Zastrzeżenie: Ta historia oparta jest na postaciach i sytuacjach, stworzonych i posiadanych przez J.K. Rowling. Nie czerpię korzyści materialnych z tego opowiadania.

Ostrzeżenie: Historia zawiera slash, przemoc i tortury.

Beta: Wspaniała Zoja

Dziękuję wam za komentarze, nawet nie wiecie ile dla mnie znaczą. Dziękuję za nowe polubienia i śledzenia :)

XSparkX, belzebko i wojku2, dziękuję wam za komentarze, powinniście już mieć odpowiedzi na PM, albo dopiero ją dostaniecie :)

Agato, tak święte słowa. Mam nadzieję, że jednak się wyspałaś :) To ja dziękuję, za twój komentarz. Taaak, ten moment w którym Harry powiedziałby to… Biedny Tom, padłby na zawał :D Z weną już lepiej, dziękuję, że ją przywołałaś, w pewnym stopniu :3 Co do Nigdy nie drażnij węża, zamierzam w wakacje (wakacje od studiów, już prawie końcówka) siąść do tego i napisać wszystko od nowa. Mam nadzieję, że mi się to uda :) Gościu, wybacz, bezosobowość. Podejrzewam, ze i tak i nie. Tom nie miał prawdziwej rodziny, potem ją sobie stworzył. Można zauważyć, że niektórzy śmierciożercy są z nim w bliższych kontaktach. Maro Nineve, skoro tamto spotkanie przypadło ci do gustu, mam nadzieje, że kolejne również takie będzie. Tak, nie mają szans… Choć i sam Harry poradził by sobie z nimi, ale gdzie tu zabawa :) Tom przez długi czas ukrywał emocje i uczucia, to dla niego nowość, wszystko co związane z Harrym jest dla niego nowością. Zgadza się, spotkanie z rodzicami można za takie uznać, sam Harry przypomniał sobie przedstawienie chłopaka swojego syna. Całe szczęście, że Harry nie jest taki jak Draco. Tak wielka szkoda, że JKR zmarnowała taką wspaniałą postać. Niestety to bajka dla dzieci i młodzieży, więc młody bohater musi zwalczyć zło. Co do dwójki Puchonów i mnie za pierwszym razem zaskoczył, co autorka ma zamiar z nimi zrobić, przyznaje szczerze nie wiem. Aruaru, cieszy mnie to. I ja mam taką nadzieję, szczęśliwie wróciła po dłuższej przerwie i nadrabia kilka opowiadań, na tyle ile pozwalają jej prywatne obowiązki. W dzisiejszym rozdziale dostaniesz więcej Toma i Harry'ego. Kaoru, dziękuję ci bardzo, nie zamierzam porzucić tego tłumaczenia, nawet jeśli będzie to trwało długo. Tak jak i ty tak i ja mam nadzieję, że Little. Miss. Xanda. nie porzuci tego opowiadania. Na slash musisz troszkę poczekać.

Jeśli kogoś pominęłam to przepraszam, nie było to zamierzone. Serdecznie wam wszystkim, jeszcze raz, dziękuję za komentarze. Jesteście kochani.


Rozdział 5 – Przyszłe grzechy

Zamknął za sobą drzwi i w ciągu kilku sekund wyczarował wszystkie możliwe rodzaje barier, aby chroniły to miejsce. Było blisko. Bardzo blisko. Oparł się o drzwi i westchnął, całkowicie ignorując wpatrującego się w niego czarodzieja, który znajdował się w pokoju. Był na to zdecydowanie za stary.

Podniósł wzrok i spojrzał czarodziejowi w oczy. Mężczyzna padł szybko na kolana i pochylił głowę.

- Mój Panie.

Nie mógł się powstrzymać. Uniósł brew, patrząc na niego z niedowierzaniem.

- Co do cholery, Barty?

- Wybacz mi, mój Panie. Gdybym wiedział, że przyjdziesz, mógłbym…

- Barty! – przerwał mu. – Nie mogłeś wiedzieć, że przyjdę, bo nawet tego nie planowałem. Potrzebowałem się ukryć, a twoje kwatery były najbliżej – wyjaśnił. – A teraz powiedz mi, dlaczego do cholery nazywasz mnie Panem? I na Merlina wstań, dobrze?

Barty spojrzał na niego jakby zobaczył ducha, ale, ku jego uldze, wstał.

- Mój Pan powiedział mi, że mam wypełniać twoje rozkazy tak, jakby były jego własnymi – odpowiedział, a Harry przytaknął mu.

- Tak, wspomniał mi o tym. To jednak nie wyjaśnia, dlaczego nazywasz mnie Panem.

- Sądziłem, że tego oczekujesz, jako że powiedział mi, że powinienem traktować cię tak jak jego – odpowiedział Barty, wyglądał na lekko oszołomionego.

- Merlinie… - jęknął Harry. – Nie. Nie mów do mnie Panie. A bynajmniej nie rób tego, kiedy jesteśmy sami – mruknął. – Jesteś jedynym, który zna prawdę. Tak więc będę się tu pojawiać dość często, choćby tylko po to, aby gdzieś wyjść. Albo, jeśli będę potrzebował wytchnienia od innych uczniów.

Barty powoli skinął głową, choć wyglądał jakby wciąż nie mógł uwierzyć w to, co mu powiedział. Harry jednak był zadowolony, widząc jak się rozluźnił nawet jeśli tylko troszkę. Zawsze było to lepsze niż nic.

- Więc… ukrywasz się? – zapytał Barty po kilku chwilach niezręcznej ciszy. Harry był skłonny dziękować Merlinowi, widząc złośliwy błysk w jego oczach. Naprawdę chciał widzieć Barty'ego takim, jakim przez krótką chwilę widział go w poprzednim życiu.

- Jako że zostałem zmuszony do udziału w Turnieju, większość dziewczyn w zamku próbuje mnie pocieszyć, kiedy tylko mnie spotkają. Wygląda na to, że jest to traumatyczne doświadczenie i potrzebuję wypłakać się na czyimś ramieniu – skrzywił się. – Nie ma nic bardziej przerażającego niż te dziewczyny, no… fanki – musiał wyglądać na naprawdę wystraszonego, bo Barty zaczął się śmiać.

- Wyjaśnij mi coś – powiedział Barty. – Stawiłeś czoła Czarnemu Panu bez nawet odrobiny strachu, a boisz się dziewczyn?

- To nie są zwykłe dziewczyny, Barty! –wykrzyknął Harry. – To fanki.

Harry czuł się zadowolony z siebie, kiedy Barty się roześmiał. Uśmiechnął się i usiadł na jednym z wolnych foteli przed kominkiem. Barty przez chwilę się wahał, ale zajął miejsce obok niego.

- Przyjąłeś to dość dobrze – zauważył Harry.

Barty prychnął.

- Dobrze? – zapytał z niedowierzaniem. – Żartujesz sobie? Wciąż spodziewam się obudzić i uświadomić sobie, że to tylko sen. Jak może być inaczej, skoro Chłopiec, Który Przeżył przyłączył się do Czarnego Pana?

- Tak naprawdę to się do niego nie przyłączyłem… - mruknął Harry i był nieco zszokowany, kiedy Barty wyskoczył z fotela.

- O to właśnie chodzi! – wykrzyknął. – Nie jesteś nawet śmierciożercą! Powiedział, że jesteś mu równy – Barty spojrzał na niego krytycznie. – Co mógł zrobić taki czternastoletni bachor jak ty, aby stać się równym Czarnemu Panu? – zadrwił z fanatycznym błyskiem w oczach, tym obłędem, który ukrywał będąc Moody'm.

To był ten Barty, którego Harry chciał zobaczyć. Ten, którego zobaczył w noc, w którą odbyło się trzecie zadanie.

- Czy to ważne? – zapytał spokojnie, odchylając się do tyłu.

Barty warknął i wyciągnął różdżkę. Harry widział jak jego zapał osłabł nieznacznie, kiedy ujrzał jego obojętne spojrzenie.

- Lubię cię Barty – powiedział. – Ale jeśli spróbujesz mnie przekląć… Cóż, może zdołasz się dowiedzieć dlaczego on uważa mnie za równego sobie. Choć gwarantuję, że nie będzie to dla ciebie przyjemne doświadczenie.

Barty opuścił lekko różdżkę, a jego oczy na chwilę utraciły ten szaleńczy błysk i spojrzał na niego nawet bardziej surowo, niż wcześniej.

- Jesteś inny – mruknął śmierciożerca, całkowicie opuszczając różdżkę i odłożył ją.

- Ludzie się zmieniają.

- Nie tak nagle, jak ty – stwierdził, ponownie zajmując swoje miejsce. – Jesteś zupełnie inną osoba niż zaledwie tydzień temu.

- No, no… Aż tak uważnie mnie obserwowałeś, że to zauważyłeś?

Na ustach Barty'ego pojawił się mały, drwiący uśmieszek.

- Nie miałem wielkiego wyboru, czyż nie? – zapytał. – Na twój temat krąży tak wiele plotek, że tylko w ten sposób mogłem sprawdzić , które z nich są prawdziwe.

- Naprawdę? I jakie wnioski wyciągnąłeś z tych obserwacji? – był naprawdę ciekawy odpowiedzi, tym bardziej, że nie miał pojęcia, że Barty tak uważnie go obserwował. Oczywiście, podejrzewał to, ale w poprzednim życiu nie miał okazji go o to zapytać.

- Szczerze? – kiedy Harry przytaknął, Barty kontynuował. – Nie jestem pewien. Czasem wydajesz się przeciętnym uczniem, ale w niektórych momentach miałem wrażenie, że jesteś kimś więcej…

- Mówisz o tym Imperiusie?

- Oczywiście, że o nim! Naprawdę myślisz, że każdy normalny czternastolatek może zwalczyć Imperiusa? Pozwól, że cię uświadomię - nie!

- A teraz?

- Teraz… przerażasz mnie.

- Przerażam cię? Nic nie zrobiłem. Jaki cholerny powód ci dałem, abyś się mnie obawiał?

- Byłem tam, kiedy Severus zaczął krzyczeć jakby był pod wpływem Cruciatusa Czarnego Pana. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pewien, że to byłeś ty. Widziałem jak twoja magia ochłodziła cały pokój i jak cienie tańczyły wokół ciebie.

- Naprawdę? – był pewien, że Barty pojawił się dopiero po tych wszystkich rzeczach jakie się wydarzyły.

- Wszedłem do środka z całą resztą. Użyłem tylko kilku czarów, aby nikt mnie nie zauważył – wyjaśnił. – Chciałem zobaczyć jak zareagujesz. To… to nie była reakcja, jakiej się spodziewałem – Harry był pod wrażeniem. Zaklęcia jakich użył Barty musiały być całkiem dobre, bo w przeciwnym razie zdołałby go wyczuć. Było to nawyk, jaki wszedł mu w krew podczas wojny, że zawsze znał lokalizację wszystkich wokół niego. Ta świadomość często okazywała się decydująca, gdy stawką było życie lub śmierć.

- Jak możesz być tak pewien, że to ja byłem odpowiedzialny za to, co przydarzyło się Snape'owi? – starał się brzmieć tak niewinnie jak tylko mógł. Nie widział problemu w tym, że Barty odgadł, że to jego sprawka, ale chciał wiedzieć co sprawiło, że był o tym tak bardzo przekonany. Jeśli zauważył to ktoś jeszcze… Cóż, mogło to sprowokować falę niewygodnych pytań. Z wyrazu twarzy Barty'ego jasno wynikało, że nie kupował jego niewinności.

- To był twój uśmiech. Kiedy zniknął, przypomniał mi się inny. Tak uśmiecha się Czarny Pan, kiedy kogoś torturuje – powiedział Barty, wyglądając na lekko nieobecnego. – Co mu zrobiłeś? – zapytał szeptem. Wyglądało to tak, jakby Barty nie mówił do niego.

- Naprawdę nie lubię Snape'a – odparł. Nie obchodziło go, że Barty wiedział, wręcz przeciwnie. Chciał mieć kogoś, z kim mógłby porozmawiać o wszystkim, czym tylko by chciał. – Nie lubię ludzi, którzy są tacy jak on.

- Jak on? – zapytał Barty, a Harry cieszył się widząc, że czuł się swobodnie.

- Ludzi, którzy są wierni tylko sobie – warknął, nie będąc w stanie ukryć goryczy w swoim głosie.

Barty zmrużył oczy i przebiegły błysk pojawił się w jego oczach.

- On nie jest lojalny wobec mojego Pana?

- On jest wierny tylko sobie. Nie martw się – dodał Harry, widząc jak na niego patrzył. – Tom już wie.

- T…T…Tom?- wyjąkał Barty. – Pozwolił ci nazywać siebie Tom?

- Wiesz, że ma na imię Tom? – zapytał, równie zaskoczony. Z tego co wiedział, to większość Wewnętrznego Kręgu nie wiedziała, że Czarny Pan nazywał się Tom Riddle.

- Oczywiście! – wykrzyknął Barty, bardzo zadowolony z siebie. – Mój Pan powiedział mi prawdę o sobie.

- Cóż…to dość nieoczekiwane – wymamrotał Harry. – Z tego co wiem, to Tom bo za bardzo nie lubi. Jestem pewien, że Lucjusz i Bella nie mają pojęcia jak brzmi jego prawdziwe imię.

- Nieoczekiwane? – zapytał z niedowierzaniem Barty. – Nieoczekiwane jest to, że ty mówisz do niego po imieniu – w jego głosie można było dosłyszeć podziw. Jednak tęsknota, jaka pojawiła się na krótko w jego oczach była zaskakująca.

- Barty… czy ty go lubisz? – nie dostrzegł tego w poprzednim życiu, ale Barty'emu podano Veritaserum, a wcześniej sam Harry był lekko oszołomiony.

- Co? – Barty niemal pisnął i Harry zaśmiał się. – Nie… Nie mów tak! Nie jestem Bellą! –prawie się nadąsał i Harry nie mógł uwierzyć, że był to jeden z najbardziej przerażających śmierciożerców na służbie u Toma. Choć może nie powinien być tym tak zaskoczony. Sam miewał chwile, w których nie przypominał tego dojrzałego, morderczego człowieka, którym się stał.

- Więc, skąd te uczucia?

- Czarny Pan… On mnie trenował. Dostrzegł mnie. Mój ojciec nie interesował się mną tak długo, dopóki nie przynosiłem wstydu rodzinie lub nie zrobiłem czegoś, co zagroziłoby jego karierze. Zacząłem postrzegać Czarnego Pana jako ojca. Mimo, że wiedziałem, że nigdy nie widział we mnie nikogo więcej niż tylko poplecznika. Nie myślałem o tym, ponieważ on wszystkich traktował jednakowo – Barty zatracił się we wspomnieniach i gorzki uśmiech zagościł na jego twarzy. – Wtedy pojawiłeś się ty – jego oczy skupiły się na Harry'm, – od początku miał obsesje na twoim punkcie – poinformował go. – Nawet nie brał pod uwagę Longbottoma, kiedy usłyszał przepowiednię. Wiesz, że zapytałem go o to? Powiedział, że miał przeczucie, że to o ciebie chodzi. Przeczucie! – Barty brzmiał na bardziej, niż odrobinę zdenerwowanego. – Wtedy dostał obsesji na punkcie zabicia cię. A teraz, tak nagle ogłasza cię jako swojego partnera. Pozwala ci robić rzeczy, które dla wszystkich były zakazane. Dlaczego jesteś tak wyjątkowy? Dlaczego jesteś mu tak bliski? Jak to się stało, że się otworzył w stosunku do ciebie?

W porządku, to wyjaśniało uczucia Barty'ego. Znał to uczucie, aż za dobrze. Mając rodzinę, której się zupełnie nie obchodzi, próbuje się znaleźć akceptację i miłość wszędzie, gdzie tylko się da. To był powód, który uczynił go tak ślepym na manipulacje Dumbledore'a, dlaczego wybaczył Ronowi zdradę podczas wojny. Chociaż, w odróżnieniu od Barty'ego, wybrał ludzi, którzy bez względu na swoje wady, byli w stanie odwzajemnić jego uczucia. Na szczęście fakt, że Tom nie był w stanie postrzegać go jako syna nie uczynił Barty'ego zgorzkniałym. Z tego co widział, Barty nawet nie miał do niego o to pretensji.

- Tom i ja – zaczął mówić, zanim naprawdę o tym pomyślał – znamy się bardzo dobrze. Zaakceptował mnie jako równego sobie, bo wiem jak go zabić. Z drugiej strony, zna prawdę o mnie. On zna prawdziwego mnie, nie Chłopca, Który Przeżył, nie Złotego Chłopca Gryffindoru. Można powiedzieć, ze szanujemy siebie nawzajem i wiemy jak siebie zniszczyć, ale zdecydowaliśmy się tego nie robić.

- Możesz go zabić? – zapytał surowym głosem.

- Tak, wiem jak go zabić.

- A on cię puścił, tak po prostu?

- Ufa mi – stwierdził Harry, całkowicie w to wierząc. Tom dał mu swoją duszę. W każdym innym wypadku uznałby to za całkiem miłe i słodkie, jednak w ich przypadku takie nie było. Tom oddał mu swoją duszę. Dwa razy. Za pierwszym razem był to wypadek, ale za drugim był to już zamierzony ruch, dowód zaufania.

- On nie ufa nikomu – oznajmił Barty.

- Nie jestem byle kimś – stwierdził bez arogancji czy zadowolenia z siebie. To był fakt. Nie był byle kimś.

- Tak mi się właśnie wydaje –szepnął Barty.

Akceptacja Barty'ego sprawiła, że Harry się uśmiechnął. Jeśli tylko innych śmierciożerców udałoby się tak łatwo przekonać.

~ o O o ~

Harry dziękował Merlinowi, kiedy pukanie do drzwi przerwało tyradę Snape. Nie miałby nic przeciwko, żeby ten drań ponownie spróbował użyć w stosunku do niego legilimencji, ale Snape najwyraźniej był ostrożny. Tylko patrzył i uśmiechał się szyderczo, odbierając mu punkty za samo oddychanie. Przynajmniej nie powiedział Dumbledore'owi o tym, co zrobił. A przynajmniej tak mu się wydawało, że tego nie uczynił. Dumbledore nie rzucił mu wrogiego spojrzenia i nie dojrzał rozczarowania w jego niebieskich oczach.

To był Colin Creevey i Harry przypomniał sobie, dlaczego tam był. Sprawdzanie różdżek. Zupełnie o tym zapomniał. Uśmiechnął się lekko na to wspomnienie. Już nie mógł się doczekać spotkania z Ritą.

- Tak? – powiedział krótko Snape.

- Panie profesorze, mam zaprowadzić Harry'ego Pottera na górę.

Snape spojrzał znad swojego haczykowatego nosa na Colina, z którego twarzy natychmiast zniknął uśmiech.

- Potter ma jeszcze przed sobą całą godzinę eliksirów – wycedził. – Przyjdzie na górę, kiedy skończy się lekcja.

Colin poczerwieniał.

- Ale…panie profesorze… pan Bagman chce go natychmiast widzieć – wyjąkał. – Mają stawić się wszyscy reprezentanci. Chyba chcą im zrobić zdjęcia…

Prawie zachichotał, kiedy przypomniał sobie jak bardzo był zakłopotany, gdy Colin powiedział to pierwszym razem. Chociaż patrząc na Rona zauważył, że zachowywał się tak samo jak w poprzednim życiu.

- Dobrze, dobrze – warknął Snape. - Potter, zostaw tu swoje rzeczy. Masz tu później wrócić, sprawdzę skuteczność twojego antidotum.

- Ale…panie profesorze… on ma swoje rzeczy zabrać ze sobą – zapiszczał Colin. – Wszyscy reprezentanci…

- Dosyć! Potter, zabieraj torbę i zejdź mi z oczu!

Harry nie spieszył się, pakując swoje rzeczy. Snape już go nie przerażał. Poza tym, co on mógł mu zrobić? Dać szlaban? Słynne odznaki POTTER CUCHNIE również nie były nigdzie widoczne, więc szyderstwa ze strony Ślizgonów naprawdę zupełnie go nie obchodziły.

Droga do klasy była dłuższa niż Harry ją pamiętał. Choć mogło to być spowodowane faktem, że odkąd opuścili laboratorium eliksirów, Colin nawet na chwilę nie przestał mówić.

Kiedy wreszcie się rozdzielili, prawie westchnął z ulgą.

- Oto i on! Zawodnik numer cztery! Wejdź, Harry, wejdź…nie ma się czego bać, to tylko ceremonia sprawdzenia różdżek, reszta sędziów zaraz przybędzie… - powiedział Bagman, kiedy tylko drzwi się zamknęły i Harry skrzywił się lekko. Zapomniał jaki wesoły był ten człowiek. - Musimy sprawdzić czy wasze różdżki są w pełni sprawne, czy nie będzie żadnych problemów, sam rozumiesz, przecież to będą wasze podstawowe narzędzia przy rozwiązywaniu kolejnych zadań – powiedział Bagman. – Ekspert już jest, rozmawia na górze z profesorem Dumbledore'em. A potem będzie mała sesja zdjęciowa. To jest Rita Skeeter – dodał, wskazując czarownicę w karmazynowej szacie i Harry musiał się mocno pilnować, aby się nie uśmiechnąć. – Pisze mały artykulik dla „Proroka Codziennego"...

- Może nie taki mały, Ludo – przerwała mu Rita, przypatrując się Harry'emu. – Czy mogłabym zamienić słówko z Harrym, zanim zaczniemy? – spytała Bagmana, wciąż wpatrując się w Harry'ego. – Najmłodszy reprezentant, sam rozumiesz… żeby trochę ubarwić artykuł…

- Oczywiście! – krzyknął Bagman. – To znaczy… jeśli Harry nie ma nic przeciwko temu.

Nie, nie mam nic przeciwko…- wymruczał Harry w myślach.

- Cudownie – powiedziała Rita i po chwili z zadziwiającą siłą zacisnęła szkarłatne szpony na przedramieniu Harry'ego, i pchnęła pobliskie drzwi. – Niepotrzebne nam to całe zamieszanie, prawda? – powiedziała. – Popatrzmy… ach, tak, tu jest miło i przytulnie.

Było to pomieszczenie na miotły i Harry zachichotał. Po raz pierwszy od chwili, kiedy go zobaczyła, Rita przestała mówić i naprawdę na niego spojrzała.

Uśmiechnął się do niej i jej fałszywy uśmieszek na chwilę zniknął z jej twarzy.

- Witaj Rito – powiedział grzecznie, opierając się o ścianę. - Zastanawiam się czy to ty będziesz pisać o Turnieju. Wiele o tobie słyszałem.

Jej uśmiech powrócił na miejsce i zachciało mu się śmiać.

- Och? Nie miałam pojęcia, ze jesteś fanem – powiedziała, starając się, choć bez rezultatu, wyglądać uwodzicielsko. Omal nie wybuchnął szyderczym śmiechem. Nie dotknąłby jej, nawet jeżeli byłaby ostatnią istotą na ziemi. Mógł przelecieć zarówno kobiety i mężczyzn, wojna uczyniła go dość otwartym na to, z kim dzielił łóżko. Szukali pociechy gdzie tylko mogli, ale zachował swoje standardy.

- Tak, fan.. – mruknął. – Jestem naprawdę pod wrażeniem twoich umiejętności, – powiedział z uśmiechem – zwłaszcza twych zdolności do transmutacji – zauważył jak zbladła i uśmiechnął się szerzej. – Więc… jeśli chodzi o wywiad…

- Och, tak – Rita wzięła się w garść. Wyjęła swój pergamin i pióro. Był zadowolony, że nie użyła samonotującego pióra. Była przynajmniej na tyle inteligentna, że nie musiał postarać się bardziej, aby uświadomić jej, w jakiej sytuacji się znajdowała.

- Tak więc, panie Potter…

- Możesz mówić do mnie Harry – przerwał jej, z trudem powstrzymując chichot. Ta rozmowa była tak różna w porównaniu z pierwszym wywiadem.

- Tak więc Harry, co sądzisz o uczestnictwie w tym niebezpiecznym Turnieju? – spytała.

Uśmiechnął się i był tak grzeczny jak to tylko możliwe. Była to doskonała okazja, aby zyskać poparcie społeczeństwa szczególnie, że miał Ritę w garści. Jeśli będzie się zachowywała, nie będzie musiał ograniczyć jej swobody. Miała zaczarowane pióro i chciał, żeby go używała, ale oczekiwał, że jeśli chodzi o niego, to będzie trzymała swoje szpony z daleka.

Tym razem, kiedy Dumbledore wtargnął do środka, ich chwila razem była znacznie bardziej owocna. Ona dostała wywiad, a on będzie miał dobrą reklamę. Rita już o to zadba.

- Dumbledore! – zawołała Rita z rozanieloną miną, brzmiąc mniej fałszywie niż poprzednim razem. – Jak się miewasz? – zapytała, wstając i wyciągając ku niemu swoją wielką, męską łapę. – Mam nadzieję, że czytałeś w lecie mój tekst o konferencji Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów?

- Czarująco paskudny – rzekł Dumbledore, a oczy mu zamigotały. – Podobał mi się zwłaszcza ten kawałek o mnie jako skretyniałym dinozaurze.

Harry z trudem powstrzymywał śmiech. Musi zapytać Toma czy widział ten artykuł. Był pewien, że i jemu się on spodoba.

- Chciałabym tylko wskazać, że niektóre z twoich poglądów są nieco przestarzałe i że wielu zwykłych, normalnych czarodziejów…

- Z rozkoszą poznałbym powody takiego grubiaństwa, Rito – przerwał jej Dumbledore, a Harry miał ochotę się nadąsać. Chciał wiedzieć, co czarodzieje na ulicach myśleli o jego pomysłach. Nie żeby ufał czemukolwiek, co wyszło spod pióra Rity, ale było to lepsze niż nic.– Ale obawiam się, że będziemy to musieli przedyskutować później. Zaraz ma się rozpocząć sprawdzanie różdżek, a nie może się rozpocząć, jeśli jeden z reprezentantów będzie ukryty w komórce na miotły.

Sprawdzanie różdżek było takie jak zapamiętał i cieszył się, kiedy dobiegło końca. Miał lepsze rzeczy do roboty. Mimo to, kładąc się spać, miał wrażenie, że o czymś zapomniał.

~ o O o ~

Przypomniał sobie następnego popołudnia, kiedy znów ukrywał się w kwaterach Barty'ego.

Artykuł, jaki napisała o nim Rita był bardzo efektowny i osiągnął to, co zamierzał. Jednak, ku jego niezadowoleniu, nie tylko zwiększył on obsesyjność jego fanek, ale z przerażeniem odkrył, że do tej hordy uczniów polujących na okazję, aby pocieszyć biednego Chłopca, Który przeżył, dołączyli również chłopcy.

Chociaż, bez względu jak straszna była ta sytuacja, zapomniał o czymś innym. Bawił się z Barty'm, choć śmierciożerca powiedziałby raczej, że go dręczy, testując na nim swoje moce żywiołów, kiedy do pomieszczenia wleciała sowa, z przywiązaną do nóżki czerwoną kopertą i usiadła obok niego.

Patrzył na nią z przerażeniem przez kilka sekund. Tak skupił się na tej koszmarnej kopercie, że zupełnie zignorował chichot Barty'ego. Rozejrzał się, aby sprawdzić czy gdzieś w pobliżu nie było nikogo, kogokolwiek, do kogo mógł być zaadresowany ten wyjec.

Koperta zaczęła się tlić i drżącymi dłońmi odwiązał go od nóżki sowy. Odleciała, gdy tylko to zrobił, a list eksplodował.

- HARRY JAMESIE POTTERZE, KIEDY TYLKO DORWĘ CIĘ W SWOJE RĘCE, TO… TO… JESZCZE NIE WIEM CO, ALE COŚ ZROBIĘ! CZY TY CHCESZ PRZYPRAWIĆ MNIE O ZAWAŁ SERCA? O TO CI CHODZI? JEŚLI TAK, TO JESTEŚ NA DOBREJ DRODZE, BY TO OSIĄGNĄĆ! Tak, teraz kiedy już to z siebie wyrzuciłem, jest mi znacznie lepiej– wyjec kontynuował normalnym głosem i Harry poczuł się odrobinę lepiej. Był jednak zbyt wstrząśnięty, żeby poczuć ulgę, kiedy ten przestał krzyczeć. – Dlaczego nie powiedziałeś mi, że zostałeś wciągnięty do Turnieju? Po tym śnie, o którym opowiadałeś mi w lecie… - nadawca westchnął. – Przepraszam, że krzyczałem, ale martwię się o ciebie Harry. Będę niebawem w Hogsmeade i kiedy tam dotrę, wyślę ci list, więc będziemy mogli się spotkać. Nawet nie próbuj mnie odciągać do tego pomysłu. Zobaczymy się wkrótce, szczeniaczku. Och, zapomniałbym. Nie martw się, że ktoś usłyszy to, co powiedziałem. Zaczarowałem list i tylko ludzie, którzy znają prawdę o mnie i którym ufasz, będą mogli usłyszeć jego treść. Wszyscy inni usłyszą wyznanie miłości od fanki…. Potraktuj to jako zemstę za to, że mnie tak zmartwiłeś.

Cóż, teraz już wiedział o czym zapomniał. Nie powiedział Syriuszowi o Turnieju. Nie dziwiło go, że o tym zapomniał. Miał wiele rzeczy na głowie i choć obiecał tacie, że pomyśli o rozmowie z Syriuszem i powiedzeniu mu prawdy, odkładał to na później. Dawno nie widział Syriusza. Nawet po tym jak przeżył swoje życie i miał dzieci, rana po śmierci Syriusza się nie zagoiła. Nigdy nie pochodził się z jego śmiercią i gdy po wojnie każdy starał się jakoś ułożyć swoje życie pomimo strat, on po prostu się dopasował. A teraz… Teraz nie był pewien jak zareaguje, widząc ponownie Syriusza.

- Cóż… Black zawsze miał dużą pojemność płuc – mruknął Barty i Harry z wysiłkiem ukrył malujące się na jego twarzy zaskoczenie. Barty słyszał, co mówił Syriusz? Ufał Barty'emu? Nie spodziewał się tego. Nie zdawał sobie sprawy, że tak bardzo zbliżył się do tego człowieka. Choć może nie powinien być aż tak zaskoczony. Barty był jedyną osobą, oprócz Toma, przy której mógł naprawdę być sobą, bez obawy o jakiekolwiek konsekwencje.

Zaśmiał się na widok jego niewielkiego uśmiechu.

- W zupełności się z tobą zgadzam – mruknął. – Musiał to odziedziczyć po matce – zauważył, przypominając sobie piekielny obraz Walburgi Black.

Barty zamyślił się na chwilę, a potem zaczął się śmiać.

- Wiesz co? – zapytał pomiędzy szaleńczym chichotem. – Myślę, że masz rację. Przyjaźniłem się z Regulusem, bratem Blacka i poznałem ich matkę – wzdrygnął się, kiedy to powiedział i Harry doskonale go rozumiał. Jeśli konfrontacja z obrazem była jaka była, to co dopiero spotkanie twarzą w twarz?

- Więc, co zamierzasz zrobić? – zapytał go Barty, kiedy się uspokoił.

- Co? Z czym?

- Z Blackiem. Wie, że przyłączyłeś się do Czarnego Pana?

- Nie wie. Nie wie nikt poza tobą.

Zauważył współczucie na twarzy Barty'ego i prychnął. Nie potrzebował jego współczucia. Wiedział, ze prawdopodobnie straci wszystkich przyjaciół, kiedy ludzie dowiedzą się, że wybrał stronę Voldemorta. Nigdy by tego nie zrozumieli. Miał nadzieję, że nigdy nie dowiedzą się, z jakiego powodu się zmienił, co uczyniło go tym, czym był. Nie był już naiwnym dzieckiem. Nawet jeżeli przeklną jego imię, dzień w którym się narodził, nie obchodziło go ich zdanie. Już nie. Nie zależało mu na tym już od dłuższego czasu. Mimo to nie chciał okłamywać samego siebie. Wiedział, że go to bardzo zaboli, kiedy odwrócą się od niego, ale wiedział również, że się z tego powodu nie załamie.

- Potrzebuję, żebyś krył mnie dzisiejszej nocy – powiedział nagle. – Będę przebywał poza Hogwartem dłużej niż robiłem to dotychczas - nadszedł czas, aby wprowadzić plan w życie.

Dobry nastrój Barty'ego uleciał w momencie, lecz tylko skłonił głowę.

- Jak sobie życzysz, mój Panie – odpowiedział, a na ustach Harry'ego pojawił się mały, złośliwy uśmieszek. Nadszedł czas zmienić świat.

~ o O o ~

- Niezły artykuł – to była pierwsza rzecz, jaką usłyszał z ust Toma, kiedy wszedł do jego gabinetu.

- Wiem – odparł, rozkładając się na fotelu przed jego biurkiem. – To miejsce wygląda inaczej – odezwał, rozglądając się. Zauważył to jak tylko wszedł do Dworu Riddle'ów.

- Teraz, kiedy mam ciało, mogę zadbać o stan Dworu.

- Dziwi mnie, że to robisz. Z tego co wiem, to nienawidzisz wszystkiego, co związane z twoim ojcem.

Tom westchnął i odchylił się do tyłu. Czasami zapominał jak dobrze zna go Harry. Wszystkie jego mroczne sekrety nie były już tajemnicą, a przynajmniej nie dla Harry'ego.

- Zgadza się – odparł, patrząc w te zielone, śmiercionośne oczy. – Ale czas, aby uczynić ten dom moim własnym. Nie chcę im niczego oddawać – odpowiedział, a Harry kiwnął głową.

Tak, doskonale rozumiał to pragnienie. Doświadczył tego samego, czyż nie? Kiedy mugole zaczęli zabijać wszystkich wokoło, nie opuścił swojego domu, nie pozwolił im czegokolwiek sobie odebrać.

- Jutro będę wznosił bariery bezpieczeństwa – poinformował go Tom. – Będę potrzebował twojej krwi, aby uczynić cię jednym z wtajemniczonych.

Harry uśmiechnął się do niego. Te drobne gesty ze strony Toma pokazywały jak bardzo mu ufał. To było… z braku lepszego słowa - wzruszające,. Naprawdę nie sądził, że Tom będzie aż tak zaangażowany w tą współpracę. Myślał, że Tom podjął tylko decyzję, żeby go nie zabijać, ale nic poza tym.

- Zastanawiałem się - Harry zdecydował się powoli zmienić temat wiedząc, że Tom wciąż nie do końca oswoił się ze swoim… człowieczeństwem. – Nie miałbyś ochoty na małe polowanie?

Natychmiast zyskał zainteresowanie Toma.

- Polowanie? – starał się brzmieć obojętnie, ale nie był w stanie całkowicie ukryć podniecenia w swoich oczach.

- Tak. Myślę, że już czas, byśmy spędzili razem trochę czasu – zauważył Harry.

Tom roześmiał się, a w jego oczach błyszczała sadystyczna radość. Ten złośliwy uśmiech i szkarłatne oczy nadały mu wyglądu demona i Harry zaśmiał się złośliwie. Wiedział, że ich wspólna gra dostarczy mu wiele radości, może nawet za wiele.

- Tak więc, nie wahaj się… Ruszajmy na polowanie, mój drogi Harry – wymruczał.

~ o O o ~

Już kiedy się obudził wiedział, że coś było nie tak. Był w swoim pokoju, wiedział jednak, czuł, że coś było nie tak. Tak jakby znajdowało się tam coś, czego tam nie powinno być…

- Czuje nas – powiedział zimny, grobowy głos. Zaskoczyło go to tak bardzo, że omal nie wyskoczył z łóżka.

- Tak, to prezent krwi, której tak nienawidzi i tak bardzo zazdrości– zauważył inny głos.

Coś w tonie tych głosów sprawiło, że przebiegł go dreszcz. Tak jak czuł, że coś było nie w porządku, tak teraz wiedział, że znajdował się w niebezpieczeństwie.

Światło powoli rozjaśniło pokój i zobaczył dwójkę stojących obok siebie ludzi. Wystarczyło jedno spojrzenie. Wiedział, kim byli.

Może nie był w stanie czarować, ale wychował się w czasie wojny w Magicznym Świecie. Miał jedenaście lat, kiedy ta wojna się zakończyła i dwanaście, kiedy jego rodzice zostawili go w sierocińcu.

Przypomniał sobie jak pewnego dnia ojciec wrócił do domu, wyglądając jakby zobaczył potwora. Powiedział matce, że widział Jego, że wyglądał jak upadły anioł, choć miał oczy diabła. Czarny Pan.

Drugi… cóż, nie widział go nigdy, ale blizna mówiła sama za siebie. Ich Zbawiciel. Chłopiec, Który Przeżył.

Przez chwilę myślał, że to koszmar. To było jedyne wytłumaczenie. Jeden z nich powinien być martwy, a drugi… wątpił, żeby istniał jakikolwiek powód, aby znajdowali się tam oboje oprócz opcji, że był to po prostu koszmarny sen.

- Crucio.

Głos był miękki, mógłby przysiąc, że dosłyszał w nim swego rodzaju czułość. Jednak wszystkie myśli opuściły jego umysł, gdy uderzyła go klątwa. Zaczął wrzeszczeć.

Harry zaśmiał się, kiedy nieludzki krzyk opuścił usta mężczyzny. Jak długo pragnął go usłyszeć? Jak długo marzył, aby go usłyszeć? Nie był pewien, ale nie miał wątpliwości, że to przechodziło jego najśmielsze oczekiwania.

W pewnym sensie Tom wiedział, że Harry nie był już tym samym chłopcem, którego poznał. Wiedział, że się zmienił. Nic jednak tak bardzo mu tego nie uświadomiło jak oglądanie, jak torturował znajdującego się przed nimi mężczyznę. Nie chodziło nawet o same tortury, tylko o wyraz jego oczu. Lśniły dzikim podnieceniem i Tom był pewien, że nigdy nie widział czegoś bardziej zapierającego dech w piersi niż ten widok.

Widok jak Chłopiec, Który Przeżył kogoś torturował był tak bardzo nie na miejscu.

Może dlatego tak bardzo mu się to podobało.

Harry przerwał klątwę i roześmiał się, kiedy mężczyzna skulił się, płacząc i błagając.

- Chcesz się również pobawić, Tom? – zaoferował hojnie.

- Jaki ty jesteś wspaniałomyślny – mruknął Tom. – Sądziłem, że idziemy na polowanie… To nie jest polowanie – zauważył.

Harry pokiwał głową z powagą, kompletnie ignorując człowieka, który próbował odczołgać się jak najdalej od nich.

- Masz rację, – odpowiedział – przepraszam. Obiecałem ci polowanie, więc je dostaniesz – zapewnił.

Szybko ogłuszył mężczyznę i zmienił go w małą, drewnianą figurkę. Włożył ją do kieszeni i odwrócił się.

Tom wiedział o co prosił Harry, kiedy odwrócił się do niego, wyciągając rękę. Nie zdążył nawet pomyśleć zanim chwycił go za ramię, przygotowując się do teleportacji łącznej. To, bardziej niż cokolwiek innego, ukazywało jakim darzył go zaufaniem. Działał bez dokładnej analizy każdego, nawet najmniejszego strzępu informacji. To było o niego bardzo nie podobne. Domyślił się jednak, że to przez to, że Harry jest inny niż wszyscy, których do tej pory spotkał. To musiało mieć jakiś wpływ na to, jak się przy nim zachowywał, czyż nie?

Pojawili się na leśnej polanie i Tom rozejrzał się z ciekawością.

Harry wyjął figurkę i postawił ją na poszyciu. Przemienił ją z powrotem i cofnął Drętwotę.

- Jeśli zdołasz wydostać się z lasu, przeżyjesz – powiedział do mężczyzny Harry. – Dostaniesz pięć minut przewagi – kiedy minęło kilka sekund, a mężczyzna nadal leżał, patrząc na nich z przerażeniem, Harry wykonał rękami przeganiający ruch. – Tik-tak.

Mężczyzna oddalił się od nich tak szybko jak tylko mógł, co chwilę się potykając. Chichot Harry'ego poniósł się po cichym lecie.

- Marzyłem o tym od bardzo dawna – wymamrotał.

Tom przytaknął. Mimo że Harry nie powiedział mu, kto to był, potrafił się domyślić.

Charłak, który skazał ich na śmierć.

- Nie powiedziałeś mi jak się nazywa – zauważył Tom.

- Nazywa się Jason White, choć jego biologiczni rodzice nadali mu imię Lucian Jason Bletchey.

Bletchey? Znał tą rodzinę. Byli to mroczni czarodzieje czystej krwi, ale nigdy do niego nie dołączyli. Nie wiedział, że ich dziecko było charłakiem.

- Gotowy na polowanie? – zapytał go Harry, z lekko maniakalnym uśmiechem na ustach i nie był w stanie powstrzymać śmiechu.

- Oczywiście.

Harry zachichotał i wbiegł do lasu. Czuł, że Tom podąża za nim. Podążył za słabą aurą magii pochodzącą od White. Przepełniała go krążąca w jego żyłach adrenalina. Pozwolił swojej magii płynąć czuł, jak dołącza do niej magia Toma. Wiedział, że bawił się tym polowaniem równie mocno jak on sam.

Nagle Tom się zatrzymał i Harry spojrzał na niego z zaciekawieniem.

- Albo się zgubił, albo próbuje wyprowadzić nas w pole – wyjaśnił Tom. Zamknął oczy, zrozumiał co jego towarzysz miał na myśli. Magiczny ślad rozchodził się w trzech różnych kierunkach i ciężko było powiedzieć, który z nich był wcześniejszy, ponieważ nie było pomiędzy nimi więcej niż minuta lub dwie różnicy.

- Wygrywa ten, który znajdzie go pierwszy? – zaproponował Harry.

- Hmm… A jaka będzie nagroda?

- A co byś chciał? – zapytał, odrobinę nieufnie.

- Chcę, żebyś spełnił jedno moje życzenie. Tylko jedno, bez marudzenia – widząc niezdecydowanie Harry'ego, dodał. – Nie będzie to nic, co mogłoby ci w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Sądzę, że nawet gdybym chciał coś takiego zrobić, to twój ojciec by mi na to nie pozwolił.

Harry rozluźnił się i uśmiechnął.

- W porządku. A co ja będę z tego miał?

- Przyjemność z mojego towarzystwa? – zasugerował Tom, na co Harry się roześmiał.

- Naprawdę, Tom… Nie jestem pewien czy byłbyś w stanie mnie zadowolić – zaśmiał się ponownie, kiedy zobaczył wyraz twarzy Toma i pobiegł w wybranym przed siebie kierunku. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę to powiedział, ale nie mógł się oprzeć. Szczerze mówiąc… Tom był całkiem przystojny. Mimo to nie zamierzał angażować się z nim w cokolwiek. Może i odzyskał zdrowy rozsądek, ale nie oznaczało to, że razem z tym zniknął jego problem z uczuciami. Zawsze trzymał się z boku i gdyby nie wiedział, że tak nie było, uznałby Toma za socjopatę.

Potrząsnął głową, skupiając się na polowaniu.

Wiedział, że popełnił błąd, kiedy zorientował się, że trop zawracał. Zaklął i przyspieszył. Nie martwił się ucieczką Jasona, ale nie chciał przegrać z Tomem. Nie miał pojęcia, co mógł sobie zażyczyć.

Gdy tylko skupił się na innym szlaku, usłyszał przerażający krzyk, który poniósł się po lesie i zaklął. Wyglądało na to, że Tom go ubiegł.

Podążył za magią Toma i odnalazł ich bez problemu.

White wił się na poszyciu, starając się zedrzeć z siebie skórę.

Zatrzymał się obok Toma, obserwując jego dzieło.

- Co na niego rzuciłeś? – zapytał z ciekawością.

- Tylko taką małą klątwę dzięki której wierzy, że ma robaki pod skórą.

Harry był pod wrażeniem. Znał to zaklęcie, ale zazwyczaj tak nie działało. Rzucało się je bardziej dla żartów, a nie do poważnych celów.

Skrzywił się jednak, kiedy zobaczył jak zadowolony z siebie był Tom. Niemal zapomniał o tym, że przegrał.

Tom cofnął klątwę i pozwolił White'owi złapać oddech. Nie mogli przecież skończyć zabawy zbyt wcześnie.

- Dlaczego? – szepnął przerażony White.

- Dlaczego co? – zapytał Harry, mimo że doskonale wiedział o co mu chodziło.

- Dlaczego to robicie?

- Otrzymujesz karę za swoje grzechy – odpowiedział Harry.

- Grzechy? Jakie grzechy? Ja nic nie zrobiłem! – dziwiło go, że White był w stanie na nich krzyczeć.

- Nie. Nie, zrobiłeś – szepnął Harry. – I nigdy nie zrobisz – stwierdził ostro. – Nie myśl, że nie wiem co kryje się w twojej głowie. Nienawidzisz nas, bo posiadamy coś, czego ty nigdy mieć nie będziesz. Myślisz, że pozwolę ci nas zniszczyć? Myślisz, że pozwolę ci żyć wiedząc jakie stanowisz dla nas zagrożenie?

- Nie nienawidzę was! – wykrzyknął White. – Proszę, nie rób mi krzywdy. Nigdy nic nie zrobię ani wam, ani nikomu. Błagam! – ostatnie słowo praktycznie wyskamlał, jako że jego siły wreszcie go opuściły.

- Właśnie, że tak. Zazdrościsz nam. Nie próbuj nas okłamywać – warknął Harry i White zwinął się w kłębek. – Umrzesz za swoje przyszłe grzechy.

-Nie. Nie, nie, nie , nie. Proszę – błagał White.

- Crucio! – warknął Harry. Nienawidził tego, że White wyglądał tak żałośnie. Nie miał prawa błagać. Nie miał prawa wyglądać tak bezbronnie.

- Jeśli nie przerwiesz zaklęcia sprawisz, że zanim go zabijemy utraci zmysły– zauważył Tom, ale nie zrobił nic, aby powstrzymać Harry'ego. Wiedział jakie uczucia go przepełniały. Nie musiał przeżyć wojny, żeby wiedzieć w jakiej okropnej sytuacji znaleźli się czarodzieje i jak wiele cierpienia spowodował leżący przed nimi człowiek. Do Harry'ego należał wybór, co z nim zrobić. Rozumiał jego pragnienie zemsty. Musiał się tylko upewnić, że Harry, którego uważał za równego sobie, nie zatraci się w tym uczuciu.

Harry wziął głęboki oddech, nieco zaskoczony tym, że głos Toma sprawił, że natychmiast się uspokoił i przerwał klątwę.

- Twoja kolej – powiedział Tomowi, uśmiechając się, kiedy dostrzegł w jego oczach sadystyczną przyjemność.

- Z rozkoszą się nim zajmę.

Patrzył jak Tom torturuje White'a i musiał przyznać, że zmienił ten akt w prawdziwą sztukę. Każdy krzyk był jak muzyka, a Tom poruszał się z gracją, która przywodziła na myśl taniec. Nie podejrzewał, że tortury mogły być tak hipnotyzująco piękne.

- Co chcesz z nim zrobić? – zapytał po jakimś czasie Tom sprawiając, że White zawisł w powietrzu tuż przed nimi.

- Zabić – odpowiedział Harry, jakby było to najbardziej oczywistą rzeczą na świecie.

- Tak, tego się akurat domyślam. Zastanawiam się jednak czy chcesz, żeby ludzie wiedzieli, że było to morderstwo, czy wolisz raczej, żeby sądzili, że odszedł we śnie na zawał lub coś w tym stylu?

- Czy to ważne? – zapytał Harry. Nie zależało mu na niczym poza tym, żeby ujrzeć go martwego.

- Będzie miało to wpływ na to, jakiej klątwy na nim użyjemy.

- Nie obchodzi mnie to. Bądź kreatywny.

Uśmiech, który otrzymał w odpowiedzi, był przesycony złem i wiedział, że było z nim coś nie tak, gdy pomyślał tylko o tym, że Tom wyglądał całkiem urzekająco.

- Stworzyłem tą klątwę tydzień przed tym, jak spotkał mnie mały wypadek, w wyniku którego utraciłem ciało, tak więc nie miałem okazji jej wypróbować. Chcesz zobaczyć jak działa? – zapytał, a Harry roześmiał się widząc, że Tom był tak podekscytowany jak dziecko, że może dostać wszystkie smakołyki ze sklepu ze słodyczami.

- Oczywiście – odparł z uśmiechem.

* o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o

(Ostrzeżenie dla czytelników o słabych nerwach. Zaczynają się bardziej krwawe tortury. Jeśli ktoś nie jest w stanie tego czytać, proszę opuścić fragment pomiędzy gwiazdkami i kółeczkami.)

- Ukate Bidragen – szepnął Tom i jasny, purpurowy strumień wystrzelił z jego różdżki, uderzając w White'a.

Harry oglądał z fascynacją jak pasy skóry zdzierane były z pleców mężczyzny. Był to dość powolny proces i jeśli sądzić po wrzaskach White'a, naprawdę bolesny.

- Stworzyłeś to? – zapytał Harry z odrobiną podziwu w głosie.

Może i miał prawie osiemdziesiąt lat, ale nigdy nie stworzył żadnego zaklęcia. Przed wojną poświęcił się byciu aurorem i nauce Czarnej Magii oraz temu, jak się przed nią bronić. W czasie wojny liczyło się tylko przetrwanie. Po wojnie… cóż, ten etap historii po prostu nie istniał.

- Naprawdę jesteś najwspanialszym czarodziejem, jaki się urodził – wyszeptał.

Tom był ogromnie z siebie zadowolony. Był próżnym człowiekiem i świadomość, że Harry uważał go za geniusza tylko uwydatniła jego ego. Nie, żeby tego potrzebował, ale nie miał powodów do narzekań.

- To nie była łacina, prawda?

- Oczywiście, że nie – odparł Tom, patrząc z ciekawością kolejny pas skóry, który upadł na ziemię. – Nie wszystkie czary są po łacinie. Wiesz, że kojarzymy słowa z naszymi czarami?

- Jest tak, bo w ten sposób łatwiej sprawić, żeby magia wykonała to, co chcemy. Skupiamy się bardziej myśląc o słowie, mając w myślach pożądany efekt - odpowiedział Harry, częściowo ignorując krzyki i skowyt White'a.

- Zgadza się. To jest również powód, dlaczego większość czarów jest po łacinie. Łatwo się jej nauczyć i wiedząc, co oznaczają inkantacje, łatwiej nam panować nad naszą magią. To jednak nie oznacza, że nie możemy korzystać z innych języków. Robi tak wiele rodzin, które tworzą swoje własne zaklęcia. Chodzi głównie o to, aby inni ludzie z nich nie korzystali, a przynajmniej nie poprawnie. W wielu z tych przypadków kluczem jest wymowa. Choć, wiesz dobrze, że jeśli dogłębnie zgłębisz sztukę magii, dobrze się skupisz, a twoja wola będzie wystarczająco silna, to nie będziesz potrzebował słów.

Harry skinął głową na znak, że zrozumiał. Rzeczywiście miało to sens. Oczywiście, wiedział większość z tego, co usłyszał, ale nie miał wątpliwości, że Tom posiadał większą wiedzę od niego. Poza tym, Tom był geniuszem.

- Pozwól mi spróbować – stwierdził, a Tom kiwnął głową, cofając rzucone na White'a zaklęcie.

- Ukate Bidragen –przekleństwo uderzyło w White'a, ale Harry od razu wiedział, że nie rzucił klątwy poprawnie. Pasy skóry nie odrywały się całkowicie od ciała mężczyzny. Po prostu zwisały z jego pleców. Zignorował wycie White'a i spojrzał na Toma.

- Musisz poprawić wymowę – polecił mu Tom.

Harry zdołał rzucić tę klątwę idealnie dopiero po dwóch kolejnych próbach.

Z chorą ciekawością przyglądał się mężczyźnie, który unosił się przed nimi w powietrzu.

- Zadbałeś o to, aby nie stracił przytomności?

Tom wyglądał na zadowolonego z siebie.

- Tak i to również trzyma go przy życiu, a przynajmniej na razie.

- Co zrobiłeś?

- Związałem go z moją magią. Nie umrze tak długo, jak podtrzymuje go moja magia.

- Proszę. Nie. Błagam…

Harry roześmiał się, słysząc to zawodzenie.

- Proszę. Proszę.

- Proszę, co? – zapytał, chichocząc.

- Pozwól mi umrzeć – wyszeptał chrapliwie, a Harry roześmiał się.

- Uważasz, że śmierć będzie dla ciebie łaską?

Tom zdołał powstrzymać dreszcz, który prawie przebiegł mu po plecach. Wrogowie Harry'ego mieli nigdy nie zaznać pokoju. Dla wielu śmierć była miłosierdziem, wolnością. Ale dla wrogów Pottera… Mieli cierpieć, aż Harry uzna, że zapłacili za swoje uczynki. To czy będą żywi, czy martwi, nie miało żadnego znaczenia. Przeczuwał, że jeżeli piekło nie istniało, to Harry stworzy je dla tych, którzy jego zdaniem zasłużyli na to, aby się w nim znaleźć. Czy to oznaczało, że Harry stanie się Diabłem?

Nie po raz pierwszy Tom cieszył się, że nie był już wrogiem Harry'ego.

- Zapewniam cię… nie będzie – głos Harry'ego był zimny, bezlitosny i na twarzy Toma pojawił się lekki uśmiech. Nie miał zamiaru się do tego przyznawać, ale podobała mu się ta strona Harry'ego. To, jaką stał się mroczną i pokręconą osobą.

Współczuł Harry'emu cierpienia, przez które musiał przejść, ale cieszył się, że uczyniło go to osobą, którą był teraz. Był pokręcony, mroczny, okrutny i bezlitosny, dokładnie tak jak on sam. Ale, przede wszystkim, doznał równie wielu krzywd.

- Dlaczego nie pochwalisz się choć odrobiną swoich umiejętności? – zapytał go Tom.

Harry zaśmiał się i pokręcił głową.

- Tak naprawdę to nigdy wcześniej nie torturowałem nikogo dla zabawy – przyznał Harry.

- Musisz spróbować. To naprawdę pomaga.

Harry prychnął i posłał Tomowi chłopięcy uśmiech.

- Skoro tak twierdzisz – spojrzał ponownie na White'a, a wyraz jego twarzy przywodził na myśl dzikie zwierzę. – Defodio.

Rozdzierający krzyk poniósł się echem po lesie, kiedy prawe oko White'a zostało wyrwane z oczodołu. Spadło na poszycie z mokrym plaśnięciem.

- Nie znam zbyt wielu klątw, które służą do tortur. Potrafię jednak być kreatywny jeśli chodzi o użycie tych zaklęć, które znam.

- Widzę – głos Toma był niemal szeptem i Harry zdziwił się, gdy się odwrócił i dostrzegł w jego oczach głód. Odwrócił wzrok, przenosząc swoją uwagę na White'a i starając się nie myśleć o tym, co ujrzał w tych czerwonych oczach.

Ostatnią rzeczą jakiej potrzebował, to poczuć miętę do Toma.

Jasnoniebieski promień wyszedł z końca jego różdżki i usłyszał jak łamią się kości w lewym ramieniu White'a. Chwilę później kolejny niebieski promień rozświetlił to miejsce i usłyszał, jak to samo dzieje się z prawą ręką mężczyzny. Zaczął się śmiać. Wyglądało na to, że Tom również chciał się pobawić.

- Accio – przywołał pogruchotane kości z lewego ramienia mężczyzny, niemal rozrywając je na strzępy.

Chwilę później to samo stało się z jego prawą ręką.

Roześmiał się i odwrócił, żeby spojrzeć na Toma. Jego oczy miały ten radosny wyraz, który sprawiał, że wyglądał na młodego i pełnego życia. Nie był w stanie zapanować nad podziwem, jaki czuł w stosunku do niego.

Uniósł różdżkę, wciąż patrząc na Toma. Jej końcówka świeciła się na jasno zielono. Tom uczynił to samo.

- Avada Kedavra – szepnęli jednocześnie.

Martwe ciało White'a upadło na ziemię.

* o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o * o

- Ale zabawa – zauważył Harry, a Tom się roześmiał.

- Wracamy do domu? – zapytał, a Harry skinął głową. Nie wiedział nawet, kiedy zaczął postrzegać Dwór Riddle'ów jako swój dom.

Aportowali się i już chwilę później byli w biurze Toma, siedząc w fotelach przed kominkiem.

- Przyszedłeś tu tylko po to, aby zabrać mnie na polowanie? – zapytał Tom, kiedy nalał sobie i Harry'emu po kieliszku czerwonego wina.

Harry potrząsnął głową, rozsiadając się wygodnie.

- Myślę, że musimy omówić kilka rzeczy. Zwłaszcza jeśli chodzi o Syriusza.

- Co z Blackiem?

- Jeden z twoich horkruksów znajduje się na Grimmauld Place. Z pomocą Syriusza najłatwiej będzie go odzyskać. Tylko że będzie trzeba mu powiedzieć prawdę, a przynajmniej o tym, że zdecydowałem się stanąć po twojej stronie.

- My? – głos Toma doskonale wyrażał jego niedowierzanie. Pamiętał Blacka. To, że zacznie rzucać w niego klątwami gdy tylko go zobaczy było znacznie bardziej prawdopodobne niż to, że zechce go wysłuchać.

- Tak, my. Jesteśmy partnerami . Tego rodzaju decyzje… powinniśmy podejmować je wspólnie. Jeśli nie podoba ci się pomysł, żeby powiedzieć Syriuszowi o twoim powrocie, to tego nie zrobimy – jakaś część Harry'ego miała nadzieję, że tak się właśnie stanie.

- Co zrobimy, jeśli on tego nie zaakceptuje?

- Wiesz, że istnieje tysiące sposobów, aby sprawić, że nikomu o niczym nie powie.

Tom wziął kolejny łyk trunku i westchnął. Chciał powiedzieć nie, naprawdę. Mimo to wiedział, jak wiele Black znaczył dla Harry'ego. Odebrał mu już tak wiele, nie chciał zabierać jeszcze więcej. A Harry miał rację, istniało wiele sposobów, aby upewnić się, że Black nie piśnie słówkiem.

- Kiedy zamierzasz mu powiedzieć? – zapytał równego sobie i zobaczył, jak Harry zamyka oczy i bierze głęboki oddech. Prawie się uśmiechnął. Był pewien, że dla kogoś tak potężnego jak Harry, niepewność była jedną z najbardziej prozaicznych rzeczy na świecie.

- W przyszły weekend spotykam się z nim w Hogsmeade. Przyprowadzę go tu. Zgadzasz się na to?

- Tak. Musisz tu jutro przyjść, abym mógł uwzględnić cię przy tworzeniu osłon i dać ci nad nimi kontrolę. Aż tak się tym denerwujesz? – zapytał Harry'ego.

- Nie wiem – odpowiedział Harry po kilku sekundach. – Tak dawno go nie widziałem. Tak naprawdę nigdy nie pogodziłem się z jego śmiercią. Nie wiem, jak zareaguje. Jakaś część mnie się tego boi, a z drugiej strony zupełnie mnie to nie obchodzi – przyznał. – Nie chcę stracić swojego człowieczeństwa.

- Harry… - Tom wziął głęboki oddech. – Nie jesteś już człowiekiem. Może i się nim urodziłeś, ale teraz… jesteś synem Śmierci.

- Wiem – odpowiedział Harry, choć brzmiał na odrobinę załamanego z tego powodu. – Po prostu… Boję się, że się w tym zatracę. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Tom kiwnął twierdząco głową. Wiedział dokładnie, co miał na myśli. Z tego co powiedział mu Harry… sam zatracił się w Voldemorcie. Stworzył Voldemorta z konkretnego powodu, ale nigdy nie chciał stać się tylko i wyłącznie nim, bezładną mieszanką złości i nienawiści.

- Owszem – powiedział. – Nie wiem czy to się stanie… ale mogę ci obiecać, że jeżeli tak się stanie, to zrobię wszystko, aby pomóc ci wrócić do siebie – chociaż tyle mógł zrobić, skoro Harry uczynił to samo z nim.

Harry uśmiechnął się, widząc szczerość w jego oczach. Sojusz z Tomem bardzo szybko okazał się jedną z najlepszych decyzji jakie kiedykolwiek podjął.

Kolejny rozdział już 14-ego czerwca.