Zastrzeżenie: Ta historia oparta jest na postaciach i sytuacjach, stworzonych i posiadanych przez J.K. Rowling. Nie czerpię korzyści materialnych z tego opowiadania.
Ostrzeżenie: Historia zawiera slash, przemoc i tortury.
Betowała Cudowna Zoja
Echanton, misqo, XSparkX, belzebko, hulku12 i Philie – dziękuję za komentarze. Powinniście mieć już, albo dopiero dostaniecie na nie odpowiedzi.
Agato, do czego to dochodzi, żeby wyznawać mi miłość? :) Dziękuję za twój cudowny komentarz. Nigdy nie drażnij węża będzie kontynuowane, choć nie w tej chwili, jednak obiecuję, że go nie porzucę. Dla mnie te dwa tygodnie to i tak za mało czasu. Niestety wena od kilku dni robi strajk, a przydałaby się. GOSIEK, dziękuję bardzo za komentarz. Niestety jest dużo ciekawych ficków, które są po angielsku i mało tłumaczy, a to wielka szkoda. N, cieszę się, że rozdział się podobał. Pisałam i będę pisać dalej, Śmierć jest cudowny! Na slash niestety trzeba będzie jeszcze poczekać. Natomiast Tom i Harry to mieszanka wybuchowa, a rozmowa zarówno przy czytaniu za pierwszym razem jak i tłumaczeniu, nie sposób nie uśmiechnąć się i nie tylko. Mara Nineve, ja również dziękuję za komentarz. Tak, kto by pomyślał, że Śmierć może taki być, co nie? Rozmowa Toma i Harry'ego, nie sposób się nie uśmiechnąć… Sama wiele razy zastanawiałam się co by się stało u JKR gdyby Voldemort zachował „zdrowy" umysł. Natomiast ten cytat wprost uwielbiam. " Tak, na to wygląda. Odbiło ci, zbzikowałaś, dostałaś fioła. Ale coś ci powiem w sekrecie. Tylko wariaci są coś warci." Co do wartości, sama oceń. Miłego czytania! Aruaru, nie ma za co, to ja dziękuję za komentarz. Chyba nie ma osoby, która nie uśmiechnęła się przy tej rozmowie. Ja wprost uwielbiam poczucie humoru u autorki.
Mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam, jeśli tak to przepraszam. Wybaczcie mi również tak późne dodanie rozdziału, niestety obowiązki nie pozwoliły, kolejny również będzie dodany w godzinach wieczornych, ostrzegam od razu.
Dziękuje wam jeszcze raz za komentarze, polubienia jak i śledzenie tego opowiadania.
Rozdział 4 - Prezent
Harry był dość zaskoczony tym, że spotkanie przebiegło bez większych problemów. Voldemort był całkiem cywilizowany. Chłopak całkowicie zignorował fakt, że gdyby nie był sobą, to byłby już martwy, jako że Voldemort należał do tego rodzaju czarodziejów, którzy najpierw rzucali zaklęcia, a potem zadawali pytania. W sumie jednak mógł uznać to spotkanie za sukces.
Wzdychając, sięgnął po kolejną książkę z działu ksiąg zakazanych. Będąc reprezentantem miał dostęp do całej biblioteki, z czego bardzo się cieszył. Dzięki temu mógł przynajmniej poczytać coś nowego, bo inaczej zwariowałby na lekcjach. Nie mógł uwierzyć, że nie skorzystał z tego przywileju w pierwszym życiu, ale pogodził się z tym, jaki wtedy był. Tym razem nie było żadnego powodu, żeby tego nie robić, zwłaszcza, że musiał ponownie przebrnąć przez czwarty rok. Dzięki bardzo, jakby zrobienie tego raz nie było wystarczające.
Dochodząc do wniosku, że książki, które zgromadził były wystarczające, usiadł w kącie, z dala od innych. Nie widział jeszcze reakcji innych uczniów i na razie nie miał ochoty przekonać się z czym będzie musiał się zmierzyć. Miał zamiar unikać tego tak długo, jak tylko mógł.
Większość poprzedniego dnia spędził poza szkołą, a znajdując się w zamku udało mu się unikać napotkania kogokolwiek.
Nie martwił się o ich reakcje; prawdę mówiąc, już dawno temu przestał się przejmować opiniami innych, ale nie miał ochoty radzić sobie z tymi wszystkimi spojrzeniami. Od dłuższego czasu nie był Chłopcem Który Przeżył i zapomniał jak frustrujące było to ciągłe gapienie się na niego.
Niestety, ukrywanie tego małego raju na dłuższą metę nie było możliwe i mniej niż w godzinę po tym jak się tam zaszył, wyczarowany przez niego strażnik zaalarmował go, że ktoś się zbliżał. Kilka sekund później usiadły przed nim dwie osoby.
Choć nie dał tego po sobie znać, był dość zdziwiony tym towarzystwem. Spodziewał się Hermiony, albo jakiegoś innego Gryfona, ale z pewnością nie Zachariasza Smitha i Wayne'a Hopkinsa. Nigdy nie przyjaźnił się z tymi Puchonami. O ile dobrze pamiętał Smith nienawidził go tak samo jak Malfoy, a ścieżki jego i Hopkinsa raczej się nie przecinały.
Zapamiętał Hopkinsa tylko dlatego, że w czasie wojny był jednym z nielicznych ludzi, którzy ratowali mugolaków. Jako że sam pochodził z mugolskiej rodziny, używał mugolskich środków, aby znaleźć i pomagać wszystkim dzieciom, którym był w stanie pomóc. Nie miał pojęcia, co się z nim stało, ale miał swoje podejrzenia. Hopkins nie był jedynym, który po prostu wyparował. Miał tylko nadzieję, że umarł szybko, a nie skończył w laboratorium jak setki innych.
- Tak? – zapytał, patrząc na nich z ciekawością. Nie musiał nawet udawać, że nie miał pojęcia czego od niego chcieli. W poprzednim życiu nic takiego się nie wydarzyło.
- Chcieliśmy zaoferować ci naszą pomoc w turnieju, jeśli, oczywiście, będzie ci potrzebna – oznajmił Smith. Jego niedowierzanie musiało być dość oczywiste, bo Hopkins natychmiast kontynuował:
- Cedrik powiedział nam co się stało. Wszyscy Puchoni są zgodni, że powinniśmy cię wspierać. Puchoni są znani z lojalności i nikt nie zapomniał, co stało się na drugim roku. Oskarżyliśmy cię nie mając żadnych dowodów i zrobilibyśmy to ponownie, gdyby Cedrik wszystkiego nie wyjaśnił. Helga wstydziłaby się naszego zachowania. Jesteś najmłodszym uczestnikiem, jesteś uczniem Hogwartu i należy ci się każda pomoc, jaką tylko możemy ci zaoferować.
Harry był zaskoczony. Wiedział, że pewne rzeczy się zmienią, ale nie spodziewał się, że aż tak bardzo.
- Dziękuję – bo co innego mógł powiedzieć? Byli tu proponując mu to, czego pragnął w swoim pierwszym życiu. Teraz już tak nie było, a przynajmniej nie w takim stopniu, ale mimo to potrafił to docenić. Miał teraz Śmierć, swego ojca i już nigdy nie miał być sam. Mimo wszystko był zadowolony z takiego obrotu spraw. Potrzebował czarodziei i czarownic, którzy by za nim podążyli. Voldemort miał swoich śmierciożerców, ale taka ilość ludzi nie była nawet w części wystarczająca do walki z mugolami.
Musieli przekonać tak wielu czarodziejów, jak tylko mogli. Nie mogli pozwolić sobie na podział, nie byli w stanie walczyć jednocześnie z mugolami i czarodziejami. Na początek musieli przejąć kontrolę nad światem czarodziejów.
Z Voldemortem u szczytu mocy rozprawienie się z mugolami stanie się znacznie łatwiejsze. Najpierw jednak trzeba było zaplanować jak się do tego zabrać. Dumbledore na pewno nie pozwoli im robić wszystkiego, co będą chcieli.
- Więc, co robisz? – zapytał Hopkins, wyrywając go z zamyślenia.
- Jako że nie mam pojęcia czego będą ode mnie oczekiwać w pierwszym zadaniu, postanowiłem nauczyć się jakichś bardziej mrocznych zaklęć. Byłem w dziale ksiąg zakazanych, wszyscy reprezentanci mają do niego dostęp. Nigdy nie wiadomo na co się natrafi w tych książkach.
- Cedrik zdecydował się zrobić to samo. Poprosił ojca, żeby przysłał mu kilka książek z rodzinnej biblioteki. Dlaczego nie skorzystasz z Biblioteki Potterów? Musi być tam wiele informacji, w końcu Potterowie to dość stary ród – zasugerował Smith.
- Na razie nie mam dostępu do rodzinnej krypty. Nie osiągnąłem jeszcze wieku wymaganego przez Ministerstwo.
W jego poprzednim życiu była to całkiem spora niespodzianka. Był kompletnie zaskoczony, kiedy podczas jego pierwszej wizyty w banku po wojnie zabrano go do jego rodzinnej krypty.
Wtedy też poznał swoje prawdziwe imię. Dowiedział się, że w rodzinie Potterów tradycją było nadawanie dzieciom dwóch imion. Formalne, używane w umowach i innych oficjalnych sytuacjach oraz nieformalne, używane w życiu codziennym. Formalnie miał na imię Hadrian, nieformalnie – Harry. Oficjalnie, jego ojciec nazywał się Jameson, a dziadek Charlus.
W rzeczywistości Harry mógł zrezygnować z udziału w Turnieju, ponieważ nie został zgłoszony przy użyciu formalnego imienia, ale tego nie chciał. Turniej był jedyną rozrywką jaką miał mieć w ciągu całego roku, chyba że przeszkodzi mu Barty. Może powinien z nim porozmawiać, przecież nie mógł poświęcić się tylko i wyłącznie zabijaniu mugoli. Musiał sobie znaleźć jakieś inne, relaksujące zajęcie i Barty mógł mu dostarczyć tej zabawy. Był pewien, że Tom nie będzie miał nic przeciwko temu, że pożyczy sobie jego śmierciożercę.
- Warunkiem udziału w turnieju była pełnoletniość, czyż nie? – zapytał Smith, a Harry skinął głową. – Ministerstwo zmusiło cię do udziału, tak samo jak Dumbledore, a on jest przecież dyrektorem Hogwartu i przewodniczącym Wizengamotu. Z technicznego punktu widzenia, trzy rządowe instytucje traktują cię jako osobę pełnoletnią, a to powinno być wystarczające dla goblinów.
Harry patrzyła na niego z niedowierzaniem. Czemu on sam o tym nie pomyślał? Na jego twarzy pojawił się czysto nikczemny uśmiech.
- Wiecie co? Chyba muszę już iść…
Hopkins i Smith skinęli głowami.
- Jeśli by ktoś pytał, to byłeś z nami przez cały czas. To nie powinno zająć zbyt długo.
Harry roześmiał się i pokiwał głową, chowając swoje książki.
- Wrócę tak szybko jak to tylko możliwe. Dzięki.
- Nie ma za co. Wiesz gdzie jest kuchnia? – zapytał Hopkins, również wstając. Harry potwierdził skinieniem głowy, spoglądając na niego z zaciekawieniem.
- Idź tam jak tylko wrócisz, zabierzemy cię do naszego pokoju wspólnego, żeby ludzie cię z nami widzieli.
Harry kiwnął głową i pożegnał się. Wyglądało na to, że poparcie Puchonów mogło być naprawdę przydatne.
~ o O o ~
Uzyskanie dostępu do rodzinnego skarbca Potterów za drugim razem było znacznie łatwiejsze. Smith miał rację, Turniej był dla pełnoletnich czarodziei, a że uczestniczył za zgodą Ministerstwa, przemawiało to za jego pełnoletniością. Gobliny nawet nie szydziły z niego, kiedy im o tym powiedział, choć musiał przyznać, że poprzednim razem mogły to zrobić przez to, że je okradł. Nie interesowało ich, że zrobił to dla dobra sprawy. Jedynym powodem dla którego o nic go nie oskarżyły był fakt, że był bohaterem narodowym. Bały się, że jeśli wystąpią przeciwko osobie, która zabiła Voldemorta, to zostaną posądzone o wspieranie go. Mimo to był pewien, że w trakcie wizyty w banku nie zdarzył mu się żaden wypadek tylko i wyłącznie dzięki rozgłosowi, jaki im zapewnił wspominając w wywiadzie, że był w stanie pokonać Voldemorta tylko dzięki pomocy goblina. Nie kłamał, nawet jeśli trochę naciągnął fakty, aby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Dzięki temu oświadczeniu ludzie uznali, że gobliny przez cały czas były przeciwne Voldemortowi, a one z kolei stały się bardziej uprzejme. Złagodniały nawet przepisy dotyczące restrykcji goblinów. Tak czy inaczej Harry cieszył się, że nie były do niego wrogo nastawione.
Najważniejsze było jednak to, że miał dostęp do rodzinnego skarbca. To nawet nie złoto, które się tam znajdowało, interesowało go najbardziej, lecz książki… Tak, książki to zupełnie inna sprawa…
One, bardziej niż cokolwiek innego, ukazywały historię jego rodziny. Książki tak stare jak Hogwart, autobiografie założycieli, pamiętniki Głów Rodu Potterów. Klątw i zaklęć z których nie korzystał nikt poza Potterami. Po raz pierwszy miał dostęp do tego wszystkiego, co było raczej wzruszającą chwilą. Dla kogoś kto nigdy nie miał rodziny, kogoś kto nigdy nie wiedział nic o swojej rodzinie, oprócz faktu, że wyglądał jak ojciec i miał oczy swojej matki, znalezienie tego wszystkiego było czymś więcej niż mógł sobie wymarzyć.
Pamiętając, że w pobliżu kuchni czekali na niego Puchoni, ruszył w tamtym kierunku. To miały być jego pierwsze odwiedziny w pokoju wspólnym Puchonów, jedynym miejscu, którego nigdy wcześniej nie widział.
Hopkins i Smith siedzieli przy małym, okrągłym stoliku, znajdującym się z dala od panującego w kuchni zorganizowanego chaosu. Pośrodku znajdował się talerz z kanapkami, ale oprócz niego stół pokrywały pergaminy i książki. Wyglądało na to, że odrabiali pracę domową.
Hopkins zauważył go jako pierwszy i pomachał do niego, wskazując mu puste krzesło.
- Szybko ci poszło – zauważył Smith, spoglądając w górę.
- Gobliny niczego nie komplikowały. Turniej jest dla pełnoletnich czarodziei, jestem uczestnikiem, więc muszę być pełnoletni. Proste i skuteczne. Co robicie?
- Pracę domową z eliksirów – odpowiedział Hopkins nie kryjąc niesmaku. – Obleje nas, jeśli nasza praca nie będzie niemal perfekcyjna, a jeśli już faktycznie jest idealna, to i tak nie daje nam wyższej oceny niż Zadowalający.
Harry rozumiał jego rozgoryczenie. Snape zawsze stawiał mu Nędzny i Okropny z eliksirów, jednak na SUM'ach uzyskał Powyżej Oczekiwań, z czego wynikało, że nie mógł być taki zły, jakim robił go Snape.
- Jedyne egzaminy które się liczą to SUM-y i OWTM-y. Najważniejsze, aby to z nich mieć dobre oceny. Zrobię co tylko w mojej mocy, by uzyskać Wybitny, choćby tylko po to by zobaczyć minę Snape'a.
Smith prychnął i uśmiechnął się do niego.
- Nie pomyślałbym, że mógłbyś być tak mściwy – zauważył, a Harry uśmiechnął się.
- Przekonasz się, że nie jestem taki, za jakiego mnie uważają.
Smith i Hopkins spojrzeli na niego z ciekawością, ten pierwszy również z lekką ostrożnością, ale potem się uśmiechnął.
- Nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć.
~o O o ~
Następnego ranka w pokoju wspólnym czekała na niego Hermiona. Harry nie był tym zaskoczony - i tak trzymała się od niego z daleka dłużej, niż się spodziewał.
- Gdzie byłeś? – zapytała, wyglądając na zmartwioną. – Nigdzie cię wczoraj nie widziałam.
- Byłem ze Smithem i Hopkinsem.
- Z Puchonami?
- Tak, zaoferowali mi pomoc w Turnieju. Biorąc pod uwagę sytuację, głupio by było odmówić – nawet nie musiał kłamać. Prawdą było, że zapewne myślał o zupełnie innej sytuacji niż Hermiona, ale niezbyt się tym przejmował.
- Słyszałam, że cię nie obwiniali, ale nie spodziewałam się, że zechcą ci pomóc – wyglądała na zaskoczoną, choć w jej głosie można też było dostrzec ulgę. Zapewne cieszyła się, że nie był sam.
- Cóż, prawdę mówiąc, zanim Cedrik powiedział im co się stało, gotowi byli mnie ukrzyżować. Wstydzili się tego. To dlatego postanowili udzielić mi każdej możliwej pomocy.
- To zawsze coś. Nie chcę nawet myśleć jak wyglądałaby reszta roku, gdybyś nie złożył przysięgi.
Harry pokiwał głową. Czwarty rok był jednym z jego najgorszych w Hogwarcie, przebijał go tylko piąty. A jeśli chodzi o ten piąty rok… musiał kogoś odwiedzić. Nie planował zabijać wielu czarodziejów, ale dla niej… dla niej mógł zrobić wyjątek.
Kiedy weszli do Wielkiej Sali, Harry dostrzegł spojrzenie Rona i cicho westchnął.
- Powinnaś usiąść z nim.
- Ale Harry…
- Idź Hermiono. Będę z Nevillem, Deanem i Seamusem. Wygląda na to, że większość Gryfonów go po prostu ignoruje i nie chcę sprawić, że będzie gorzej.
Hermiona westchnęła, przytakując mu i zostawiając go z innymi chłopcami z czwartego roku.
Harry uśmiechnął się do swoich współlokatorów i usiadł. Miał ważniejsze rzeczy na głowie niż Ron i jego zazdrość.
~ o O o ~
Przyłapał się na tym, ze po raz setny spogląda na swoje dłonie. Wiedział, że to nie miało sensu, ale pomagało mu przypomnieć sobie, że to wszystko było prawdą. Pomimo że ponownie miał swoje ciało, jakaś część niego żałowała tego. Bo jeśli to nie byłoby prawdą, wszystko, co powiedział mu Potter również by nią nie było.
Nie chodziło nawet o to, że Potter był w zasadzie niezniszczalny, choć to również nie była przyjemna myśl. Trudno było uwierzyć, że to on sam uczynił Pottera tym, kim był, wypełniając przepowiednię. Sam sobie był winien. Jednak pomimo wszystko, to nie był powód, dla którego chciał, aby to wszystko nie było prawdą.
Nie, sprawiła to wojna przeciwko mugolom.
Wojna, którą przegrali.
Tchórzliwa część niego cieszyła się, że był martwy, kiedy to się stało. Nie sądził, że byłby w stanie znieść oglądanie jak niszczony był świat czarodziejów. Było to coś, za co podziwiał Pottera. Po tym wszystkim co się wydarzyło, po wszystkim co przeszedł, nadal miał siłę walczyć. To było coś, co zasługiwało na szacunek.
Westchnął, odchylając się na fotelu. Pytaniem było: co robić? Jaką drogę powinien wybrać?
Zabicie Pottera nie wchodziło w rachubę. Po pierwsze wydawało się to niemożliwe do wykonania, po drugie, jak na ironię, był on jego horkruksem. Nieśmiertelna istota była jego horkruksem.
Mimo to, nieśmiertelność Pottera nie pozostawiała mu zbyt wielkiego wyboru. Nie podobało mu się to, ale wiedział, że będzie musiał się z nim dzielić.
Potter miał nigdy nie być zwykłym śmierciożercą. Tak więc jedyne miejsce, jakie mógł zająć, znajdowało się u jego boku. Drugi Czarny Pan.
Czy mogli źle zinterpretować proroctwo? Czy jego słowa mogły oznaczać, że Potter miał stać się Czarnym Panem? Tylko inny Czarny Pan mógł być równy Czarnemu Panu, czyż nie?
Teraz, kiedy o tym rozmyślał, uświadomił sobie, że choć naznaczył Pottera jako równego sobie, to Potter był tym, który uczynił jego równym sobie. Cóż za ironia.
Pytaniem było: czy był gotów dzielić się z Potterem?
Nigdy nie planował dzielić się swoją mocą, a wyglądało na to, że teraz będzie musiał to uczynić i to w dodatku z jedyną osobą, która była w stanie go pokonać.
- Glizdogonie! – krzyknął. Nie było sensu odkładać tego w nieskończoność.
~o O o ~
Harry westchnął z ulgą, kiedy do klasy wszedł Barty. Kiedy tylko to się stało, wszystkie oczy przeniosły się z niego na nauczyciela, za co był bardzo wdzięczny. Musiał cały czas przypominać sobie, że nie mógł rzucać na uczniów żadnych przekleństw, choćby nie wiadomo jak bardzo doprowadzali go do szału tym ciągłym gapieniem się.
Zaledwie kilka minut po rozpoczęciu zajęć ponownie poczuł na sobie czyjeś spojrzenie, niemal podskakując. Dyskretnie rozejrzał się wokoło, starając się zauważyć, kto się w niego wpatrywał, jednakże wszyscy uczniowie wydawali się zajęci lekcją. Skrzywił się i wrócił do czytania książki. Może sobie to tylko wyobraził. Kilka chwil później ponownie ogarnęło go to samo uczucie. Zmrużył oczy i ponownie się rozejrzał. Dopiero wtedy dostrzegł, że było w nim utkwione magiczne oko Moody'ego. Nie było to jednak jedyną rzeczą, jaką zauważył. Zszokowane, pełne niedowierzania spojrzenie Barty'ego sprawiło, że z trudem powstrzymywał chichot.
Wyglądało na to, że Tom podjął decyzję.
- Potter zostań na chwilkę – poprosił go Barty pod koniec zajęć.
Harry nie był zaskoczony tą prośbą. Poczekał, aż wszyscy uczniowie opuszczą salę, a wtedy wyczuł, jak wznoszą się bariery ochronne. Uśmiechnął się i wstał.
- Chcesz czegoś, Barty? – zapytał, kiedy dotarł do biurka Moody'ego.
Nie był w stanie się nie roześmiać, kiedy Barty zamarł, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczyma.
- Ach - stwierdził z psotnym błyskiem w oczach. – Nie powiedział ci, że wiem kim jesteś, prawda? Nie dziwi mnie to, zawsze miał dość mroczne i sadystyczne poczucie humoru – Barty patrzył na niego przerażony. Harry zgadywał, że to przez jego sugestię, że znał Voldemorta na tyle, aby wiedzieć jakie miał poczucie humoru. Nie winił Barty'ego, każdy byłby zaskoczony dowiadując się jak wiele ci dwaj domniemani wrogowie wiedzieli o sobie nawzajem. Bez względu jak dziwne by to nie było, Tom znał go prawdopodobnie lepiej niż ktokolwiek, a Harry mógł to samo powiedzieć o nim. A przynajmniej o Voldemorcie. Wiele by dał aby dowiedzieć się, w jakim stopniu ten Tom przypominał Voldemorta, którego niegdyś znał. – Przypuszczam, że masz dla mnie wiadomość?
Barty wziął się w garść. Wyprostował się, a jego wyraz twarzy stał się bardziej poważny.
- On – wyglądało na to, że odnoszenie się do Toma bez jakiegokolwiek zwrotu, który wyrażałby szacunek było dla niego niemal bolesne. – Poprosił, żebyś spotkał się z nim tak szybko jak to tylko możliwe.
Cóż, nie tego się spodziewał. Nie chodziło nawet o samo zaproszenie, którego tak naprawdę oczekiwał, lecz o tą prośbę.
Tom nie prosił, tylko żądał. To była miła niespodzianka. Spodziewał się, że traktował go jak śmierciożercę, potężniejszego i bardziej przydatnego, ale i tak śmierciożercę. Nigdy nie przyszło mu na myśl, że Tom mógłby traktować go jako równego sobie. Nie, żeby miał zamiar być posłusznym sługą, ale spodziewał się, że będzie zmuszony wywalczyć swoją pozycję.
- W porządku. Myślę, że będę w stanie zobaczyć się z nim dziś wieczorem – poinformował Barty'ego, odwracając się do wyjścia. – No tak, prawie zapomniałem – powiedział, ponownie spoglądając na swojego towarzysza. – Nie ingeruj w Turniej, Barty. To będzie jedna z nielicznych rzeczy, które dostarczą mi rozrywki, ale stanie się tak tylko, jeśli nie będziesz przeszkadzał. Zaufaj mi, nie chcesz, abym to utracił.
Opuścił klasę lekko chichocząc i pozostawiając za sobą oniemiałego Barty'ego.
Cóż, przynajmniej wiedział już, że jeśli będzie się nudził, to będzie mógł pobawić się z Bartym. Miał tylko nadzieję, że ten dość szybko otrząśnie się z szoku. Bez tej iskry, jaką widział w nim w swoim pierwszym życiu, nie miało to być zbyt ciekawe.
~ o O o ~
- Wezwałeś mnie szybciej, niż się spodziewałem – powiedział Harry, wchodząc do gabinetu Toma jak gdyby był jego własnym i w dosłownie ostatniej chwili unikając Avady Kedavry.– Musimy porozmawiać o tym twoim zwyczaju… - wymamrotał, siadając w jednym z pustych foteli stojących przed kominkiem.
- Gdybyś nie pojawiał się bez zapowiedzi… - warknął Tom, siadając w fotelu obok Harry'ego.
- Otrzymałem zaproszenie – przypomniał mu Harry, rozsiadając się wygodnie.
Tom zdecydował się nie kłócić i przyglądał się znajdującemu się naprzeciw niego nastolatkowi. Teraz, kiedy wiedział już czego szukać, wydawało się to oczywiste. Sposób w jaki się prezentował, wdzięk, nawet to garbienie się w fotelu… był Lordem. Nie powinno go to zaskoczyć, był przecież synem Śmierci, ale i tak się to stało. W pewien sposób nadal widział jedenastolatka, z którym walczył o Kamień Filozoficzny. Chłopca, którego dobroć była tak wielka, że przyćmiewała wszystkich innych. Ale Potter nie był już tym dzieckiem. Stracił tą niewinność, tą przytłaczającą dobroć. Zbyt wiele przeszedł, aby dalej być tamtym chłopcem.
- Myślałem o naszej rozmowie – powiedział Tom, kiedy stało się oczywiste, że Potter nie miał nic przeciwko siedzeniu w ciszy. – Oczywiście, nie będę już próbował cię zabić. Pomijając fakt, że jesteś nieśmiertelny, jesteś też moim horkruksem. Poza tym, zapewne się domyślasz, że nie spieszy mi się do spotkania z twoim ojcem.
Harry nie był w stanie powstrzymać śmiechu. Na chwilę zapomniał, że to, czego Tom obawiał się najbardziej to Śmierć, jego ojciec. Tom powinien się cieszyć, że nie był taki jak Draco. Widział to doskonale oczyma wyobraźni: „Kiedy mój ojciec się o tym dowie…". Biedny Tom, nie przeżyłby czegoś takiego.
- Wiem, że nigdy nie zgodzisz się być śmierciożercą – Tom nie potrafił ukryć swojego niezadowolenia z tego faktu. – Wydaje mi się, że jedyne miejsce, jakie możesz zająć to te u mego boku, jako drugi Czarny Pan.
Oczy Harry'ego lekko się rozszerzyły. Nigdy nie sądził, że Tom złoży mu taką propozycję. Tom się nie dzielił.
- Jesteś zaskoczony? – zapytał Tom. Harry zauważył w jego pytaniu jedynie ciekawość, więc odpowiedział.
- Trochę – jeśli Tom był gotowy dzielić się z nim, to przynajmniej mógł być z nim szczery. – Muszę przyznać, że nie znam cię zbyt dobrze, ale z tego co wiem to nie lubisz się z kimkolwiek dzielić. Choć z drugiej strony, Tom z którym miałem do czynienia postradał rozum, więc zakładam, że twoje działania będą inne niż jego.
- Przyznaję, że wcale mi się ten pomysł nie podoba. Ale… ty nie jesteś kimkolwiek, czyż nie?
- Nie. Nie jestem.
- Masz jakieś plany? – zapytał Tom po chwili milczenia. Nie była to niewygodna cisza, wręcz przeciwnie. Czuł się całkiem swobodnie w towarzystwie Pottera, lecz wiedział, że nie mógł zostać zbyt długo, bo ludzie zauważą jego nieobecność.
- Nie za bardzo. Szczerze mówiąc, nie miałem zbyt wiele czasu na przemyślenie wszystkiego. Wiem o kilku rzeczach, które należałoby zmienić, ale nie mam żadnych konkretnych pomysłów.
- Czy możesz znaleźć czas, aby przyjść tu i przygotować jakieś plany? Wolałbym mieć plan lub dwa, niż dowiedzieć się co robisz, gdy będzie już po fakcie.
- Jeśli mogę użyć Barty'ego, to nie będzie z tym żadnego problemu. Mógłbym się tu pojawiać niemal codziennie.
- Powiem mu, żeby był tobie posłuszny.
Harry uniósł brew, a Tom zmrużył oczy.
- Co?
- Nic. Po prostu jestem zaskoczony, że dajesz mi władzę nad swoim śmierciożercą.
Tom westchnął, a jego postawa nieznacznie się zmieniła.
- Będziesz rządzić ze mną. Kontrola nad śmierciożercami jest częścią tego pakietu.
- Czy uważasz, że śmierciożercy zaakceptują, ze ich nowym Panem będzie czternastoletni chłopak półkrwi?
- Nie masz czternastu lat.
- Ale oni o tym nie wiedzą. Nigdy się o tym nie dowiedzą.
- Jestem pewien, że sobie z tym poradzisz.
Harry prychnął. Tak, był pewien, że będzie w stanie sobie z tym poradzić, miał tylko nadzieję, że nie straci kontroli. Jego celem była ochrona życia istot magicznych, a nie zabijanie ich, bo go rozgniewali.
- Taaa… Poradzę sobie z nimi. Mam tylko nadzieję, że nie skończy się to dla kilku śmierciożerców śmiercią.
Tom prychnął. Musiał przyznać, że oglądanie jak Potter utraciłby kontrolę nad sobą przy jego.. nie, ich śmierciożercach, mogłoby być całkiem ciekawe.
- Jestem pewien, że będziesz w stanie się kontrolować– na jego ustach pojawił się niewielki uśmiech i Potter uśmiechnął się psotnie. – Mam coś dla ciebie.
Harry uniósł brew, widząc jak Tom wstał z fotela i otworzył szufladę biurka. Wyjął z niej małe pudełeczko i podał mu.
Harry otworzył je z zaciekawieniem. Wydał z siebie zduszony okrzyk, gdy zobaczył co znajdowało się w środku. Kamień Wskrzeszenia leżał tam, całkiem niewinnie i Harry'ego natychmiast ogarnęła niemal przytłaczająca tęsknota.
- Dlaczego mi to dajesz? –wiedział, że kamień wciąż był horkruksem. Czuł to.
- Należy do ciebie, czyż nie?– zapytał Tom retorycznie. – Choć, skoro zastanawiasz się, dlaczego daję ci mojego horkruksa… Rozważ ten prezent jako znak, że zależy mi na sukcesie naszej współpracy, że nie chcę cię oszukać, tylko naprawdę zależy mi na tym, aby uratować nasz świat. Ja… Ufam ci.
Harry był oszołomiony. Nie spodziewał się kiedykolwiek usłyszeć te słowa z ust Toma. Nie po tym jak przyznał, że zabił go w poprzednim życiu. Choć, jakaś część jego była wzruszona. Wiedział, że wypowiedzenie tego na głos nie było dla Toma łatwe. I wiedział, czuł, że Tom nie kłamał. Teraz, kiedy z powrotem miał w sobie jego horkruksa, ich połączenie było silniejsze niż kiedykolwiek.
- Dziękuję – odparł, starając się przekazać to wszystko tymi prostym słowem.
Tom skinął głową na znak, że zrozumiał i Harry uśmiechnął się. Wyglądało na to, że wizyta u Toma była bardzo dobrą decyzją. Przynajmniej nie był samotny w tej próbie ocalenia ich świata.
Podniósł pierścień, trzymając go z rozwagą. Przypomniał sobie, po raz ostatnio miał w rękach kamień, tamtej pamiętnej nocy pomiędzy Życiem, a Śmiercią. Tamtej nocy wybrał drogę, której później żałował, jednak nigdy się do tego nie przyznał. Ludzie byli szczęśliwi, a Czarny Pan był martwy. Tylko to się liczyło. Nikogo nie obchodziło, że żałował śmierci Toma Marvolo Riddle'a, najwspanialszego czarodzieja jaki kiedykolwiek się narodził. Nikt nie wiedział, że zastanawiał się, co by było gdyby Tom postradał zmysłów. Nikt nie zrozumiałby, gdyby przyznał, że chciałby, aby wszystko potoczyło się inaczej.
Nie, żeby nie kochał swojego życia. Kochał. Kochał Ginny. Ich dzieci były dla niego wszystkim. Mimo to nie przestawał się zastanawiać.
Co by powiedzieli, znając wybory, których teraz dokonywał? Gdyby wiedzieli, że przyłączył się do Voldemorta.
Co na to jego rodzice? Co by powiedzieli, gdyby teraz go zobaczyli? Jakaś część niego naprawdę chciałaby to wiedzieć.
- Na Merlina… - okrzyk Toma sprawił, że podniósł wzrok. Przez chwilę, która zdawała się trwać wieczność, spoglądał oniemiało przed siebie.
- Cze… Jak? Dlaczego tu jesteście? – wyjąkał patrząc na Lily i Jamesa Potterów. Kątem oka dostrzegł jak Tom chwyta mocniej różdżkę, wyglądając dość blado. Patrzył na Potterów z szeroko otwartymi oczami, nie bardzo wiedząc co zrobić.
Harry skupił się na swoich rodzicach. Musiał przyznać, że wyglądali podobnie jak Tom. Chociaż to Tom miał ku temu znacznie więcej powodów. W końcu nie na co dzień ludzie, których zabił, pojawiali się w jego gabinecie.
- Och… moje maleństwo – szepnęła jego mama, nawet nie patrząc na człowieka, który ich zabił. Tylko jego ojciec rzucił przelotne spojrzenie Czarnemu Panu, zanim przeniósł wzrok na Harry'ego i uśmiechnął się.
- Ja… Nie rozumiem – wymamrotał Harry. – Jak się tu znaleźliście? Nie wzywałem was…
- Kochanie, pokrewieństwo z twoim ojcem daje ci pełną kontrolę nad Insygniami. Nie musisz nas wzywać. Wystarczy, że o nas pomyślisz – wyjaśniła jego mama, uśmiechając się ciepło.
Poczuł nagły przypływ poczucia winy.
- Nie rób tego – głos jego taty był surowy i poważny. Harry spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Nie waż się czuć winnym – jego wzrok złagodniał. – Wszystko czego kiedykolwiek pragnąłem, to żebyś był szczęśliwy, byś był kochany. Umarłem, żebyś mógł mieć to wszystko. Śmierć… Dał ci to, czego ja nie mogłem. On cię bardzo kocha. Cieszę się, że jest przy tobie.
- Nie jesteście źli? Wiecie, co zamierzam zrobić?
- Nie, kochanie. Nie jesteśmy źli – powiedziała Lily. – Wiemy jak wiele wycierpiałeś. Wiemy, co się stało. Zgadzamy się z tobą.
- Naprawdę? Nawet z tym, że chcę przyłączyć się do Toma? – nie był w stanie nic poradzić na to, że zabrzmiał trochę sceptycznie.
Jego tata ponownie spojrzał na Toma i gdyby Harry go nie znał, uznałby, że Tom wyglądał na lekko zmieszanego. Po chwili James westchnął i uśmiechnął się.
- Już mu wybaczyliśmy – oświadczył z przekonaniem. – Nie powiem, że mi się to podoba, ale jeśli jest to dla ciebie ważne, to moje zdanie się nie liczy. Jednakże – odwrócił się w stronę Toma – jeżeli skrzywdzisz mojego Rogasia, to znajdę sposób, by cię zabić – oświadczył z taką pewnością siebie w głosie, że Tom aż się wyprostował.
- Masz moje słowo, że nie zamierzam skrzywdzić Harry'ego. Będziemy razem rządzić światem, jak równy z równym– stwierdził Tom, a Harry mógł tylko wpatrywać się w niego, oniemiały.
James przyglądał się Tomowi przez kilka pełnych napięcia sekund. Po chwili skinął głową i atmosfera rozluźniła się. Harry nie dostrzegł nawet, że wstrzymywał oddech. Z jakiegoś powodu przypomniało mu to dzień, w którym James przedstawił mu swojego pierwszego chłopaka i nie miał pojęcia co myśleć o tym porównaniu.
Jego matka uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo i jęknął, zastanawiając się dlaczego tak nagle ogarnęło go złe przeczucie?
- Musimy już iść, skarbie – powiedziała mu ze smutnym uśmiechem. – Ale teraz możesz nas wezwać, kiedy tylko zapragniesz.
- Czekajcie! Chcę was o coś zapytać.
- O co chodzi, synu? – zapytał jego ojciec, a on poczuł przyjemne ciepło w sercu słysząc jak nazwał go synem.
- Jak to możliwe, że Tom was widzi?
- Jesteś synem Śmierci - odpowiedział James.- Posiadasz teraz inne zdolności, niż kiedyś. Jeśli to ty będziesz przyzywał duchy zmarłych, to wszyscy będą mogli je zobaczyć.
- Och… Rozumiem – rzeczywiście, miało to sens. – Ja… Dziękuję. Za wszystko co dla mnie zrobiliście i za to, że mnie wspieracie. Zwłaszcza teraz, kiedy obrałem inną drogę niż ta, na której chcielibyście mnie widzieć.
- Jesteś naszym synem – powiedziała Lily. – Zawsze będziemy cię wspierać i kochać, nawet jeśli nie będziemy rozumieć twoich decyzji.
- Tą akurat rozumiemy i cię popieramy. Chciałbym tylko, żebyś porozmawiał z Syriuszem i Remusem. Kochają cię tak bardzo jak my i będą po twojej stronie – powiedział mu ojciec.
- Mimo że jestem z Tomem?
- Tak. Mogą tego nie zrozumieć, ale cię nie zdradzą – zapewnił go James. – Wolałbym jednak, abyś wyjaśnił im dlaczego przyłączyłeś się do Voldemorta.
- Ja… - musiał przyznać, że nie pomyślał o tym. Nie chciał wciągać ich do tego bałaganu, ale myśl o tym, że miałby ich przy sobie, była całkiem kusząca.– Przemyślę to.
- Tyle mi wystarczy – jego tata uśmiechnął się. – Naprawdę musimy już iść, czujemy już jak ciągnie nas z powrotem. Pa, maluchu– wyszeptał jego tata, a mama miała łzy w oczach.
- Do widzenia, kochanie – szepnęła, a potem już ich nie było.
Jego wzrok padł na Toma, który przyglądał się mu z zainteresowaniem. W jego oczach było tak wiele emocji, że oszołomiło to Harry'ego. Mógłby przysiąc, że dostrzegł w jego oczach żal. Nie wiedział, czego on dotyczył, ale z pewnością tam był.
- Cóż – powiedział Tom, przerywając tą chwilę. – Wygląda na to, że twoje towarzystwo może okazać się naprawdę ciekawe.
Harry nie był w stanie nad tym zapanować i zaczął się śmiać.
Kolejny rozdział już 31-ego maja.
