18. You're the one.


You're not the demons in your head."

- Jazer


- Zaciągnąłeś mnie na koniec miasta, na jakieś odludzie, tylko po to, żeby pokazać mi pieprzony zachód słońca?

- Uh huh, język, Phoenix – Daniel wyszczerzył się siadając na dachu swojego auta i wskazując dłonią w stronę słońca – Po prostu patrz, okay?

Ziva zmierzyła go sceptycznym wzrokiem, stojąc obok pojazdu.

Daniel wywiózł ich w jakieś nieznane jej miejsce, Bóg wie, że niewiele ich było w Nashville, gdzie mieli świetny widok. Co prawda, Ziva nigdy nie była fanką krajobrazów, raczej jej siostra, ale musiała przyznać, że całkiem ładnie to wyglądało. Niemal poetycko, odważyła się stwierdzić w duchu.

Ale mimo ładnego obrazu, Hale nie mogła pojąć co takiego ważnego było w kawału nieba pokolorowanego na pomarańczowy kolor.

- Twoja narzeczona nie będzie się martwić? – zapytała od niechcenia.

Po jej lewej stronie rozległo się parsknięcie.

- Nah, spokojnie. Wysłałem jej SMS, że wrócę późno.

Ziva zerknęła na niego.

- Tak ci ufa?

- Bez zaufania nie ma nic. – stwierdził, rozbawienie błysnęło w jego oczach. Tak samo jak u Sideswipe'a, stwierdziła, chociaż nie. Sideswipe miał to charakterystyczne światło w tęczówkach.

- Racja – mruknęła sucho, zwracając wzrok w stronę słońca i przez chwilę nie było nic ciekawego na niebie, dopiero sekundę później… - Primus… - wyszeptała pod nosem.

Przed nią można było zobaczyć kawałki kolorów, manewrujące od jasnego niebieskiego do krwistej czerwieni. Kalejdoskop, pomyślała, tak nazwałaby to Zarya gdyby tu była.

Ostre szarpnięcie w jej sercu przypomniało jej o tym, że Zarya MOGŁA to zobaczyć, gdyby tylko odblokowała swój koniec więzi. Jak tchórz, bo bała się – może tylko podświadomie – że z powodu tego jak się czułą, po prostu ją zostawi. Co było oczywiście śmieszne, bo Zarya ją kochała.

Prawda?

- Ziva?

Brunetka jakby skurczyła się na jego ton głosu, nie wiedząc co powiedzieć. Widok był piękny, jakby zabrał jej dech w piersiach, tylko…

- Często tu przychodzisz?

Daniel spojrzał na kolory.

- Od czasu do czasu? – wzruszył ramionami – Już nie sam.

Hale zamrugała kilkakrotnie, jakby zbierało jej się na płacz.

- Dlaczego?

- Ponieważ, Phoenix – Daniel zwrócił się do niej – Jaki jest sens przychodzenia tutaj samemu, kiedy mam kogoś, kto doceni go tak bardzo jak ja? – Ziva znowu boleśnie przypomniała sobie o Zaryi – Dlaczego cię tu zabrałem? Proste. Widzisz ten kalejdoskop? To twoje wnętrze. Więc?

Ziva tylko patrzyła z otwartymi oczami na to wszystko.

- Jaki jest sens ukrywania tego, co w sobie masz, kiedy możesz się tym dzielić z innymi?

- Co jeśli tego nie docenią? – wyszło z jej ust, zanim mogła się nawet powstrzymać.

Chłopak popatrzył na nią, z tą szczerą iskierką i smutnym uśmiechem.

- Nie zasługują na ciebie – otworzyła usta, żeby zaprotestować, że to ONA nie była tą, która zasługiwała na nich, ale szybko ją uciął – Nie. Ci, którzy są twoimi przyjaciółmi, twoją rodziną, zostaną. Jeśli odejdą, kiedy dowiedzą się, co się dzieje, nie zostaliby, nawet gdybyś nic nie powiedziała. Z czasem, zostawiliby cię na lodzie.

Ziva oplotła się w pasie, jakby samej próbując się przytulić.

- A co jeśli zostanę sama?

Westchnął.

- Nigdy nie jesteś sama – brunetka odwróciła wzrok – Komuś zawsze zależy, z oddali. Żaden człowiek nie stoi sam.

- Mówisz tak, bo układa ci się w życiu.

- Mówię tak, bo próbowałem się zabić i mi nie wyszło – powiedział szorstko, jakby mówienie o tym wprawiało go w obrzydzenie – Myślisz, że nie wiem, jak to jest?

To było jak chodzenie po lodzie, Ziva wiedziała, ale brnęła w to dalej.

- Nikt nie przechodzi tego samego – upierała się.

- Świetnie – jego głos ociekał sarkazmem, ten obrazek miłego i grzecznego chłopaka zniknął jej z oczu, kiedy popatrzył na nią ostro, zeskakując z samochodu – Więc będziemy chodzić w kółko, wylewać swoje żale na portalach społecznościowych i udawać, że nikt nie może nam pomóc, bo nikt nas nie rozumie, tak?

- Nie to miałam na myśli! – warknęła.

- A co, do jasnej cholery, miałaś na myśli?! – podniósł głos – Że w środku powoli umierasz, ale nie wiesz, dlaczego? Że wszyscy wokoło nie wiedzą, co się dzieje, bo jesteś jak cholernie dobra w ukrywaniu tego, że powoli przechodząc przez ulicę, nie podnosisz już głowy? To miałaś na myśli?

- Możesz się na mnie nie drzeć?

- Najwyraźniej muszę, bo nikt inny nie potrafi tego zrobić – syknął, sprawiając, że zrobiła krok w tył – Twoja matka nigdy by nie zareagowała, co? Twój ojciec próbowałby się lekko podnosić na duchu, a szkoła wysłałaby cię do psychiatry. Twoja własna siostra traktowałaby cię jak jakąś gównianą porcelanę!

- A to by nie pomogło?

- Ludzie żyją w przekonaniu, że leki to wyjście na wszystko. Delikatne podejścia, które mają cię rzekomo wyleczyć – prychnął z pogardą – Cóż, wiadomość z ostatniej chwili. Te rzeczy dają ci znak, że możesz iść dalej, ale potrzeba kogoś, kto ci da takiego kopa, że pójdziesz dalej sama.

- To nie ma sensu – stwierdziła sucho, krzyżując ramiona – Krzyk ma mi w tym pomóc?

- A fałszywe zapytania „co u ciebie?", „jak cię czujesz?" to pomogą? – zapytał z przekąsem – Nie. Nikt mi nie pomógł, myśleli, że czułe słówka nagle mnie wyleczą.

- I próbowałeś się zabić.

- I przez trzy miesiące żałowałem, że mi nie wyszło – dokończył – I wtedy Hailie dowiedziała się, co się stało. Przyszła do szpitala, zrobiła awanturę mojej rodzinie, na końcu przyszła do mnie. Zaczęła wrzeszczeć. Nie miałem pojęcia, o co jej chodzi.

Ziva spuściła nieco wzrok, patrząc na jego ramiona.

- Nigdy ci nie powiedziałem, dlaczego usadzili mnie u ciebie w sali, prawda? – zaśmiał się sucho – Dlatego tam zlądowałem. Gdyby Hailie nie przyjechała, nie nawrzeszczała na mnie, nie próbowała po prostu do mnie DOTRZEĆ, nie byłoby mnie tu. Spróbowałbym jeszcze raz.

- Mówisz mi o tym, bo…?

- Bo kiedy zdecydujesz się na ten ostatni krok, może być już za późno.

Za późno na co?, pomyślała mrugając.

- Doceniam…naprawdę doceniam to, że mi powiedziałeś, ale…nie jestem tobą.

- Wiem, że nie jesteś – ten blask jakby wrócił, tylko w ciemniejszej barwie – I dlatego wiem, że ci się uda.

Powiedz to mojej głowie.

- Wiem, co sobie myślisz. Temu się udało, to myśli, że wie wszystko. Ale Ziva, masz siostrę. Jeśli nie chcesz zostać na świecie dla siebie, zrób to dla niej.

I tutaj było to. Zostanie żywym. Ta myśl w ogóle jej nie pasowała. Zostać tutaj dla kogoś, okay, ale wydawało jej się to nie tyle, co denerwujące, ale nieco zabierające jej wiarę w lepsze jutro. Zarya nie przeżyje dla niej życia. Nie będzie bawić się komputerami jak ona.

- Ta, dzięki za radę – powiedziała nieco sucho.

Daniel widząc, że historia nią nie wstrząsnęła tak, jak myślał, że by to zrobiła, wziął głęboki wdech, przejeżdżając dłonią przez twarz.

- Jaka ty jesteś uparta – stwierdził do siebie cicho, na co prychnęła.

- Tak mi mówią.

Pstryknął palcami, sprawiając, że uniosła do góry brew.

- Co?

- To – wskazał na nią, na co odpowiedziała kolejnym „co?". – Poczucie humoru. To.

- Co z tym?

- To jesteś ty.

Ziva zrobiła kolejny krok w tył.

- Okay…?

- Okay? Może bardziej z entuzjazmem? – podsunął, po czym westchnął – Poczucie humoru. To jesteś ty. Nie ta rozłamana emocjonalnie dziewczyna, to.

- Ta rozłamana emocjonalnie dziewczyna stoi przed tobą.

- Oh, daruj sobie. Nie widzisz tego?

- Czego?

- Siebie.

Gdyby dawali nagrody za nie rozumienie innych ludzi, Ziva dostałaby ją na sto procent z kupą słodyczy. Stała tam po prostu i wgapiała się w niego, bo chłopak wyglądał jakby dostał olśnienia, taki szczęśliwy tam stał.

- Mnie?

- Tak.

To było naprawdę dziwne.

Następna rzecz jaka jej przyszła do głowy, to:

- Coś było w tej kawie, co nam zamówiłeś?


- Po co nam tyle broni? – zapytał Jazz, siedząc na jednej ze skrzyń.

Ginger wyglądała jak złodziej z bajek, ubrana w czarny strój z czapką na głowie, ale jej chłodny wzrok za każdym razem, kiedy Jazz pytał się o to samo, przypominał im o tym, że z dziewczyną lepiej było w ogóle nie zadzierać.

- Żebym miała wybór, kiedy cię strzelę w tą głupią łepetynę – rzuciła ostro, sprawiając, że chłopak uniósł do góry dłonie. To był pierwszy raz, kiedy się w końcu odezwała.

- Co cię ugryzło? – Seth zapytał ze swojego miejsca przy ciężarówce. Shane tylko przejechał po niej wzrokiem, doszukując się czegoś.

Ginger od świtu miała po prostu zły dzień. Coś było nie tak. Oczywiście, jej plan szedł gładko, jej ciotka miała się zjawić lada chwila w Sydney, żółtodziobowi nic nie było, a samo wypakowywanie potrzebnych materiałów nie sprawiało żadnych trudności.

Coś było nie tak. Z nią.

Zarya uniosła wzrok.

- Ja wiem, że Jazz jest irytujący…

- Hej!

- Ale nie myślisz, że jesteś nieco przewrażliwiona?

Chromia niemal parsknęła na spojrzenie żądzy mordu na twarzy brunetki. Przynajmniej, dopóki dziewczyna wypuściła dziwnie drżący wydech i Natasha zauważyła, że dłonie dziewczyny się trzęsły. Wszystko byłoby okay, gdyby nie fakt, że tak długo jak ją wszyscy znali, Ginger nie miała takich problemów.

Kiedy skrzynka niemal wyślizgnęła jej się z rąk, dziewczyna zatrzymała się.

- Przewrażliwiona? Ja? Daruj sobie.

- Mam wrażenie, że wróciliśmy dwa lata wstecz, GiGi – Shane się odezwał w końcu.

Nie wiem, co jest nie tak, pomyślała, ale wiem, że nic mi nie jest.

Jest okay.

Jest wszystko w porządku.

Kłamstwa, wysyczała w jej głowie Ivy tak nagle, że dziewczyna zamarzła w miejscu. Dawno nie słyszała jej tak wyraźnie. Jej matka była głównym głosem w jej głowie, albo pchając jej dalej do perfekcji albo dając jej takiego mentalnego kopniaka, że nie mogła się pozbierać.

Była tchórzem.

Znowu się wycofywała.

- Ginger? – Jazz siedzący najbliżej niej zmarszczył czoło.

Co się ze mną dzieje?, zapytała się przerażona w głowie.

Nic się nie dzieje, oczywiście, że nie. Znowu masz problemy ze sobą, szeptał Chris tak słodko, mogła przysiąc, że słyszała go w swoim uchu, jakby stał koło niej.

Znowu? Znowu w sensie, że kiedy…?

- Co? – wyrzuciła z siebie w końcu.

- Nie jestem ekspertem, ale zrobiłaś się nieco blada.

Miała zamiar obejść i mu coś powiedzieć, ale kiedy zrobiła jeden krok, zachwiała się. W jednym momencie, Natasha była obok niej. Nawet Seth przestał robić to, co robił i popatrzył na nią. Członkinie jej Klanu jednak były w ciężarówce, wyładowując jeszcze parę rzeczy.

To nie jest wymówka, stwierdził David w jej głowie, nigdy nie była.

- Zamknij się – szepnęła.

Tasha posłała jej pytające spojrzenie, kiedy dziewczyna się od niej odsunęła, testując to, czy aby na pewno jej się po prostu nie wydawało i zachwiała się tylko przez nagły dopływ krwi. Oh, jak bardzo miała nadzieje, że to oto chodziło.

- Ma'am?

- Tak?

Ginger ledwo zarejestrowała to, że odpowiedziała, kiedy ją ktoś zawołał. Uniosła wzrok, prostując się z lekkim grymasem.

- Nic pani nie jest?

Brunetka odwróciła wzrok na chwilę.

Jeśli znowu jej to wracało, to modliła się, że jeśli znowu zwieje, Ginny Epps jej nie wkopie po raz kolejny.

- Nic mi nie jest – zapewniła sucho.

Oczywiście, że nic mi nie jest, pomyślała, biorąc się za skrzynie.

Nikt nic więcej nie powiedział.


- Ziva, naprawdę próbuję być poważny – Daniel stwierdził, przejeżdżając dłonią przez twarz – A ty mi wyjeżdżasz z…

- Okay, okay, wiem – uniosła dłonie do góry, na co tamten uniósł do góry brew – Ale musisz przyznać, że mi to wyszło.

Patrzyli się na siebie przez dłuższą chwilę, po czym obaj wybuchli śmiechem.

To był ten krótki moment, kiedy Ziva zdała sobie sprawę jak dobrze było się tak wolno zaśmiać, nawet z jakiejś głupoty, nie myśląc za bardzo o tym, co się działo wokoło. W pewnym sensie, musiała przyznać, że nawet czuła się z tym lepiej.

Właśnie wtedy zadzwonił telefon. Nie, właściwie dwa.

Ziva nagle przestała się śmiać. Daniel także.

- Dziewczyna?

Tamten popatrzył na telefon, wyciągając go i kiwając głową.

- Siostra?

Ziva spojrzała na wyświetlacz.

- Gorzej. – Daniel popatrzył na nią – Strażnik.

- Strażnik?

- Hej, ja mówiłam, że miałam schrzanione życie, nie?

- Ale żeby strażnika? – Ziva wywróciła oczami – Okay, dobra, czekaj może powinniśmy odebrać?

- Pogięło cię?

- Ej, chyba nieodebranie byłoby gorsze, nie?

Ziva przez chwilę zastanawiała się nad tym, patrząc na wibrującą komórkę w dłoni aż w końcu westchnęła, kiwając głową. Wolałaby nie mieć jeszcze więcej kłopotów. Po za tym…

- ZNALAZŁEM!

…przecież jej nie namierzy, nie? Hale zamarzła w bezruchu z palcem nad przyciskiem zielonej słuchawki, z szeroko otwartymi oczami, patrząc na chłopaka naprzeciwko niej. Daniel odchrząknął, już ze słuchawką przy uchu.

Tam, dalej od nich, stał Thundercracker. Ziva może nie byłaby tak zdziwiona, gdyby nie fakt, że TC był spokojniejszy…

- Warp, głośniej. Miasto obok cię nie słyszało.

Zaraz, co?

Obok TC stanął obok TC? Nie, czekajcie…

- Co my ci mówiliśmy o ściąganiu tu swojego brata? – czy to był głos Barricade'a? Ziva doskonale go znała, ale przecież…

- Żeby tego nie robić – mruknął, wcale nie wyglądało, żeby było mu z tego powodu smutno. Jeśli cokolwiek, to wyglądał na zadowolonego z siebie. – Ale znaleźliśmy waszego człowieka, więc…

Thundercracker nawet nie skończył, kiedy Sideswipe przebiegł koło trójki, widać było tylko czerwoną smugę.

- Co do… - dziewczyna zaczęła, kiedy tamten podbiegł, i niemal ją przewalił, obejmują i podnosząc do góry, chowając głowę w jej bluzce - …Sides?

- Przysięgam – mówił, po czym uniósł głowę z surowym wzrokiem – Że jak jeszcze raz wykręcisz mi taki numer, to cię przykuje do łóżka.

Brunetka tylko się w niego wpatrywała. Tylko to potrafiła zrobić. To takie uczucie, jakby w tamtej chwili nie liczyło się nic, a nic, a tylko jego spojrzenie. Takie żywe. Takie niemalże piękne. Totalne przeciwieństwo jej oczu.

- Phoenix, muszę lecieć – Daniel zawołał, patrząc na dwójkę – Ale…chyba, nie masz mi tego za złe, nie?

Hale w końcu pokręciła oszołomiona głową.

- Zdzwonimy się – wykrztusiła.

- Pamiętaj, o czym ci powiedziałem.

- Jasne.

I z tym odjechał. Zostawiając ich samych, tylko z wiatrem i kalejdoskopem. Gdyby Ziva była tą typową dziewczyną z filmów, powiedziałaby, że widok był dosyć romantyczny. Zważając na to, że Sideswipe nadal miał ją w ramionach.

I…Primus, to pierwszy raz, kiedy jej się zdarzyło, że patrząc na niego, widziała taką szczerość, że serce mocniej jej zabiło; w oczach jej błysnęło to uczucie adoracji. I jakby czas się zatrzymał.

Thundercracker niezręcznie stał na boku, Skywarp przechylił zdezorientowany głowę. Barricade opierał się o słup, krzyżując ramiona i kręcąc głową. Przysięgał, że to się aż nudne zaczynało robić, patrzeć, jak tańczą wokoło siebie. Tak samo jak Prowl kiedyś. I Jazz. Ah, tak, to był wtedy widok, zwłaszcza jak się patrzyło na to z drugiej strony pola bitwy.

- To…ehkem, ten teges…

- Ta?

- Możesz mnie…no wiesz, puścić. – Sideswipe uniósł do góry brew. – Na dół. Na ziemie, znaczy się.

- Ta?

Ziva przełknęła ślinę.

- Ta.

- Ciekawe.

Brunetka zamrugała. Wlepiła w niego oczy, brązowe tęczówki jakby zalśniły i musiała odwrócić wzrok. Ten elektryczny niebieski kolor był po prostu dla niej za dużo. Nie mogła wytrzymać. Policzki jej się dosłownie leciuteńko zaróżowiły.

- Mam ci obiecać, że już nie ucieknę? – zapytała, znowu na niego patrząc.

To był błąd. Ten kolor, to uczucie, to było na serio za dużo. Tak jakby cała jej klatka piersiowa przepełniona była ciepłem, dziwnym odczuciem nagłego przypływu emocji, której nie potrafiła nazwać.

Wtedy się wyszczerzył tym znajomym uśmieszkiem.

- Nie trzeba, pobiegłbym za tobą, nawet jakbyś była na drugim końcu świata.

Tak oto proszę państwa, Ziva Hale doświadczyła pierwszego zawału serca, a jej policzki zarumieniły się tak mocno, że myślała, że wyglądała jak Galloway kiedyś. To intensywne spojrzenie jej nie pomagało. Ani trochę.

- Primus, weźcie się już pocałujcie. Film się zaczyna o dwudziestej – TC zawołał zirytowany.

- Zamknij się, 'Cracker. Zaczyna się robić ciekawie.

Ziva schowała głowę w jego szyi, kręcąc głową. Sideswipe poklepał ją po plecach.

- Wracamy?

Zamknęła oczy, biorąc głęboki wdech.

- Nigdy nie odeszliśmy.

Nawet go nie widziała, a i tak czuła jego uśmiech. Moment naprawdę byłby poetycki, gdyby nie…

- Nienawidzę tanich komedii romantycznych.

…Barricade.


Dasz radę, mówiła sobie w myślach Ginger, próbując nie skupiać się na głosie w głowie, wmawiając sobie, że tylko to sobie zmyśliła. Przecież było tak dobrze, szło jej tak świetnie. Nie było możliwości, żeby…

Nic nie jest niemożliwe.

Wzdrygnęła się nieco.

- Co się z tobą dzieje? – zapytał w końcu Shane.

Z całej ekipy to on najbliżej niej siedział w ciężarówce. Patrzył na nią dziwnie, prawdopodobnie widząc, jak raz po raz nawet do siebie szepcze. Nie dziwiła mu się, że chciał wiedzieć, co się dzieje.

- Nic.

Donnelly jednak uniósł do góry brew.

- Nie wygląda na „nic", poza tym – zmierzył ją wzrokiem – „Nic" było także zanim postanowiłaś zwiać.

Przepraszam, chciała powiedzieć, kiedy jego słowa wbiły jej się w serce. Opuściła ich. Tchórz. Zamiast powiedzieć nawet dlaczego…, tylko zmyślała powody. Nigdy do końca nie powiedziała, dlaczego nie wróciła.

- Nic – uniosła głowę – mi nie jest.

- Ginger.

Odwróciła wzrok.

Te prawie, że dwa lata temu, dziewczyna nie zniknęła, bo chciała uciec. A przynajmniej nie był to jedyny powód. W rzeczywistości, z tego, co dowiedziała się od swojego psychiatry i lekarza z Klanu, Ginger – podobno - miała zespół stresu pourazowego. Rzadkim jego symptomem także było słyszenie głosów. A Rodriguez najzwyczajniej w świecie, nie chciała, żeby inni się o tym dowiedzieli, dlatego jak ostatni tchórz uciekła od rodziny, przyjaciół, Klanu.

- Dam sobie radę – zapewniła chłodno, chociaż w środku czuła, że była już tym zmęczona wewnętrznie.

- Nie wierzę ci.

- To nie kwestia wiary…

- Ginger, wiem, że jest coś nie tak. – Donnelly oparł się bardziej o swoje siedzenie – Cokolwiek to jest, zżera cię od środka. Jeśli komuś nie powiesz…

W tamtej chwili, Ginger nigdy wcześniej nie czuła się tak zirytowana.

- Chuj was to wszystko obchodzi – warknęła głośno, zwracając na siebie uwagę pozostałych – Na końcu i tak zostałabym z tym sama. Takim jak ja, nie da się pomóc.

Shane nie patrząc nawet na innych, zmrużył oczy, zerkając na nią.

- Pragnę przypomnieć, że wszyscy byliśmy w tym samym bagnie od samego początku…

- Nie tym – ucięła ostro, piorunując go wzrokiem – Uwierz, że wiedziałbyś o co mi chodzi, gdybyś był tam wtedy ze mną.

Tam. Miejsce o którym od lat Ginger nie rozmawiała, ponieważ za każdym razem kończyła w łóżku, przepłakując noc. Nikt nie musiał o nim wiedzieć. Niektórych rzeczy nie dało się wyjaśnić, a z niektórymi musiała poradzić sobie jakoś sama.

- GiGi – chłopak zaczął masować sobie skronie – Ja rozumiem, że mieliście inne zasady i klimat, ale co było tak traumatycznego, że nie możesz nawet o tym normalnie mówić?

- Przecież mówię normalnie!

- Wrzeszczysz na mnie, nie mówisz normalnie – popatrzył na nią spod łba – Cokolwiek to jest, może powinnaś…

Ginger zacisnęła mocno pięści, wbijając mocno paznokcie w skórę.

- Może powinieneś zając się tym, po co tu jesteś – wycedziła, odwracając głowę – Poradzę sobie z własnymi problemami, nie musisz się martwić – wysyczała.

Na tym konwersacja się skończyła. Shane miał już coś odpyskować, kiedy spojrzał w dół na jej dłonie.

Niektórzy podążyli za jego wzrokiem, zastanawiając się, co sprawiło, że chłopak się wycofał. Dopiero wtedy zobaczyli krew spływającą jej spod palców.

Nikt się nie odezwał.