21. Golden Gods.

If I had been given a dollar each time you did something stupid, I would be fucking rich long time ago".

- Zarya Hale


Kłótnia trwała jeszcze długo, kiedy Jazz wrócił do ich pokoju. Jednak Ratchet już dawno wycofał się z mini wojny, Zarya usiadła naburmuszona na łóżku, a Natasha stała spokojnie obok Ginger i jej ciotki, prawdopodobnie w razie, gdyby musiała im przerwać. Reszta drużyny musiała się gdzieś rozproszyć po budynku.

Jazz zajął miejsce przy komodzie, opierając się o nią, kiedy Ginger warknęła coś pod nosem po raz któryś z rzędu. Był jednak przekonany, że nie był to angielski, ale rosyjski.

- Jakby nie patrzeć, gdyby mnie tu jednak nie było…

- Skończ pieprzyć – syknęła Rodriguez na kobietę – Myślisz, że twoje pionki jakkolwiek pomogły? Stałaś z boku.

Kobieta prychnęła.

- Ah, ah, GiGi – brunetka zmrużyła oczy na przezwisko, kiedy kobieta skrzyżowała ramiona pod biustem – Brzmisz tak bardzo jak Ivy. Coś się stało, że dostałaś taką nagłą zmianę osobowości?

- Stul dziób – warknęła jeszcze, kiedy ktoś odchrząknął – Czego chcesz, wiedźmo?

Jazz przeniósł wzrok na nową osobę w pokoju, dopiero teraz zauważając Diane pod oknem. Kobieta posłała jej uroczy uśmiech, jakby chcąc ją sprowokować, po czym przerzuciła blond włosy na jedno ramie.

- Może trochę współczucia? Właśnie zabiliście mi męża – przypomniała. Zarya wzdrygnęła się, wlepiając wzrok w kolana, kiedy Ginger wywróciła oczami, czekając, aż ta zacznie kontynuować swoją wypowiedź – Mogę wrzucić swoje trzy grosze?

- Ni…

- Oczywiście – przerwała siostrzenicy kobieta, po czym zasalutowała Diane – Tak przy okazji, bo zapomniałam się przedstawić. Clarisse Rodriguez.

- Diane Temple – wyszczerzyła się, po czym spoważniała lekko – To wszystko było zaplanowane. Mieliśmy wyjść z kicia już dawno, ale jakoś nie było okazji.

- Jaka niespodzianka – mruknął niezadowolony Jazz, uszło to jednak uwadze kobiety, bo ciągnęła dalej.

- Jeden mały szczegół uciekł waszej uwadze, mimo wszystko – Diane oparła się o framugę okna – Jack miał na sobie wyrok śmierci w chwili, kiedy moja najukochańsza córeczka – prychnięcie pełne obrzydzenia ze strony Zaryi – zwiała na Diego Garcia.

Blondynka na łóżku uniosła wzrok.

- Co? – mruknęła, nie rozumiejąc.

- Co, nie sądziłaś, chyba że byłam mu wierna – na brak odpowiedzi Zaryi, Diane zaśmiała się – Oh, rany, to jest bezcenne. Oczywiście, że nie byłam, duh!

- Cały ten czas… - mówiła cicho z niedowierzającym wyrazem twarzy Hale.

- Planowałam jak się go pozbyć, oczywiście! – zaśmiała się po raz kolejny, rozbawiona. Reszta grupy posłała jej dziwne spojrzenia. – Wasza misja, żeby uratować Sydney przed potencjalną wojną gangów była wspaniałą okazją do wcielenia mojego planu w życie. – popatrzyła na adoptowaną córkę – Powinnam ci podziękować.

Nastała cisza. Natasha jedyna z nich wszystkich uważnie obserwowała tylko Zaryę. Być może Jazz także zauważył jak Zarya cały czas zaciskała zęby, jakby powstrzymując się od powiedzenia czegoś.

- Dlatego znikałaś w nocy – mamrotała dalej.

Diane uśmiechnęła się dumnie.

- Człowiek taki jak Jack nie był w stanie zaspokoić moich potrzeb.

Przez to, że Zarya miała schyloną głowę, nikt nie zobaczył tego cienia, który przeszedł po jej twarzy, kiedy wyrzuciła z siebie suchy śmiech.

- Rany…, naprawdę z ciebie dziwka, D – stwierdziła unosząc głowę, kiedy uśmiech, który wcześniej miała na sobie Diane znikł – Pomyślałabym, że teraz zmyślasz, gdyby nie fakt, że ostatnim razem, kiedy cię nakryłam wyrzuciłaś mnie na ulicę.

Oczy Temple jakby się ściemniły.

- Chodzisz po cienkim lodzie złotko – ostrzegła.

Zarya zacisnęła mocniej pięści.

- Zawsze myślałam, że może jednak mi się zdawało i przebieraliście się. Wiesz. Te wasze dziwne fetysze – zimny śmiech wydobył jej się z gardła, pogarda wykrzywiła jej całą twarz w grymas kpiny – Ale nie. Ty po prostu sprzedawałaś się za kasę.

- Nie za kasę… - zaczęła protestować ostro.

- Poprawi ci to humor, że Jack robił to samo? – zapytała sztucznie uprzejmym głosem, nie zwracając uwagi na to, że w pokoju coraz to narastało napięcie – Teraz wiem. Byliście siebie warci.

Diane gapiła się na nią twardym wzrokiem. Zarya robiła to samo. Jazz od razu rozpoznał ten chłodny błysk w oku. Miała go przez pierwsze dni na wyspie. Nie dopuszczając do siebie nikogo. Widząc we wszystkich wrogów. Ratchet oparł się bardziej o ścianę, kiedy Ginger zamrugała, zaskoczona nagłym zwrotem akcji.

- Daj te papiery – poleciła sucho Diane, spoglądając na brunetkę – I długopis.

Zarya odchyliła się z usatysfakcjonowanym uśmieszkiem.

- Chciałabyś też konferencje na laptopie, suko?

Auć.

- Cokolwiek, byleby się ciebie pozbyć, bachorze.

Dokumenty zostały jej podane, a laptop, który Zarya przywiozła ze sobą został postawiony przed kobietą. Nikt nie odezwał się słowem, kiedy zaczęła podpisywać poszczególne strony ani nikt nie przeszkadzał, kiedy blondynka skontaktowała się z jakimś mężczyzną w czerni. Protesty nie zaczęły się nawet, kiedy Diane nacisnęła ostatni przycisk i zamknęła urządzenie.

Cała ta afera potrwała z pół godziny i jak się skończyła, kobieta popatrzyła krzywo na dziewczynę.

- Nie jesteś taka jak my.

Chowając papiery do torby, Zarya uniosła do góry brew.

- Dopiero teraz odkryłaś?

W pomieszczeniu nastała kolejna grobowa cisza.


Było już ciemno, kiedy zebrali wszystkie rzeczy. Obie drużyny załadowały się na pokładzie samolotu i jedynie Ginger została jeszcze na zewnątrz ze swoją ciotką. Clarisse nie miała zamiaru wracać razem z nimi, ale miała także obiekcje do decyzji jaką dziewczyna podjęła w związku z Klanem.

- Zrzekłaś się władzy – powiedziała z grymasem, patrząc na Natashę obok – Dlaczego?

Rosjanka popatrzyła na Ginger, kiedy tamta tylko wyszczerzyła się.

- Nie nadaje się na dowódcę – wzruszyła ramionami.

- To nie jest żart, dziewczyno. Zobowiązałaś się do…

- Władza oficjalnie miała być przeze mnie podjęta w piątek, czyli jutro – przerwała jej ostro, uśmieszek zszedł jej z twarzy, kiedy się wyprostowała – Nigdy nie miałam w planach zostawać na zawsze. Klan Rodriguezów nie jest dla mnie.

- To twoje dziedzictwo – przypomniała – Masz obowiązek.

- Przestań mówić mi – syknęła, robiąc krok w przód – Co jest, a co nie jest moim obowiązkiem, Clarisse. Nie jesteś Ivy.

- Za to ty nią jesteś – kobieta uniosła wyżej głowę – Jesteś jej córką. Zostałaś wychowana do tego.

- Tak samo jak Natasha – skinęła na Rosjankę, która spoglądała niepewnie to na nią, to na drugą – Na końcu nie liczy się z której rodziny jesteś. Jeśli Tasha nie zawiedzie, będziecie mieli lepsze interesy niż dotychczas. Nie tego chcieli od początku? Ivy i David? Nawet Chris?

- Może powinnaś była ich spytać, a nie wysadzić w powietrze – odwarknęła.

Ouch. Ginger przełknęła ślinę, udając, że ją to nie zabolało, kiedy w rzeczywistości na te słowa, ogień jakby obudził jej się w klatce piersiowej. Wiedziała, że to była jej wina. Wiedziała, że wtedy nawaliła. Pogodziła się z faktem, że na zawsze pozostanie morderczynią.

- Przykro mi z powodu twojej straty. Wiem, że w pokręcony sposób kochałaś Ivy – nie wiem, dlaczego, pomyślała w duchu, ale Clarisse zmrużyła oczy nie odpowiadając na to oświadczenie – Ale to była sytuacja zabić lub zostać zabitym.

- Przez lata chciałaś się zabić, a tam nagle zmieniłaś zdanie?

- Myślałam, że mam dla kogo żyć – odparła natychmiastowo, na co Natasha przeniosła wzrok na coś za nią – Myślałam, że mam rodzinę.

- Więc jej nie masz? – uniosła do góry brew.

- Spieprzyłam to, co miałam, kiedy po raz pierwszy zwiałam do Eppsów – odparła szczerze, wzruszając ramionami, jakby świadomość tego, wcale nie paliła ją w oczu. – I dobrze o tym wiesz.

Clarisse parsknęła śmiechem.

- Jakżebym mogła zapomnieć? – westchnęła w końcu – PTSD, huh? Powiedz, znowu ci się nawróciło? Dlatego myślisz, że nie dasz rady?

Clarisse ma racje, mruknęła jej do ucha głos Ivy i dziewczyna zmusiła się do tego, żeby na to nie zareagować.

- Nie – odparła w końcu.

- Więc?

- Prywatne powody.

- Ale nie wracasz razem z nimi. – mruknęła, wskazując głową na samolot za nią – Zamierzasz się ukrywać?

- Dobrze wiemy, że nie jestem już lubianą osobą. – Ginger spięła swoje włosy w kucyk, poprawiając kurtkę – Strzaskałam zaufanie Zaryi i Shane'a, kiedy zniknęłam tamtego dnia, żeby polecieć do tego głupiego lekarza. A moi rodzice… Moi opiekunowie… - popatrzyła w bok – Ich też nie potraktowałam za dobrze.

- To dlaczego tego im nie powiesz?

- Nie każdy ma odwagę – burknęła, po czym machnęła dłonią – Coś wymyślę. A wy musicie już iść, jeśli chcecie zdążyć na ceremonię.

- Będziemy w kontakcie – skinęła głową Natasha, kiedy z drugą kobietą oddaliły się w stronę ich transportu.

Ginger jeszcze chwilę spoglądała na nich, po czym sama zwróciła się w stronę samolotu, nie patrząc nawet koło kogo przeszła.


- Czeka nas długi lot. – stwierdziła Zarya, bawiąc się swoim naszyjnikiem w kształcie błyskawicy. Ginger nie odezwała się na to, jedynie wpatrując się w przestrzeń przed nią. – Słyszałam twoją rozmowę.

Dziewczyna obok niej zesztywniałą, po czym zmusiła się do zrelaksowania, cały czas nie dając po sobie poznać, że ta informacja jakoś ją zaskoczyła. W pewnym sensie powinna była się tego spodziewać; rozmawiały na zewnątrz samolotu.

- Interesujący fakt – mruknęła w końcu brunetka.

Zarya, która cały czas się na nią gapiła, parsknęła.

- Nie ukrywaj się już, ok? – opuściła błyskawice, odwracając się tak, że mogła mocniej przyjrzeć się opalonej cerze dziewczyny – Hide i Mia też słyszeli.

Świetnie, skwitowała do siebie w myślach, fantastycznie.

Zastanawiała się jakim sposobem Ironhide wiedział, skoro nie było go wśród nich, aż w końcu dotarło do niej, że prawdopodobnie Chromia powiedziała mu wszystko poprzez więź jaka ich łączyła.

Zerknęła na specjalistkę od broni, zauważając, że przyglądała jej się z jakimś uczuciem wypisanym na twarzy, którego Ginger nie mogła zrozumieć. Ciekawość? Żal? Może obydwa. Nie wiedziała.

Ivy Rodriguez była okropną kobietą, ukrytą pod maską uprzejmości i twardej skóry. Ginger do dziś pamiętała jak trudne były jej treningi, jak bardzo nienawidziła tego okrutnego uśmieszku, kiedy coś jej się udawało. Być może GiGi gardziła nią najbardziej; może to ona zawsze bardziej napawała ją strachem. Nie Chris. Nie David. Tylko Ivy.

- Kiedyś i tak by się dowiedzieli – powiedziała cicho, odwracając wzrok i z całych sił próbując ignorować fakt, że Ivy nigdy jej nie opuściła i zawsze będzie siedziała w jej głowie, po wszystkich tych latach. Nawet martwa nie dała jej spokoju. – Szkoda tylko, że nie ode mnie.

- Chciałaś im powiedzieć? – Zarya nie kryła zdziwienia, ale zanim dodała cokolwiek jeszcze, brunetka wtrąciła:

- Chciałam powiedzieć wam.

Blondynka obok niej zamrugała.

- Więc dlaczego…?

- Nienawidzicie mnie. – oznajmiła, jakby stwierdzała oczywisty fakt. Sądząc po sposobie w jaki wyprostowała się jej była przyjaciółka, miała racje. Starała się nie okazać w jaki sposób ta wiedza bolała. – Ty. Shane. Nawet Chromia i Ironhide. Rany, nawet Sunstreaker i Sideswipe.

- To nic nie wyjaśnia. – odparła sucho Zarya – Mogłaś mi powiedzieć. Wysłuchałabym cię. Ginger, kochaliśmy cię jak siostrę…

- A ja to spieprzyłam, Zar. – ucięła ostro, chociaż bez prawdziwego jadu. – Słuchaj, nie wiem czy byś mnie wysłuchała. Nie chciałaś mnie widzieć. Wykorzystałam was, a później rzuciłam w kąt.

- Ale tego żałujesz. Teraz, znaczy się.

Ginger zacisnęła dłonie na wytartych jeansach, które miała na sobie i wypuściła powietrze z płuc.

- Czy kiedy pognieciesz kartkę, a później ją wyprostujesz, będzie taka sama? – zapytała, unosząc lekko głowę, po czym popatrzyła na blondynkę. Tama pokręciła głową na pytanie. – Nigdy byście mi…

- Jesteś w błędzie – syknęła w końcu, tym razem przerywając młodszej dziewczynie – Gdybyś wtedy przyszła, nawet wtedy, kiedy byłaś pierwszy raz na Diego Garcia, byłoby inaczej. Przyjaciół się nie zostawia, GiGi.

Przyjaciół…

Ginger nie pamiętała, kiedy ostatnio Zarya tak się do niej zwróciła. Wyrzuty sumienia podeszły jej aż po gardło i dziewczyna zacisnęła mocno oczy, wciągając drżąco powietrze. Mogła to zrobić. Mogła się odezwać. Mogła przestać być tym cholernym tchórzem. Mogła…

- I tak jest już za późno.

Nie wiedziała czy był to jej zrezygnowany ton czy coś innego, ale Zarya chwyciła ją za nadgarstek i pociągnęła tak, że z zaskoczenia otworzyła szeroko oczy. Hale wpatrywała się w nią z determinacją godną podziwu, te dawniejsze ogniste iskierki tańczyły jej w oczach, przypominając Ginger jaką silną osobą Zarya tak naprawdę jest.

- Nigdy nie jest za późno, GiGi. – warknęła ostro. – Teraz kiedy wiem, co się stało, nie pozbędziesz się mnie.

- Ale…

- Naprawimy to, co spieprzyłaś i to co rozwaliłyśmy razem. Słyszysz? Razem.

Razem.

Rodriguez zamrugała po raz kolejny na to słowo i w końcu oparła się o siedzenie, pokonana. W pewnym sensie nie miała na to siły i chciała, żeby działo się, co ma się dziać. Z drugiej strony jednak, minimalna część ciężaru jaki dźwigała do tego czasu sama, jakby spadła jej z ramion.

- Zar… - te ogniki w jej oczach naprawdę czasami ją przerażały - …dziękuję.

Hale puściła ją, z lekkim różem na policzkach, po czym powróciła do swojej poprzedniej pozycji, krzyżując ramiona.

- Nieważne, co się teraz stanie, będę przy tobie – mruknęła już ciszej – Nieważne jak cliche to brzmi.

Ginger pozwoliła sobie na mały uśmiech.


- Niezła przemowa – zaczepił ją Sunstreaker, kiedy wychodzili z samolotu godziny później. Zmęczeni przelotem, prawie wszyscy od razu skierowali się do swoich pokoi i jedynie Lennox i Diane razem z nią jeszcze na chwilę zatrzymali się przed pójściem spać.

- Dzięki – mruknęła sucho, przechodząc dalej i zatrzymując się koło Williama – Co z nią? – zapytała, wskazując na blondynkę.

Will zmierzył kobietę od góry do dołu, widocznie mając w pamięci wszystkie informacje na temat tego, co w przeszłości zrobiła Zaryi. W jego oczach widać było obrzydzenie i widać, że powstrzymywał się od jakiegoś komentarza.

- Umieścimy ją w areszcie, dopóki nie wymyślę, co z nią zrobimy – powiadomił, kiwając na Eppsa, którego Zarya zauważyła dopiero teraz. Wydawał się aż za wesoły, kiedy pociągnął szczupłą blondynkę za sobą z usatysfakcjonowanym 'tak jest, sir!'. – Daliście nam niezłego stracha. – zwrócił się do niej, kiedy nie mógł już dostrzec tamte dwójki.

- My? – zapytała.

- Ziva jeszcze się nie zgłosiła – wyjaśnił na pytający wzrok Sunstreakera – A po Barricadzie ani śladu. Twój brat nieźle namieszał.

- Co ty nie powiesz? – odparł sarkastycznie – Przypomnij mi dzień, w którym on nic nie zrobił, żeby kogoś wkurzyć?

- Nie było takiego – stwierdził, kiwając głową i rozumiejąc przekaz, po czym zwrócił się do Zaryi po raz kolejny – A ty nie miałaś od nich żadnych wieści?

Właściwie, Zarya doskonale zadawała sobie sprawę, że więź jaką miały między sobą, magicznie została odblokowana. Nie żeby Zarya zdawała sobie całkowicie sprawę, że wcześniej był jakiś mur pomiędzy nimi. W jednej chwili czuła się jakby zawiodła siostrę, nie wiedząc o blokadzie. W drugiej jednak poczuła to, co Ziva chowała przez cały ten czas i wszystkie myśli związane z wyrzutami sumienia wyleciały jej z głowy.

Teraz miała jej ochotę przywalić z całych sił.

- W tej chwili jest w drodze powrotnej – odpowiedziała krótko i cicho. Może ona także zaczynała być senna?

William jednak kiwnął głową na znak, że rozumie.

- Myślę, że teraz powinniście się przespać – zlustrował obu, widząc ich poniszczone ubrania. Nawet Sunstreaker nie raczył odświeżyć swojego holoformu. Na pewno wyglądali świetnie. – Mieliście dość ciężki tydzień.

Zarya uniosła do góry brew.

- Chyba rok.

Lennox popatrzył na nią znacząco, na co ta parsknęła śmiechem. Podziękowała mu jeszcze, po czym odeszła, zauważając, że tym razem Jazz znalazł się obok niego. Nie chcąc im przeszkadzać, dziewczyna skierowała się w stronę swojego starego pokoju. Sunstreaker chwilę później dogonił ją i znowu chwycił za ramię.

- Czego?

Sunstreaker poluźnił swój uścisk, spoglądając na nią, chociaż z jego rysów twarzy nic nie można było odczytać.

- Jesteś zła – stwierdził.

- Oczywiście, że jestem zła – syknęła – Mam skakać z radości?

- Na mój widok? Na to, że żyjesz? Na to, że wszystko zaczyna się układać? Ja bym się cieszył – stwierdził i choć Zarya miała wrażenie, że nie zrozumiał o co jej chodzi, doskonale wiedziała, że zdawał sobie sprawę z tego, co miała na myśli.

- Sunstreaker…, to nie jest byle co. – powiedziała powoli.

- Wiesz dobrze, dlaczego to zrobiłem – powiedział, puszczając ją kiedy zrobiła krok do tyłu – I zrobiłbym to po raz kolejny. Już to przerabialiśmy.

- Będziesz miał kłopoty z Optimusem.

- Nie będę.

Na to, Zarya zamrugała. Sunstreaker popatrzył w bok, jakby czuł się niezręcznie mówiąc o tym przy niej. Dziewczyna zamiast próbować czmychnąć do swojego pokoju, teraz stała jak zaczarowana.

- O czym ty mówisz? – zapytała ostrożnie.

- O tym, o czym wiedzieliśmy z Sidesem od początku, zaraz kiedy wzięliśmy was jako nasze podopieczne – rzucił jakby niechętnie – Nie bierzesz człowieka i nie jesteś przy nim tylko po to, żeby stać i patrzeć, czy nie zleci z drabinki. Kiedy dali wam strażników, myślisz, że przed czym mieliśmy was chronić?

- Decepticonami.

- Właśnie, bo Cony nie biorą zakładników. Cała ta afera, wynikała wtedy z tego, że ani ja, ani nawet Sideswipe, nie chcieliśmy umierać za jakiegoś żałosnego człowieka. A z tym wiązało się ryzyko bycia strażnikiem. – Sunstreaker zacisnął pięść na swoim ramieniu, jakby miało mu to pomóc i jakoś uziemić w miejscu. Jakby w tamtej chwili był gdzieś indziej – Kiedy masz podopieczną, podopiecznego, oddajesz za niego życie. Dajesz mu cząstkę siebie. Wspierasz, kiedy musisz…

- Sunny…

- Strzelasz, kiedy ten ktoś jest zagrożony – zakończył, kierując swój chłodny wzrok w jej stronę, jakby w tamtym momencie nagle mógł na nią znowu spojrzeć – To wszystko, wiąże się z byciem strażnikiem, Zarya. Ja to wiem. Sides to wie. Optimus to wie.

Patrzył na nią. Patrzył jakby chciał powiedzieć, krzyknąć: zrozum to! A Zarya w tamtym momencie próbowała to wszystko przetrawić. To było za dużo na jej już i tak przeciążony móżdżek.

- …jesteś idiotą.

Sunstreaker zamrugał, przekrzywiając głowę w bok.

- Zarya?

Dziewczyna zaśmiała się, niemalże histerycznie na napływ tych wiadomości i otworzyła drzwi do swojego pokoju. Sunny nadal patrzył na nią zdezorientowany. Co powiedział nie tak?

- Wejdź. Myślę, że musimy odpocząć.

Na końcu, Sunstreaker stwierdził, że może faktycznie powinni odpocząć, a dopiero później porozmawiać na spokojnie.


- Pewnego dnia, umrzesz w czeluściach Tartaru – stwierdziła Zarya, patrząc na głupio uśmiechającą się Zivę następnego dnia o 10 rano – Zobaczysz, a ja się będę śmiać.

- Nah, za bardzo mnie kochasz~ Po za tym, kto by cię tak wkurzał?

- Prawda – powiedziała sarkastycznie – nikt mnie nie wkurwia tak jak ty. Na pewno bym za tym tęskniła.

Ziva dramatycznie chwyciła się za miejsce, gdzie miała serce i sapnęła teatralnie, wytrzeszczając oczy.

- Sunshine, ty przeklinasz!

- Obecność pewnych osób mnie to tego zmusza – odparła sucho, patrząc na Zivę znacząco, na co tamta wykrzywiła twarz w minę pełną wyrzutów.

- To jakaś iluzja do mnie?

- Nie no, co ty?

- Wyczuwam ciężki sarkazm, Sunshine.

Zarya wywróciła oczami, patrząc na dziewczynę. Brunetka nie miała już tak podkrążonych oczu jak wcześniej, a jej tęczówki odzyskały dawny blask. Jedynie ciuchy miała nieco poniszczone, jakby przebiegła kilkukrotnie przez jakieś chaszcze. Same jej włosy wyglądały jakby przeżyła tornado, a jednak jedna rzecz pozostała ta sama. Jej poczucie humoru.

- Gdzie Cade?

- A wiesz, gdzieś tam – machnęła dłonią, jakby to było nieważne – Wiesz, przechadza się po łąkach, z przyjaciółmi i ratuje świat przed globalną katastrofą.

- Ziva – mruknęła niecierpliwie.

- Nie, serio. Nie wiem.

- Ziva!
- Nie mówił, okay! Wszystko razem wzięte to Barricade w tym czasie może robić za pasterza i owieczkami się zajmować.

Zarya zrezygnowana z jękiem pacnęła się z otwartej dłoni w głowę. Zaufać Zivie, że nie tylko uwolni więźnia, ale też później nie będzie wiedziała, co się z nim dalej stało. Tylko ona. Prawdopodobnie, gdyby dziewczyna mogła, zgubiłaby swój mózg.

- Dobra, rozumiem, ale patrz – w sekundzie przed jej twarzą pojawił się nadgarstek z dziwnym metalicznym niby zegarkiem – Ma na imię Nix! I jest małym cybertrończykiem.

- Skąd masz dziecko-robota? – zapytała, tak naprawdę nie chcąc znać odpowiedzi.

- A wiesz, taki jeden mi go dał – w jej głosie wyczuć było, że teraz nie miała zamiaru o tym mówić. W tym przekonaniu utwierdziła Zaryę zmiana tematu, kiedy Ziva niemal skoczyła jej do ramienia – Ej, co się stało?

Blondynka zerknęła na swoje ramię, zauważając na skórze purpurowego siniaka. Zamrugała, wcześniej go nie zauważając i syknęła. Auć.

- To nic – wymruczała, zostawiając to na później.

Ziva dała jej nieprzekonane spojrzenie, po czym wzruszyła ramionami.

- Cóż, skoro już tu jesteśmy, musimy nadrobić wszystko, nie? Mój pokój czy twój?

- Ziva, dzielimy pokój.

- Ah, racja.