There's a hunger it's slowly growing

Chasing shadows but never knowing…

Był tutaj. Najdalej dwie godziny temu.

Tym bardziej frustrujące dla Briana było, że nie może dopaść swej ofiary.

Siedział właśnie w jadalni anonimowego motelu, jednego z tych, które stanowią ideał dyskrecji dla degeneratów i czarnych dziwek. W dłoni ściskał jedyny ślad. Używaną papierową serwetkę. Ślad wampira...

- No - mruknął sięgając po komórkę - Pora spotkać się z rodziną. Bo mi się cały ten świat rozleci...

Wybrał numer. Po drugiej stronie Jason Rosemary, wilkołak rodziny Fianna, odebrał po trzecim sygnale.

- Słucham?

- Cześć, Jason. Tu Brian.

Chwila ciszy. Donnely czekał cierpliwie.

- Brian? Ten Brian? Donnely?

- We własnej osobie.

- Ty mi tu ściemniaj, B! Był u mnie parę miesięcy temu Rocky...

- Marciano?

- Nie rób sobie jaj. Ten Rocky. Cavana. Mówił, że nie żyjesz. Przysięgał, że to prawda.

- Gówno prawda, J. Żyję. I mam ochotę spotkać się z rodziną. Masz coś przeciwko temu?

Chwila ciszy. Tylko cierpliwości. Spokojnie.

- Masz jakieś kłopoty?

- Jeszcze nie.

- Potrzebujesz pomocy?

- Raczej.

- W takim razie, B, zadam ci pytanie. I obiecuję ci, że jeśli źle odpowiesz odłożę telefon i pośle cię do wszystkich diabłów...Pytanie: Chcesz żebym przyjechał do ciebie, gdziekolwiek teraz jesteś, czy wolisz przyjechać do Kennewick?

Brian skrzywił się lekko. To nie była trudna zagadka.

- Przyjadę do Kennewick. Kuzynie.

- Dobra odpowiedź, kuzynie. Czekamy na ciebie. Pamiętasz trasę?

- Jasne. Złapię samolot do Seattle i przyjadę stamtąd autostradą własnym pojazdem. Będę za jakieś osiem do dziewięciu godzin, wieczorem.

- Dobra. Jak będziesz dojeżdżał zadzwoń. Wyślę po ciebie Jacka. Pamiętasz Jacka Stoneheada?

- I nie tylko jego. Coś mi mówi, że powiększyła się rodzina.

- Zobaczysz jak przyjedziesz. Przy okazji, ile to już czasu minęło?

- Prawie dziewięć miesięcy. Dokładnie osiem miesięcy, dwa tygodnie, osiemnaście godzin i dziewięć minut.

Śmiech po drugiej stronie.

- Wzruszasz mnie. Do zobaczenia, B.

- Trzymaj się, kuzynie.

Odkładając komórkę i sięgając po laptopa aby zamówić bilet na samolot Donnely uśmiechnął się krzywo.

Jadę do was.

Oh my child

How I have longed

For you to come home

Where you belong

All of your life

If you could just see

All of my joy

When you are here with me..

Prawe ucho, słuchawka bezprzewodowa, David Hodges śpiewa o domu. O miłości do Boga i ludzi.

Lewe ucho, świst wiatru i okazjonalne odgłosy autostrady. Samochody, ciężarówki, inne motocykle.

Motor Briana, elegancki wojskowy Dark Warrior, pomalowany na czarno i ozdobiony onirycznym srebrnym graffiti, pulsował mocą jadąc 180 km/h. Wiatr był jak ściana, a głos motocykla jak warkot bestii. Już niedaleko.

Już niedaleko do domu...

To nie był Hongkong. To nie był Dublin. A mimo to, z jakiegoś powodu, Brian czuł się tu jak w domu.

Położone na terenach pustynnych Kennewick nie oferowało jakichś niewiarygodnych atrakcji. Kilka eleganckich galerii sztuki, parę zabytkowych winiarni i browarów, latarnia na Cover Island, drużyna hokejowa Tri- City Outlaws. I to właściwie wszystko.

Niemniej, tu właśnie mieszkał Jason i jego wataha. A Rosemary był jednym z ulubionych krewnych Briana.

Zgodnie z obietnicą, podczas jednego z krótkich postojów, Donnely zadzwonił do Jasona raz jeszcze. Rozmawiali krótko, wilkołak potwierdził, że komitet powitalny jest już gotowy.

Teraz, jadąc powoli przez miasteczko, Brian rozglądał się obserwując niską miejską zabudowę. Żadnych drapaczy chmur, sporo bloków mieszkalnych, dość brzydkich zresztą. A oto i on...

Wysoki, blondwłosy, muskularny mężczyzna na widok Briana schował telefon, którym się bawił i zbliżył się nieśpiesznie. Dżinsowe spodnie, skórzana kurtka, wygodne półbuty, styl młodzieżowy.

Brian też ubrał się odpowiednio Teraz miał na sobie wygodne jikatabi z oddzielonym dużym palcem, sztruksowe spodnie, bluzę wojskową, ciemny wełniany płaszcz i zielony szalik.

Jadąc nieśpiesznie Brian zbliżył się do wilkołaka. Spokojnie zdjął kask motocyklowy, zawieszając go na kierownicy. Dobrze zdawał sobie sprawę, że Władca Cienia spróbuje go z miejsca zdominować. Gra dla dwojga...

- Jack Stonehead - zdjął też rękawiczki by podać chłopakowi rękę - Jacky Boy. Jak tam w szkole?

- Odpierdol się - blondyn był niemal uprzejmy podając rękę - Gównianie w tej mojej szkole. Oblałem matmę, trzeci rok z rzędu.

- Jason cię oblał? Mogłem się spodziewać. No, ale jak się ma talent sportowy to się uczyć nie trzeba, co? Wskakuj na siodełko.

- Na cholerę. To raczej ty zostaw motor i chodź ze mną. To niedaleko. Jason cię chce - dodał tonem wyjaśnienia.

- Co to znaczy chce? Zakochał się?

- Nie utrudniaj. Chce z tobą pogadać.

- To dobrze bo ja z nim też. Ale jeśli myślisz, że zostawię maszynę przy chodniku to chyba cię pogięło. Znajdziemy jakiś ładny przytulny parking strzeżony, jak zaparkuję pójdziemy do Jasona. Wskakuj.

Wilkołak pomedytował chwilę po czym niechętnie skinął głową. Brian zerknął na zegarek.

19:26.

Było już całkowicie ciemno. Cienie wyciągały po niego chciwe palce, mdłe światło latarni ulicznych ledwo rozpraszało mrok.

Znaleźli parking, Donnely zostawił motor, po czym razem ruszyli do domu Jasona przy ulicy Kontynentalnej.

Jack milczał przez całą drogę. Brianowi trochę to ciążyło. Zagadnął więc:

- W samolocie sprawdzałem wiadomości sportowe. Słyszałem, że chcą cię Seattle Seahawks. To prawda?

- Prawda - chłopak odparł z wyraźnym zadowoleniem - Rozmawiałem z menadżerem. Mówi, że jak skończę ogólniak zaproszą mnie na testy. Pod warunkiem, że nadal będę w dobrej formie.

- Nie uważasz, że to trochę nieuczciwe?

- Co takiego?

- To że grasz z ludźmi w futbol. To trochę tak jakby dorosły grał z dziećmi.

- Nie przesadzaj. Większość z nich koksuje. To jest dopiero oszustwo, nie? Ja tego nie robię i tak szanse mamy równe.

-No tak. Z tego co wiem kluby płacą niemało Agencji Antydopingowej za swoich graczy. Za ciebie nie musieliby płacić więc twój kontrakt byłby tańszy.

- Pewnie. A przy okazji, ty oglądasz futbol, B?

- Wolę koszykówkę.

Rozmawiając dotarli do celu położonego między budynkiem lokalnej rozgłośni radiowej, a stadionem Neila Lampsona, na którym rozgrywano mecze piłki nożnej i futbolu amerykańskiego. Dom Jasona, parterowa posiadłość, z zadbanym ogrodem i pojedyńczym parkingiem elegancko komponował się z miejską zabudową. Dalej, wzdłuż drogi, ciągnęły się kolejne posiadłości co bardziej zamożnych mieszczan.

Jack zadzwonił do drzwi. Otworzyła śniada portorykańska pokojówka w fartuszku. Poznała Jacka. Weszli.

Określenie "słodziutka jak cukiereczek" rzadko bywało zasłużone. Ale tym razem...

- Poznajcie się. Brian, to jest Mary Jane Rozentowsky. Mary, to jest Brian, mój kuzyn z Hongkongu.

Uśmiechnięta dziewczyna podała Donnelyemu dłoń.

Była raczej niewysoka i szczupła. Buzię, dość ładną, ale bynajmniej nie nadzwyczajnej urody, zdobił lekki uśmiech. Długie rzęsy kazały zgadywać kolor ukrytych pod nimi oczu. Ładne usta przykryte wiśniową pomadką.

Na szyi nosiła mały złoty łańcuszek. Do tego wygodne pantofle, krótkie dżinsowe spodenki i topik odsłaniający płaski brzuch. Całkiem nieźle...

-Te, kuzyn! Tu jestem!

Miała dość niski głos. Całkiem przyjemny dla ucha.

- Wybacz - rozbawiony Donnely wykonał przepraszający gest - Piękno przyciąga uwagę.

Jason roześmiał się i w tym momencie Brian poczuł jak spada napięcie między nimi.

- Dobrze trafiłeś, B. Właśnie siadaliśmy do kolacji. Tędy do jadalni...

Jason Rosemary nie wyglądał na swoje trzydzieści pięć lat. Co najwyżej zasłużone krzepkie trzydzieści. Długie czarne włosy sięgały połowy pleców, krótka zadbana broda. I nieco niepokojące oczy barwy stali o magnetycznym spojrzeniu. Nosił beżowy pulower, sztruksowe czarne spodnie i pluszowe kapcie. W innych okolicznościach byłby to świetny powód do robienia sobie jaj...

Ale to był Jason. Wilkołak z doświadczeniem. Z takich jak on nie robi się żartów choćby nosili w domu różowe papucie z króliczkami.

- Lucius! Lucius Indigo!

- Hehehe, cześć B.

Młody wilkołak o twardej twarzy zdobionej wkłutymi w uszy i dolną wargę kolczykami szczerząc uzębienie podał Brianowi rękę. Krótko, po wojskowemu obcięte czarne włosy, zuchwałe brązowe oczy i lekki leniwy uśmieszek. W koszuli khaki, dżinsach i kapciach trochę odbiegał od jasonowego kanonu urody.

Jadalnia, ozdobiona zawieszonymi na ścianach obrazami przedstawiającymi sielskie widoczki, pokryta jasno brązową tapetą w szprychowe koła, z podłogą wyłożoną puszystym dywanem w sceny myśliwskie, oświetlona lampą z abażurem, robiła kojące wrażenie. Centralne miejsce zajmował hebanowy stół nakryty jasnozieloną ceratą. Stół i pięć krzeseł.

- Senor Stonehead nie może zostać na kolacji, proszę pana.

- Dziękuję, Conchito. Podaj do stołu, zjemy w czwórkę.

Wszyscy zajęli miejsca. Jason u szczytu stołu, Lucius i Mary po lewej, Brian po prawej gospodarza.

- Pomódlmy się - Jason złożył ręce i poczekał aż wszyscy zrobią to samo - Boże ty wiesz, że tu jesteśmy. I wiesz, że jesteśmy głodni. Amen.

- Amen!

Kolacja potoczyła się spokojnie. Przez jakiś czas słychać było tylko dystyngowane siorbanie zupy oraz chrzęst gryzionego mięsa i ziemniaków z sosem groszkowym. Prawie nie rozmawiano jeśli nie liczyć okazjonalnych próśb o podanie serwetki.

Po kolacji pokojówka wniosła tacę, na której stały dwie butelki i cztery szklanki. Jason zapalił fajkę, Mary papierosa.

- Brian, tak? Zapalisz?

- Nie dziękuję, nie palę, Mary. Mogę ci mówić po imieniu?

- Pewnie. To może się napijesz? Irish Mist, prosto z zapasów Jasona. Jego ulubiony rocznik...

- Nie pijam alkoholu.

- Hmmm, nie pali, nie pije. To co robi by się zrelaksować?

- Integruję się z ludźmi.

- To znaczy?

- Cóż, na pierwszym miejscu jest seks. Na drugim stosunki rodzinne z uroczymi krewniaczkami.

- Ohhhh! - przyłożyła dłoń do serca w nieźle udawanym zachwycie - Ale wiesz, to jest niebezpieczne.

- Co takiego?

- Twoja abstynencja. Irlandczyk-abstynent to bardzo niebezpieczne połączenie. Mógłby zacząć myśleć. A w konsekwencji zawładnąć światem.

Roześmiali się oboje.

- Pracuję nad tym! - Brian dolał dziewczynie wina - Kiedy dołączyłaś do rodziny?

- Na początku sierpnia - pociągnęła łyk - Jeszcze nie ogarniam za bardzo tego calego "wilkołaczenia". Cały czas czekam, aż mnie ktoś obudzi.

- Ale to chyba miły sen?

- Nie licząc tego, że trzeba uważać na każdym kroku, żeby się nie zdradzić. Ty pewnie słyszałeś o łowcach?

- O mało sam takim nie zostałem. Na szczęście zatriumfował rozsądek.

- No tak. Wyglądasz na rozsądnego. Ile ty masz lat?

- Przy dużej dozie dobrej woli mógłbym być twoim ojcem...nie? To może starszym bratem?

- Musimy nad tym popracować...

Rozmowa toczyła się spokojnie, stopniowo nabierając rumieńców w miarę jak ubywało wina. Jakąś godzinę później Lucius wstał od stołu, pożegnał się i wyszedł. Zdążyli jeszcze wymienić się z Brianem kilkoma dowcipami i obietnicą porozmawiania później.

Jason zgasił fajkę. Wstał od stołu.

- Część oficjalną mamy więc z głowy. Brian, pozwól do mojego gabinetu, musimy porozmawiać. Mary, ty wychodzisz?

- Tak, spadam do domu, Ojcze Czasie. Trzymaj się, B.

- Na razie, Mary.

Gabinet Jasona, podobnie jak jadalnia, sprawiał kojące wrażenie. Centralne miejsce zajmowało biurko z drewna wiśniowego. Było puste jeśli nie liczyć terminala komputerowego. Do tego dwa wygodne krzesła, kilka regałów z książkami, parę pieczołowicie poskładanych modeli stateczków na półkach, na podłodze dywan z indiańskimi motywami plemiennymi. Górne światło było zapalone, za jedynym oknem jesienna ciemność zagościła już całkowicie.

Na ścianie wisiał masywny sztucer skrzyżowany z kawaleryjską szablą z XIX-go wieku. Sprzęt wyglądał na zadbany i często używany.

- Siadaj, B. Porozmawiajmy.

Brian usiadł we wskazanym krześle. Jason zajął miejsce naprzeciw niego.

- Ładny masz gabinet - Donnely uśmiechnął się lekko.

- Dzięki. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkodzi...

Z szuflady biurka wilkołak wydobył niewielki przedmiot w kształcie grzyba odwróconego kapeluszem do dołu.

- Wygniatacz pluskiew, elektronika antypodsłuchowa. Robota Luciusa - dodał tonem wyjaśnienia - Będziemy mogli spokojnie rozmawiać. Nie masz nic przeciwko?

- Sam bym ci to poradził.

- Ok. Widzisz? Już działa. A skoro działa to może mi powiesz czemu przyjechałeś?

Brian milcząc sięgnął do kieszeni bluzy. Wydobył stamtąd małą przeźroczystą plastikową torebkę. Z rodzaju tych, których policja używa do zabezpieczania dowodów rzeczowych. W środku znajdowała się brudna papierowa serwetka. Podał Jasonowi.

Wilkołak rzuciwszy kuzynowi pytające spojrzenie otworzył torebkę, powęszył. I natychmiast się skrzywił.

- Co to jest? Śmierdzi jakby wampir się tym podtarł!

- Poprawna dedukcja, ja tego wampira szukam. To mój jedyny ślad. Liczyłem na twój nos, J. Miałem nadzieję, że pomożesz mi go wytropić, a jak nie ty to ktoś z rodziny. Masz parę dni czasu?

- Musiałbym wziąć wolne od zajęć. Nie wiem, B. To chyba śmierdząca sprawa.

- To jest poważnie śmierdząca sprawa. Zbyt ważna, żeby sobie odpuścić. Proszę cię, J...

- Aż tak?

- Aż tak. I tu nie chodzi o forsę. To, tak zwany, wyższy cel.

Rosemary obrzucił kuzyna uważnym spojrzeniem.

- Najlepiej opowiedz wszystko od początku...

Brian opowiedział pomijając kilka szczegółów, zwłaszcza dotyczących Donnely Incorporated oraz lodówki w podziemiach głównej siedziby firmy.

Gdy Brian skończył mówić Jason ułożył się wygodnie w krześle. Przez chwilę zdawał się być nieobecny myślami.

Zegar na ścianie wybił dwudziesta drugą. Gdy umilkły kuranty Jason odezwał się znowu.

- Kiedy znalazłeś ten trop?

- Wczoraj - Donnely ułożył się wygodniej na krześle - Z tego co ustaliłem ten ssakopij wyjechał już wtedy z miasta. Żeby go znowu wytropić potrzebuję trochę czasu. Czasu, którego, być może, nie mam. Ja w końcu złapię jego trop, ale czas, czas, J! To zabierze sporo czasu. A z tego co wiem, nie tylko ja go tropię.

- Przeczucie czy dedukcja?

- Przeczucie głównie.

-Wiesz w jakich okolicach trzeba by go zacząć szukać?

- Niespełna dwanaście godzin temu wyjechał z Chicago. Dokąd, diabli wiedzą. Pewnie trzeba by zacząć od miejsca startu. Wytropić go nosem.

- Aha.

- Dałbyś radę?

- Pewnie tak. Ale wiesz co, B? Zostań parę dni. Ja w tym czasie uruchomię kilka kontaktów...

- Parę dni? Bez przesady, J. Za parę dni trop ostygnie. Zresztą z kim się chcesz kontaktować skoro nie wiemy nawet gdzie ten wampir w przybliżeniu się znajduje?

- Nie doceniasz mojej siatki. Zostań, jak nie parę dni to przynajmniej dzień-dwa. Ja podzwonię i popytam i jak sam nie pojadę to załatwię ci kogoś do towarzystwa. Dobra?

Brian podrapał się z namysłem po zarośniętym podbródku.

- No dobra. Liczę na ciebie, J.

- To świetnie. A skoro to już mamy ustalone co będziesz jutro robił?

- Przejdę się po mieście. Będę łaził po księgarniach i pubach, napawał widokiem pięknych młodych kobiet. To chyba niezły sposób na wolny dzień.

- Pewnie, że tak - Jason uśmiechnął się szczerze - Jak załatwisz tę sprawę wpadnij na dłużej - Nawet Jack cię lubi choć się do tego nie przyznaje. Tym bardziej Lucius. A Mary to chyba piękna młoda kobieta, prawda?

- Błąd, kuzynie. To nie jest kobieta, to krewniaczka.

- Jak chcesz - spojrzał na zegar - Pewnie jesteś zmęczony, jechałeś do nas prawie dziesięć godzin...

- Dodaj jeszcze prawie piętnaście z Hongkongu do Chicago i kolejne parę dni gdy nie spałem prawie wcale. Z przyjemnością prześpię się w ciepłym łóżku, J.

- Weź drugi narożny pokój. Rano cię obudzę i zaczniemy polowanie.

- Dzięki. No to dobranoc, J.

- Dobranoc, B. Dobranoc...