20. Stay close to me.


Those who say your friends cannot be your family, are simply wrong. „

- Jazer


- Cmentarz? – to było pierwsze zdanie jakie wyszło z ust Sideswipe'a, kiedy w końcu się zatrzymali na chodniku.

Ziva zamknęła na chwilę oczy, ostatni raz mocno zaciskając palce na kierownicy. Kiedy ostatni raz tutaj była, miała piętnaście lat przynajmniej, akurat w dzień jego śmierci. Później nie miała odwagi przyjść samej, a jej rodzice byli zajęci pracą.

A Sunshine nigdy o tym nie wiedziała.

Nie wiedziała, jakim tchórzem była jej siostra.

Dziewczyna potrząsnęła głową, wysiadając z lamborghini. Chwilę później silnik zgasł, a koło auta pojawił się holoform Sideswipe'a. Ziva zmierzyła go wzrokiem, mrugając.

Jej strażnik wyglądał na starszego. Czy to możliwe, że była tak pochłonięta sobą, że nigdy nie zauważyła jak jej najlepszy przyjaciel się zmienił? Jego włosy, wcześniej ciemne z czerwonym pasemkiem ściemniały jeszcze bardziej. Dawniejszy jasny kolor jego oczu nadał był żywy, ale jakby z cieplejszą barwą.

Nawet ubierał się jakoś dojrzalej?

- Ziva? – chłopak podszedł do niej, kładąc jej dłoń na ramieniu. Hale stwierdziła, że musiała wyglądać naprawdę na zagubioną, sądząc po zaniepokojonym wzroku Sides'a.

- P-po prostu… - ucięła, spoglądając na tabliczkę przy wejściu – Ja…

Sideswipe spojrzał w tą samą stronę, po czym zmarszczył na chwilę czoło. Kiedy Ziva nie ruszyła się z miejsca, Sides chwycił ją mocno za dłoń, przyciągając ją bliżej.

- Ktoś z rodziny?

Ziva skinęła głową.

- Zaprowadzisz mnie?

Uniosła zaskoczona wzrok, kiedy ten lekko się uśmiechnął. Rozejrzała się po okolicy, nie widząc nikogo innego.

'Nigdy nie powiedziała mi, że miałam bliźniczkę. Ukrywała to.'

'Masz szanse na odnalezienie jej, prawda?'

Wykręcając dłoń z jego uścisku, złapała go za nadgarstek, umysł nadal przyćmiony przez wspomnienia i pociągnęła w stronę wejścia.


- Czy to jest środek miasta?

Seth wywrócił oczami na pytanie, patrząc na niego zirytowany.

- Obrzeże.

Shane zmierzył go wzrokiem, po czym wrócił do bawienia się komórką. Żałował zostawienia Ratchet'a w hotelu razem z kilkoma innymi osobami. W tamtej chwili naprawdę nie wiedział czy jego towarzystwo by mu się przydało.

- Kiedy do mnie dzwoniła, sygnał urwał się gdzieś tutaj – stwierdził Seth, patrząc na budynki, które mijali – Powinniśmy…

Shane od tamtego momentu już go nie słuchał. Przejeżdżali przez dobrze znajome mu dzielnice i miał wrażenie, że ktoś się z nimi bawi. Nie było możliwości, żeby jego matka była właśnie gdzieś tutaj, na wyciągnięcie ręki.

- Shane!

Chłopak zamrugał, unosząc do góry brew.

- Ta?

Westchnięcie.

- Słuchałeś mnie w ogóle?

- Nie.

Mężczyzna zacisnął dłonie na kierownicy. Shane natychmiastowo przełknął ślinę, odruchowo przesuwając się bliżej drzwi auta. Kiedy Seth odezwał się po raz kolejny, Shane musiał zmusić się do rozluźnienia.

- Nadal jesteś szczery do bólu – mruknął do siebie.

Do bólu to na pewno, stwierdził w myślach.

Shane po chwili stwierdził, że Seth'owi naprawdę zależało na znalezieniu swojej byłej żony. Wiedział, że tak było. Za każdym razem, kiedy jego ojciec chciał coś mieć, miał ten zdeterminowany wyraz twarzy, zaciskał zęby, a w oczach czaiła się ta niebezpieczna iskierka, mówiąca, że zdobędzie to po trupach.

Chłopak nie wiedział czy bał się tego, czy tego, co by się stało, gdyby nie zgodził się na próbę odnalezienia jej.

Jednakże, Shane dawno stracił nadzieje na zobaczenie jej. Mimo tej małej nadziei w środku, nie miał ochoty na szukanie kogoś, kto zostawił go na pastwę losu by zdechł w męczarniach.

- Co jeśli to pułapka?

Śmiech.

- Pułapka?

Młodszy Donnelly wzruszył ramionami.

- Wiele ludzi chcę cię martwego.

- Dziękuję.

To nie był komplement, stwierdził w duchu, odwracając się z powrotem w stronę okna. Mijali kolejne budynki i z każdym skrętem, Shane czuł, że coś po prostu tutaj nie pasuje, że czegoś tutaj nie widzieli.

Jednak Seth Donnelly, Shane powiedział do siebie kiedyś przekonany, jest za dumny, żeby przyznać się do takiego błędu, jak zakochanie się w kobiecie, która nigdy go nie chciała.

Zbyt uparty, żeby przyznać mu racje i może po prostu rozważyć możliwość, że to wszystko to jedna wielka bujda.

Miłość jest ślepa. Ślepa, ale głęboka. A Shane wiedział, że prędzej czy później, Seth sam to zobaczy i być może tym razem, nie ucieknie.

Może.


Dopiero kilka minut po tym, jak Ziva zatrzymała się przy nagrobku, coś na sercu jakby jej spadło. Wszystko nad czym myślała, wszystko, co wcześniej czuła, jakby sprowadzało się do jednego zwykłego zdania.

- Gdyby nie on, nigdy byśmy się nie poznali. Ja nie poznałabym… – Sideswipe uniósł na nią wzrok, a kiedy nie powiedział nic więcej, dziewczyna kontynuowała – Ciebie. Zaryi. Lennoxa, nikogo.

- Ziva…

Odwróciła wzrok, wbijając go w bukiet kwiatów na innym grobie.

- Próbowałam…znaleźć siebie – zaczęła smutnym tonem, jakby odkrywając słowa które wychodziły jej z ust dopiero teraz – Po tym, co się stało. Po tym jak…umarłam.

Skrzywił się na te słowa, ale stanął prościej, słuchając. Zastanawiał się czy tak właśnie czuli się zwycięzcy, kiedy dostawali to, czego tak długo szukali.

- To zaczęło się zaraz po tym, prawda? – mruknął mimo wszystko.

- W pewnym sensie, tak – skinęła głową – Dopiero wtedy zaczęłam nad tym myśleć, wiesz? Może to było moją zgubą. Wcześniej po prostu żyłam. Po prostu…byłam. – spojrzała w końcu na chłopaka – I byłam szczęśliwa.

Byłam. Czas przeszły. Jej strażnik zamrugał, nie rozumiejąc, gdzie to wszystko zmierzało.

- Teraz nie jesteś.

Stwierdzenie. Okropnie szczere stwierdzenie, które sprawiło, że Ziva wzdrygnęła się, niemal wycofując się i nie mówiąc już nic więcej. W głowie jednak pojawiła się uśmiechnięta twarz jej dziadka i dziewczyna ciągnęła dalej.

- Ostatnio czułam się taka zmęczona – zmarszczyła czoło – Taka słaba. Jakby to, co sprawiało, że czułam się świetnie, teraz mnie topiło. Próbowałam to ukryć, zdaje się, że nie bardzo mi wyszło.

- Nikt nie myślał, że z tobą jest coś nie tak – stwierdził mimo to Sideswipe – Więc myślę, że jednak nie było tak źle.

Zawiodłem cię. Nie zauważyłem, kiedy zaczęłaś się tak czuć. Przepraszam, że jestem takim beznadziejnym przyjacielem. Przepraszam, że zawiodłem jako twój strażnik. To były rzeczy, których nie powiedział, a mimo to Ziva wiedziała, że chciał.

- Nie mogłeś mnie uchronić przed samą sobą, Siders – stwierdziła z lekkim uśmiechem – Nie jesteś taki niesamowity.

Sideswipe parsknął rozbawiony.

- Mogłem spróbować.

Uniosła do góry brew, kręcąc głową.

- Sideswipe. – odwróciła się w jego stronę – Wiesz dobrze, że czasami nie można nic zrobić i po prostu trzeba dać światu szansę na wykazanie się. Niektóre rzeczy po prostu musiały się zdarzyć.

Chłopak zrobił dwa kroki w jej stronę, łapiąc jej lekko drżące dłonie i przyciągnął jedną z nich do swoich ust. Ziva otworzyła szerzej oczy, ale nie odezwała się słowem, tym razem nie odsuwając się od niego. Sideswipe uznał to za pozwolenie, całując delikatnie jej kłykcie.

- A co jeśli nie chcę dać światu tego, co on chce? – zapytał z uśmiechem – Co jeśli chcę żebyś była wiecznie szczęśliwa, ponieważ zasługujesz na wszystkie gwiazdy z nieba?

Ziva zarumieniła się delikatnie, kręcąc głową.

- Będziesz musiał z nim zawalczyć – wymruczała cicho.

- Dla ciebie walczyłbym z przeznaczeniem – obiecał poważnie, gładząc palcem po jej dłoni – Nawet gdybym miał oddać za ciebie życie, zrobiłbym to bez zastanowienia.

Ziva wytrzeszczyła oczy, gapiąc się na niego. Przez chwilę, chciała zapytać, co by było z jego bratem, kiedy zdała sobie sprawę, że Sunstreaker prawdopodobnie zrobiłby to samo dla Zaryi.

Ziva zbliżyła się nieco, kładąc głowę na jego ramieniu.

- Miejmy nadzieje, że do tego nie dojdzie.

Sideswipe objął ją w pasie, przytulając.

Ziva wzięła głęboki wdech, zaciskając oczy i sięgnęła do tej wcześniej zablokowanej części swojego umysłu, wypuściła powietrze z płuc.

Blokada została zniesiona.


- Sunny?

Sunstreaker nawet na nią nie spojrzał, trzymając wzrok na Diane, która stała perfekcyjnie prosto, jakby w chwili, gdy poruszyłaby się za szybko, mogłaby skończyć jak jej mąż. Ginger mimo bycia jako widz z drugiej strony, wiedziała, że tak właśnie mogło się stać.

Zarya wpatrywała się w martwe ciało przed nią, jakby nie mogąc w to uwierzyć.

- Musimy stąd spadać – powiedziała Rodriguez głośno, sprawiając, że blondynka na nią spojrzała – Policja może zjawić się lada chwila.

Hale odwróciła wzrok, patrząc na swojego strażnika.

- Sunstreaker?

- Zasługuje, żeby zdechnąć w męczarniach – powiedział z obrzydzeniem Sunstreaker, zerkając na Zaryę – Za to, co ci zrobili.

Pierwszy raz w życiu dziewczyna widziała taką nienawiść w czyiś oczach i po raz pierwszy w życiu miała ochotę zwymiotować na widok jaki był przed nią.

- Zarya! – niecierpliwy ton Ginger wyrwał ją z transu.

- Bierzemy ją ze sobą – powiedziała w końcu, twardo spoglądając na swojego strażnika, kiedy otworzył usta żeby zaprotestować – Bierzemy. – powtórzyła.

Chłopak zmierzył ją wzrokiem, po czym szarpnął Diane za ramię, wychodząc z celi.

- Jazda! – syknął na nie.

Ginger i Zarya wymieniły się spojrzeniami, idąc szybko za nim. Gdzieś w oddali można było usłyszeć odgłosy strzelaniny i dosyć donośne krzyczenie i Zarya cieszyła się, że znajdowali się w innej części budynku. Odetchnęła tylko wtedy, kiedy znaleźli się na zewnątrz i brunetka obok natychmiastowo zwróciła się do ludzi koło czarnej ciężarówki, którą przyjechali.

- Co się do cholery jasnej stało? – warknęła Ginger na najbliższą osobę z jej drużyny – Co z Lisą?

Natasha popatrzyła na nią poważnie, po czym westchnęła.

- Temple'owie – odezwała się w końcu, patrząc na kobietę stojącą obok – Najwidoczniej Klan miał ich odbić.

- Akurat, kiedy byliśmy w środku? – zapytała ostro.

- Zbieg okoliczności – rzuciła z niesmakiem starsza – Nie spinaj się tak, GiGi.

Rodriguez zacisnęła zęby, słysząc syreny w oddali i skinęła ostro w stronę Zaryi i Sunstreakera.

- Załadujcie się – poleciła, spoglądając na nich – Jedziemy do hotelu.

Sama wspięła się do ciężarówki, kiedy kobieta uniosła do góry brew.

- My też?

- Zwłaszcza wy – warknęła, zatrzaskując drzwi.

Natasha tylko wzięła głęboki wdech, kierując się w stronę ich pojazdu.


- Dlaczego to zrobiłeś?

- Myślałem, że to oczywiste.

Zarya spiorunowała go wzrokiem, zaciskając pięści na swoim ubraniu, powstrzymując się od zrobienia jakiegoś głupstwa.

- Z-Zabiłeś go – powiedziała drżącym z emocji głosem, kiedy tamten zmrużył oczy.

- Celował w ciebie bronią – zaczął oschle – Myślisz, że stałbym na uboczu i tylko patrzył, jak pociąga za spust? – zapytał z niedowierzeniem, kiedy miała zaprotestować.

- Zacznijmy może od tego, że w ogóle nie powinno cię tu być! – podniosła głos, wstając i wskazując na niego palcem – Kiedy wtedy nie przyszedłeś, kiedy Jazz…

- Rya…

- Nie nazywaj mnie tak – syknęła, na co ten odsunął się nieco w swoim siedzeniu, jakby oberwał w policzek – Nie miałeś prawa…

- Zarya…

- Widziałam śmierć na własne oczy tyle razy, że ktoś by pomyślał, że się przyzwyczaiłam – ciągnęła nie zwracając na niego uwagi – A ty po prostu… po prostu go zabiłeś. Jakby to było nic.

- Twoje życie było w niebezpieczeństwie – postawił na swoją obronę w końcu, unosząc wzrok, który wcześniej utkwiony miał w Diane siedzącej niedaleko nich – Gdyby ktoś postawił mnie w takiej samej sytuacji znowu, mój wybór pozostałby ten sam.

Zarya pokręciła głową, siadając z powrotem na swoje miejsce, jakby jego słowa były tak absurdalne, że nie mogła ich zrozumieć.

- Zabiłeś go przeze mnie – kilka łez spłynęło jej po policzkach i nie wiedziała czy ze złości, czy z żalu – Dla mnie – dodała dosadniej.

Sunstreaker przymknął na chwilę oczy, biorąc głęboki wdech.

- Teraz zamierzasz się obwiniać? – zapytał zirytowany.

- A co innego mam robić? Być wdzięczna, że przeze mnie zamordowałeś człowieka?

Ginger w tym samym momencie uderzyła bronią o metalową ścianę, zwracając ich uwagę. Hale posłała jej pytające spojrzenie, kiedy Rodriguez kiwnęła na Natashę, która wzięła Diane za nadgarstek.

- Jesteśmy na miejscu – oznajmiła cichym głosem i Zarya zauważyła jak jej wzrok uciekał na wszystkie strony. Jakby czegoś szukała.

Kiedy drzwi się otworzyły, Hale odwróciła wzrok od błyszczącego żółtego lamborghini, jakby nie mogła na niego patrzeć. Sunstreaker nie wiedział, co w tamtej chwili czuć. Zwłaszcza, kiedy jego podopieczna wstała i bez słowa wyszła z ciężarówki.


- To tutaj – oświadczył Seth, stając przed hotelem – Tutaj urwał się sygnał.

Właśnie w tamtej chwili, Shane zdał sobie sprawę, że nie, to nie pułapka. Przynajmniej nie dla niego.

Przez całą drogę, młodszy Donnelly zastanawiał się, dlaczego w ogóle tutaj był. Dlaczego Seth postanowił rzucić wszystko, zabrać jego i szukać swojej żony?

Dawniej, kiedy Shane był naiwnym, małym dzieckiem, wierzył, że jego ojciec nienawidził jego matki, zawsze traktując ją jako służącą, zawsze dając jej do zrozumienia, że nie jest lepsza niż zwykły śmietnik. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, że Seth Donnelly najzwyczajniej w świecie kochał swoją żonę, ale w niezdrowy sposób.

Shane nie był głupi. Miłość była ślepa. Tylko, że problemem nigdy nie był fakt, że Charlie Jackson Donnelly nie kochała swojego męża tak mocno, jak on ją. Problemem była przeszłość Seth'a; gdzie ten człowiek nigdy nie nauczył się jak poprawnie kochać drugą osobę.

- Jesteś pewien? – zapytał mimo wszystko, wysiadając z czarnego pojazdu.

Starszy mężczyzna zmierzył go wzorkiem.

- Wątpisz?

Shane prychnął i zamiast odpowiedzieć, ruszył w stronę wejścia. Seth nie zauważając niczego więcej w zachowaniu swojego syna, po prostu poszedł za nim, nie rozglądając się na boki. Gdyby jednak był bardziej uważny, zauważył by kobietę stojącą obok kosza na śmieci, opatuloną w niebieski płaszcz.

Seth doszedł do Shane'a w momencie, kiedy ten pytał się czy ktoś o nazwisku Donnelly wynajmuje tu pokój.

- Ah, tak – uśmiechnęła się uprzejmie w stronę chłopaka – Pewnie jesteście tymi gośćmi, których oczekuje panienka Charlie?

Seth uniósł do góry brew, kiedy Shane nawet nie zaskoczony, skinął głową.

- Pokój 113 – powiadomiła ich – To na pierwszym piętrze – wskazała na windę.

Seth bez słowa udał się w tamtym kierunku, kiedy Shane wywrócił oczami, idąc powoli za nim.

Więc jednak miał racje. Albo zostali tu zwabieni… Chłopak zerknął na mężczyznę obok, widząc ten błysk determinacji. Albo najzwyczajniej w świecie jedynym powodem, dla którego tutaj byli, to chora obsesja Setha na punkcie zdobywania tego, co chce.

Cokolwiek to jednak było, Shane wiedział, że większy efekt będzie miało to zdarzenie na starszym z dwóch.

- 113 będzie na końcu korytarza – stwierdził szatyn mimo wszystko, patrząc na numery na pokojach, kiedy dojechali na górę. Seth bez słowa, po raz kolejny, skierował się tam, gdzie znajdował się cel całej tej podróży. Shane powstrzymał się od zirytowanego wywrócenia oczami.

Drzwi od spokoju, jak się okazało, były specjalnie niezakluczone, więc mogli bez problemu wejść do środka. Pokój był dosyć mały. Młodszy Donnelly zauważył, że dołączona była także do pomieszczenia łazienka.

I wtedy huk zamykania drzwi sprawił, że obaj zastygli w bezruchu.

- Nie sądziłam, że się pojawicie. – usłyszeli łagodny, melodyjny głos za placami i kiedy tylko się odwrócili, ich oczom ukazała się blondynka w niebieskim płaszczu.

- Charlie?

Shane skrzywił się zniesmaczony.

- Witaj, Seth.


- Sunny – Jazz przywitał go z uśmieszkiem – Kopę lat, jak ci życie mija?

- Nie widzieliśmy się jedynie kilka dni – stwierdził sucho, na co sabotażysta zeskoczył z murku, na którym siedział przed hotelem – Nie jesteś z resztą?

- Nah – machnął dłonią – Młoda awanturuje się z resztą grupy, a Shane z tym drugim jeszcze nie ma. Nic ciekawego mnie nie ominie – zmarszczył na chwilę czoło – Chociaż Ratch tez wdał się w kłótnie, więc może coś interesującego wyszło by na jaw.

Sunstreaker prychnął, odwracając wzrok by znowu spojrzeć na księżyc w górze. Jazz uniósł do góry brew, bawiąc się komórką w dłoni, po czym włączył jakiś filmik z wolną muzyką. Ciemnowłosy tylko spojrzał na niego z politowaniem.

- Byłem raz w takim jednym miejscu – zaczął srebrnowłosy – Z Prowlerem, jeśli dobrze pamiętam. I był tam taki gościu na scenie…

- I co, Prowl zaczął być zazdrosny? – zakpił chłopak.

- I coś mówił – ciągnął niezrażony Jazz – Co dokładnie, nie mam pojęcia. Ale to, co mówił, wydawało się takie epickie. I kiedy bardziej się przyjrzałem, zobaczyłem, że ktoś grał na pianinie w czasie, kiedy przemawiał. Niesamowite uczucie.

Sunstreaker zerknął na niego na sekundę.

- Chcesz być epicki? – zapytał wprost.

Jazz popatrzył na niego niemal urażony.

- Ja jestem epicki – przypomniał poważnie.

- Nie schlebiaj sobie – mruknął pod nosem.

- W każdym razie – Jazz kontynuował, w czasie, kiedy przygnębiająca muzyka grała w tle – Nie mogłem się powstrzymać i podsłuchałem twoją rozmowę z Ryą. Wiesz, wtedy.

- Czemu nie jestem zaskoczony? – skomentował do siebie, przygotowując się na życiowy wywód na temat tego, jaką porażką Sunstreaker w tamtym momencie był.

- Wiem, jak ciężko wam wtedy był w Kaonie – mówił Jazz – I wiem, że przyzwyczailiście się do tego, że słabsi giną, ale zdajesz sobie sprawę, że Zarya nie jest słaba, nie?

- Jest tylko człowiekiem – wypomniał.

- Chciałbym w to wierzyć – mruknął niezadowolony – Ale wszyscy wiemy, co się stało wtedy, kiedy Ziva umarła. Wiemy, że cokolwiek to było, miało związek z Primusem i żadna z nich nie jest już do końca normalnym człowiekiem.

- Z twoich ust brzmi to mniej poważnie – stwierdził sucho.

- Zdaje sobie sprawę – oparł się o białe Porsche, patrząc na niego intensywnie i jeśli była jedna rzecz, jakiej Sunstreaker nienawidził w nim, to właśnie ten jego przenikającego wzroku.

- Wiem, że nie jest. – wyrzucił w końcu.

- A mimo to, miałeś do niej pretensje, że chciała tutaj przyjechać, żeby uniknąć możliwych zgonów – dodał z wyrzutem, marszcząc czoło.

- Chciałbyś, żeby którakolwiek z nich, Ziva czy Zarya, musiały wracać do miejsca, gdzie najbardziej zostały skrzywdzone?

- To była jej decyzja, Sunny.

- Jazz…

- Dobrze wiesz, że ma prawo decydować za siebie. Jeśli kiedyś uzna, że chce wyjść za mąż, też jej pozwolę. – strażnik Zaryi wyglądał na zdegustowanego na samą myśl o ślubie swojej podopiecznej z jakimś człowiekiem – Zdrowa relacja, to słuchanie drugiej osoby i wspieranie jej decyzji.

- Kiedy stałeś się ekspertem?

- Kiedy zdecydowałem się na zostanie prawnym opiekunem Ryi.

Sunstreaker spojrzał na niego ostro, po czym odwrócił wzrok. Melodia w tle irytowała go niemiłosiernie, ale musiał przyznać, że faktycznie dodawała efektu do tego, co sabotażysta do niego mówił.

- Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy namierzyłem tego człowieka – odezwał się w końcu – I zabrałem się z bandą zabójców do Sydney. Nie musisz mi tego wypominać.

- Wiesz, że OP będzie miał pretensje, że zabiłeś człowieka – Jazz zmierzył go wzrokiem – Nieważne jaki miałeś powód.

- Wiem.

- Prawdopodobnie zostaniesz zawieszony w obowiązkach.

- Wiem.

- Możesz pożegnać się z zaufaniem, jakie tutaj zbudowałeś.

- Wiem.

- Dobrze, że nikt się o tym nie dowie, nie?

- Wie-, co?

Jazz wyłączył telefon, chowając go do kieszeni.

- Nie zamierzam na ciebie kapować, a nikt inny poza Ginger i Zaryą o tym nie wiedzą. – wyjaśnił – Uznaj to za oznakę dobroci z mojej strony.

Zbyt oszołomiony, żeby cokolwiek powiedzieć, Sunstreaker po prostu się na niego gapił, jakby urosła mu druga głowa.

- Nie odpowiadamy za to, co czujemy, Sunny – powiedział cicho sabotażysta, wzdychając, kiedy skierował się w stronę wejścia do hotelu, w którym wszyscy przebywali – Ale kiedy już wiemy, co się z nami w środku dzieje, odpowiadamy za to, co robimy. Pamiętaj o tym, okay?

Z tym się oddalił.

A Sunstreaker po raz kolejny został z gwiazdami sam na sam.