22. Problematic.


They've said that it's broken. But they've never said how to fix it."

- Brooke Lennox


Zarya Hale znała się na ludziach.

Dlatego nigdy nie miała wielu przyjaciół wokół siebie. Była wybredna. Po co przyjaźnić się z kimś, kto zostawi ci w chwili, kiedy na horyzoncie pojawi się lepsza opcja? Zarya nie potrzebowała takich ludzi w swoim życiu. Właściwie, to cieszyłaby się, gdyby mogła zamieszkać z psem w zaciszu swojego domu, nigdy nie wychodząc do innych.

Tylko, że Ziva, jej bliźniaczka, była osobą, która potrzebowała innych w swoim życiu.

Dlatego wbrew pozorom, kiedy Ziva zaczęła się odcinać od ludzi, Zarya była pierwszą osobą, która wiedziała, że coś jest źle, nawet jeśli Ziva nigdy nic nie powiedziała. Brunetka kochała swoich przyjaciół. Kochała. Bez powodu, nigdy by się nie odcięła.

A nawet mimo tego wszystkiego, Zarya nie mogła się powstrzymać i poczuła to zaskoczenie, kiedy Ziva w końcu skończyła opowiadać i siedziała na łóżku, patrząc wyczekująco na siostrę.

W końcu, Zarya westchnęła, pozwalając sobie na blady uśmiech.

- …naprawdę jesteś idiotką, prawda?

Ziva wyszczerzyła się. Ten uśmiech nadal nie był w pełni swojego blasku, ale brunetka starała się.

- Ah, ta siostrzana miłość, Sunshine – puściła jej oczko, rozkładając się na łóżku – To wszystko, co masz do powiedzenia?

Zarya zastanowiła się przez chwilę, odchylając się lekko na łokciach.

- Nie – stwierdziła, mierząc ją wzrokiem – Jest dużo rzeczy, które chciałabym powiedzieć, ale wolę nie tracić głosu. Nigdy mnie nie słuchasz.

- To dlatego, że gdybym cię słuchała, byłabym zamknięta w czterech ścianach, okrążona stadem kotów i umarłabym jako stara panna – Zarya posłała jej zirytowane spojrzenie – Oh, Sunshine, wszyscy wiemy, że jesteś o wiele poważniejsza niż lata temu.

Blondynka wywróciła oczami.

- Tak, bo wydoroślałam. Mogłabyś spróbować.

- Nah, to dla dorosłych.

- Ziva. Masz już dziewiętnaście lat.

- Cyferki – machnęła lekceważąco dłonią Ziva, po czym przyjrzała jej się uważniej – Ale, Sunshine…

- Co? – warknęła.

Ziva zawahała się.

Atmosfera, kiedy wróciła była okropnie napięta, jakby wszyscy wrócili z nie wiadomo jak ciężkiej wojny. Nawet Sideswipe przystopował z żartami, cierpliwie wyczekując aż widocznie zestresowany Prowl skończy swoją naganę. Gdyby Ziva mogła, to jadłaby z tej atmosfery zupę, tak była gęsta.

Dorzucić do tego jeszcze Ginger, która jak się okazało, wróciła na kilka dni i zaginięcie Barricade'a i w hangarze zrobiło się dosyć nieprzyjemnie. Ziva więc rozważała czy mądrym wyborem będzie zapytanie Zaryi dlaczego Sunstreaker nie był przy jej boku.

No, ale raz się żyje, nie?

A Ziva miała dosyć wycofywania się z czegoś, co kiedyś sprawiało jej przyjemność.

- Wyjaśniłam sobie sprawy z Sidesem – powiedziała powoli, zwracając wzrok w stronę sufitu – Więc dlaczego teraz tobie nie układa się z Sunstreakerem?

Ziva nie odważyła się na spojrzenie w jej stronę, więc nie mogła zobaczyć sposobu w jakim Zarya wzdrygnęła się na wypowiedziane imię. Jakby było klątwą.

- Zrobił coś, czego nie powinien. – mruknęła.

Ziva uniosła do góry brew.

- I teraz go nienawidzisz?

Gdyby nie powaga sytuacji w jakiej były, brunetka zaśmiałaby się na komiczną szybkość w jakiej blondynka skierowała swoją głowę w jej kierunku, jakby oburzona. Tylko, że Ziva wyglądała jakby się tym nie przejmowała i już po chwili, wróciła do oglądania swoich paznokci.

Tak na marginesie, Ziva sobie zanotowała, to powinna sobie poprawić lakier.

- Ja… - zaczęła zakłopotana Zarya, jakby taka myśl nigdy nie przeszła jej przez głowę i nagle musiała sobie to przemyśleć – Ja bym nigdy…

Zarya nie nienawidziła go.

To było pewne. To było coś, co zdecydowała w sekundzie, kiedy Sunstreaker pociągnął za spust, a krew rozlała jej się pod nogami.

Sunstreaker był zdecydowany. Był pewny swojej decyzji. Sunstreaker nie wyglądał nawet jakby żałował tamtego uczynku i być może Zarya po prostu przeraziła się z jaką łatwością jej strażnik zabił kogoś w jej obronie.

Ale nie mogła go nienawidzić, bo to znaczyłoby, że musiałaby znienawidzić i siebie.

- Nawet nie powinnam się w sumie pytać – stwierdziła po chwili ciszy Ziva – Może tego nie widziałam, ale twoje myśli są okropnie głośne. I masz okropną dbałość o detal, nawet w głowie.

Zarya odwróciła wzrok z grymasem, kiedy Ziva westchnęła.

- Może ty też wydoroślałaś… - mruknęła w odpowiedzi.

- Sunshine, wiem, co się stało. Ale gdyby Sideswipe zrobił to samo, spoliczkowałabym go, skarciła i nakrzyczała, a później stwierdziła, że jest idiotą.

- On zabił człowieka – syknęła, odnosząc wrażenie, że Ziva stwierdza sam fakt, jakby to było nic więcej jak kolejny dowcip – To nie jest jakiś głupi żart.

- Idąc twoim tokiem myślenia, powinnam zachować się w taki sam sposób do ciebie?

Jakikolwiek gniew Zarya miała w sobie wyparował i dziewczyna wpatrywała się w siostrę z bladym wyrazem twarzy. Brunetka nawet na nią nie zerknęła.

- Powinnam cię nienawidzić?

Cisza.

- Powiedzieć, że miałaś wybór?

W pokoju można by usłyszeć, jak szpilka upada.

- Rzucić cię na bok jak śmiecia?

- Przestań – wyszeptała zbolałym głosem blondynka z zaszklonymi oczami.

Ziva spojrzała na nią.

Być może Sunstreaker nie był przy jej boku, ale Ziva mogła dostrzec w jaki sposób patrzył na jej siostrę z daleka, jak to żółte lamborghini jakby osiadało na osiach. Ziva nie była obecna w jakiejkolwiek konwersacji uczestniczyli, ale jej konsekwencje wyczuła w powietrzu, jakby była tam świadkiem.

- Sunny prawdopodobnie czuje się z tym gorzej niż ty, Sunshine. – odparła, siadając prościej – Bo wydaje mi się, że jest typem osoby, która może przeżyć wszystko. Ale nie zawód w oczach ukochanej osoby.

Zarya chciałaby powiedzieć, że łzy, które spłynęły jej po policzkach były łzami szczęścia.

Tylko, że kłamałaby.


- To musi być święto narodowe, skoro siedzisz przy robocie papierkowej – Ziva stwierdziła przechodząc przez próg do gabinetu Jazza. – Kto umarł?

- Prowl – mruknął, pisząc coś agresywnie na kawałku papieru – Od przemęczenia, stresu i kilkunastu kubków kawy.

Ziva skrzywiła się w duchu.

Dla innych prawdopodobnie nie była to nowa informacja, ale kiedy Ziva zorientowała się, że po rozmowie telefonicznej jaką miała z Taktykiem, Autobot nieco się podłamał, miała wrażenie, że poczucie winy zgniecie ją od środka.

Optimus mówił im, że Prowl wziął wszystko na siebie. Ucieczkę Barricade'a, raporty oddziału zadań specjalnych, swoje obowiązki i jeszcze zastanawiał się, co się dzieję z sabotażystą na innym kontynencie.

Innymi słowy, Prowl doprowadził się do tragicznego stanu. W chwili, kiedy Jazz wrócił na Diego Garcia, Taktyk wyłączył swoją drugą formę i aktualnie smacznie spał jako policyjny mustang w swoich kwaterach.

- A więc jednak plotki miały racje – westchnęła i Jazz tylko mruknął coś pod nosem – Masz coś przeciwko gdybym tutaj posiedziała?

- Tak.

Ziva uniosła do góry brew, siadając na kanapie. Po chwili Jazz rzucił jej kilka folderów i uniósł głowę.

- Bo będziesz siedzieć tam – wskazał na szafę z kilkoma czerwonymi segregatorami – I będziesz układała je na półkach.

- To jest wyzysk.

Cisza.

- Kupię ci kota.

-…mają być w porządku alfabetycznym?


- To dla twojego dobra – powiedział James White.

Ginger pokiwała głową.

- Nie chcę cię zmuszać, to twój wybór.

Kolejne skinięcie głową.

- Serio, Ginger, jeśli nie chcesz, nie musisz. Ale powinnaś. To dla twojego zdrowia psychicznego i…

- Panie Dyrektorze – Rodriguez przerwała z ustami wygiętymi w grymas – Wiem.

- Ale pomysł ci się nie podoba.

Ginger znowu pokiwała głową.

Ponieważ rozmowa z Smokescreenem, psychologiem na wyspie, nie była w jej planie i wolałaby wrócić do Ohio i porozmawiać ze swoim specjalistą. Nie potrzebowała jego, żeby powiedział jej coś, co już wiedziała.

Albo może nadal próbowała przekonać się, że chciała tej pomocy, że na nią zasługiwała.

- Żyłam z tym naprawdę długo – wyznała suchym głosem – Moja matka zadbała o to, żebym zapamiętała ją nawet po śmierci. O takich rzeczach nie mówi się obcym ludziom. Lub kosmitom.

- Ginger, wiesz, że Smokescreen jest…

- Mam gdzieś, kim on jest – przerwała, unosząc dłoń – Mam gdzieś, że pobrał sobie z Internetu każdy mały fragment informacji na temat ziemskiej medycyny. Dla mnie może być prezydentem, a ja nadal wolałabym skoczyć w najbliższy samolot i odlecieć.

- Ale się zgodziłaś.

Właśnie.

Ginger się zgodziła i teraz tkwiła w tym bagnie.

Tylko jedna wizyta. Jedna i mogła wrócić.

Rodriguez dawno zdecydowała, że nie ma tutaj już nic, co mogłoby ją tutaj trzymać. Pierwszy raz, kiedy pojawiła się na Diego Garcia po terapii, było po to, żeby zjednoczyć się z Shane'em i Zaryą, ale zważając na to, że wszystko skopciła, nie miało to już znaczenia.

- Ponieważ jeśli mam zniknąć – dziewczyna zaczęła z dłonią na klamce, odwracając wzrok – To chcę, żeby ktoś wiedział, kim naprawdę byłam.

Mówiąc to, otworzyła drzwi, zamykając je za sobą i natychmiastowo ją ten znajomy szpitalny zapach i biały kolor.

Mężczyzna z nogami na biurku zdjął kapelusz i posłał jej uśmiech.

- Panna Ginger Rodriguez, jak miewam – Ginger mogła ze startu powiedzieć, że chociaż wyglądał na dwudziestkę, w duchu był młodszy. Kolorowe włosy też mówiły same za siebie – Smokey.

- Smokescreen – poprawiła beznamiętnie.

Wyszczerzył się.

- Proszę usiądź – wskazał na krzesło, patrząc na zegarek – Godzinka wystarczy?

Ginger zajęła swoje miejsce, biorąc głęboki wdech i popatrzyła mu prosto w oczy.

- Godzinka to nie objęłaby nawet prologu.

Smokescreen musiał wyczuć powagę w jej głosie, bo wyprostował się, odchrząknął i nacisnął coś na kwadratowym urządzeniu. W pomieszczeniu rozległ się cichy pisk.

- W takim razie, nie zatrzymuje cię.

Ginger wpatrywała się w niego przez chwilę, po czym popatrzyła na okno za nim i wypuściła powietrze z płuc.

- Nazywam się Ginger Rosa Rodriguez i urodziłam się w Sydney w Australii jako córka jednej z najbardziej respektowanych rodzin w biznesie, wychowana na zabójcę…


Shane nie myślał, że kiedykolwiek spotka go moment, w którym powie sobie szczerze, że czuje się wyzwolony. Głównie dlatego, że brzmiałby przed sobą jak idiota. Drugim powodem był fakt, że Shane nigdy nie myślał, że dowie się, dlaczego jego matka odeszła i nigdy nie spojrzała do tyłu.

Więc logiczne było, że Shane jako jeszcze, że był szoku, miał zamiar wracać do tamtego momentu w myślach, bo był to pierwszy raz, kiedy zdał sobie sprawę, że może jednak wszystko miało sens.


- Charlie?

- Witaj, Seth.

Shane uniósł dłoń, machając nią.

- A ja jestem Shane – blondynka spojrzała na niego, mrugając – Czuję się urażony, że mnie nie powitałaś, więc przypominam, że jestem w tym samym pomieszczeniu.

Blondynka wywróciła oczami, a Shane stwierdził, że nie zmieniła się ani trochę. Dalej miała ten sam, zimny, ale zarazem ciepły ogień w oczach i te same, delikatne rysy twarzy i włosy, które zawsze wydawały się być w idealnej kondycji.

Shane stwierdził, że ból w jego klatce piersiowej był wyłącznie tylko jego wyobraźnią.

- Więc nie masz kłopotów – stwierdził ostro Seth i Shane był tym razem osobą, która wywróciła oczami, ponieważ oczywiście, że jego ojciec uwierzy w coś takiego – Wróciłaś…

- Żeby wyjaśnić, że nigdy nie zamierzałam wrócić.

Shane zamrugał, bo Seth wydawał się być wściekły na nią z jakiegoś powodu, a był pewien, że nie dlatego, że zniknęła bez słowa. Pod tym gniewem było coś innego.

- Nie taka była umowa.

A więc jednak było coś więcej. Młodszy Donnelly mentalnie przybił sobie piątkę za używanie swoich szarych komórek. Usiadł jednak na łóżku, stwierdzając, że może lepiej na razie się w to nie wtrącać.

- Ty naprawdę wierzyłeś, że wrócę do takiego tyrana jak ty? – zapytała z niedowierzeniem.

Uważaj mamo, pomyślał Shane, kiedy zobaczył jak jego ojciec zaciska dłonie w pięści, chodzisz po cienkim lodzie.

- Obiecałaś – syknął.

- A ty obiecałeś, że nigdy więcej mnie nie uderzysz i zobacz, gdzie się to skończyło.

Shane postanowił, że nie będzie to na pewno przyjemna konwersacja.

- Zasłużyłaś – nalegał i szatyn wywrócił oczami – Jak śmiałaś spać z tym…tym śmieciem…

- Ten śmieć nigdy nie podniósł na mnie ręki – warknęła ostro, mrużąc oczy – Nigdy nie sprawił, że czułam się gorsza. Traktował mnie jak prawdziwą kobietę.

- Prawdziwą kobietę, która zostawiła sześcioletniego syna w rękach tego tyrana – wypomniał z kpiną, wskazując na chłopaka na łóżku – I pozwoliła mi robić z nim, co chcę. I to jest prawdziwa kobieta? Raczej marny materiał na matkę.

- Bo ty jesteś ojcem roku – odparowała z jadem.

- Przynajmniej z nim byłem i nie uciekłem do Hiszpanii z jakimś dupkiem.

- Nie próbuj się teraz tłumaczyć, Seth.

- To nie wpieraj mi, że ja jestem tu najgorszy.

I więc Shane naprawdę nie wiedział, czy się śmiać czy płakać, ale w końcu to pierwsze wygrało, bo ta sytuacja była w tamtej chwili naprawdę komiczna i zastanawiał się jeszcze, co on do cholery tam jeszcze robi.

Na niewytłumaczony wybuch śmiechu ze strony swojego syna, obaj spauzowali i popatrzyli na niego zdziwieni.

- Wiecie, co? – wstał z uśmiechem, klepiąc ich po ramionach – To ja was zostawię i sobie to wyjaśnicie, co?

Ta sprawa wydawała się nigdy go nie dotyczyć.

I Shane zdał sobie sprawę, że tak – odczuwał nieobecność matki w jego życiu, ale nie – nie tęsknił za nią tak, jak sądził, że tęsknił. Seth może i był tyranem i wiele razy Shane wolał umrzeć niż się z nim zmierzyć, ale był. Nieważne jak bardzo chore się to wydawało.

Ale pogodził się z tymi faktami. Że tata go maltretował, a matka zostawiła.

Być może właśnie dlatego, kiedy wyszedł z pokoju w kierunku hotelu, nie czuł żadnego żalu, ale poczucie wolności, jakby ktoś zdjął ciężar z jego barków.

Nie wiedział, dlaczego, ale tak było.

Shane nie zamierzał się nad tym głowić. Już nie.


Shane zaśmiał się sam do siebie, gniotąc jedyne zdjęcie jakie miał swojej matki i wrzucił je do kominka.

Przeszłość miała swoje miejsce w przeszłości.


- Wiesz, może ta Europa nie była takim złym pomysłem – stwierdził Thundercracker, puszczając oczko do jednej z przechodzących kelnerek w barze – Nie można narzekać na brak rozrywki.

Barricade posłał mu poirytowane spojrzenie, kręcąc kieliszkiem niewidzialne kółka w powietrzu.

- Czy to nie ty mówiłeś dzień temu, że nienawidzisz ludzi i nigdy się z żadnym nie zaprzyjaźnisz? – zapytał z uniesioną brwią.

- Nah, TC jest po prostu zmienny – Skywarp powiedział, przełykając kolejny wielki kęs swojego hamburgera – Zobaczysz, za dziesięć minut będzie chciał zabić jakiegoś przypadkowego człowieka.

Thundercracker spiorunował go wzrokiem.

- Odczep się.

Skywarp się tylko donośnie zaśmiał, powracając do swojego jedzenia już na dobre. Oparł się wygodniej o ladę i zaczął na nowo skupiać się na telewizorze zawieszonym w rogu baru. Barricade nawet nie mógł zrozumieć jednego słowa jakie było tam powiedziane, ale domyślił się, że 'Warp po prostu ściągnął język w jakim mówili tubylcy w momencie, kiedy tu wylądowali.

W końcu czerwone oczy Thundercrackera zwróciły się ku niemu.

- Więc Nix trafił w ręce tej małej.

- Wątpię, żeby można ją było nazwać 'małą' – odparł sucho, odwracając się przodem do barmana – Dla mnie jest jednym, wielkim insektem, który wścibia swój nos tam, gdzie nie powinna.

- Wydawała się być trochę bardziej ogarnięta – zauważył.

Barricade parsknął śmiechem. Gdyby TC tylko słyszał o żartach jakie ta dziewczyna robiła kiedyś na Diego Garcia. Z pewnością stwierdziłby, że Skywarp nagle nie jest taki zły ze swoją reputacją dowcipnisia.

- Och, ależ oczywiście – powiedział sarkastycznie – W każdym razie, Nix jest w dobrych rękach.

- Oby – TC skrzywił się na samą myśl, że młodemu cybertrończykowi mogłoby się coś stać z ręki człowieka – Pamiętam, jaki nadopiekuńczy byłeś przez pierwsze tygodnie, kiedy go znaleźliśmy. Dziwne, że nagle oddajesz go jej.

Cade wywrócił oczami.

- Nie jestem na tyle głupi, żeby go po prostu oddać – żachnął się – Nie jestem taki naiwny. To nadal ludzie.

- Prawda – stwierdził Thundercracker, zerkając na Skywarpa, kiedy ten niemal zachłysnął się jedzeniem. Prawdopodobnie zobaczył jakiś szokujący temat w telewizji – Ludzie są nawet gorsi od nas.

Barricade nic na to nie odpowiedział, zamiast tego zamówił kolejną kolejkę, biorąc głęboki wdech. Miał już kompletnie wyłączyć się konwersacji, kiedy tamten znowu podjął temat.

- Więc wczepiłeś w niego nadajnik?
- Oczywiście.

- Cade…

Czego znowu?, pomyślał.

- Co? – warknął.

Thundercracker wyszczerzył się, spoglądając w stronę ekranu, tam, gdzie Skywarp.

- Jesteś nadopiekuńczym ojcem.

Kiedy minutę później właściciel baru wyrzucił ich z budynku za zakłócanie spokoju w lokalu, Barricade nadal upierał się, że nie, nie był nadopiekuńczy i nie, nie miał zamiaru kontrolować Nixa.

I nie. Wywalenie z baru nie było zupełnie jego winą.

Ten kieliszek po prostu poleciał w stronę TC. Tak…po prostu.

Nope. Nie jego wina.