12. Everything's meant to be broken. (Everything ends).


"Not everyone you see is happy; and the most cheerful person you know, can be also the one who's suffering the most."

- Jazer


Drodzy Rodzice,

przepraszam.

Za każde słowo, którym Was zraniłam. Za moment, w którym zdecydowałam, że łatwiej mi będzie bez was. Byliście wymagający. Byliście twardzi. Poznaliście mnie, kiedy miałam siedemnaście lat, a nadal mówiliście mi, kiedy powinnam wrócić do swojego pokoju i w pewnym sensie, tak, byłam zła.

Ale bez Was to już nie było to samo.

Wróciłam do Klanu i wszystko było takie puste. Nikt nie witaj mnie przy drzwiach, a prawda była taka, że odkąd mnie przygarnęliście, właśnie tego musiało mi brakować. Kogoś, kto zawsze powitałby mnie z otwartymi ramionami, a nie…, a nie krzykiem. Jak Ivy. Jak David. Jak Chris.

Zmieniłam się.

Z dziewczyny, która była tchórzem. Zmieniłam się, ale odkąd Was opuściłam, wydaje mi się, że znowu poszłam w nie tą stronę i się pogubiłam. Jak zwykle. Trochę śmieszne, prawda? Mam prawie dwadzieścia lat, a pisząc to brzmię jak czternastolatka, która dopiero zaczęła odkrywać, czym jest świat. Może nigdy nie dorosłam do bycia kimś starszym i mądrzejszym. Może nadal powinnam popełniać błędy.

Być może, bo błędem było wrócenie do Zaryi i Shane'a i popatrzcie, gdzie teraz jestem. Gdyby nie to, nigdy bym Was nie spotkała.

Więc…dziękuję.

Dziękuje, za każde słowo; za każdą radę; za każdą nocną rozmowę, kiedy z krzykiem obudziłam się w środku nocy; za pierwszy prezent urodzinowy; za uścisk; za pokazanie mi, czym naprawdę jest rodzina.

Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze na mnie spojrzycie z uśmiechem. Nie chciałabym być kolejnym zawodem…, chyba, że już jednym dla Was jestem. W tym przypadku, przepraszam.

Z najszczerszym szacunkiem,

Ginger Rodriguez 'GiGi'.

PS: Smokescreen wie, dlaczego wtedy zniknęłam. Powiedziałam, że może Was wtajemniczyć, gdybyście chcieli wiedzieć.


- Szczerze, Cade, ty na serio masz coś nie tak ze sobą.

- Jeszcze jedno słowo TC, tylko jedno, a dostaniesz w paszczę.

Thundercracker wyszczerzył się i Barricade zastanawiał się czy jego uśmiech był taki straszny, czy fakt, że w ogóle go na sobie miał. Zamiast tego wywrócił zirytowany oczy i odwrócił się do niego plecami.

- Nah, Cadie – Skywarp zawiesił mu się na ramieniu, patrząc na ekran przed nim – Nie gniewaj się na nas.

- Przysięgam, że decyzja o życiu w tym samym budynku, co wy, była moim największym błędem w całym moim marnym życiu – mruknął czarnowłosy, klikając coś na stronie.

- Ale…żyjesz już kilka milionów lat – przypomniał zdezorientowany Skywarp.

- No właśnie – syknął, na co Skywarp popatrzył na niego urażony i odszedł w stronę swojego pokoju. Barricade od razu odetchnął z ulgą, opierając się bardziej na oparciu krzesła.

Thundercracker popatrzył na niego, po czym zajął miejsce na łóżku pod ścianą i rozejrzał się po miejscu. Zaraz, kiedy opuścili Nashville, Barricade stwierdził, że rozdzielenie się byłoby bezcelowe. Starscream i tak miał ich na muszce, a razem mogli zdziałać więcej. Tak myśleli. Trafili więc do jakiegoś mniej więcej opuszczonego hotelu i tak o to skończyli w tym wyblakłym pomieszczeniu z trzema pokojami i jedną łazienką. Tapeta odchodziła w niektórych miejscach i tylko sypialnia, w której obecnie się znajdowali była w przyzwoitym stanie. Jeśli oczywiście można było tak ją określić.

Thundercracker mógł przysiąc, że wczoraj widział pod swoim łóżkiem szczura.

- Tak na poważnie, Barricade – TC zwrócił się w jego stronę, opierając głowę na dłoniach – Nie sądzisz, że trochę to…

- Mów, co chcesz – mruknął, zamykając laptop – Ale jeśli Primus miesza w sprawy Cybertronu ziemianin, to coś jest na rzeczy.

- Barricade – na twarzy mężczyzny pojawił się grymas – Za dużo nad tym myślisz. Primus? Ten Primus miałby… W ogóle, Cade, jak możesz nawet myśleć, że on istnieje, huh?

Czarnowłosy wywrócił oczami, wstając gwałtownie.

- Myślisz, że zmyślam? – warknął.

- Nie byłeś Conem ze względu na swój wygląd, Cade – odparował od razu Thundercracker, mrużąc oczy, ale pozostał na swoim miejscu. Barricade jednak zauważył, że zaciska dłonie na wydartych jeansach. – Manipulacja, kłamstwa, morderstwo. Tym się staliśmy.

- Zdezerterowałem – niemal wypluł – A dobrze wiesz, że Decepticony nie zaczęły od tego.

- Ale tym jesteśmy teraz.

- Byliśmy.

Thundercracker prychnął, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. Barricade nie dziwił mu się, że w niego wątpił, ale sama obecność jego i Skywarpa testowała jego cierpliwość. Był świadom, że żaden z nich nie wierzył w obecność Primusa i jeszcze kilka dni temu uważali go za bajeczkę do snu, ale to stawało się coraz to bardziej irytujące.

Barricade nie kłamał.

Sam chciał się tego wyprzeć i zaprzeczyć, że kiedykolwiek miał honor rozmawiać z ich Bogiem, ale nie mógł. Nie był też na tyle głupi, żeby zignorować fakt, że Decepticony szykowały się do czegoś większego. Przynajmniej tak myślał.

- Nieważne – mruknął niezadowolony TC - Wiesz, co o tym sądzę.

Barricade nie mógł powstrzymać się od uśmieszku.

- I w ogóle mnie to nie obchodzi – odparł szczerze.

Thundercracker spiorunował go wzrokiem, po czym wypuścił powietrze z płuc.

- Więc? – Cade popatrzył na niego pytająco – Co robimy? Jeśli ten cały Primus istnieje i czegoś chce, to co robimy?

Bardzo dobre pytanie.

Naprawdę.

Sęk był w tym, że Barricade jak na razie zatrzymał się na szpiegowaniu Zivy i Nixa, a dalej to nie zaszedł. Stwierdził, że nie musiał za bardzo wybiegać w przyszłość, skoro nie słyszeli nic od Starscreama.

Tamten popatrzył na niego zażenowany.

- Nic nie wymyśliłeś, prawda.

- Hej, nie musisz mówić tego takim tonem – zirytował się, rzucając mu przelotne spojrzenie – Oczywiście, że nie wymyśliłem nic dalej. Wiemy, co ten dupek chce od nas i tych dwóch dziewczyn?

- Nie, ale jakbyśmy zapytali je jak cywilizowani cybertrończycy, a nie podsłuchiwali ich rozmów, to może nasza wiedza ze statusu 'nieistniejąca', powędrowałaby w status 'jednak coś wiemy'.

- Zamknij się, kurduplu.

- Chciałbym także przypomnieć, że jesteś ode mnie wyższy o zaledwie centymetr.

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Thundercracker leżałby na tej brudnej i zamieszkanej przez szczury podłodze z zamkniętymi oczami. Dobrze, że tak się jednak nie stało, bo w czasie, kiedy Thundercracker nie pałał miłością do swojego życia, to jednak chciałby zobaczyć kilka ładnych widoków na Florydzie.

- Nie wiem, co mamy robić – wyznał, siadając obok niego zaraz po tym, jak obrzucił go gniewnym spojrzeniem – Ale nie możemy tu dłużej zostać.

- Zgadzam się! – zawołał głos za nimi. Barricade wywrócił oczami, kiedy Thundercracker obrócił się i uniósł do góry brew na widok półnagiego Skywarpa.

- Co ty do cholery jasnej robisz w samym ręczniku? – zapytał z potrząśnięciem głowy.

- Ah, wiesz, przewietrzam się – puścił mu oczko, po czym zwrócił się do Cade'a – Te holoformy to niezłe cacka, ale tęsknie za swoją prawdziwą formą. Jest o wiele wygodniejsza.

TC przewrócił oczami, kładąc się na łóżku, jednocześnie krzywiąc się na skrzypienie materaca pod nim.

- Czyli nie mamy ani celu i ani informacji. – podsumował.

- Ani jedzenia.

- Albo wygodnego garażu.

- Na Primusa, zamknięcie się w końcu? – warknął na nich Barricade, przejeżdżając dłonią przez włosy, po czym westchnął, kiedy się na niego spojrzeli – Na razie, zajmiemy się zbieraniem informacji. Co ma być, to będzie. Cel obierzemy sobie później.

Skywarp wzruszył ramionami.

- Dla mnie w sam raz.

- Też się zgadzam. – poparł TC, spoglądając na przyjaciela – Ale tym razem, zarezerwujemy lepszy hotel.

- Nie będziemy zostawać w hotelu – postawił jasno Cade.

- Ale zimy są zimne – zaskomlał Skywarp, uwieszając się mu na ramieniu – Zamarznę tam.

- Jak zamarzniesz, to będę miał o jeden wrzut na tyłku mniej.

Skywarp tylko mruknął coś pod nosem, po czym znowu zniknął w swoim pokoju. Thundercracker wtedy popatrzył z lekkim uniesieniem warg na czarnowłosego.

- Więc Nemezis?

Barricade ciężko westchnął.

- Więc Nemezis.


'Jesteście wybrane' mówił głos, a jego słowa nosiły się echem po białej i pustej przestrzeni.

'Zostało wam pięć lat'.

'Nowy wróg na was czeka'.

Blondynka zamrugała, idąc w kierunku głosu. Stawał się coraz to donośniejszy, jakby zbliżała się do jego źródła, chociaż przed sobą nadal miała bladą plamę. Jakby czegoś szukała, ale nigdy nie mogła znaleźć odpowiedzi.

- Myślałam, że jestem tu sama – stwierdził ktoś obok.

Zarya obróciła się na pięcie i niemal zamarzła na widok Zivy. Nie była jednak taka sama. Miała taki sam kolor włosów, co ona, a jej brązowe oczy jakby jarzyły się i dawały jaśniejszą poświatę. Co było chyba jedyną rzeczą, jaka je od siebie odróżniała, bo oczy Zaryi były żywszej barwy.

- Skąd ty się tu wzięłaś?

- Hmm? – Ziva poprawiła swoją bluzę, rozglądając się – Musiałam zasnąć, bawiąc się z moim kotkiem. – wzruszyła ramionami.

Zarya zamrugała.

- Kotkiem?

Ziva wyszczerzyła się i gdyby nie fakt, że Zarya mocno tęskniła za jej uśmiechami, kiedy Ziva była w złym miejscu, to pewnie by ją teraz skrzyczała.

- Nix. Ten zegarek od Cade'a – wyjaśniła krótko, po czym kiwnęła głową w stronę, gdzie Zarya zmierzała zanim jej siostra ją zatrzymała – Wiesz, że to Primus, nie?

- Brzmi bardziej jak ktoś inny – stwierdziła po chwili Zarya, nadal słysząc wszędzie szepty dookoła niej – Primus brzmiał bardziej jak dupek.

- Huh – Ziva zamilkła na moment, wsłuchując się, po czym znowu kiwnęła głową – Racja, te głosy brzmią jak dziadek Vade od strony taty.

Zarya posłała jej pytające spojrzenie.

- Dziadek Vade?

- Ah, taki jeden. Jego ojciec interesował się Deadpoolem i później go tak nazwał. Nie wiem, o co chodziło – powiedziała wymijająco, machając dłonią. Zarya byłą pewna, że w pewnym momencie mogłaby ją nawet trafić w twarz jakby była nieuważna. – Wiesz, myślę, że chodzi mu o to zadanie.

Zarya prychnęła.

- On zawsze ma tylko zadania – powiedziała z wywróceniem oczu – Praktycznie jesteśmy w głupim labiryncie stworzonym na jego kaprys. Pełnym śmiercionośnych pułapek. Z zagadkami.

Ziva zaśmiała się, ruszając do przodu.

- Ale przynajmniej nasze życie nie jest już takie nudne, nie?

- Ziva, nasze życie nigdy nie było nudne.

Kolejny śmiech. Zarya tylko westchnęła, w końcu ruszając za nią. Czasami nie mogła jej zrozumieć. Siedziała jej w głowie dwadzieścia cztery godziny na dobę i niektóre rzeczy nadal sprawiały, że dziewczyna musiała popatrzeć na siostrę dwa razy, żeby upewnić się, że to na pewno ta sama osoba, która zadzwoniła do niej po raz pierwszy wtedy po południu.

Zerknęła na Zivę przed sobą.

Czy jej włosy naprawdę tak wyrosły?

Dlaczego nigdy ich nie ścięła?

Zarya spuściła wzrok.

Kiedy ostatnio przyjrzała się swojej siostrze porządnie?

- Oh, popatrz – odezwała się nagle Ziva, zatrzymując się gwałtownie. Zarya prawie się z nią zderzyła, zamyślona.

Uniosła wzrok, mrugając zaskoczona, kiedy zobaczyła wyraz horroru na twarzy bliźniaczki. Podążyła wzrokiem tam, gdzie dziewczyna patrzyła i sama zamarła, otwierając szeroko oczy.

- Huh? – wymsknęło jej się. Wytrzeszczyła oczy. – O Boże.


- Ginger znowu nawiała, nie? – zagadał do Zaryi Shane z rana, podstawiając przed nią kubek kawy.

Zarya nawet na niego nie spojrzała, biorąc oferowany napój w dłoń.

- Myślę, że tym razem miała powód.

Shane prychnął, siadając naprzeciwko niej. Stołówka o tej porze była dosyć pusta. Donnelly szczerze się żołnierzom nie dziwił, bo po incydencie z wybuchem już nikt chętnie tam nie przychodził. Widocznie lubili swoje życie.

- Ona zawsze ma powód, huh? – mruknął, kładąc nogi na stole i zerknął na notes, który Zarya miała otwarty przed sobą. – A to co?

- Primus.

Chwila ciszy. Shane zastanawiał się czy kofeina uderzyła jej już do głowy czy po prostu mamrotała do siebie. Jednak na notesie naprawdę coś bazgrała i zastanawiał się czy znowu mieli dostać powtórkę z rozrywki.

- Primus – powtórzył głucho.

- Aha – odmruknęła.

Shane zmarszczył czoło, nachylając się lekko w jej kierunku. Zdołał jednak dostrzec kilka niewyraźnych konturów i grymas zanim notes został zatrzaśnięty. Uniósł głowę i zamrugał.

- Shane?

- Ta?

- Zaźgać cię ołówkiem?

Shane uniósł szybko ręce do góry i odsunął się na krześle tak, że prawie z niego spadł. Oparł się znowu o oparcie i odchylił lekko.

- Oi, Słoneczko, groźna jesteś – stwierdził, mrużąc oczy na światła do góry – Ale czyżby Primus miał dla was kolejne zadanie?

Zarya zmrużyła na niego oczy, wywracając je, po czym wróciła do swojej kawy.

- Nie mnie pytaj, a jego.

Shane zerknął na nią ukradkiem, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. Westchnął.

Może lepiej byłoby dla niego, żeby nie pytał, co jej teraz chodziło po głowie.


TYDZIEŃ PÓŹNIEJ


- Nie, nie, nie, ja nie chcę! – zawyła Ziva, trzymając się mocno ramienia Jazza, kiedy Zarya próbowała oderwać ją od mężczyzny – Sunshine, miej litość!
Zarya zacisnęła zęby, w końcu ją puszczając i skrzyżowała ramiona pod biustem, stąpając gniewnie nogą na ziemię. Mieli jeszcze godzinę, żeby załadować się na samolot, ale Sunstreaker nalegał, żeby pojawili się na lotnisku szybciej w razie, gdyby Ziva robiła problemy.

Zarya postanowiła zignorować fakt, że Sunny miał racje. Znowu.

- Nie żegnasz się na całe życie, Ziva.

Ale Ziva popatrzyła na nią jakby urosła jej druga głowa. Jakby wiedziała coś więcej, coś co przerażało ją bardziej niż to, co zobaczyła w Studni. Zarya nie wiedziała, co to jest, ale ramiona jej opadły i popatrzyła na nią zdezorientowana.

Ziva odwróciła wzrok, przenosząc wzrok na sabotażystę. Jazz gapił się na nich z nie do odczytania wyrazem twarzy.

- Cokolwiek się stanie, nie ufaj mu, okay?

Jazz zamrugał, przekrzywiając głowę lekko w bok, mierząc ją wzrokiem, ale pokiwał głową, czochrając jej włosy. Prowl posłał mu pytające spojrzenie.

- Nie ufam nikomu – posłał jej oczko, po czym popatrzył na Zaryę – Wy też nie, okay? Rya?

Zarya zamknęła oczy.

W głowie przelatywały jej różne obrazki i zastanawiała się czy aby na pewno to wszystko wydarzyło się naprawdę. Gdy teraz myślała o bitwie w Chicago, miała wrażenie, że odbyła się w jej snach.

Straciła tam wtedy Zivę.

Więc może jednak bitwa w Chicago była bardziej koszmarem.

- Kiedy ja komukolwiek ufałam?

Ale oboje wiedzieli, że ufała.

Zivie.

Sunstreaker'owi.

Sideswipe'owi.

NEST.

- Ahaha, racja – jeszcze raz pogładził Zivę po włosach, po czym kiwnął na samolot – Musicie już lecieć, prawda? Waszyngton czeka.

- Ale ja nie chcę na studnia – mruknęła zirytowana brunetka, szurając butami, kiedy zwróciła się w stronę czerwonego lamborghini. – Za dużo obowiązków.

- Dasz sobie radę – odezwał się Prowl, patrząc na nią, po czym na Zaryę, która tylko odwróciła wzrok – Ty też.

Nie wiem, pomyślała. Nie wiem, czy dam radę.

- Spróbuję – obiecała cicho.

- Wyślijcie nam zdjęcia – dorzucił William, podchodząc do nich.

- I dzwońcie na Skypie – mówił dalej Dyrektor White.

Zarya machała im dłonią, z małym uśmiechem na twarzy, zmierzając w stronę wejścia do samolotu. Sunstreaker zerknął na nią, kiedy na jej twarzy pojawił się grymas.

- Co jest?

Blondynka wymieniła spojrzenie ze swoją siostrą.

- To jeszcze nie koniec – wyszeptała.

Sunstreaker spojrzał na nią, zdezorientowany, ale dziewczyna milczała.

Nie koniec. Nie.

Jeszcze nie.