Generał Daniela Aleksandrowa Workuta wkładała właśnie dokumenty do płaskiej plastikowej teczki gdy rozległo się ciche uprzejme pukanie do drzwi jej gabinetu. Gabinet ten umiejscowiony był przy Placu Łubiańskim, naprzeciw pomnika Dzierżyńskiego, na piątym piętrze starego budynku, który jeszcze trzy dekady temu służył jako główna kwatera KGB. Teraz miejsce starej służby zajęła Federalna Służba Bezpieczeństwa. Zmieniono nazwę i część socjalistycznej kadry dowódczej, ale zadania FSB nie zmieniły się wcale.

- Wejść!

- Powitać, towarzyszko generał!

Niemłody mężczyzna w mundurze wojskowym, z epoletami kapitana, wsunął się do biura ściskając w dłoniach plik skoroszytów. Mimo, że przekroczył już czterdziestkę wciąż był dla Danieli dość atrakcyjnym mężczyzną. A przynajmniej byłby gdyby nie maska zmęczenia, którego nie był w stanie zamaskować wyraz czujności i koncentracji.

Mężczyzna zdjął wojskową czapkę, przygładził posiwiałe włosy. Jego ruchliwe jasnoniebieskie oczy zdradzały bystry umysł. Niezbyt dobrze zbudowany, choć wysoki i żylasty, podobał się Danieli. I, choć nigdy nie byli kochankami, przez lata służby zdążyła go dobrze poznać, a, co najważniejsze, podwładny poznał ją.

-Powitać. Spocznijcie, kapitanie Owieczkin.

Oficer usiadł na prostym metalowym krześle naprzeciw starego biurka z płyty paździerzowej, pokrytego precyzyjnie ułożonymi stertami dokumentów i skoroszytów. Na honorowym miejscu spoczywał terminal komputerowy. W pomieszczeniu nie było żadnych okien. Jedyne źródła światła stanowiły umieszczona pod sufitem jarzeniówka i wojskowa lampka na biurku.

Gdy mężczyzna usiadł światło jarzeniówki zaczęło migać raz jaśniejąc raz przygasając. W niepewnym świetle twarz Danieli, o szarych oczach, prostym szlachetnym nosie, wysokich kościach policzkowych i wydatnych zmysłowych wargach zdawała się być lekko pożółkła, niezdrowo blada. Nie byłoby w tym nic dziwnego. Generał Workuta pracowała dla Departamentu Wsparcia Operacyjnego ciężej niż jakikolwiek znany Fiodorowi Owieczkinowi człowiek. Kapitan był skłonny uwierzyć w plotki, że jego zwierzchniczka od lat nie zmrużyła oka.

Oficer ułożył na biurku skoroszyty.

- Wyniki zarządzonego śledztwa, towarzyszko generał.

Daniela zapaliła cieńkiego papierosa. Pomieszczenie wypełnił zapach perfumowanego tureckiego tytoniu.

- Sporo tego. Czyżbyśmy mieli go już kiedyś na ostrzu noża?

- Tak - Owieczkin zapalił własnego papierosa - Dostaliśmy sporo informacji od naszych współpracowników w USA i Algierii, ale najciekawsze informacje przyszły z Hongkongu. To nie jest osoba publiczna, nawet nie gracz, ale ważny pionek.

- Nie mam teraz czasu się przez to wszystko przegryzać. Zreferujcie mi najważniejsze fakty.

Owieczkin poprawił się na niewygodnym krześle przyjmując wygodniejszą pozycję. Wyraźnie czekał na ten rozkaz gdyż natychmiast wydobył z jednego ze skoroszytów kartkę A4 zapisaną maczkiem cyrylicy.

- Roy Donnely, lat 31, kawaler, dzieci brak, katolik pochodzenia irlandzkiego, urodzony i wychowany w Hongkongu. Ojciec Irlandczyk, matka mieszanego pochodzenia chińsko-amerykańskiego. Nie dotarliśmy do żadnych informacji na temat działalności politycznej. Studia na Hongkong University of Science and Technology - akcent Owieczkina był nienaganny - na kierunku informatyka, specjalność programowanie. Rzucił naukę na trzecim roku po jakimś zatargu z kierownictwem uczelni. Przypuszczamy, że używał uniwersyteckich komputerów do czynów zabronionych, dotarły do nas plotki o hakowaniu bazy Urzędu Skarbowego oraz wojskowych. To jednak tylko plotki, jako że Donnely nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

- Był wystarczająco dobrym fachowcem by rozkręcić własną firmę komputerową w Hongkongu. Z tego co ustaliliśmy pod przykrywką oficjalnej firmy zajmował się nielegalnymi zleceniami dotyczącymi nie tylko komputerów. Rok po wyrzuceniu z uniwersytetu skontaktował się z nim jego brat, Seamus, który właśnie wkupił się do spółki żeglugowej Sawyer i Synowie. Seamus zatrudnił go w firmie, oficjalnie jako programistę, ale podejrzewamy że cel zajmował się głównie brudną robotą dla firmy Sawyera.

- Rozumiem. Czy wiadomo gdzie uczył się fachu?

- Jego wuj prowadził w Hongkongu szkołę kung fu, uczono tam form walki z bronią i bez broni. Wygląda na to, że cel był utalentowanym studentem. Stopień mistrzowski zdobył w wieku 17 lat. Szybko.

- Zachowajcie swoje subiektywne uwagi dla siebie, Owieczkin.

- Tak jest. W każdym razie nie dotarliśmy do jego działalności przed przystąpieniem do Sawyera. Później jednak sytuacja zaczyna się klarować. Młodszy z Donnelych początkowo wykonywał brudną robotę na terenie Hongkongu, później w całych Chinach, wreszcie rozciągnął swoją sieć na całą Azję południowo-wschodnią. Gdzieś po drodze wstąpił do organizacji Kabal.

- Jak przypuszczam nadal niewiele wiemy o tym syndykacie?

- Niewiele. Jego zwierzchnik używa podobno nazwiska Moriarty. To z pochodzenia brytyjczyk. Kieruje Kabal od około piętnastu lat. Ta organizacja zrzesza najlepszych szpiegów, złodziei i morderców na świecie. Ten Moriarty to ponoć geniusz, istny rekin w oceanie zbrodni. Ma kontakty z ciemną stroną polityki i biznesu na całym świecie. To wszystko.

- Hmmm - Daniela zdusiła papierosa w starej poobijanej popielniczce - Ten Donnely, czy on ma kogoś bliskiego oprócz starszego brata?

- Tak jest, właśnie miałem do tego przejść. Oprócz Seamusa, cel miał jeszcze młodszego brata - Briana. Zajmował się on handlem opium. Wśród klientów Brian miał znakomitą opinię. Znał wszystkie pola, plantatorów i sposoby uzyskania najlepszych cen. Zginął cztery lata temu.

- W jakich okolicznościach?

- Zaraz do tego dojdę, towarzyszko generał - kapitan zapalił kolejnego papierosa - Oprócz braci cel miał też bliską przyjaciółkę, Japonkę, Fumi Aisawę, zamieszkałą w mieście Kamakura. Odwiedzał ją regularnie. Do czasu aż Aisawa została porwana przez Yakuzę, której oyabun, Mikio Komoto, pragnął zmusić cel do ujawnienia tajnych informacji o rodzinie Donnelych. W międzyczasie Seamus rozkręcił własny interes, firmę żeglugową Donnely Incorporated w Hongkongu.

- Mówcie o tej Aisawie.

- Tak jest. Panna Aisawa zginęła podczas próby uwolnienia jej przez cel i jego młodszego brata, Briana. Zginęła też większość gangsterów Komoto, a on sam przepadł bez wieści. Podobnie jak najmłodszy z Donnelych, Brian.

-Krótko po tym Seamus zdecydował, że jego brat, również powinien umrzeć dla świata. Poddano go operacji plastycznej by upodobnić do zmarłego Briana. Na dodatek cel wystąpił z dość oryginalną propozycją zahibernowania jego ciała w siedzibie Donnelych w Hongkongu. Od tej pory wszystkie zlecenia czy to z Donnely Inc, czy z Kabal, przechodziły przez Seamusa. Cel był rozmrażany na czas zadania po czym zamrażany ponownie.

- Czy wiadomo dlaczego wysunął taką propozycję?

- Biuro Korekcji Psychologicznej przedstawiło ekspertyzę dotyczącą stanu psychicznego Donnelyego. Zgodnie z nią śmierć bliskich mu osób, choć tragiczna, tylko podniosła jego zaangażowanie. Cel nie ma już niczego do stracenia. Ośmielę się dodać, że przydałby się nam taki ekspert. Byłby przydatny nawet jako wolny strzelec.

- Rozumiem. Czy cel ma jakichś przyjaciół, których znamy?

- Przez jakiś czas cel był w przyjaznych relacjach ze skrytobójcą Kabal o przydomku Aegir. Trochę o nim wiemy. Lat 33, kawaler, pochodzący z Grenlandii. Jest na liście naszych wolnych strzelców. Ostatni raz kontaktowali się siedem miesięcy temu drogą elektroniczną.

- Przechwyciliśmy tę wiadomość?

- Tak jest. Była całkiem pomysłowo zaszyfrowana, ale udało się ją odczytać.

- Czy wiemy jakie są jego terytoria łowieckie?

- Azja południowo wschodnia, Północna Afryka, Europa środkowo - wschodnia, Stany...

Potok wymowy Owieczkina przerwało buczenie komputera. Daniela rzuciła okiem na wiadomość.

- Wygląda na to, że go namierzyliśmy. Dziękuję, kapitanie. Wracajcie do pracy nad Kabal. Wszystkie informacje bezpośrednio do mojego biura. A cel proszę objąć obserwacją. Obserwować, ale póki co nie ruszać.

- Tak jest!

Po wyjściu podwładnego Daniela raz jeszcze przeczytała treść e-maila. Uśmiechnęła się dość złośliwie.

- Chicago, Illinois. No to do zobaczenia, panie Donnely. Do rychłego zobaczenia.

Komórka Roya zawibrowała. Odebrał telefon już po drugim sygnale.

- Słucham.

- Mamy go, Brian - w kobiecym głosie, spokojnym i opanowanym dało się jednak słyszeć nutkę ekscytacji - Illinois, Chicago, dzwoni z budki przy ulicy Lincoln Hall. Głos pasuje do wzorca, który nam dostarczyłeś. Komputer wychwycił słowa kluczowe - "Boccob" i "Singapur".

- To na pewno on? Wolałbym nie lecieć na drugą półkulę za fałszywym śladem.

- Na 95%. To niemal pewne.

- Dobra. Dzięki. Wiszę ci przysługę, Shiori.

- Drobiazg, B. Trzymaj się.

Roy schował telefon i sięgnął po laptopa by sprawdzić terminarz lotów. Zamawiając bilet drogą elektroniczną uśmiechnął się, dość złośliwie.

- Chicago, Illinois. No to do zobaczenia, panie Boccob. Do rychłego zobaczenia…