Zastrzeżenie: Ta historia oparta jest na postaciach i sytuacjach, stworzonych i posiadanych przez J.K. Rowling. Nie czerpię korzyści materialnych z tego opowiadania.
Ostrzeżenie: Historia zawiera slash, przemoc i tortury.
Betowała cudowna Zoja. Za pozostałe błędy odpowiadam ja.
TummyRobinie, hulku12, Nessaner, Panno Mi, misqo, Migotku, XSparkX, kyaa. chan. 166 – dziękuję wam za komentarze, dostaliście już do nich odpowiedzi :3 Przepraszam jeśli źle odmieniłam wasze nicki.
Panno Mi oraz misqo znalazłam właśnie czas na poprawienie poprzedniego rozdziału.
Kitku, tak przypomina to Xerosisa, choć osobiście trafiłam najpierw na Syna Śmieci. Jednak tu podobieństwa się kończą o czym przekonasz się w dzisiejszym rozdziale. Dropsiu, Śmierć pozostanie mężczyzną. Jest ojcem Harry'ego. Zmiana byłaby zbyt dużą ingerencją w tłumaczeniu. Sane, tak Śmierć jest cudownym mężczyzną :) N.N., tak ten motyw uzależnia. Rozdziały będą co dwa tygodnie w niedziele. Spowodowane jest to kilkoma czynnikami. Pracochłonnością przy tłumaczeniu i sprawdzaniu przeze mnie i cudowną Zoję rozdziałów. Jak i tego, że aktualnie jest 9 rozdziałów, a aktualizacje przez autorkę będą raz w miesiącu. Niestety.
Tak więc, dziękuję wam jeszcze raz za wasze komentarze, dodanie do ulubionych i obserwowanych. Zapraszam na kolejny rozdział!
Rozdział 2 – Inny rodzaj zwierzęcia
Przez kilka chwil Harry widział tylko ciemność, a potem poczuł się jakby spadał. To było jak nurkowanie na miotle i Harry był podekscytowany, latanie zawsze było jego pasją. Była to jedyna rzecz, która pozwalała mu zostawić problemy za sobą.
To uczucie jednak nagle zniknęło i został oślepiony przez światło. Minęło kilka chwil zanim oprzytomniał, ale wiedział co się stało. Wrócił do swojego młodszego ciała.
Otworzył oczy, jednak odruchowo je zamknął z powodu nagłej jasności. Mimo, że nie było tak jasno jak mogłoby być, zauważył, że Wielka Sala była ciemniejsza niż pamiętał. Próbował sobie przypomnieć, kiedy to było, jednak było to trudniejsze niż przypuszczał. Po prostu nie mógł się skupić.
Był w Hogwarcie! W Hogwarcie! Nie widział Hogwartu w całości prawie piętnaście lat. Przypomniał sobie jakby to było wczoraj, ostatni raz kiedy widział Hogwart. Zamek był ruiną, mugole rozpoczęli atak z powietrza niszcząc zamek, który dawał dzieciom dom przez ponad tysiąc lat. Nie dbali o to, że była to szkoła. Wręcz przeciwnie, fakt, że to szkoła, był głównym powodem ataku. W końcu, jeśli zniszczą miejsce gdzie nauczano ich tych wszystkich wariactw, to wtedy dziwacy nie będą mieli miejsca, w którym mogliby uczyć tych szaleństw swoje dzieci. Bynajmniej taka była argumentacja mugoli. Twierdzili, ze ratują dzieci. Jeśli zdołaliby uratować dzieci od tych obrzydliwości, to być może mogły zostać ocalone, oczywiście nie w tym życiu. Musiały zostać zabite za to, że były dziećmi dziwaków, ale była dla nich szansa w życiu pozagrobowym. Nie byli niczym więcej niż cholernymi hipokrytami. Jak on ich wszystkich nienawidził.
Nawet teraz widział trumny, które pokrywały błonia Hogwartu, w tym jedną z jego córką, Lily. Jego córeczka była taka szczęśliwa, że szła razem z braćmi do Hogwartu. Sądzili, że przynajmniej w Hogwarcie będą bezpieczni. Skąd mogli wiedzieć, co planowali mugole. Przynajmniej jego synowie przeżyli. Ich rodzina wciąż miała nadzieję, nawet jeśli ta słabła z sekundy na sekundę.
Tylko lata doświadczeń powstrzymały go od pokazania jakichkolwiek emocji, kiedy zobaczył obok kogo siedział. Hermiona i Ron. Ostatni raz widział Hermionę dziesięć lat temu. Nawet dziesięć lat wojny nie sprawiły, że przestała wierzyć i walczyć o równość wszystkich istot. Została zwabiona w zasadzkę i zabita. Powiedzieli, że pragnęli pokoju, że byli zmęczeni walką, że chcieli znaleźć rozwiązanie, że chcieli podpisać traktat pokojowy między dwiema rasami. Kłamali.
Odesłali jej ciało z powrotem rodzinie. W kawałkach.
Dla Rona byłoby lepiej, gdyby umarł razem z nią. Ron przestał żyć. Brał udział w każdym nalocie przeciwko mugolom jaki tylko mógł znaleźć. Im brutalniejszy, tym lepszy. Trzy lata później dołączył do Hermiony. Został uwięziony w mugolskiej bazie, jednak zanim mugole się do niego dobrali, udało mu się zniszczyć bazę, zabierając ze sobą ponad trzystu z nich. Harry wiedział, że to był sposób, w który chciał odejść. W czasie, kiedy umarł Ron, ich rodzina zmniejszyła się do Teddy'ego, Fleur, Artura, Freda II, George'a, Albusa, Rose i Jamesa. Wszyscy inni już nie żyli. Harry nadal wierzył, że Ron poszedł na nalot wiedząc, że nie przeżyje. Nie, żeby Harry go potępiał, poprzedniego dnia pochował syna.
W tym momencie, w tym czasie, kiedy wszystko zostało mu odebrane poprzysiągł, że ponownie do tego nie dopuści. Bez względu na koszty. Bez względu na to ile niewinnych, jeśli w ogóle tacy istnieli, mugoli odpowie za coś, co jeszcze się nie wydarzyło i nigdy nie miało. Oni umrą, a jego rodzaj będzie żył. Zrobi wszystko, aby tak się stało.
Minęło zaledwie kilka sekund od kiedy otworzył oczy, ale jemu zdawało się, że minęła wieczność. Na szczęście cała Wielka Sala skupiona była na stole nauczycielskim i nikt nie zauważył jego dziwnego zachowania. Zanim jednak mógł się skupić i spróbować sobie przypomnieć dlaczego sala była tak cicha, Harry usłyszał głos Dumbledore'a, który wykrzyknął.
- Reprezentantem Hogwartu jest Cedrik Diggory!
Harry usłyszał jak Ron wykrzyknął: „Nie!", ale on nie zwracał na to uwagi. Już wiedział, kiedy to było. Teraz przypomniał sobie czemu Wielka Sala była taka cicha. To była noc, kiedy Czara wybrała reprezentantów. Harry prawie nie słyszał oklasków, więc nie zauważył kiedy Dumbledore ponownie zwrócił się do uczniów. Oczy Harry'ego utkwione były w Czarze i tak jak wiedział, że się stanie, znów zapłonął czerwony ogień, wypluwając kolejny skrawek pergaminu. I tak jak Harry pamiętał, Dumbledore złapał go i przez chwilę wpatrywał się w napisane na nim imię. Nastąpiła długa chwila ciszy, podczas której Dumbledore nie robił nic, poza patrzeniem na imię napisane na pergaminie, a wszyscy w Sali patrzyli na Dumbledore'a. I po chwili, która wydawała się wiecznością, Dumbledore odczytał imię, które Harry wiedział, że będzie się tam znajdowało.
- Harry Potter.
Tak jak poprzednio wszyscy odwrócili się, aby spojrzeć na niego. Nie było żadnych oklasków, a wśród uczniów rozbrzmiały szepty, jednak na tym podobieństwa się kończyły. Zamiast siedzieć tam w szoku, podniósł się i ruszył w stronę stołu nauczycielskiego. Szedł z ufnością, pewien siebie, a nie tak jak wtedy, gdy miał czternaście lat. Miał koci wdzięk, coś czego brakowało mu w młodszych latach. Był teraz zupełnie innym zwierzęciem i nie zamierzał tego ukrywać, a ponieważ miał wziąć udział w Turnieju, równie dobrze mógł to wykorzystać.
Mniej czasu niż pamiętał zajęło mu dotarcie do stołu i zanim się obejrzał, stał przed Dumbledore'em.
- Cóż… Wejdź tam Harry – powiedział mu Dumbledore, bez swojego zwykłego błysku w oczach.
Tak jak za pierwszym razem, Harry przeszedł przez drzwi i znalazł się w mniejszej komnacie z mnóstwem obrazów i płonącym kominkiem.
Wiktor Krum, Cedrik Diggory i Fleur Delacour stali w grupie przy kominku, i kiedy tylko go usłyszeli, odwrócili się, aby na niego spojrzeć.
- Co jest? – zapytała Fleur. – Czi chcą, żebi my wrócili do Sali?
Harry prawie się uśmiechnął, kiedy sobie przypomniał jaki zdenerwowany był za pierwszym razem.
-Nie – odparł. Dociekliwe spojrzenia, jakie rzucała mu pozostała trójka, nie umknęły jego uwadze, jednak nie powiedział nic więcej i kilka chwil później usłyszał za sobą hałas, a w drzwiach pojawił się Ludo Bagman. Złapał Harry'ego za ramię i pociągnął do przodu, nie zauważając bądź całkowicie ignorując jego niezadowolone spojrzenie.
- Niesłychane! – zawołał, ściskając ramię Harry'ego. – Absolutnie niesamowite! Panowie, Pani – dodał zbliżając się do trojga pozostałych. – Pragnę przedstawić, choć może się to wydawać nieprawdopodobne, czwartego reprezentanta Turnieju!
Troje reprezentantów zareagowało w dokładnie taki sposób, jaki zapamiętał Harry.
Cedrik spojrzał na niego i Bagmana, dość zdezorientowany.
Wiktor patrzył na niego podejrzliwie i zdawał się oceniać czy może stanowić jakiekolwiek zagrożenie.
Fleur patrzyła na niego z pogarda i zrobiła scenę godną trzyletniej damulki.
Trudno było mu patrzeć na taką reakcję. Fleur była jedną z ostatnich, którzy umarli. Jedną z ostatnich, którzy go opuścili. Widząc tą dziewczynę, tak do niej podobną, a jednak nią nie będącą, było równie trudne jak patrzenie na Rona i Hermionę. Fleur nie wyglądała tak niewinnie i młodo od dawna. Nie od kiedy mugole porwali Victoire, od kiedy znaleźli jej ciało na ulicy. Zgwałconą, zakrwawioną i pokonaną.
Była taka młoda, miała ledwie dwadzieścia dwa lata. Był jedynym, który wiedział, że ona i Teddy rozmawiali o ślubie. Był jedynym, któremu powiedzieli. Victoire była pierwszą z ich dzieci, które dopadli mugole. To ona sprawiła, że ich wszystkie dzieci znienawidziły mugoli niemal tak bardzo jak śmierciożerców.
To ona zapoczątkowała dla nich wojnę, mimo że ta została wypowiedziana dwa lata wcześniej. Byli wtedy tak cholernie naiwni. Nadal uważali, że mogą to rozwiązać pokojowo, wtedy jeszcze nie zginęło tyle osób. Miało miejsce tylko kilka ataków i nadal mieli nadzieję. Strata Victoire była dla wszystkich katalizatorem.
Słowo mugole wymawiane było z nienawiścią. Przestali zapuszczać się do mugolskiego świata, nie odwiedzali nawet Grangerów, dwójki ludzi, których wszystkie dzieci traktowały jak swoich dziadków. Złamało to serce Hermionie, ale jednocześnie to rozumiała. Śmierć Victoire również i jej sprawiła wiele bólu.
Na szczęście drzwi ponownie się otworzyły, co wyrwało go z zamyślenia. To nie był dobry moment na zagłębianie się w wspomnienia. Dumbledore, a następnie Crouch, Karkarow, Maxime, McGonagall i Snape weszli do środka.
- Madame Maxime! – odezwała się Fleur, kiedy zobaczyła swoją dyrektorkę. – On mówi, że ten mali chłopiec ma też być reprezentant!
Harry poczuł wzbierający w nim gniew, zapomniał o tej uwadze. Musiał powstrzymać się od powiedzenia jej, co ten mały chłopiec myślał o jej zachowaniu. Przez chwilę lub dwie martwił się, że nie będzie w stanie przestać łączyć osób, które się tu w tym momencie znajdowały z tymi, które znał w przyszłości, która w tej linii czasowej miała nie istnieć. Ulżyło mu, gdy uświadomił sobie, że wcale nie będzie to trudne. Ci ludzie nie byli tymi, którzy stracili wszystko, nawet siebie, przez okrucieństwo wojny. Byłoby najlepiej, gdyby po prostu trzymał się od nich z daleka. Za pierwszym razem wszyscy się od niego odwrócili i jeśli wszystko miało wydarzyć się dokładnie tak samo, zrobią to ponownie. Zapewne dobrze by się stało. Mógł trzymać się od nich z daleka, a jednocześnie zrobić wszystko, by zapewnić im bezpieczeństwo. Tak czy inaczej wątpił, że będą chcieli mieć z nim cokolwiek wspólnego kiedy zdadzą sobie sprawę kim się stał i co był gotów zrobić, aby jego ludzie pozostali bezpieczni. Dla nich miał nie być lepszy od Voldemorta, ale nie dbał o to. Wolał być potępiany i wiedzieć, że zrobił wszystko, aby zapewnić im bezpieczeństwo, niż być uwielbianym i patrzeć jak umierają. Poza tym, trzymanie się od nich z daleka wiązało się z mniejszym cierpieniem. Miał rodzinę, którą stracił, której nie był w stanie uratować. Byłoby to niesprawiedliwe zarówno dla nich jak i dla niego, gdyby z nimi został. Zawsze spodziewałby się zobaczyć tych, których stracił i nieważne jak podobni do nich byli ci ludzie, nie byli nimi. Ginny nie była jego żoną i nigdy nie miała być. Ron nie był jego zastępcą i nie miał zamiaru go o to prosić. Hermiona nie była ich uzdrowicielką. Byli tylko dziećmi. Niewinnymi, naiwnymi dziećmi, nie zrozpaczonymi, zgorzkniałymi dorosłymi.
Arogancja Maxime wcale nie pomagała mu w radzeniu sobie ze swoim temperamentem, czymś, co z trudem ukrywał przez ostatnie kilka lat. Jeśli było coś, czego nienawidził, to byli to pretensjonalni ludzie. Przypominali mu oni mugoli, którzy na nich polowali, zabijali ich dzieci, bo uważali je za obrazę Boga. Nie był w stanie zapomnieć dwójki mugoli, którzy zabili własne dziecko za to, że było dziwolągiem, jednocześnie głosząc tym samym aroganckim, przekonanym głosem, że czynili wolę Boga. Sprawiło to, że zapragnął ponownie ich zabić. Gdyby przybyli zaledwie kilka sekund wcześniej, zdołaliby ocalić to dziecko. Stracił już rachubę, ilu mugolaków spotkał taki los, znacznie więcej niż zdołali uratować. Ostatecznie jednak nie miało to znaczenia, czyż nie? Wszyscy byli martwi.
Zamknął na chwilę oczy, starając się nie pozwolić wspomnieniom przytłoczyć jego myśli, a potem rozejrzał się po pokoju. Nie dotarła do niego większość narzekania Maxime, ale Karkarow z chęcią kontynuował, kiedy ona umilkła. Prawdopodobnie starał się przestraszyć Harry'ego i zmusić go do uległości, przyglądając mu się w ten sposób. Nie, żeby wywarło to na nim jakiekolwiek wrażenie – było to nic w porównaniu z tym, co widywał.
Jego szczęście nie mogło jednak trwać wiecznie, a Snape zawsze wiedział co zrobić lub powiedzieć, aby stracił nad sobą panowanie. Całkowicie zapomniał co mężczyzna powiedział tak wiele lat temu, aż do tego momentu.
- Karkarow, to wyłącznie wina Pottera – powiedział łagodnie Snape, a jego czarne oczy rozbłysły nienawiścią. – Proszę nie obwiniać Dumbledore'a o to, że Potter rozmyślnie złamał przepisy. Robi to zresztą od chwili, gdy do nas przybył…
Nie były to nawet najgorsze słowa, jakie Snape wypowiedział do niego albo o nim, ale pokłady jego spokoju się wyczerpały. W przeszłości to Dumbledore go powstrzymał, ale nie tym razem. Temperatura w pokoju gwałtownie spadła. Nawet ogień w kominku nie był w stanie rozgrzać pomieszczenia, a cienie wokoło wydawały się rosnąć i wyglądały niemal tak, jakby ożyły.
Wszyscy obecni w pokoju rozejrzeli się, próbując odnaleźć źródło tej nagłej zmiany. Harry nie był ani odrobinę zaskoczony, że to Dumbledore jako pierwszy zorientował się, że był nim on. Reszta podążyła wzrokiem za dyrektorem widząc, że spoglądał w jego kierunku. Widok tych ludzi, patrzących na niego szeroko otwartymi oczyma, dał Harry'emu niemałą satysfakcję, choć nie wiedział dlaczego przyglądali mu się w ten sposób.
Nie widząc tego co oni, nie był w stanie zrozumieć ich reakcji. W miejscu, gdzie stał, podłoga była zamarznięta, tworząc dziwny wzór płatka śniegu, w środku którego znajdowało się jego ciało. Cienie zdawały się tańczyć wokoło niego, otaczając jego ciało jak druga skóra, a jego oczy niemal świeciły w słabo oświetlonym pokoju. Harry nigdy by nie zgadł, że pierwszą myślą Dumbledore'a, Snape'a i Karkarowa było: Voldemort.
Fakt, nie licząc ciemnych włosów, nie byli do siebie podobni, ale ich postawa była niemal identyczna. Harry roztaczał wokół siebie tą samą aurę pewności siebie i władzy, tego samego okrucieństwa i szaleństwa, jakie towarzyszyło Voldemortowi. Wyglądał znacznie mroczniej niż kiedykolwiek wcześniej, a Dumbledore i Snape przez chwilę zastanawiali się czy emocje Harry'ego w końcu przebrały.
Harry wyciągnął różdżkę, z rozmysłem robiąc to powolnym, płynnym ruchem. Jego uwadze nie umknął fakt, że kilka osób odruchowo sięgnęło po swoje różdżki. Prawie się uśmiechnął, gdy to zobaczył. Bali się go i był pewien, że w przyszłości to uczucie miało tylko wezbrać na sile.
- Ja, Hadrian James Potter, przysięgam na moją magię, że nie umieściłem swojego imienia w Czarze Ognia. Niechaj tak będzie.
Delikatne, złote światło otoczyło go na kilka minut, a kiedy się rozproszyło, Harry wyszeptał : „Lumos" i na czubku jego różdżki zapaliło się światło.
Patrząc na Mistrza Eliksirów, zapytał głosem celowo pozbawionym emocji:
- Czy mogę odejść, skoro wszystko się wyjaśniło? Mam lepsze rzeczy do roboty, niż patrzenie jak dzieci walczą o nową zabawkę.
Maxime, Karkarow i Fleur lekko się zarumienili, ale sposób, w jaki na niego patrzyli, nie uległ zmianie. Zanim jednak zdążyli cokolwiek powiedzieć, nieludzki krzyk wypełnił pomieszczenie i wszyscy odwrócili się w kierunku, z którego dobiegł, wystarczająco szybko, aby zobaczyć jak Snape upadał. Nie trwało to nawet pięć sekund i żadne z nich nie dostrzegło głupawego uśmieszku Harry'ego zanim zastąpił go zdziwiony i lękliwy wyraz twarzy.
Harry wiedział, że pokusa by zajrzeć do jego umysłu była dla Snape'a nie do powstrzymania i gdy tylko Harry wyczuł próbę użycia na nim legilimencji, uchwycił świadomość nauczyciela, podwajając moc klątwy Cruciatus i cisnął ją na jego umysł. Chciało mu się śmiać na myśl, że Snape nie mógł nic na to poradzić.Gdyby zareagował, musiałby przyznać się do próby użycia legilimencji na nieletnim, za co dostałby bilet w jedną stronę do Azkabanu.
Nawet po tylu latach nie znosił tego człowieka. Co prawda nazwał syna jego imieniem, ale nie był to jego pomysł. Każdy w jego rodzinie w taki czy inny sposób otrzymał imię po kimś lub czymś związanym z wojną i jego dzieci nie były wyjątkiem. Nazwał swojego pierworodnego syna James Syriusz, na cześć swojego ojca i ojca chrzestnego. Ginny chciała nazwać ich drugie dziecko i z wiedzą, jaką miała o wojnie, wybrała imiona Albusa i Severusa, dwóch największych bohaterów wojennych. Nigdy nie będzie w stanie zrozumieć dlaczego to uczyniła. Albus, człowiek, który miał być jego mentorem, użył go jako broni. Czasem zastanawiał się czy kiedykolwiek widział w nim coś więcej, niż tylko kogoś, kto miał powstrzymać Voldemorta. Nieprawdą byłoby stwierdzenie, że go nienawidził, ale nie był pewien czy kiedykolwiek miał przestać myśleć o nim jako o osobie, która była gotowa poświęcić jego życie dla „większego dobra". Severus był człowiekiem, który gardził nim za samo istnienie. Może i kochał jego matkę, ale nigdy nie łudził się, że Snape mógłby darzyć go jakimkolwiek innym uczuciem niż nienawiścią. Mógłby to zrozumieć gdyby powodem był jakiś jego własny uczynek, ale wiedział, że wynikało to tylko z faktu, że był synem Jamesa, przynajmniej na początku. Musiał przyznać, że z biegiem czasu powód tej niechęci mógł zmienić się zmienić i mężczyzna zaczął nienawidzić go nie tylko za to, że jego ojcem był największy wróg Snape'a z czasów szkoły, ale za wszystko co on, Harry, uczynił przez te kilka lat ich znajomości. Czasem zastanawiał się czy Snape nie był przypadkiem o niego zazdrosny. Byli do siebie dość podobni, ale sposób, w jaki traktowali ich rówieśnicy był diametralnie różny - podczas gdy Snape'a zastraszano i nienawidzono za to kim był, nad Harrym się litowano, uwielbiano go i czczono. Był to wystarczający powód, aby mężczyzna stał się jeszcze bardziej zgorzkniały w stosunku do kogokolwiek o nazwisku Potter. Mimo to nie mógł się nie zgodzić, jako że obaj mężczyźni byli bohaterami i każdy zakładał, że ostatecznie zaakceptował te imiona. Jak by na to nie patrzeć, zawsze mogło być gorzej, mogła nazwać ich syna Tom. Choć z wiedzą jaką posiadał teraz zastanawiał się czy nie byłby to lepszy wybór.
Faktem było jednak, że nie lubił tego człowieka i mało prawdopodobnym było, aby kiedykolwiek miało się to zmienić. Nawet po obejrzeniu wspomnień, które mu przekazał, Harry nie był pewien po której stronie tak naprawdę był nie zdziwiłby się gdyby okazało się, że Snape był lojalny jedynie względem samego siebie. Działania przydatne dla obu stron w łatwy sposób zapewniały pewność, że niezależnie od tego kto wygra, on będzie znajdował się po właściwej stronie. Musiał przyznać,że było to mądre posunięcie, ale nie zmieniało to faktu, że nadal nie lubił Snape'a równie mocno, jak on nie lubił jego.
Niektórych śmierciożerców darzył większym szacunkiem niż Snape'a. Oni przynajmniej walczyli o to, w co wierzyli. Część z nich była tak obłąkana, że powód dla którego zabijali nie miał najmniejszego znaczenia, ale nie ich miał na myśli.
Wiedział, że część jego pogardy wynikała z doświadczeń, które zdobył w ciągu wielu lat wojny. Niemożliwym jednak było spojrzeć wstecz na rolę Snape'a i nie dostrzec podobieństw do czarownic i czarodziejów, którzy zdradzili swój rodzaj dla mugoli w zamian za darowanie im życia. Grali po obu stronach, pomagając zarówno jednym jak i drugim. W każdym przypadku byli na tyle przydatni, że udało im się przetrwać i kiedy stało się jasne, że magiczne istoty nie miały żadnych szans na przetrwanie, pokazali swoje prawdziwe oblicze. Nienawidził ich jeszcze bardziej niż mugoli i ogromną przyjemność sprawiało mu wyciąganie z nich wszelkich informacji o mugolach, jakie posiadali. Kiedy z nimi kończył, większość z nich była w gorszym stanie niż Longbottomowie.
- Severusie! Severusie, co się stało? – głos Dumbledore'a wyrwał go z jego rozmyślań i dostrzegł, że wszyscy spoglądali z niepokojem na Snape'a.
- Severusie! – w pomieszczeniu ponownie rozbrzmiał głos Dumbledore'a.
- Nic mi nie jest! – warknął Snape,wstając z trudem i choć starał się to ukryć, trudno było nie dostrzec jego drżących dłoni.
- Co się stało? – zapytał z powagą Dumbledore i Harry widział zainteresowanie pozostałych. Nie martwili się o Snape'a, w ogóle ich nie obchodził, interesowało ich tylko to całe przedstawienie. Jedynie McGonagall wydawała na rzeczywiście zmartwioną. Tym razem nie musiał udawać, że był zainteresowany rozwojem sytuacji, bo szczerze ciekawiło go co zrobi Snape.
Na ułamek sekundy spoczął na nim wzrok Snape'a i nie był w stanie powstrzymać lekko sadystycznego uśmieszku, który zagościł na jego ustach. Oczy nauczyciela rozszerzyły się nieznacznie i tylko jeszcze bardziej pobladł, a potem spojrzał na Dumbledore'a. Wszystko to nie trwało dłużej niż sekundę i nikt niczego nie zauważył.
- Nic się nie stało! – warknął Snape starając się, aby jego głos brzmiał onieśmielająco. Harry pomyślał, że wywarłoby to większe wrażenie, gdyby nie jego bladość i drżenie rąk.
Dumbledore nie wydawał się być zadowolony z takiej odpowiedzi, ale nie naciskał na swojego Mistrza Eliksirów. Najwyraźniej wiedział, że niczego się od niego nie dowie, nie gdy było przy nich tak wiele ludzi. Harry podejrzewał, że Dumbledore miał zamiar wkrótce zaprosić Snape'a do siebie, oferując cytrynowe dropsy i spróbować wydobyć z niego informacje. Niemal współczuł nauczycielowi z tego powodu, prawie.
Widząc, że nie wydarzy się już nic więcej, Harry zdecydował się przerwać tą odrobinę niezręczną ciszę.
- Czy mogę odejść? W końcu udowodniłem już, że się nie zgłosiłem.
Harry wiedział, że nie mógł, że musiał wziąć udział w Turnieju, ale miał przecież rolę do odegrania. Wszyscy odwrócili się w jego kierunku i Harry miał ochotę westchnąć. Karkarow i Maxime posyłali mu wściekłe spojrzenia jakby cała ta sytuacja wynikła z jego winy, mimo że udowodnił, że tak nie było. Wyglądało na to, że mieli zamiar obwiniać go bez względu na wszystko, choć tak naprawdę nie przejmował się tym zbyt bardzo. Ludzka głupota już dawno przestała go zadziwiać. Chciał jednak mieć już to wszystko z głowy, czy oni naprawdę myśleli, że nie miał nic lepszego do roboty? Tak się składało, że miał, a jedną z nich było zabicie około pięciu lub sześciu miliardów mugoli.
Zignorował wszystkich dookoła koncentrując się na Bagmanie, czekając aż udzieli mu odpowiedzi. Ten wycierał właśnie chusteczką swoją dziecinną twarz i spojrzał na Crouch'a, który czaił się w cieniu. Zapomniał jak przerażający był wygląd tego mężczyzny. Odrobinę zastanawiał się czy Barty Jr. nie był podobny do swojej matki, z pewnością wyglądał znacznie lepiej niż ojciec. Nawet z wyglądem lekko szalonego psychopaty był mniej przerażający niż jego drogi, stary ojczulek.
- Musimy trzymać się zasad – stwierdził Crouch monotonnym głosem. – A zasady wyraźnie mówią, ̇że ci, których nazwiska wyrzuci Czara Ognia, mają obowiązek wzięcia udziału w turnieju.
- No cóż, Barty zna regulamin na pamięć – powiedział Bagman, uśmiechając się jawnie i odwracając w stronę Maxime i Karkarow'a jakby to było wszystko, co było do powiedzenia w tej sprawie.
- Nalegam, aby ponownie wrzucić nazwiska moich uczniów do Czary - Harry uważał, że Karkarow wyglądał na lekko obłąkanego, choć częściowo rozumiał z czego to wynikało. Chciał wygrać z Dumbledore'm. Zarówno on jak i Maxime chcieli udowodnić, że Hogwart nie był najlepszą szkołą, że byli lepsi od Dumbledore'a. Podejrzewał, że zamiary Karkarowa były bardziej szkodliwe niż Maxime, w końcu w przeszłości był śmierciożercą, w dodatku martwym. – Będziemy umieszczać nazwiska naszych uczniów w Czarze, aż każda ze szkół będzie miała dwóch reprezentantów. Tylko tak będzie sprawiedliwie, Dumbledore.
- Ależ, Karkarow, to niemożliwe - powiedział Bagman. - Czara Ognia wygasła... i nie zapłonie ponownie aż do następnego turnieju...
- ... w którym Durmstrang na pewno nie weźmie udziału! - krzyknął Karkarow. - Po tych wszystkich naradach, negocjacjach i kompromisach nie spodziewałem się, ̇że dojdzie do czegoś takiego! Zastanawiam się, czy nie wyjechać natychmiast!
- Próżne gadanie, Karkarow - zagrzmiał głos spod drzwi. - Nie możesz teraz opuścić swojego reprezentanta. A on musi wziąć udział w turnieju. Oni wszyscy muszą wziąć udział w turnieju. Wiążący magiczny kontrakt, jak powiedział Dumbledore. Bardzo wygodne, co?
W tym momencie do komnaty wszedł Moody. Pokuśtykał do kominka, a przy każdym jego kroku rozbrzmiewał głośny stukot.
Harry miał ochotę zachichotać. Barty wrócił. Nie wiedział jeszcze jak, ale musiał wykorzystać fakt posiadania z jednego z najwierniejszych śmierciożerców Voldemorta na wyciągnięcie ręki. Będzie się świetnie bawił mogąc go trochę podręczyć, ale Barty mógł również okazać się użyteczny. Może mógłby go wykorzystać, aby skontaktować się z Voldemortem. To było pewne, musiał to zrobić i to najlepiej przed odprawieniem rytuału. Z tego co wiedział, to właśnie on był powodem dla którego Voldemort stał się niepoczytalny, ale teraz mógł stworzyć mu ciało, które nie doprowadzałoby go do szaleństwa. Najpierw jednak musiał z nim porozmawiać. Nie chciał walczyć z Voldemortem, tym razem mieli ten sam cel. Musiał go tylko przekonać, że pozostawienie go przy życiu było bardziej opłacalne. Kto wie, może nawet mogliby się zaprzyjaźnić podczas torturowania mugoli. Nie było nic, co zbliżyłoby ludzi, a przynajmniej dwóch spragnionych krwi czarnoksiężników, bardziej niż stara dobra sesja tortur. Mogli być naprawdę dobrymi sojusznikami, o ile Voldemort nie oczekiwał, że będzie się płaszczył u jego stóp.
- Wygodne? – powtórzył Karkarow. – Obawiam się, że nie rozumiem, Moody.
Harry mniej więcej pamiętał tę rozmowę i musiał przyznać, że Barty był dobrym aktorem i miał znacznie więcej samokontroli niż on sam. Na jego miejscu zabiłby Karkarowa, kiedy tylko by go zobaczył szczególnie, że to on był odpowiedzialny za to, że jego znajomi z szeregów śmierciożerców zostali zesłani do Azkabanu.
Wtedy Fleur zaczęła rozwodzić się na temat sławy i chwały, że Harry nie miał powodu do narzekań jako że miał je zdobyć, a do tego nagrodą za zwycięstwo było tysiąc galeonów. Nie był w stanie dłużej powstrzymywać się od śmiechu. Nie był on głośny, ale poniósł się echem po pokoju sprawiając, że robił nieco przerażające wrażenie i zyskał uwagę wszystkich obecnych. Jego uśmiech nie sięgał jednak oczu, a wyraz jego twarzy ukazywał pogardę, jaką czuł w stosunku do większości ludzi zgromadzonych w pokoju.
- Wieczna sława i chwała? – zapytał, unosząc brew. – Powiedz mi Fleur, jak nazywali się ostatni trzej reprezentanci, którzy uczestniczyli w tym turnieju? Albo choćby tylko zwycięzca?
Przez kilka chwil nikt się nie odezwał, a oczy Harry'ego utkwione były w Fleur. Po minucie, gdy dziewczyna nadal nie odpowiedziała, na twarzy Harry'ego pojawił się bezlitosny uśmiech.
- Wygląda na to, że wieczność jest znacznie krótsza, niż sądziłem.
Jego głos był doskonałą mieszanką niewinności i sarkazmu. Harry zauważył, że Barty starał się powstrzymać uśmiech i miał ochotę się roześmiać. Wyglądało na to, że ta sytuacja była dla niego równie zabawna jak dla Harry'ego.
Niestety, Fleur w najmniejszym stopniu nie podzielała ich opinii. Tupnęła nogą i prawie krzyknęła. - Wciąż możi wygrać tysiąc galeonów jako nagroda pieniężna.
Harry zachichotał i spojrzał na nią tak jakby była tylko kłopotliwym dzieckiem.
- Nazywam się Hadrian James Potter i jestem dziedzicem Rodu Potterów, jego ostatnim żyjącym potomkiem. W porównaniu z moim dziedzictwem Malfoyowie wyglądają na ubogich, a tysiąc galeonów to dla mnie jak niewielkie kieszonkowe. Jak widać, udział w tym turnieju to dla mnie żaden interes. Poza tym udowodniłem już, bez cienia wątpliwości, że się do niego nie zgłosiłem. A teraz, moglibyśmy to wreszcie zakończyć? Mam lepsze rzeczy do roboty niż oglądanie napadów złości – zapytał patrząc na Bagmana, który był rzekomo odpowiedzialny za wszystko co związane z turniejem.
- Nie wiemy, jak doszło do takiej sytuacji — powiedział Dumbledore, zwracając się do wszystkich obecnych. — Wydaje mi się jednak, ̇że nie mamy wyboru, musimy ją zaakceptować. Zarówno Cedrik, jak i Harry zostali wybrani, by wziąć udział w Turnieju Trójmagicznym. I dlatego wezmą w nim udział…
- Ach, Dumbli-dorr, ale..
- Moja droga madame Maxime, jeśli ma pani jakąś inną propozycję, wysłucham jej z najwyższą przyjemnością.
Czekał, ale madame Maxime milczała, patrząc na niego spode łba. I nie ona jedna. Snape też był wściekły, a Karkarow posiniał ze złości. Natomiast Bagman sprawiał wrażenie podekscytowanego tą sytuacją. Harry'emu było to tak naprawdę obojętne w jaki sposób to zrobią, liczyło się tylko aby wreszcie rozwiązali tą sprawę.
Reszta rozmowy minęła tak jak pamiętał i zaledwie kilka minut później został już tylko z Cedrikiem, gdy zmierzali do swoich pokojów wspólnych. Harry zastanawiał się nad swoimi kolejnymi działaniami, gdy Cedrik przerwał to wygodne milczenie.
- Powiem reszcie Puchonów, że nie chciałeś startować w turnieju i o twojej przysiędze.
Harry zerknął na niego kątem oka. Poprzednio Cedrik mu nie wierzył, nie ważne jak bardzo starał się go przekonać, że nie zgłosił się do turnieju. Przypuszczał, że przysięga sprawiła, że ten fakt stał się oczywisty. Czego by nie dał, by wiedzieć to za pierwszym razem, zaoszczędziłoby mu to wielu kłopotów.
- Nie musisz – zapewnił go Harry. Ciekawy był jakie zmiany nastąpią w porównaniu z poprzednim razem.
- Wiem, że nie muszę, ale dzięki temu będziesz miał z głowy chociaż jedną sprawę. Sądzę, że nie wszyscy uwierzą, że nie zgłosiłeś się do turnieju, ale przynajmniej Puchoni nie będą sprawiali problemów. Niektórzy mogą nie być zbyt szczęśliwi, ale nie będą mieć do ciebie pretensji.
Harry uśmiechnął się.
– Dziękuję. Do zobaczenia później – powiedział, kierując się w stronę schodów. – A, tak przy okazji, gratuluję – dodał, odwracając się do Cedrika z uśmiechem.
- Dzięki Potter – odpowiedział z chłopięcym uśmiechem na twarzy i Harry poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko, aby Cedrik przeżył to cholerstwo. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, to nigdy nawet nie znajdą się na tamtym cmentarzu.
Nie zdziwił się widząc, że reakcja Gryfonów była dokładnie taka jak za pierwszym razem. W pewnym sensie oddalenie się od nich wydawało się najlepszym rozwiązaniem. Był pewien, że przyjaciele nie zaakceptują jego planów bez względu na to, że na obecną chwilę były one bardzo niejasne. Będzie za nimi tęsknił, ale wiedział, że nie poprą jego zamiarów. Zwłaszcza Hermiona.
Może uda mu się w to uwierzyć, jeśli będzie sobie to powtarzał. Część niego nadal pogrążona była w żałobie i sprawiała, że nie chciał przebywać w ich towarzystwie. Nie chciał patrzeć na nich i widzieć ludzi, których niegdyś znał. Jednak bez względu na to, ile miał w sobie cech Ślizgona, na zawsze pozostanie Gryfonem, więc nie chciał zachowywać się jak tchórz i ich unikać. Nic jednak nie mogło powstrzymać go przed skorzystaniem z tej ślizgońskiej strony i sprawieniem, aby to oni unikali jego.
Z drugiej strony, jakaś jego część pękała z radości. Jego przyjaciele i krewni żyli! Byli cali i zdrowi, a on zrobi wszystko co w jego cholernej mocy, aby tak pozostało.
Poszedł do łóżka, uśmiechając się z zadowoleniem. Może i nie wiedział, co przyniesie przyszłość, ale nie mogła być gorsza od tej rzeczywistości z której przybył. Wiedział, że parę rzeczy mogło się nie udać, że nadal musiał zająć się sprawą Voldemorta. Nie mógł też zapomnieć o Dumbledorze. Bez względu na wszystko wiedział, że Dumbledore nie będzie siedział z założonymi rękoma i przyglądał się mordowaniu mugoli. W tym momencie, jednak, nie miało to znaczenia. Wiedział, że w tym momencie nie rozwiąże wszystkich problemów, a poza tym minęły wieki, od kiedy spał w prawdziwym łóżku. Mógł położyć się spać bez obaw, że świat ulegnie zagładzie podczas gdy on będzie pogrążony we śnie. Była to świadomość, jaka nie towarzyszyła mu już od dawna.
Kolejny rozdział już 3-go maja.
