23. Something I need.


Because when everyone leaves; I will be right here, beside you".

- Jazer


Zarya wiedziała, że to, co powiedziała jej Ziva miało sens. Oczywiście, że wiedziała.

Ale Zarya prędzej by umarła niż przyznała, że jej siostra, Ziva Hale, dowcipniś jakich mało, ma racje. Nope. Nie. Prędzej połknęłaby garść chili za jednym zamachem niż to.

Jednakże, nieważne jak bardzo dziecinna Zarya była, musiała przyznać, że zniszczenie tego, co Sunstreaker i ona mieli przez jej własną adopcyjną rodzinę, której dziewczyna nienawidziła, było głupie. Po co tyle pracowała, żeby od nich uciec? Żeby pozwolić im zrujnować jej życie po raz kolejny?

Nie.

Zarya miała cel w życiu. Jego się trzymała.

Nigdy więcej nie pozwolić, żeby ktokolwiek ją zniszczył.

Tak, za każdym razem, kiedy zamykała oczy, widziała tą krwiście czerwoną plamę w celi w więzieniu, kiedy to Sunstreaker pociągnął za spust; tak, była wściekła na swojego strażnika; i tak, miała zamiar w przyszłości się zemścić, że to on zabił Jacka, a nie ona.

Miała jednak rozum i wiedziała, że prędzej czy później, będzie żałować, jeśli zostawi go tak na pastwę losu. Ziva miała rację, że pewnie obwinia się za to, co zrobił. Głównie dlatego, że tak go potraktowała, a nie z powodu śmierci. Pewnie widział jej tak wiele, że jedna więcej nie robi na nim takiego wrażenia.

Dlatego właśnie, kiedy Ziva zniknęła w gabinecie Jazza, Zarya udała się w stronę kwater swojego strażnika, mentalnie powtarzając sobie w głowie to, co chciała mu powiedzieć. Żołnierze po drodze kiwali jej na powitanie, ale dziewczyna ledwo zwróciła na to uwagę, zbyt zajęta swoimi myślami.

Błysk złota w świetle zwrócił jednak jej uwagę, kiedy zatrzymała się przed hangarem Autobotów. Zatrzymała się, najpierw zauważając Sunstreakera, a dopiero potem wyższego od niego Optimusa. Obu w swoich prawdziwych formach. Nagle dziewczyna poczuła się jeszcze mniejsza niż w rzeczywistości była.

Zachodzące słońce przypomniało jej o fakcie, że spędziła o wiele za dużo czasu w swojej głowie, a konwersacja dowódcy Autobotów i jej strażnika musiała już trwać dosyć długo. Optimus wyglądał na zmęczonego, a Sunstreaker mimo, że zawsze dumnie się prostował, był nieco przygarbiony. Zarya zastanawiała się czy może to była też jej wina, że był bardziej przygaszony.

- Hej, ty jesteś podopieczną tego żółtego, nie? – ktoś do niej zagadał, kiedy dziewczyna wzięła głęboki wdech – Zarya, tak?

Blondynka obróciła się lekko w jego stronę.

- Huh?

Mężczyzna w wojskowym uniformie skrzywił się lekko. Miał poczochrane brązowe włosy i oczy podobnego koloru. Wyglądał na dosyć zirytowanego.

- Zarya. Hale. – powtórzył dla upewnienia się.

- Ah, tak. – przeczesała włosy – Ja. O co chodzi? – widzicie, a Ziva nigdy nie wierzyła, że Zarya może zachowywać się kulturalnie i miło. Zarya miała zamiar jej to wypomnieć wieczorem.

- Radziłbym uważać – kiwnął w stronę dwóch rozmawiających Autobotów. – Ten żółty to taki nie w sosie.

- On zawsze taki jest – stwierdziła sucho, bo naprawdę. Ta informacja nie wniosła jej do życia nic nowego.

- Ah, wiem. Miałem na myśli, że bardziej niż zwykle – pogładził swoje ramię – Drze się na wszystkich bez powodu. Prawie zabił woźnego, bo przyniósł mu nie tą farbę, co trzeba.

Tak. To definitywnie była jej wina.

- Rozumiem… - mruknęła cicho.

- Ech, rany… Już ta godzina. Muszę lecieć, powodzenia! – machnął jej i szybko zniknął za drzwiami hangaru.

Zarya jeszcze chwilę stała w bezruchu, patrząc na miejsce, gdzie mężczyzna zniknął, po czym zwróciła się w stronę, w którą miała zamiar iść. Widać było, że ich rozmowa dobiegała końca, bo kiedy dziewczyna była wystarczająco blisko, mogła usłyszeć wymamrotane 'tak jest, sir'.

- Optimusie – powitała czerwono-niebieskiego Autobota, kiedy stanęła obok niego.

- Maleńka – kiwnął na nią, po czym na Sunstreakera – Możesz odejść.

Sunstreaker nawet na nią nie spojrzał, tylko odwrócił się na kołach, mając pewnie zamiar wyjechać z hangaru i zignorować ją. Zarya zdecydowała, że pewnie na to zasługiwała, ale mimo to, pobiegła za nim.

- Hej!

Zero odpowiedzi.

- Hej, mówię do ciebie!

Dziewczyna zmrużyła oczy.

- Sunstreaker!

Nadal nic.

W końcu zacisnęła pięści i odwróciła wzrok, zatrzymując się.

- Sunny!

Nagle jakby w sekundzie, wszystko się zatrzymało. Zarya z lekkim rumieńcem na polikach, piorunowała wzrokiem jego tył. Przynajmniej, dopóki Sunstreaker nie odwrócił się, niemal uderzając pięściami w podłogę, kucając. Jego wzrok wydawał się być dziki.

- Teraz do mnie mówisz?

- Nigdy nie przestałam – warknęła.

- Naprawdę?

Wściekła, dziewczyna zwróciła ku niemu wzrok.

- Nadal jestem zła – powiedziała w końcu, na co tamten prychnął.

- Nie rusza mnie to.

- Cholera jasna, zamknij się w końcu! – niemal krzyknęła, zaciskając zęby tak, że prawie zgrzytały – Próbuję…próbuję coś ci oznajmić.

Sunstreaker, który widocznie był tak bardzo zagniewany jak ona, nieco się odsunął, prostując plecy. Zarya stwierdziła, że patrzenie w te niebieskie oczy nie były dobrym pomysłem, więc skupiła się chwilowo na mechanizmach, które kręciły się w różnych miejscach na jego zbroi.

- Słucham – odparł sucho.

Zarya wzięła głęboki wdech.

- Przepraszam.

Jedno słowo. Jedno słowo, którego Zarya nigdy nie mogła z siebie łatwo wydobyć; ponieważ zawsze uważała, że słowa się nie liczą. A liczą. Mają mniejszą wartość niż czyny, ale tą samą moc.

Sunstreaker musiał być tak samo zdziwiony, bo mrugnął kilka razy, jakby myślał, że może mu się to śni.

- Za bycie taką zołzą i niesłuchanie cię, kiedy powinnam – przełknęła ślinę, czując w gardle suchość. – Za wyzywanie się. Za niezauważenie, że ty też masz problemy. Za… - nagle oczy ją zapiekły, jakby miała płakać.

Zarya Hale nie płakała. Nie przy nim. Nie przy kimkolwiek innym niż Ziva i z wyjątkiem jej urodzin. Nie była taka słaba.

Ale to był Sunstreaker.

Jej strażnik. Jej przyjaciel. Jej brat. Jej rodzina.

Jej wszystko.

Ponieważ na końcu, kiedy nikogo nie było, on się pojawiał. Ze swoim grymaśnym wyrazem twarzy, z wyzwiskami i komentarzami, z swoją upartością. Nie był czymś stałym, jak Ziva, ale być może dlatego, że Ziva była z nią zawsze.

Wzięła kolejny głęboki wdech.

Nie wiedziała, co ma czuć w tamtej chwili. Cisza ogarnęła cały hangar i nawet Zarya, która spokój uwielbiała, skrzywiła się na brak jakichkolwiek dźwięków.

- Za potraktowanie cię, jakbyś zawsze był drugą opcją, a kiedy coś schrzanisz, to nigdy się do ciebie nie odezwę – dlaczego mówienie o tym, tak bardzo bolało? – Bo na to nie zasługujesz. Ja nie zasługuję na ciebie. Ja... – znowu urwała.

Nie zasługuję na bycie twoją podopieczną.

Potrząsnęła głową.

- Nie chce…nie chcę cię… - policzki jakby ją piekły – cię…

- …stracić?

- Mówiłam, żebyś się zamknął! – warknęła, kiedy uniósł do góry ręce w geście poddania.

- Już siedzę cicho – mruknął.

Dziewczyna odetchnęła.

- Nie. Idioto. Oczywiście, że tego nie chcę. Nie o to chodzi – wywróciła oczami – Mam na myśli, że nie chcę…

Nie. Źle to sformułowałam, pomyślała.

Zapadła cisza na dosłownie minutę, wtedy dopiero Zarya zwróciła wzrok ku niemu. Wydawał się być zadowolony siebie, jakby patrzenie jak ze sobą walczy było wspaniałą rozrywką.

- Co chcę powiedzieć… - zmrużyła oczy – to, że nie jesteś tylko moim strażnikiem. A ja nie chcę stracić najbliższej mi osoby, tylko dlatego, że jesteś idiotą.

Sunstreaker popatrzył na nią urażony.

- Widzisz. Było tak pięknie i znowu obrażasz ludzi, Insekcie.

Zarya wyszczerzyła się.

- Wiesz, o co mi chodzi.

Sunstreaker wzruszył ramionami, prostując się i obracając na kołach. Na jego twarzy pojawił się uśmieszek, kiedy dziewczyna prychnęła.

- Nie wiem, chyba będziesz musiała mi to wytłumaczyć prościej.

- Sunstreaker!

Sunstreaker popatrzył na nią, widząc jej czerwoną twarz, po czym wziął ją na rękę i posadził na ramieniu.

- Sunstreaker? Przed chwilą było Sunny.

- Zabije cię!


- Okay, skończone! – zawołała Ziva, kiedy Jazz ponownie wkroczył do gabinetu, ziewając głośno – W alfabetycznym porządku i pięknie ułożone według wysokości.

- Dzięki, Ziva – Jazz położył kilka dokumentów na biurku – Nie wiem, czy wyrobiłbym się z tym sam do jutra.

- Nah, nie ma za co – machnęła dłonią, po czym popatrzyła się na niego poważniej – Ej…

- Co?

- Gdzie mój kotek? – zapytała.

Jazz zatrzymał się i spojrzał się na nią jakby urosła jej druga głowa, a włosy miała jakiegoś neonowego koloru. Dziewczyna tylko mrużyła na niego oczy.

- Zluzuj – powiedział w końcu – Kiedyś ci kupię.

Ziva westchnęła.

- Wolałabym teraz…

- Ziva, nie testuj mnie. Jestem na skraju wytrzymałości – wypuścił powietrze z płuc i poprawił swoje okulary – Przysięgam, że nie wiem, jak Prowl to robi.

Brunetka wzruszyła ramionami. Prowl był specyficzną osobą. Taką, która wiedziała, że ma coś do zrobienia i robiła to szybko. Taką, która miała cel i go osiągnęła. Pewnie. Wypija dziennie jakieś pięć kubków kawy i nie śpi po nocach, co przypomina jej o studentach, ale przynajmniej nieźle mu idzie. Ziva szczerze go podziwiała.

- Ano, Ziva – Jazz usiadł za biurkiem, biorąc pierwszy folder do ręki – A co z tobą?

- Hmm? – odwróciła się w jego stronę.

- Prowl coś mówił… - powiedział powoli, ale nie patrzył w jej stronę – Kiedy do niego zadzwoniłaś, że nie było u ciebie za dobrze.

Ach. Ziva musiała przyznać, że sama nie pamiętała tej konwersacji. Była jakby za gęstą mgłą, a Ziva wiedziała, że nie chciała wiedzieć, co tam powiedziała. Była w złym miejscu, bez żadnego kierunku i żadnych chęci życia.

- Nic mi nie jest – odparła, a kiedy Jazz ostro na nią popatrzył, wywróciła oczami – Tym razem na serio.

- Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć.

Ziva odwróciła wzrok.

Naprawdę nie było jej łatwo. Nie była sobą. Trudno było jej wrócić do tego, co było wcześniej, a czasem nawet miała wrażenie, że tak na serio, to nie chciała tam wracać. Ta radosna Ziva wydawała się być daleko. Poza jej zasięgiem. Jakby nie była nią.

- Pracuję nad tym – wyznała cicho – Nie jest łatwo, ale próbuję.

Jazz kiwnął głową.

- Oferta nadal stoi – stwierdził – Wiem, że coś jest nie tak. Coś było nie tak, od dłuższego czasu.

- Nie obwiniaj się – poprosiła od razu, odgarniając włosy, kiedy opadły jej na twarz – To nie wasza wina.

- Nie zauważyliśmy, kiedy coś się stało…

- Ja sama o tym nie wiedziałam – przerwała mu nagle, sprawiając, że uniósł do góry brew – Po prostu w pewnym momencie…coś zniknęło. Nie wiem, dlaczego. W jednym momencie całe szczęście jakie mnie spotkało, stało się niczym. To nie wasza wina.

- Ale to jest kogoś wina – argumentował.

Dziewczyna potrząsnęła głową.

- Nie. – Jazz otworzył usta – Nie, Jazz, nie. Czasami coś się dzieje bez powodu. Czasami nikt nie zawinił, a coś się dzieje. Nie zamierzam nikogo obwiniać, a już w szczególności nie was.

Sabotażysta westchnął.

- Chciałbym, żeby tak nie było.

- Ja też – mruknęła – Miałam naprawdę ciężki czas, ale…, ale myślę, że mnie to czegoś nauczyło, wiesz?

Na pytający wzrok, uśmiechnęła się.

- Że nieważne, co się ze mną stanie, albo jak boleśnie upadnę, to zawsze będę miała możliwość wstania – Ziva instynktownie chwyciła się swojego wisiorka, patrząc w bok – Bo nie jestem sama.

Jazz odchrząknął.

- Nie, nie jesteś – zgodził się, po czym się wyszczerzył na widok błyskawicy na jej szyi – Ach, ale czyżbyś myślała tylko o jednej osobie~? Ziva, - dotknął się teatralnie miejsca, gdzie miał serce – to zabolało.

Ziva prychnęła.

- Jakżebym mogła zapomnieć. Przecież mam Sunshine. Totalnie o niej zapomniałam.

Jazz zaśmiał się.

- Ha, ha. Bardzo śmieszne – popatrzył na zegarek – Cóż, myślę, że zrobiło się już późno, a ty pewnie jesteś jeszcze zmęczona od podróży. Może już się położysz?

Faktycznie, zaraz po tym jak Jazz po tym wspomniał, Ziva przypomniała sobie, że padała z nóg i nie miała ochoty kompletnie na nic. Nagle fala zmęczenia przebiegła jej przez ciało i dziewczyna ziewnęła. Rany, ile godzin była już na nogach?

- Racja – zwróciła się do drzwi, ale jeszcze raz na niego popatrzyła – Dzięki.

Nawet nie podniósł na nią wzroku.

- Zawsze, Ziva. Zawsze.

Dziewczyna z uśmiechem powróciła do swojego pokoju.


- To…było intensywne – stwierdził na koniec Smokescreen, prostując się w swoim fotelu.

Ginger pokiwała głową, biorąc głęboki wdech i przejeżdżając dłonią po twarzy. Cała ta rozmowa wyczerpała ją energię i teraz dziewczyna miała wrażenie, że cały ten ciężar trzymania tego w sobie jakby zelżał.

- Ta… - mruknęła cicho, przełykając ślinę – Ta, wiem.

Smokescreen bez słowa przesunął szklankę z wodą w jej stronę. Dziewczyna wdzięcznie ją chwyciła i wzięła dosyć spory łyk.

- Już zdecydowałaś, prawda?

Cisza.

Ginger wiedziała, co miał na myśli. Oczywiście, że wiedziała. Chcąc nie chcąc, Rodriguez miała ograniczone opcje i albo mogła wyjechać i zapomnieć o wszystkim, co się stało, albo zaakceptować swój los i spróbować wpasować się w życie na wyspie.

Tylko, że miała tego dość. Dostosowania swojej osoby do panujących tam klimatów. Ginger była chora, miała zrujnowane dzieciństwo i każdy znalazłby w niej coś, czego nienawidził. Jeśli miałaby jeszcze wychodzić ze swojej strefy komfortu, tylko po to, żeby ktoś ją znowu odrzucił, to dziewczyna zdecydowanie mówiła temu 'nie'.

Wyciągnęła niebieską kopertę z kurtki i przesunęła ją w jego stronę, patrząc mu w oczy.

- Hah – zaśmiała się bez humoru – Chyba masz rację.

Smokescreen wziął ją do ręki, obracając na wierzch i marszcząc czoło na napis na niej.

- Dla rodziców…od GiGi?

- Prosiłabym tylko o przekazanie tego Chromii i Ironhide'owi. – zaczęła zbierać się ze swojego miejsca – Bo nie zamierzam tym razem wracać.

- Wyjeżdżasz – stwierdził bardziej niż zapytał, również wstając – Można spytać, gdzie?

Ginger wzruszyła ramionami.

- Prawdopodobnie do dalekich krewnych albo w jakieś zapomniane przez cywilizacje miejsce – odparła po minucie zastanowienia – Nic mnie tu nie trzyma.

Smokescreen popatrzył wymownie na kopertę w dłoni, na co wywróciła oczami.

- Uh huh – mruknął nieprzekonany.

- Chcę iść dalej – wytłumaczyła dalej – Ale nie pójdę zostając tutaj. Życie rodzinne nie jest dla mnie. Jestem wdzięczna, za to, co bycie na wyspie mi dało, ale to nie moja bajka.

W momencie, kiedy to mówiła, Ginger była już przy drzwiach.

- Będziesz przynajmniej tęsknić?

- Oczywiście. – ta odpowiedź była zdecydowana, jakby dziewczyna już zaczęła za tym wszystkim tęsknić. Smokescreen szczerze jej się nie dziwił, po tym, co przeszła na Diego Garcia razem z resztą.

Wtedy zniknęła za drzwiami.

Jeszcze godzinę po jej wyjściu Smokescreen myślał nad tym, jak miała zamiar opuścić wyspę. Dopiero potem, kiedy usłyszał, że brakowało jednego z helikopterów, zdał sobie sprawę, że powinien także przed tym powiadomić dyrektora o jej zamiarach.

Spojrzał na kopertę, biorąc głęboki wdech.

To teraz tylko trzeba było donieść to dwójce specjalistów od broni i Smokescreen będzie mógł wrócić do swojego maratonu z Gwiezdnych Wojen.


- Myślisz, że wszystko się ułoży, Nix?

Zegarek zaświergotał.

- Możesz się w ogóle zmienić w coś innego niż zegarek?

Nix jakby poraził ją lekko prądem. Dziewczyna uznała to za zdecydowane tak.

- Możesz zmienić się w kota?

Świergot, kilka sekund i nagle zegarek odczepił się od jej skóry i na pościeli Zivy wylądował mechaniczny kot z czerwonymi oczami. Ziva uśmiechnęła się do siebie, gładząc dłonią pyszczek cybertrończyka.

- Cool – wymamrotała, zanim odwróciła się na bok, przytulając robo-kota bardziej do siebie i zamknęła oczy – Sunshine będzie meeeega wkurzona.

Nix zamruczał, wtulając się w szyję swojej pani. Ziva po raz kolejny usnęła z uśmiechem na ustach.