesteś – zaznaczyła, unosząc do góry brew.

- Nie dla niego. Dla siebie.

Zarya patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, po czym zwróciła wzrok w stronę swojego własnego urządzenia.

Nie wiedziała, co dokładnie o tym myśleć.


Minął dzień od jej ucieczki.

Nie czuła się za dobrze. Musiała przyznać, że na filmach takie ucieczki wyglądały na o wiele łatwiejsze, wymagające mniej roboty. Była skłonna dodać, że od chodzenia z punktu A do punkt bolały ją nogi, a drobne jakie wydawała na jedzenie malały z każdą chwilą.

Tęskniła za Sideswipe'em.

Wyłączyła telefon, ale miała świadomość, że prędzej czy później Sides jakoś by ją złapał, będąc w tym samym miejscu co ona. Dla niej okrążyłby świat.

Wiedziała o tym.

A jednocześnie miała wrażenie, że nie wiedziała NIC. Wątpiła w każdą myśl jaka ją nachodziła. Nieważne, gdzie by nie spojrzała, czuła wzrok innych na sobie. Nie lubiła swojego ciała, teraz miała wrażenie, że go nienawidziła. Oczywiście, inni powiedzieliby, że nie ma CZEGO nienawidzić.

Prawdopodobnie tak było.

Ale w nastrojem jaki miała, Ziva miała wrażenie, że każda mała wada jaką miała byłą powodem do wątpienia w siebie. Nawet te zdolności hakerskie którymi się odznaczała nagle wydawały się pospolite.

Na dworze robiło się zimno. Dla niej, przynajmniej.

Mijała wszystkich po kolei.

Nie patrzyli się na nią. Ona nie patrzyła się na nich. Szła dalej, znała te ulice, chodziła nimi wiele razu, nigdy nie doceniając tego, jak spokojnie tam było w porównaniu z Chicago. Teraz widziała te zalety, nawet mimo ciężkich powiek.

Od rozmowy z Jet'em, zrozumiała, że to nie była ona.

Ta zmęczona, przygnębiona Ziva Hale, nie byłą nią. Ziva była kimś; i kochała siebie za wszystko.

W czasach takich jak te, zastanawiała się jakim sposobem wytrwała będąc radosną dziewczyną w świecie ludzi oceniających i przepełnionych zawiścią.

W pewnym momencie była tak zapatrzona w jakiś punkt, że nie zauważyła osoby idącej naprzeciwko niej i wtedy, kiedy tą osobą zobaczyła, było już za późno i wpadła na klatkę piersiową kogoś i rzeczy, które trzymał wypadły mu z rąk.

Ziva skrzywiła się mentalnie, panika na chwilę przeszła przez jej twarz.

- P-Przepraszam! – wymamrotała, szybko schylając się, żeby pozbierać książki z ziemi, przepraszając jeszcze kilka razu pod nosem nie tylko do chłopaka, ale także do tych, którzy idąc musieli ją specjalnie ominąć.

- Nic, nic nie szkodzi – podniosła się szybko, wyglądając na zakłopotaną i oddała mu przedmioty, odchrząkując, kiedy tamten wyciągnął do niej dłoń – Daniel Davis.

Dziewczyna zamarzła w bezruchu.

Nie-moż-li-we, pomyślała, otwierając szeroko oczy i chwytając jego dłoń.

- Ziva Hale.

I wtedy tamten się wyszczerzył, potrząsając ich złączonymi rękoma.

- Witam koleżankę ze szpitala, panno Phoenix.


- Rany, Gingerino, w życiu nie słyszałam bardziej fałszywego przywitania – stwierdziła kobieta po drugiej stronie, kiedy Ginger parsknęła – Okay, więc jaka jest sytuacja?

- Hale ma plan, Donnelly swoje własne sprawy – dziewczyna zaczęła – Aktualnie siedzimy w hotelu, jutro zaczynamy. U was?

- Żółtodziób do mnie dotarł, nieźle się spisała…

- Ta Lisa czy jak jej tam… - brunetka zwróciła się do Natashy, która ocknęła się i zmarszczyła czoło.

- Monique?

- Ta, ta jedna. Nic jej nie jest – posłała jej uśmieszek – Mówiłam, że wiem, co robię – zignorowała jej wzrok i zwróciła się do kobiety – Kontynuuj.

- …Klan jest pod kontrolą – mówiła dalej, jakby jej w ogóle nie przerwano – Sprawdzałam sytuację z Donnelly, coś tu nie pasuje, wiesz? Ale wszystko idzie jak zaplanowane.

Ginger skinęła głową.

- Jakieś komplikacje?

- Jakiś gościu do nas wparował. Też zabiera się do Australii. – Rodriguez zamrugała – Sprawdziliśmy go, nic na niego nie ma. Jakby w ogóle nie istniał.

- Coś po za tym?

- Nah, nic a nic.

- Okay, informuj mnie na bieżąco.

Po drugiej stronie usłyszeć można było śmiech.

- Nie ma sprawy, kochanie. Ciao!

Połączenie zostało zerwane, kiedy GiGi posłała Rosjance zadowolony z siebie uśmiech, bawiąc się urządzeniem w dłoni. Ten błysk w oku, który zanikł na tak długo, kiedy była w Klanie, znów się pojawił.

- Mówiłaś coś o mnie?
Natasha zamrugała.

- Вы планировали все это (Ty…to wszystko zaplanowałaś.) – powiedziała z niedowierzeniem – Wszystko. Mówiłaś, że nie wiesz, co robić…

- Powiedziałaś, że rodzina mimo wszystko jest ważna – stwierdziła ze wzruszeniem ramionami.

Chromia, która przez połowę tego czasu była cicho, przekrzywiła głowę w bok.

- A kto nią jest?

Bolało.

Ginger nigdy by nie zaprzeczyła, że nie, ale wiedziała, że zasłużyła. Sama nie była święta. Sama uznała, że są nieważni. Jakim prawem mogła się nazywać częścią rodziny, po tym, co zrobiła?

Tchórze nie zmieniają swojej natury. Nieważne, co by się nie stało, Ginger na końcu zawsze skończy sama.

Odwróciła wzrok od dwójki.

- Rodzina jest ważna – powtórzyła chłodno – Nie powiedziałam, że chodzi o moją.

- A kto nią jest?

Ginger nie odważyła się spojrzeć na kobietę, kiedy usłyszała ten ostry głos. Natasha nawet niezręcznie popatrzyła na obydwie, zastanawiając się czy nie powinna ich czasem zostawić i dać porozmawiać.

Dziewczyna schowała urządzenie do kieszeni, wstając.

Chromia jej pewnie nienawidziła.

Ironhide tym bardziej.

Zaryę i Shane'a skrzywdziła tak bardzo, że nawet spojrzeć na nią bez wyrzutu nie potrafią.

Ivy, David, Chris…wszyscy nie żyli. Zabiła ich.

Ginger Rodriguez nie miała już rodziny i tylko, i wyłącznie ze swojej winy.

- Zamierzam sprawdzić, co u reszty. Tasha, Chromia, powinnyście odpocząć, jeśli jutro mamy być gotowi na fazę pierwszą. – powiedziała sucho, wychodząc z pomieszczenia.

Nigdy nie zauważyła tego, jak na nią Chromia spojrzała albo jak Natasha niemal się wzdrygnęła na jej ton głosu.


- Transport pojawi się w magazynie przed świtem – Seth oznajmił w pokoju, kiedy Ginger w końcu tam dotarła, siadając na jednej z szafek – Macie oddział moich gdyby coś poszło nie tak, włącznie z tymi tutaj – wskazał na cztery osoby z Klanu Rodriguez – I niezawodny plan panny Hale.

- I mój – wtrąciła Ginger, machając mu.

Ratchet uniósł do góry brew, kiedy Donnelly tylko ją zignorował.

- Wiecie, w którym więzieniu się znajdują. Sprawa jest prosta: Zarya i Ginger z dwójką ochotników dostają się do środka, robią co muszą i dajecie nogi. Jeśli się nie powiedzie, cóż – spojrzał wymownie na Ginger – Macie tutaj plan awaryjny.

Zarya zamrugała, mając skrzyżowane ramiona i spojrzała na Rodriguez pytająco.

- Jeśli coś pójdzie nie tak, Jack i Diane nie wysłuchają, zgarniam robotę i kończę ją raz na zawsze – wyjaśniła krótko – Myślisz, że dlaczego masz wokoło oddział zabójców?

- Ale zabić ich?

- Nikt nie chce wojny – wtrąciła blondynka obok Ginger.

- A ja nie chcę nikogo zabijać.

- Dlatego masz mnie.

Zarya wlepiła w nią wzrok, brązowe tęczówki jakby stały się ciemniejsze.

- Mówiłaś, że już nigdy tego nie zrobisz – stwierdziła po chwili ciszy, nawet Jazz dziwnie spojrzał się na Ginger, kiedy ta przymknęła na sekundę oczy, wypuszczając powietrze z płuc – Mówiłaś, że nie chcesz. Ginger, co się z tobą dzieje?

Nie było żadnej wdzięczności, żadnej ulgi czy nawet radości. Tylko zdziwienie i zmieszanie. Jakby Zarya nie widziała jej, tylko jakiegoś potwora. Brunetka zdecydowała, że w głównej mierze miała racje.

- Czasami, żeby przetrwać, robimy rzeczy, których nigdy byśmy nie marzyli zrobić – odparła w końcu – A ja nie przyjechałam po to, żeby patrzeć jak Jack i Diane chadzają sobie wesoło po Sydney.

- Mówimy o zabiciu dwójki ludzi! – warknął Jazz.

Seth uniósł do góry dłonie, wchodząc pomiędzy nich.

- Spokojnie – popatrzył na wszystkich – To jest jedynie plan B, nie wiemy, jak to wyjdzie. – spojrzał ostro na Zaryę – A ja nie zamierzam sprzątać ciał przed całą tą akcją, więc zluzujcie.

Zarya jeszcze przez chwilę wpatrywała się w dziewczynę, po czym wypuściła powietrze z płuc.

- Transport o świcie?

- Tak.

Hale popatrzyła po wszystkich.

- Więc niech wszyscy się wyśpią.

Ginger wywróciła oczami.

Szefowa się znalazła, pomyślała.


- Nie wierzę, że cię spotkałam – stwierdziła Ziva, bawiąc się kubkiem gorącej kawy w kawiarni, do której Daniel ją zabrał – To jakiś sen i zaraz się obudzę, nie?

- Rany, Phoenix, śnisz o mnie? – zaczął się z nią drażnić, puszczając jej oczko, kiedy wywróciła oczami – Nah, nie sen. 100% krwi i kości. I 1000% zajebistości, ale o tym już wiesz, co nie?

- Skromny jak zawsze – skomentowała sucho.

- Znasz mnie, Hale. Zawsze do usług.

Ziva pokręciła głową, biorąc głęboki wdech.

Gdyby ktoś jej powiedział, że Daniela znajdzie właśnie teraz, kiedy akurat uciekała przed własnym strażnikiem i swoją przeszłością, na ulicy, wyśmiałaby go.

Daniel Davis był pacjentem, dawno w Chicago, kiedy wylądowała w szpitalu przez sytuację w szkole i dzielił z nią pokój, zawsze chowając się za dobrą książką lub grami na telefonie. Nikt go nie odwiedzał, po za okazjonalną dziewczyną, która, jeśli Ziva dobrze pamiętała, nazywała się Haylie Johnson; zawsze wymieniali parę słów.

- Więc jak ci życie poszło, huh? Nadal jesteś nerdem?

- Hej! Masz coś do nerdów? – zapytał, udając obrażonego, śmiejąc się – Yup! Pamiętasz, jak mówiłem, że mam crusha? Wiesz, na takiej jednej?

- Masz na myśli tą laskę do której wzdychałeś przez cały pobyt w szpitalu?

- Nie wzdychałem! – zaprzeczył ostro – Tylko…tylko dużo o niej mówiłem.

Tak. Rozmawianie o jego obiekcie westchnień było trzecią najbardziej popularną rozrywką, poza czytaniem i graniem.

- Kojarzę.

Oczy Daniel'a zabłysły w ten sam sposób w jaki oczy Sides'a lubiły błyszczeć, kiedy z nią rozmawiał. Ta myśl sprawiła, że poczuła ostre szarpnięcie w sercu, pustka spowodowana dalszym brakiem komunikacji z najbliższymi sprawiła, że czuła się jeszcze gorzej.

- Zaręczyliśmy się dwa tygodnie temu – wyznał, radość słyszalna w jego rozmarzonym głosie, kiedy Ziva niemal zachłysnęła się swoją kawą.

- Żartujesz – powiedziała poważnie.

Szatyn pokręcił głową.

- Nie – wyszczerzył się – Hailie i ja jesteśmy parą od dwóch lat – powiedział dumnie – I w końcu udało mi się ją zdobyć.

Więc to jej imię. Hailie, pomyślała.

Z jakiegoś powodu wieści o tym sprawiły, że dziewczyna po raz pierwszy od kilku miesięcy prawdziwie się uśmiechnęła, uderzając lekko dłonią w stół.

- Gościu, ja nadal nie mam chłopaka, a ty mi wyjeżdżasz z narzeczoną – pokręciła z niedowierzaniem głową, kiedy Daniel puścił jej oczko, śmiejąc się jeszcze bardziej – Rany, gratulację.

Machnął na nią dłonią.

- Po prostu cieszę się, że w końcu jest moja – powiedział szczęśliwie.

Ziva uśmiechnęła się, upijając kolejny łyk kawy.

- Właśnie, rozmawiamy o mnie, a co u ciebie, Phoenix? – na to, brunetka nieco się ocknęła, sztywniejąc delikatnie i wzruszyła ramionami – Nie widziałem cię tutaj odkąd przyjechałem. Wyprowadziłaś się?

- Mieszkam z siostrą – kiwała nieco głową, spoglądając na niego, kiedy jego usta zrobiły literę „o" – Ta, bliźniaczką. W Waszyngtonie.

- Wow.

Ziva uśmiechnęła się blado na tą reakcje.

- I…nie miałam za bardzo kontaktu z rodziną – mówienie o tym stawało się trudniejsze z każdym wypowiedzianym słowem - I nie miałam…za…dobrego stanu psychicznego, więc…

Nie chciała widzieć współczucia. Nie chciała tego. Więc zamiast tego, wlepiła wzrok w kubek na stole.

- Miałam…okropne kilka miesięcy. Matka odcięła mnie od rodziny, kiedy znalazłam moją siostrę bliźniaczkę i od tego czasu, nie miałam z nią kontaktu. Do teraz. W domu też mi się nie układa. W głowie mi się nie układa. Właściwie, to moja głowa to jeden wielki bałagan, wiesz? – jeździła palcem po krawędzi naczynia – Czasami wolałabym umrzeć niż mierzyć się z tym każdego dnia.

Daniel pozostawał dziwnie cicho przez cały jej wywód i w końcu, Ziva uniosła na niego wzrok, unosząc do góry brew, kiedy tamten tępo wpatrywał się w stół, na końcu wyglądając na kogoś, kto nad czymś poważnie myśli.

Wtedy nagle wstał, podając jej dłoń. Spojrzała się na niego dziwnie.

- Myślę, że muszę ci coś pokazać – stwierdził zdeterminowany.

Ziva tylko zamrugała, kiedy pociągnął ją i razem wyszli z kawiarni, płacąc jeszcze wcześniej zdezorientowanemu kelnerowi.


- Wyglądasz na nieco zdenerwowanego, Prowl.

Pięćdziesiąty piąty raz, drugiego dnia, kiedy to zdanie zostało do niego wypowiedziane i Prowl miał go oficjalnie dosyć pod każdym względem. Siedząc z kubkiem kawy w dłoni, z podkrążonymi oczami, zirytowaniem wymalowanym na twarzy – ponieważ dlaczego Skids i Mudflap mieli by dać wszystkim spokój tylko dlatego, że Sunstreaker'a i Sideswipe'a nie było na Diego Garcia? – i data-padem w dłoni, Prowl desperacko szukał jakiejś luki w swoim planie, żeby W KOŃCU położyć się spać na kilka minut i dezaktywować swój holoform.

- Nie mów mi, poznałeś po tym, że nie wychodziłem z biura już z kilka godzin? – zapytał z sarkazmem, sprawiając, że Hide się wyszczerzył.

- Nie, ale zawsze wyglądasz jakbyś miał okres, kiedy Jazz'a nie ma wokoło – posłał mu uśmieszek, kiedy Taktyk zmrużył na niego niebezpiecznie oczy.

- Nie jestem kobietą.

- Dlatego mówię, że wyglądasz, a nie, że nią jesteś – zaznaczył, sprawiając, że Prowl wywrócił oczami, wracając do swojej lektury – Nie potrzebujesz pomocy?

- Nie. Dziękuję za ofertę, Ironhide, ale poradzę sobie sam.

Mężczyzna czasami naprawdę chciał mieć taki wpływ na taktyka jaki Jazz miał, kiedy chodziło o zmuszanie go do wzięcia przerwy. Został jednak za każdym razem pokonany w walce na argumenty i Ironhide musiał przyznać, że gościu POTRAFIŁ wymyślić całkiem dobre powody, dla których nie powinien opuszczać tego pokoju.

Czasami wolał nie wiedzieć, jakim cudem Jazz'owi za każdym razem się udawało.

- Słyszałem, że Ziva do ciebie dzwoniła – zaczął mimo wszystko, siadając w krześle naprzeciwko Prowl'a, kiedy ten w końcu się poddał i odłożył data-pad na biurko – Prime mówił, że nie poszło dobrze.

- Czego oczekiwałeś? Że po tym jak Barricade z nią uciekł, będzie wszystko dobrze? Jest przynajmniej 75% szansy na to, że w tamtej chwili może być przetrzymywana wbrew swojej woli. 10%, że Sideswipe został zaatakowany przez Decepticony i…

- Prowl, zostaw statystyki i procenty dla siebie, dobrze? – czarnowłosy parsknął śmiechem na jego minę – Nic z tego nie rozumiem.

Białowłosy w końcu wziął głęboki wdech, wypuszczając go i opierając się o swoje oparcie, zamykając lekko oczy.

- Powinienem wiedzieć.

Ironhide usiadł prościej słysząc dwa słowa, owinięte w głębokim żalu i poczuciu winy, jakby Prowl myślał, że powinien wiedzieć wszystko, bo był zastępcą Optimus'a Prime, jakby każde przewinienie, każda przegrana walka zostawała przelewana na jego konto.

- Nie wiedzieliśmy, że z Zivą jest tak źle. Nigdy nic nam nie mówiła…a raczej mówiła, tylko nigdy o czymś takim – Hide powiedział powoli, patrząc na niego – To nie nasza wina…

- Powinienem był wiedzieć! – warknął, przerywając mu – Powinienem zobaczyć, że coś jest nie tak! Że sobie nie radzi. Byłem tam, Ironhide, przez cały czas. I nie zrobiłem NIC, żeby temu zapobiec. A teraz jej nie ma.

Tamten tam siedział.

Bo, co miał zrobić?

Wszyscy wiedzieli, że Prowl trzymał emocje głęboko w sobie, nie pozwalając sobie na to, żeby ingerowały w jego decyzje. Ironhide jednak nie miał pojęcia, że był skłonny do winienia się za taką rzecz, wiedząc, że Ziva nigdy nie dała im odczuć, że coś faktycznie jest źle.

- To moja wina… - wymamrotał, chowając głowę w dłoniach, stres i zmęczenie powoli do niego docierało – Zadzwoniła do mnie…a…a, ja nawet nie potrafiłem jej pocieszyć. Nie mogłem…

Czarnowłosy patrzył na niego, nie wiedząc, jak się zachować, czując to okropne uczucie bezradności, patrząc na osobę tak rozłamaną psychicznie, że Ironhide zdawał sobie sprawę, że jedynie, kiedy wszyscy wrócą i zajmą się sobą, to dopiero wtedy Prowl odpocznie.

Prowl w końcu wziął głęboki wdech, unosząc niego głowę. Jego oczy były nieskupione, jakby zamglone, kiedy w końcu na niego spojrzał.

- Wyjdź.

Jedno, chłodne słowo.

- Prowl…

- Wyjdź. – Białowłosy zmierzył go zimnym wzrokiem – Zanim sam cię stąd wyrzucę.

Ironhide przełknął ślinę, wahając się czy na pewno powinien zostawiać go w takim stanie samego, ale w końcu podniósł się z miejsca, kładąc na jego ramieniu dłoń na moment, po czym widząc, że tamten nie zareagował, skierował się do drzwi.

- Wiesz, gdzie nas znaleźć – powiedział, stając na sekundę w progu, po czym nie słysząc odpowiedzi, westchnął i zamknął za sobą drzwi.

Dopiero w ciemnościach swojego biura, otoczony toną pracy, zestresowany do granic możliwości i z wiedzą, że jest sam, Prowl pozwolił kilku łzom opaść.